Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sci-Fi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sci-Fi. Pokaż wszystkie posty

16 lutego 2020

Stephen Baxter - Proxima, Ultima



Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2018 i 2019
Pierwsze wydanie: 2013 i 2014 
Stron: 560+612
Tłumacz: Dariusz Kopociński 

Część pierwszą przeczytałam w maju zeszłego roku w ramach DKK, a część drugą tydzień temu. Dość przypadkowo znalazłam ją w bibliotece, a że Proximę dobrze wspominałam, to wzięłam. 

Z Braxtonem nie miałam wcześniej przyjemności, ale to uznany brytyjski pisarz SF (pisał też razem z Clarke'm czy Pratchett'em). Jego proza to dobra robota, przede wszystkim bardzo plastyczna, w obu częściach ujęło mnie to, że tak łatwo wyobrazić sobie jego światy, a stwarza je z wielką łatwością, wręcz brawurowo. I tak początek tego cyklu to planeta, na którą ludzkość wysyła dużą grupę pionierów i jest to bilet w jedną stronę. Wiadomo, że da się tam żyć, ale radzić muszą sobie sami, co więcej, wielu z nich wcale nie zgłosiło się na ochotnika, po prostu postawiono ich przed faktem dokonanym. Ta część skupia się bardzo na poznawaniu nowego środowiska, psychologii grupy, radzenia sobie w zupełnie nowym środowisku i siłą rzeczy sama opowieść bardzo wciąga. Czasami akcja wraca na Ziemię lub np. na Merkurego, pojawia się istotny wątek sztucznej inteligencji, wyłomów w czasie. Z kolei kontynuacja cyklu to już dalsze losy naszych bohaterów (kilku postaci z poprzedniej części) bezpośrednio po zakończeniu Proximy (mocny cliffhanger!). Nie chciałabym tutaj za bardzo wchodzić w szczegóły fabularne, ale Ultima to zdecydowanie jazda bez trzymanki jeśli chodzi o wyobraźnię autora. Oś fabuły skupia się już głównie na alternatywnych wszechświatach, nielinearności czasu, a także inżynierach tych wszystkich zmian. Bardzo mi się spodobało, że można przeczytać część drugą po kilku dobrych miesiącach i nie trzeba się co chwila posiłkować jakimś streszczeniem fabuły Proximy z Wikipedii, bo Baxter bardzo zgrabnie wplata wszystkie istotne informacje w kluczowych momentach książki, w których czytelnik ich akurat potrzebuje. Taka niby drobna rzecz, a przecież dla pisarzy niełatwa.

Jest to bardzo solidne science-fiction, nie wiem czy tak naprawdę zaliczyłabym je do hard SF, aczkolwiek to także coś innego niż space opera. Cykl rozrywkowy, ale na pewno nie płytki czy płaski. Z drugiej strony nie stawia wielkich pytań, nie skłania do osobistych refleksji. I to jest mój jedyny zarzut, który dla innych może być niezrozumiały. Za to duży plus za sztuczną inteligencję - Earthsine'a i ColU! Świetne, ciekawe postacie.

Ocena: 4,5 i 5/6

18 grudnia 2017

W telegraficznym skrócie 11

Skrót Sci-Fi.

Brian W. Aldiss - Cieplarnia
Nagroda Hugo 1962 (najlepsza miniatura lit.)
Książka zaliczana do kanonu gatunku. Jest bardzo, ale to bardzo nietypowa, naprawdę nie będzie nadużyciem, jeśli napiszę - oryginalna. Niewiele w niej cech typowych dla fantastyki.  Zaskoczyła mnie pomysłem, nie samą Ziemią zamienioną w tropikalną dżunglę ani nawet zabójczą florą. Ciekawie była przedstawiona za to ewolucja człowieka oraz coraz bardziej przygniatająca apokaliptyczna atmosfera. Koncept jest naprawdę godny uwagi, ale przyznaję szczerze, że ciężko mi się to czytało i trochę wysiłku kosztowało mnie skończenie tej książki. Poza tym oklaski dla tłumacza - Marka Marszała - który zawładnął tym gąszczem neologizmów.




Wolfgang Jeschke - Ostatni dzień stworzenia
Bardzo ciekawa mała książeczka. Niemieckie SF, które zdumiało mnie wręcz pomysłowością i ogromem wyobraźni. Niby koncept podróży w czasie jest taki ograny, ale o poprowadzeniu tego tematu w takim kierunku w życiu bym nie pomyślała. Jeschke świetnie stwarza światy, ma smykałkę do plastycznych opisów, nie cacka się za bardzo ze swoimi bohaterami, jest sporo akcji, ale brak tu jakichś starych jak świat motywów typu Rambo-bohater, domek na prerii czy horror bezsensownej wojny. Pisarz wydaje się nie być przywiązany jakoś specjalnie do swoich postaci, z drugiej strony bezpretensjonalnie potrafi pokazać, że ktoś oszalał albo ma depresję czy się zwyczajnie poddał.





Bernard Werber - Tanatonauci
A teraz czas na rozczarowanie. Nie przebrnęłam. I nie to, że się szybko poddałam, bo w okolicach 200 strony. Poziom wciągnięcia odpowiadał sinusoidzie, momentami nie mogłam się oderwać, za chwilę ledwo przewracałam kartki... Czytałam już kiedyś inną książkę tego autora i wspomnienia miałam jak najbardziej pozytywne, więc chyba dlatego dobiłam aż tak daleko przy Tanatonautach. Co mnie odrzucało, to absurd, po prostu wydawało mi się to tak bezsensowne - podróże do krainy zmarłych, tego, że dla każdego umierającego ta kraina wygląda tak samo, że można przesuwać granice poznania tego "kraju", a jak doczytałam dalej, kartkując powieść, nawet dostarczać tam materialne rzeczy. No nie, po prostu nie, nie kupiłam tego. Do tego opis kobiet był tak obraźliwy dla płci pięknej, tak pełen stereotypów, pełen może i niezamierzonej, ale jednak ciągłej seksualizacji, jakby główny bohater nie dostrzegał, że po prostu ma człowieka przed sobą, że stwierdziłam, że nawet nie chce mi się kibicować temu palantowi.

25 kwietnia 2017

Michel Faber - Księga dziwnych nowych rzeczy

Wydawnictwo: W.A.B.
Pierwsze wydanie: The Book of Straange New Things, 2014
Stron: 589
Tłumacz: Tomasz Kłoszewski

To była uparta książka, ponieważ wywalczyła sobie miejsce na mojej liście "planuję przeczytać". Pamiętam, że kiedy na blogach często ją omawiano, cichy głosik w mojej głowie mówił "nie, nie wrzucaj jej do schowka, za dużo już masz tam książek, skupiasz się teraz na czytaniu swoich". Aż w końcu padma wrzuciła podsumowanie 2015 roku i ugięłam się. A to jej recenzja. Księga tkwiła sobie spokojnie na liście, aż tu nagle mój DKK uszczęśliwił mnie perspektywą jej omawiania.

Nasz klub kręci się wokół fantastyki, a ta książka miała należeć do SF. Nie wiedziałam czego się spodziewać, ponieważ Faber znany jest z innej książki, Szkarłatny płatek i biały, która nota bene też jest w moim schowku (efekt czytania blogów!) i jest zupełnie niepodobna do Księgi. Gdzieś nawet wyczytałam, że autor lubi skakać po gatunkach i z każdego coś uszczknie dla siebie. Tak więc z tym gatunkiem SF też sprawy się komplikują, jako że nie jest to czysta gatunkowo powieść. Owszem, ma wiele elementów sci-fi: inna planeta, obca cywilizacja, przyszłość Ziemi, a jednak jest to jedynie jej tło. Co wybija się na pierwszy plan tej historii to relacje międzyludzkie i religia. Zalążek tego jest taki: chrześcijański pastor, Peter, wyrusza na planetę Oazę, ma nauczać tamtejszych mieszkańców. Jego żona, Bea, zostaje na ziemi. Lecimy razem z Peterem, poznajemy ten nowy dla niego świat, czytamy wymianę listów między małżonkami. I to w tych listach dzieje się najwięcej, a nie na Oazie (sic!). Ten pomysł uważam, że wyjątkowo oryginalny, bo choć opisy przeżyć pastora są bardzo interesujące, a ich głębia przypominała mi czasem skrupulatność stwarzania obcych kultur w stylu Le Guin (oraz szacunek w ich przekazywaniu), to listy Bea były jak kamienie milowe tej powieści. Zżerała mnie czytelnicza ciekawość co się dzieje na Ziemi i najchętniej wysłałabym głównego bohatera do domu, żeby mi to opowiedział! 

Ujął mnie Faber swoją niespiesznością, wręcz idealnie podporządkował tempo tej spokojnej, delikatnej społeczności Oazjan. Wymyślił ich od podstaw (język, wygląd, zachowanie, gospodarkę, architekturę itp.), odsłaniał ich powolutku, niemal taktownie, jak gdyby naprawdę istnieli i nie chciał ich urazić ;) Również opis planety jest bardzo pomysłowy, żadnych fajerwerków, a jednak wydaje się tak... prawdopodobna! Początkowo byłam bardzo negatywnie nastawiona do pomysłu, że narratorem jest chrześcijański pastor, głęboko wierzący, nawrócony do szpiku kości, z czasem jednak Peter okazał się całkiem interesującą postacią i dobrym rozmówcą dla innych ziemian wysłanych na misję. Z drugiej strony moja sympatia do niego nie była mi dana raz na zawsze, w końcu uznałam go za niebywałego egoistę ukrytego pod płaszczem troskliwego i kochającego męża.

W kwestii religii Księga skłania do wielu rozważań o przekładalności danej wiary na zrozumiały przekaz dla obcej kultury. Czy ich wiara jest prawdziwa? Czy naprawdę rozumieją to, czego są nauczani? O czym to świadczy, jeśli oni wydają się w swej wierze o wiele bardziej szczerzy i autentyczni od chrześcijan na Ziemi? Bardzo interesująca jest ta warstwa, choć z drugiej strony uważam, że sam koncept, aby jakiekolwiek kosmiczne humanoidy miałyby przyjąć jedną z naszych religii jest mocno naciągany.

Wracając na chwilę do gatunku SF - twardogłowych fanów gatunku chyba nie zachęcam do przeczytania, ponieważ będą bardzo psioczyć na brak naukowych podstaw w opisywaniu zasad działań świata przyszłości lub w ogóle na brak wyjaśnienie kilku co bardziej palących kwestii. Mnie to w sumie nie przeszkadzało, ponieważ skupiałam się na czymś innym. Całej reszcie książkę zdecydowanie polecam, jeśli nie lubicie fantastyki, to nic Was w tej lekturze dodatkowo nie zniechęci do tego gatunku, a na pewno docenicie psychologię postaci i pomysłowość autora. To nie jest też czytadło, ale na pewno nie jakaś bardzo wymagająca pozycja.

Ostatnie kilka słów poświęcę okładce - moim zdaniem jest obłędna! U padmy sobie zobaczycie, że to nie jest kolor żółty, tylko złoty. Lubiłam sobie pomacać tę książkę w księgarni, choć z czasem - muszę przyznać - te złocenia się trochę wycierają w tych miejcach, w których naturalnie ręka styka się z okładką.

Ocena: 5-5,5/6

P.S. Wpisałam Wielka Brytania w tagach, ale na zasadzie, żeby jednak coś było, bo sam Faber nie identyfikuje się z żadną narodowością...

15 sierpnia 2016

W telegraficznym skrócie 7

Odkładałam, odkładałam i tak wyszło. Przed wyjazdem wakacyjnym machnę więc taką notatkę, dzięki której ten mały stosik zniknie mi sprzed oczu i z sumienia.

Larry Niven - Pierścień (cz. 1), Budowniczowie Pierścienia (cz. 2)

Nagroda Nebula 1970
Nagroda Hugo 1971
(nagrody dotyczą cz. 1)


Pierwsza odsłona cyklu wydała mi się intrygująca i oceniłam ją jako solidną porcję SF. Świetny dobór postaci i konsekwencja w opisaniu ich tak odmiennych temperamentów i osobowości. Oś fabularna bardzo pobudza ciekawość: oto w kosmosie znaleziono Pierścień, sztuczny twór "osadzony" wokół ujarzmionego Słońca. Jego badanie przynosi więcej pytań niż odpowiedzi. Nawet jeśli Niven zaliczył jakieś wpadki, których czytelnicy nie omieszkali mu wypomnieć, to jednak całość jest bardzo dobrą powieścią i wyobrażam sobie, że na przełomie lat 60. i 70. całkiem świeżą co zaowocowało nagrodami. 
Druga część, to już jednak rozczarowanie. Napisana dość niechlujnie, brak w niej spójności, zrozumiałych, plastycznych opisów. Irytowały mnie ciągłe wtrącenia dotyczące seksualności Luisa Wu, relacje między bohaterami spadły na dalszy plan ze szkodą dla książki. Cykl liczy 4 tomy, ale zamierzam sobie darować czytanie pozostałych części.


H.P. Lovecraft - Najlepsze opowiadania (Tom 1)

Pierwszy dla mnie kontakt z tym klasykiem SF i to bardzo udany. Zaskoczył mnie poziomem swojego warsztatu. Spodziewałam się czegoś o wiele prostszego. A tymczasem Lovecraft zręcznie operuje językiem, tworzy wyszukane zdania, lubuje się w precyzyjnie wybranych przymiotnikach, jest bardzo wewnętrznie zdyscyplinowany i skrupulatny, po jego twórczości widać, że dużo od siebie wymagał. Poważny stosunek do swojej pracy daje efekt łatwości kreowania atmosfery, np. Na zachód od Arkham wznoszą się dzikie wzgórza, a doliny porastają głębokie lasy, których jeszcze nigdy ne tknęła siekiera. Są tam też mroczne, ciasne wąwozy, a w nich fantastycznie pochylone drzewa i sączące się wąskie strumyki, gdzie nigdy nie dociera słońce. Na łagodnie opadających zboczach przycupnęły farmy - stare, kamienne, omszałe chaty - i pod osłoną ogromnych występów skalnych dumają wieczyście nad prastarymi tajemnicami Nowej Anglii (...). [s.67, Kolor przestworzy]. To opowiadanie spodobało mi się właśnie najbardziej i zdecydowanie czuję się zachęcona do sięgnięcia po więcej. Pisarz ten unika oczywistości i wspaniale żongluje archetypami, a i tak jest niezwykle oryginalny w kontekście rozwiązań fabularnych.
Co mnie jedyne zmęczyło, to zbyt drobiazgowe i długie opisy geometryczne (budynki, rejony itp.).


David Gilmour - Klub filmowy

Książką zainteresowała mnie swego czasu padma. Na jej blogu znajdziecie szerszy opis fabuły, a w skrócie chodzi o to, że ojciec zgadza się, aby 15-letni syn rzucił szkołę pod warunkiem, że będą razem oglądać 3 wybrane filmy tygodniowo, a syn nie będzie brał narkotyków. Jest to powieść, ale oparta na historii samego autora i jego syna! Odwaga, to pierwsze co przychodzi na myśl :) Ojciec często zagryza usta i ma milion rozterek pod tytułem: czy aby nie zmarnowałem własnemu synowi życia... Mnie najbardziej zainteresowały same filmy i ich dyskusje po nich, choć bywa i tak, że syn nawet słowem niczego nie skomentował, za to uwagi ojca, krytyka filmowego, przykuwały moją uwagę. Na końcu książki jest zresztą lista tytułów, obejrzałam ich sporą część, ale trochę  inspiracji na przyszłość też się znalazło. Bardzo podobał mi się brak dydaktyzmu w Klubie filmowym. Historia w ogóle nie wpada w jakieś utarte koleiny, jak w życiu, nastolatek okazuje się wcale nie być plasteliną w rękach rodzica, nie wszystko dzieje się tak, jak może byśmy chcieli, choć jak się okazuje, ani to dobre, ani złe. Naprawdę ciekawa pozycja.

23 marca 2016

Stanisław Lem - Powrót z gwiazd

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 1981
Pierwsze wydanie: 1961
Stron: 276

Trochę żałuję, że nie napisałam normalnego posta o tej książce zaraz po lekturze. Od tego czasu minęło już kilka dobrych miesięcy, a pamiętam jakie wrażenie na mnie zrobiła. Dużo o niej myślałam, dużo o niej opowiadałam postronnym osobom, chyba potrzebowałam sobie to jakoś poukładać w głowie. Zabawnie wyszło, że o tej książce też pisałam w skrócie telegraficznym 6, ale znowu się rozpisałam i postanowiłam, że jednak i tej pozycji należy się osobna notatka :)

Lem bardzo zaimponował mi swoim światem przedstawionym. Jest to świat przyszłości stworzony od zera, opierający się całkowicie na wyobraźni autor, która zdaje się nie mieć granic. Główny bohater wraca bowiem na Ziemię po ponad 100 latach podróży kosmicznej. Nic nie jest już takie, jakie było za jego czasów, zmieniło się dosłownie wszystko: polityka, społeczeństwo, technologia, język, rozrywka, moda, zdrowie, wygląd ludzi, absolutnie każdy aspekt. Dawni astronauci są kimś w rodzaju kuriozum, z kolei im współczesne osoby wydają się być właśnie kosmitami. Ciekawy zabieg - to powrót na rodzinną planetę stał się ostatecznie wyprawą w poszukiwaniu innej cywilizacji... Sam początek książki mnie oszołomił, bowiem opisy miasta, lotniska, węzła przesiadkowego, a nawet parku są tak nowatorskie i oryginalne, że nie przypominają niemal niczego co my znamy tutaj w XXI wieku, trudno więc było mi się czasem połapać co bohater widzi, trochę jakbym Dukaja czytała (Linia oporu z tomu Król Bólu!). Potem oczywiście zaczynamy widzieć pewne zbieżne elementy, np. coś, co przypomina nasz internet, przesuwające się chodniki i inne mniejsze lub większe wynalazki. Podoba mi się w Lemie, że ma odwagę naprawdę wymyślać, wszystko jest przemyślane i wyjaśnione czytelnikowi, nie ucieka od tego i nie stosuje Dickowych sztuczek typu coś jest, jakie jest, ale nikt w sumie nie wie czemu (niektórzy pisarze SF idą na taką łatwiznę i zawsze mnie to wkurza).

Bardzo ciekawym pomysłem jest społeczeństwo, które nie zna bólu i pasji, nie wie co to namiętność (bo jest niebezpieczna), unika wypadków, śmierci i nie potrafi zabijać. Ale chyba jeszcze bardziej interesująca była dla mnie polemika Lema z... samym sobą? Tak to w pewnym momencie wglądało, jakby autor obalił logicznie każdy swój argument odnośnie potrzeby eksploracji kosmosu. To był majstersztyk! :)

Warto dać tej książce szansę. Jak to Lem, jest to raczej twarde SF ze względu na logikę wydarzeń i świata, której ten pisarz zawsze poświęca dużo uwagi i nie idzie na żadne kompromisy. Z drugiej strony akcja dzieje się na Ziemi, są tu normalne interakcje między bohaterami, a nawet wątek miłosny (pierwszy u tego autora, który naprawdę mi się podobał!). Powrót do gwiazd dostarcza wielu pytań, a w związku z tym będzie dobrym przyczynkiem do dyskusji i godzin zastanowienia :) U mnie - zostaje na półce, a przy mojej manii sprzedawania swoich książek o czymś to świadczy.

Ocena: 5-5,5/6

6 grudnia 2015

Arthur C. Clarke - Odyseja kosmiczna 2001

Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie, 1990
Pierwsze wydanie: 1968
Stron: 204
Tłumacz: Jędrzej Polak

Będę starać się zbytnio teraz nie zwlekać z recenzjami, choćby z tego powodu, że potem trudniej mi się pisze o danej książce. Pamiętam jak zakładałam tego bloga kilka lat temu z myślą, że chcę więcej pamiętać ze swoich lektur. Dawało mi sporą satysfakcję, że po napisanej notce potrafię nawet po latach wracać myślami do danego tytułu  i przemyślenia na jego temat są nadal we mnie, jakoś wzbogacają moje życie wewnętrzne, puszczają korzenie i pomagają mi wierzyć, że nie grozi mu zapomnienie. Brakuje mi tego.

Odyseja kosmiczna ma w sobie coś z Solaris. Ma ciut niższy poziom w mojej subiektywnej ocenie, ale nadal jest książką ponadczasową, robiącą ogromne wrażenie niezależnie od czasów, w których się ją czyta. Początkowo przyjemność z czytania była trochę zakłócona tym, że tak dobrze znam (i bardzo cenię!) film na jej podstawie w reżyserii Stanley'a Kubricka. Jestem zdecydowaną zwolenniczką kolejności: najpierw książka, potem adaptacja, nie da się ukryć. A dodatkowo w zeszłym roku wreszcie udało mi się zobaczyć ten film w kinie i bardzo dobrze pamiętałam fabułę. Ominęły mnie więc wszystkie zaskoczenia fabularne, które mogłam w pełni przeżywać, czytając Solaris. Mimo to z czasem dotarła do mnie ważność tej książki dla science-fiction, a zabiegi autora odniosły swój skutek, czytałam więc z ciekawością i zadowoleniem. 

Książka ma kilka części, z których najważniejsze są trzy: przed pojawieniem się człowieka, bunt komputera pokładowego HAL oraz reszta podróży kosmicznej głównego bohatera. Każdą z nich łączy obiekt AMT - 1, płaski, doskonały pod względem geometrycznym i głębi koloru monolit (patrz okładka). Clarke oparł swoją książkę na tezie, że skok ewolucyjny, społeczny i technologiczny ludzkość zawdzięcza interwencji z zewnątrz. Nam się po prostu udało. Nie spoileruję, ponieważ jest to jasno wyjaśnione w części pierwszej.

Trzeba oddać temu pisarzowi, że jest wyjątkowo kreatywny, ma dobry warsztat, oryginalne pomysły, potrafi je też ciekawie przenieść na papier. Idealny materiał na autora SF :) Przeczytałam na razie jego dwie powieści i jedno opowiadanie i wszystkie oceniłam bardzo wysoko. Zdecydowanie sięgnę po kolejne pozycje, a na tej liście na pewno znajdzie się ciąg dalszy Odysei, są bowiem jeszcze trzy części: 2010, 2061 oraz 3001. Mają wysokie oceny na biblionetce.

Gdybym miała wskazać na to, co mnie w tej książce "kupiło", to oprócz samego pomysłu, rzecz jasna, wskazałabym jeszcze na świetne opisy. Są bardzo plastyczne, fantastyczne, całe obrazy z przestrzeni kosmicznej pojawiały mi się przed oczami. Przypominało mi to czasem opisy Lema. Ciekawy był taki brak pośpiechu, który w ogóle nie przeszkadzał i nie nudził. A do tego otwarte zakończenie, które daje duże możliwości interpretacyjne, niemalże na poziomie dysput filozoficznych. Czegóż chcieć więcej.

Ocena: 5-5,5/6


17 kwietnia 2015

Bernard Beckett - Genezis

Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2010
Pierwsze wydanie: Genesis, 2006
Stron: 216
Tłumacz: Michał Alenowicz

Książka przeczytana w jeden wieczór :) Ostatnio coś takiego to ze dwa-trzy lata temu miałam, więc warto to odnotować. Do lektury zachęcił mnie swego czasu pablo, który Genezis był zachwycony. I ja się wciągęłam, więc jak najbardziej książkę będę polecać, choć nie dałam jej najwyższj oceny.

Fabuła jest prosta, skupia się powiem na czymś w rodzaju rozmowy kwalifikacyjnej Anaksymandry, która po wyczerpującym przygotowaniu pragnie dostać się do Akademii. Świat przyszłości to republika, zamknięte państwo na wyspie, dawnej Nowej Zelandii, świat, który przeżył niemal wszystko, włącznie z epidemią. Nowe społeczeństwo też już zdążyło przejść swoją ewolucję i ma swoją historię, o której uczy się w szkołach młodzież. 

Główna bohaterka to bystra i rezolutna dziewczyna, teoretycznie przeciętna, tak jej się wydawało, ale jednak nie każdemu dane jest zdawać do Akademii. Rozmowa z komisją jest długa, pełna podchwytliwych pytań dotyczących wybranego tematu - bohatera narodowego, Adama Forde. W międzyczasie pojawiają się retrospekcje z przygotowań Anaksymandry oraz dość długie opisy scen pokazywanych jako hologramy. Właściwie na czym zasadza się sukces tej książki, co sprawia, że tak wciąga? Właśnie ten koncept. Dowiadujemy się bowiem ciągle nowych faktów o republice, do tego znamy myśli uczennicy, coraz lepiej rozumiemy samego Adama. I wręcz oczekujemy, że zakończenie tej historii ma nas czymś zaskoczyć, że jej sedno jest na ostatnich stronach, co w sumie sprawia, że już w tym aspekcie książka jest dość przewidywalna. Czy więc zakończenie wynagradza nam ten banalny manewr? I tak, i nie. Z jednej strony, Genezis ma w sobie coś wtórnego, przede wszystkim od razu narzucają się tytuły paru filmów SF, których tu nie podam, żeby nie spoilerować, poza tym wybrany zwrot akcji nie jest specjalnie oryginalny. Z drugiej strony to wszystko nie przeszkadzało mi cieszyć się lekturą :) To było naprawdę kilka przyjemnie spędzonych godzin i dobre odprężenie.

Nie jest to najlepsze SF, jakie czytałam, ale jednak solidna rozrywka. Polecam na wolny wieczór.

Ocena: 5/6

22 sierpnia 2014

W telegraficznym skrócie 5

Magdalena Grzebałkowska - Beksińscy. Portret podwójny
Pewnego dnia kupiłam tę książkę tak spontanicznie, jak jeszcze mi się nie zdarzyło. Zdzisław Beksiński to od zawsze jeden z moich ulubionych malarzy, więc przeczytanie jego biografii było dla mnie oczywiste. W nastoletnim życiu przeżyłam też epizod pewnej fascynacji Tomkiem - dziennikarzem radiowej Trójki i felietonisty Tylko Rocka. Portret podwójny zaskoczył mnie szczegółami, wręcz ich przesytem, jakby autorka nie mogła się zdecydować na odrzucenie niektórych, nie chcąc nic stracić. Chcę jednak podkreślić, że biografia ta to kawał dobrej roboty. Zaskoczył mnie obraz jaki się z niej wyjaśnia, obraz kilku pokoleń Beksińskich, tego jak członkowie rodziny na siebie wpływają, jak wybory jednych determinują życie innych, a jak czasem jesteśmy bezsilni, sama nie wiem wobec czego, genów? No bo chyba nie fatum? W to już nie wierzę. Jednak jest coś ciężkiego w tej rodzinie, jakaś spirala, która doprowadziła, że wszyscy wymarli, jakby ich nigdy nie było. Brrrr....


Charlotte Brontë - Profesor
Raczej rozczarowanie. Główna postać jest wyjątkowo niewyrazista, wręcz miałka. Podział na bohaterów pozytywnych i negatywnych oczywisty niemal do bólu, no może z wyjątkiem Hunsdena. Do tego fabuła dość szybko stała się dla mnie zbyt oczywista. Niby książka poprawna, nie razi, czytałam ją z umiarkowanym zainteresowaniem, ale bez żadnych myśli o jej porzuceniu, jednak to nie to, po prostu. Dziwne losy Jane Eyre napisała później, więc może stąd moje zastrzeżenia; nie zaczęła najgorzej w każdym razie.




Arthur C. Clarke - Koniec dzieciństwa
To pozycja, która uprzyjemniała mi wyjazd wakacyjny i żal mi było, że tak szybko się skończyła. Pomysł na jej powstanie jest fantastyczny (ta okładka to jednak brzydki spoiler, odebrała mi istotny moment zaskoczenia!!!). Napisana jest swobodnie, fabuła wciąga, czytelnik skręca się z ciekawości, a zakończenie w taki sentymentalny sposób przypomniało mi Wellsa. Clarke to zdecydowanie świetny pisarz, który zaskakuje oryginalnymi pomysłami i wie jak poprowadzić akcję. Czy mogę jeszcze raz to wykrzyczeć: jakże ja lubię science-fiction? :)





Imre Kertész - Los utracony
Literacka Nagroda Nobla 2002
Dawno już nie sięgałam po literaturę związaną z holocaustem. Noblista? Póki co, po tym jednym tytule, Nobel dla Kertésza jest dla mnie raczej zaskoczeniem. Wiem, że to może zabrzmieć arogancko, ale naprawdę czytałam o wiele lepsze książki dotyczące tego tematu. Może czepiam się, bo to powieść? A że oparta na doświadczeniach pisarza to już inna sprawa. Jakoś mnie ten główny bohater nie przekonał, bardziej przypominał manekina. Zwłaszcza jego życie wewnętrzne przed obozem w ogóle nie przypomina nastolatka, na rzeczywistość patrzy jak przez mikroskop, jakby nic nie czuł, żadnych skrajnych, gwałtownych uczuć, wyprany z emocji; całuje się z dziewczyną i nic? Na serio nic? Relacjonuje jakieś wydarzenia jak dziennikarz, nienaturalnie. Kertész chyba już w ogóle nie pamiętał jak może myśleć młody chłopiec, zrobił z niego suchego starca nawet jeszcze przed wszystkimi katastrofalnymi wydarzeniami. Ja tego nie kupuję. Nie jest to zła książka, czytałam ją z zaciekawieniem, jednak moje przemyślenia po jej lekturze nie są zbyt zachęcające, zdaję sobie z tego sprawę. 

20 lutego 2013

Philip K. Dick - Labirynt śmierci

Wydawnictwo: REBIS, 2000
Pierwsze wydanie: A Maze of Death, 1970
Stron: 200
Tłumacz: Arkadiusz Nakoniecznik

Spodziewałam się czegoś lepszego, prawdę mówiąc. To raczej znana książka Dicka, a jednak ukazuje ona słabości warsztatu tego pisarza. Po opisie z okładki (14 ludzi na planecie Delmak-O, nie wiedzą co tam mają robić i nagle zaczynają ginąć) spodziewałam się chyba jakiejś  wersji SF Dziesięciu Murzynków Christie.

Książka ta nie ma jednak nic wspólnego z kryminałem (co nie jest moim zarzutem), z drugiej strony nie za dużo w niej też tego pierwiastka technicznego. Opisy planety, żywych istot i przedmiotów delmakowskich są mało precyzyjne, trudno zagłębić się w ten świat, gdy umysł nie ma punktu zaczepienia, żeby plastycznie sobie to wszystko wyobrazić i uwierzyć w jego prawdziwość (świata, nie umysłu). Przypominało to trochę dekoracje z dykty rodem z westernów klasy C.

Sama historia ma spory potencjał. Są w niej momenty, gdy autor miał całą moją uwagę, bo właśnie jeden z bohaterów sugerował jakieś interesujące wyjaśnienie zdarzeń na planecie. Świetnie wymyślił lina, koło którego można położyć kartkę z pytaniem, a on wyprodukuje inną z tajemniczą odpowiedzią. No i oczywiście zakończenie. Sama końcówka trochę straciła tempo, a w sumie była najlepszym punktem powieści, jednak i tak doceniam to rozwiązanie, nawet teraz wydaje się być bardzo nowoczesne. Jak to u Dicka jest sporo o religii (tym razem opartej na kompletnym systemie wymyślonym przez pisarza i Williama Sarilla) oraz chyba stały (?) motyw Jezusa (lub kogoś podobnego). Pachnie to małą obsesyjką ;) Bardzo przyjemną, nota bene, lubię takie wtręty.

Moim największym zarzutem jednak wobec Labiryntu śmierci jest płaskość i płytkość postaci. Szybko mi się myliły ich imiona, choć niby byli bardzo od siebie różni. Do tego oni sami w ogóle nie nie przykuwają uwagi, nie ma nawet na kim się skupić, są bezkształtną masą, której los był mi od początku do końca całkowicie obojętny. Wydaje mi się, że gdy stawia się na zabijanie swoich bohaterów, to powinno się najpierw coś zrobić, aby czytelnik przejął się samym faktem ich śmierci. A tak poziom napięcia w skali o 1-10 oscylował u mnie w okolicy 1-2.

Ocena: 3,5/6

P.S. O co chodzi z tą okładką? ;)

13 września 2012

Philip K. Dick - Valis

Wydawnictwo: Rebis, 2005
Pierwsze wydanie: Valis, 1981
Stron: 255
Tłumacz: Lech Jęczmyk

Za drugim podejściem sławny Dick wreszcie pokazał mi czemu jest taki ważny dla SF! Zdecydowanie tę książkę powinnam przeczytać jako pierwszą; i pomyśleć, że czekała sobie spokojnie na mojej półce...
Nazywa się to mimesis. Albo mimetyzm. Stosują to niektóre owady. Naśladują inne rzeczy: czasami inne jadowite owady, a czasami gałązki i tym podobne. Niektórzy biolodzy i przyrodnicy spekulowali na temat możliwości istnienia wyższych form mimetyzmu, ponieważ formy niższe - to znaczy takie, które wprowadzają w błąd istoty, na które są ukierunkowane, ale nie na nas - znajdujemy wszędzie wokół siebie. 
A gdyby tak istniała wyższa forma świadomego mimetyzmu, której ludzie (poza nielicznymi wyjątkami) nie byliby w stanie wykryć? I gdyby mogła być wykryta tylko wtedy wówczas, kiedy sama chciałaby być wykryta? A więc właściwie wcale nie wykryta, gdyż w tej sytuacji to ona sama porzucałaby swoje zamaskowanie, żeby się ujawnić."Ujawnienie" może w tym przypadku znaczyć to samo co "teofania". Zdumiona istota ludzka mówiłaby, że widziała Boga, podczas gdy w istocie widziałaby tylko wysoko rozwiniętą formę życia pozaziemskiego (...) (s. 74-75)
Sam opis na okładce jest intrygujący: "Valis" jest pokłosiem przeżyć Dicka z 1974 roku, według jednych oświecenia, innych - załamania. Nie wiem jak było, nie mniej jednak to jedna z ostatnich jego powieści, napisana w sumie na kilka lat przed śmiercią. Naprawdę jestem ciekawa w jakim był wtedy stanie, ponieważ Valis jest mocno autobiograficzny. To zupełnie pokręcona historia, po prostu - totalny odlot!
Parsifal jest jednym z tych spiralnie pokrętnych dzieł kultury, po kontakcie z którym człowiek ma poczucie, że czegoś się dowiedział, czegoś cennego, a może nawet bezcennego, ale po głębszej analizie nagle drapie się po głowie w głowę i powiada: "Chwileczkę, przecież to nie ma sensu". Już widzę, jak Ryszard Wagner stoi przed bramą do Raju. "Wpuśćcie mnie, powiada. Jestem autorem Parsifala. Jest tam o świętym Graalu, Chrystusie, cierpieniu, litości i uzdrowieniu". A oni na to: "Wiemy, czytaliśmy i to się nie trzyma kupy". I TRZASK mu bramę przed nosem Wagner ma rację i oni mają rację. To kolejna chińska pułapka na palec. (s. 140) [mój ulubiony fragment! Dokładnie tak samo jest z Valis :)]
Początkowo nic specjalnego się nie dzieje, ot jakiś wariat, jego przyjaciele, następnie pokazuje się sam Dick jako on sam, niezbyt jeszcze znany pisarz sf. Rozmawiają o jakichś abstrakcyjnych, aczkolwiek interesujących sprawach. I potem nagle widać rysy w narracji: główny bohater Koniolub Grubas stapia się razem z pisarzem, następnie znowu jest osobnym bytem - klasyczny przykład rozdwojenia jaźni. A sama historia zmierza coraz bardziej w stronę pokoju bez klamek, a jednocześnie jest tak fascynująca, że co chwila przyklejałam fiszki przy najlepszych fragmentach. Kurczę! O czym to jest, co by tu napisać. No to może czym jest VALIS? To Vast Active Living Intelligence System. Coś w rodzaju Boga, czasem opisywanego jako sztuczna (?) czy obca inteligencja. Prawdę mówiąc, mam trochę mętlik w głowie.
 - Ale to co innego uznać coś intelektualnie, a co innego przekonać się, że to prawda! (s. 168)
Jakby nie patrzeć Dick przyjemnie mnie zaskoczył swoim oczytaniem i orientacją w różnych systemach religijnych. Valis jest fenomenalnym zlepkiem przemyśleń na temat Boga, boskości, religii, ludzkości. To wręcz książka filozoficzna. Pełno tam odniesień do różnych myślicieli, Biblii, gnozy, kabały i wielu religii. A to wszystko skąpane jest w czystym szaleństwie, jednak zakończenie jest na tyle niejednoznaczne i otwarte, że człowiek zamyka tę książkę z głupią miną i poczuciem, że właściwie nie ma pojęcia co akurat przeczytał! Naprawdę polecam - ja się przekonałam, że faktycznie chcę przeczytać książki tego pisarza, wyławiając z tych sensacyjno-przygodowych (które przeczytam dla rozrywki), te, które dorównują swoim intelektualnym poziomem Lemowi. Valis jest zdecydowanie jedną z nich. Aha, życzyłabym sobie tylko, aby było więcej przypisów od tłumacza.

Ocena: 5/6

***

#18 Twoja ukochana książka, której już nie można kupić

Z ulgą przyznaję, że takiej nie ma. Przejrzałam antykwariaty i książka, o której myślałam (Tarkowski Andrzej - Kompleks Tołstoja ) jest do kupienia, choć przyznaję - cena jest zdecydowanie zbyt wysoka jak na moje możliwości.

21 lipca 2012

Stanisław Lem - Dzienniki gwiazdowe

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2012
Pierwsze wydanie: 1957
Stron: 385

Jest dużo wydań Dzienników, zawierają też różne opowiadania, od tych najwcześniejszych, z lat 50., do najpóźniejszych - z początku lat 80. Pewnie będę szukać tych, których nie ma w tym wydaniu.

Gdzieś wyczytałam, że to bardzo przystępna pozycja Lema, ale mnie nie czytało się jej łatwo. Jest w niej dużo poważnych, ciężkich gatunkowo spraw opakowanych w celofanik humoru, absurdu jeszcze bardziej pokracznego niż u Monty Pythona. Więc tak, uśmiałam się, choć nie jest to humor łatwy, może czasem przytłaczać neologizmami i pewnym nalotem staroświeckości. A jednak mimo tego śmiechu - ileż powagi tam znalazłam...
(...) w poszukiwaniu nowych oporów, bo ich już ludzie ludziom nie stawiają, odnajduje się je w świecie i w sobie i wybiera się za przeciwnika siebie i świat, żeby z obojgiem walczyć i oboje sobie podporządkować. A kiedy i to się nie udaje, otwiera się otchłań wolności, ponieważ im więcej można czynić, tym mniej się wie, co czynić należy. Zrazu kusi mądrość, lecz z dzbana wody na pustyni staje się ona takim dzbanem wśród jeziora (...). O ile jednak dążenie do mądrości wydaje się dostojne, nie ma dostojnych argumentów na ucieczkę z mądrości, nikt bowiem nie oświadcza wtedy głośno, że pragnie otępienia, a jeśliby, nawet pragnąc, miał tę odwagę wyznań, to dokąd się ma właściwie cofnąć? (...) Straszliwie mądry wśród podobnych sobie, staje się karykaturą mądrości (...). (Podróż dwudziesta pierwsza, s. 178)
Bardzo mi się podobają te wydania Lema, które na końcu mają posłowie Jerzego Jarzębskiego. Wydawnictwo Literackie je zachowało, całe szczęście. On tak prosto a precyzyjnie ujmuje słowami to, co wynosi się z lektury tych książek. Na przykład ten fragment: Zgodnie z poetyką filozoficznej powiastki, Ijon Tichy, lecąc w Kosmos, dociera więc wciąż na Ziemię i z ludzkimi wciąż kłopotami musi się borykać (s. 381). Tytułowe Dzienniki są bowiem zapisem przygód tegoż kosmonauty i obieżyświata. Opisuje on swoje liczne podróże oraz przytacza anegdoty, których akcja dzieje się na Ziemi. Do Pirxa bym go jednak nie przyrównała, ponieważ Tichy równi się od niego charakterem (to odważny optymista, brylujący w towarzystwie), poza tym jego przygody można czytać w dowolnej kolejności, bohater nie ewoluuje, nie dorasta.
W dodatku wyrzucona za burtę wołowina, zamiast ulecieć w dal, nie chciała opuścić pobliża rakiety i krążyła wokół niej jako drugi sztuczny satelita, powodując regularnie co jedenaście minut i cztery sekundy krótkotrwałe zaćmienie Słońca. Aby uspokoić nerwy, obliczałem do wieczora elementy jej ruchu, jak również perturbacje orbity, wywołane krążeniem utraconego klucza. Wypadło mi, że przez najbliższych sześć milionów lat wołowina będzie wyprzedzała klucz, wirując wokół statku po torze kołowym, aby potem go prześcignąć. (Podróż siódma, s. 14) [płakałam na tym ze śmiechu:]
O nawiązaniach do ówczesnych kwestii polityczno-ideologicznych pisać nie będę, chętni sobie to gdzieś znajdą. Bardziej mnie interesuje uniwersalna strona twórczości Lema. W tym zbiorze akurat pisarz bierze na warsztat kilka problemów natury filozoficznej: pisze o Bogu, o granicach wolności i poznania, o subiektywnym postrzeganiu zmysłowym. Nieraz w trakcie lektury przypominały mi się teorie z książki 50 teorii filozofii, które powinieneś znać, a raz czy dwa nawet film Matrix (!). I to zrobiło na mnie ogromnie wrażenie, zwłaszcza bardzo trudna, ale wybitna Podróż dwudziesta pierwsza.

Książka ta nie nadaje się raczej dla początkujących lemowców. Obawiam się, że poprzeczkę może zawiesić za wysoko, a nie nazwałabym ją też przesadnie wciągającą (w końcu to opowiadania). To coś dla zagorzałych fanów, dla entuzjastów filozofii, dla ciekawych jak pisarz kpił sobie z cenzury, ale też dla ludzi żądnych śmiechu.
Dzień zapowiadał się kiepsko. Bałagan, panujący w domu od chwili, kiedy dałem służącego do remontu, rósł. Niczego nie mogłem znaleźć. W kolekcji meteorów zalęgły się myszy. (...) Ten elektroniczny bałwan schował ścierki razem z chusteczkami do nosa. Powinienem był dać go do generalki, już kiedy zaczął mi pastować buciki od środka. (Podróż jedenasta, s. 36)
Ocena: 4,5/6

2 maja 2012

Rakietowe szlaki 1

Wydawnictwo: Czytelnik, 1978
Stron: 213
Tłumacze: Julian Stawiński, Jan Zakrzewski, Krzysztof Zarzecki

Można się ciut pogubić w tym zatrzęsieniu serii Rakietowych szlaków, ale już doszłam co i jak. Najpierw były po prostu Rakietowe szlaki Czytelnika z 1958r. Potem w latach 70. zbiór ten podzielono na dwa tomy (u mnie vol. 1). Natomiast od 2011 roku Solaris wydaje kontynuację tej serii, doszli już do 5 tomu (częstotliwość wydawania trochę zaskakująca).

Do rzeczy. W tej odsłonie znajdziemy 10 opowiadań głównie amerykańskich autorów, z wyjątkiem Brytyjczyka Clarke'a. Pochodzą one z końca lat 40., i samego początku 50., a przyznać im trzeba, że bronią się znakomicie i nie mogę powiedzieć, żeby się zestarzały. No, nie licząc Lilii życia pióra Jamesona, bo to taka propaganda imperialnego myślenia rodem z XIX-wiecznej Anglii, że aż się źle robi. Najniżej je oceniłam, ale nie mogło być inaczej, gdy pisarz tubylców na Wenus (sic!) pokazuje jako tumanów, z których można zrobić darmową siłę roboczą. Za to totalna agitka to Pomocna dłoń Andersona, jednak - uwaga! - choć minęły już czasy w jakich to pisano (realizacja planu Marshalla) jak i okoliczności geopolityczne odeszły do historii, to ta opowieść wydobywa z siebie uniwersalne przesłanie, którym jest ostrzeganie przed amerykanizacją życia i innych kultur :) Oprócz kiepskich Lilii życia zbiór zawiera jeszcze raczej słabe Nadejdą deszcze Bradbury'ego i Skalnego nurka Harrisona. Pierwsze opisuje koniec świata, jednak, choć króciutkie, szybko się nuży; drugie natomiast zawiera błyskotliwy pomysł "pływania" w skałach, skręca jednak w stronę taniego sensacyjniaka. Jest jeszcze Zaczarowane miasto, które świetnie się kończy, jednak na tę ciekawą puentę każe za długo czekać. Za to cała reszta jest wręcz świetna, postawiłam nawet szóstki trzem tytułom! Ale po kolei.

Staroświecka Czarna walizeczka Kornblutha właściwie zagrała na nosie gatunkowi, bo dzieje się w zwykłej rzeczywistości przez większość czasu. Od razu przypomniał mi się film Idiokracja; widać, że już wcześniej martwiono się, że ludzkość zmierza ku oceanom głupoty. Następnie Zajmujący sąsiedzi Finneya - z miejsca wciągają, bawią, a potem zaskakują pomysłem jak nietypowo ludzie mogliby kiedyś wykorzystać maszyny czasu. Instynkt myśliwski Sheckleya jest przezabawny! Pomysł spojrzenia na człowieka z punktu widzenia obcego przyjął też Clarke w Wyprawie ratunkowej. Dla mnie to opowiadanie to perełka, koniecznie chcę przeczytać jego inne książki, a na półce czeka wyczekana Odyseja kosmiczna 2001. Opisał nie tylko koniec naszego świata, ale też życie w całej galaktyce, zarysował panujący w niej pokój i współpracę różnych ras (w tym najbardziej interesujących Paladoran), a zakończył po prostu WIELKIM BUM! 

A na koniec deser i ostateczna zachęta do lektury: Samotna planeta Leinstera. Po prostu całkowity opad szczęki. Jestem niemal pewna, że to opowiadanie w 1958 roku czytał Lem, a 3 lata później napisał Solaris, bowiem początek historii Leinstera to właśnie koncept żywej, tajemniczej planety! Na tym się jednak wspaniałość tej próbki nie kończy - Alyx potrafi się uczyć, staje się potęgą intelektualną, nawet zmienia swe położenie, a marzy tylko o jednym - by ktoś na niej mieszkał. Nie wiem co trzeba brać, żeby pisać tak niezapomnienie rzeczy :) Jak szkoda, że w Polsce pojawiał się tylko w antologiach.

Jednym słowem: polecam, a sama zaczynam polowanie na cz.2.

Ocena: 5/6

***

Jeszcze małe info. U Zbyszka na blogu W zaciszu biblioteki ruszyła Lista najlepszych książek wg blogerów. Trzeba: przemyśleć jakie książki są dla Ciebie, czytelniku i blogerze, absolutnie najlepsze (z całej historii literatury), następnie dokonać miliona kompromisów (miejsc jest tylko 20), pobić się ze sobą, bezustannie myśleć o trudzie podjęcia decyzji, przesuwać, wyrzucać z listy i dodawać, powstrzymywać się od łez i obgryzania paznokcie i voilà! Lista gotowa i takową należy zamieścić albo w komentarzach u Zbyszekspira, albo wysłać do niego na maila. Zachęcam :)

29 marca 2012

Stanisław Lem - Opowieści o pilocie Pirxie

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2011
Pierwsze wydanie: 1968
Stron: 517

Jestem tym szczęśliwym rocznikiem, który nie przerabiał Lema w szkołach. Nie zmuszano mnie do czytania ani Bajek robotów, ani Opowieści... Jako ok. 12-letni smark nie byłabym w stanie tego docenić, a co dopiero zrozumieć. Wrzucenie Lema do lektur szkoły podstawowej uważam za poroniony pomysł, godny kogoś, kto chyba nigdy nie czytał książek tego autora, i/lub uważa fantastykę jako taką za literaturę niskich lotów, ot, rozrywka dla dziatwy, która musi jeszcze dorosnąć do takiej licealnej Zbrodni i kary czy Medalionów. Bzdura. I to wierutna.

Lem jest wielki, Lem jest do tego wyjątkowy wśród polskich pisarzy. Nikogo nie kopiował, bo i nie miał jak. Niech będzie, że i syfiasty PRL zrodził też dobre owoce, bo kto wie, co by takiego nasz geniusz napisał, gdyby dysponował dostępem do całego ówczesnego kanonu SF, byłby zalewany telewizyjnym chłamem kolorowej telewizji i kiczowatymi reklamami na każdym kroku? Bez chaosu informacyjnego wyobraźnia działa na zwiększonych obrotach.

Wracając jednak do książki. Podoba mi się w niej główny bohater: powściągliwy, zamknięty w sobie Pirx. Niezwykle inteligenty, ale nie mający o sobie zbyt wysokiego mniemania. Siłą rzeczy opowiadania dotyczą jego życia zawodowego, które zasadniczo dotyczyło eksploracji i eksploatacji naszego Układu Słonecznego. Lepiej czuje się w kosmosie, niż na Ziemi, statki kosmiczne są dla niego jak drugi dom. Wreszcie mogłam docenić Lema, jako autora, który potrafi zbudować postać, wręcz nie ucieka od tego. I robi to bardzo konsekwentnie, ponieważ Pirx w każdym z 10 opowiadań jest coraz starszy, bardziej doświadczony, zwraca uwagę na inne problemy i zwyczajnie widzi więcej. Do tego Lem ma rzadką umiejętność wciągania czytelnika w przedstawiony świat bez tych fajerwerków, bez szalonych point i  nieprawdopodobnych zwrotów akcji. Fabuła jest spokojna, narracja przyjemnie, choć wymagająco staroświecka - pełna opisów i długich akapitów, "gęsto" pisana, przy niewielkiej ilości dialogów. 

Nie wiem jak można by coś takiego dać dzieciom w VI klasie podstawówki? Po co ich zniechęcać do czytania? Dla nich przecież jest mnóstwo książek przygodowych, z wartką akcją, zakręconą fabułą i mnóstwem dialogów. Opowieści o przyjaźni i zwyciężaniu zła. Lem nie serwuje przecież dziecięcego spojrzenia na życie. Owszem, w pierwszym opowiadaniu "Test" Pirx jest jeszcze nieopierzonym kadetem, śmiałam się w głos w trakcie lektury, jednak potem zaczyna poważnieć i tak stopniowo wyłania się temat przewodni Opowieści. Mianowicie zderzenie świata człowieka z maszynami, konsekwencje nieuchronnego postępu technicznego i wnikanie kolejnych wynalazków do naszego życia. Co więcej, Lem po mistrzowsku zauważa, że choćbyśmy nie wiem jak poszli daleko w nowoczesność, w gruncie rzeczy i tak będziemy tacy sami. To, że ludzie wkraczają w kosmos, nie sprawia, że nagle zamieniają się w anioły. Dlatego też nie można oczekiwać od tych nowych Kolumbów, że będą szlachetnymi doskonałościami, ponieważ natura ludzka jest niezmienna, a nasze przywary jej częścią. I jeszcze jedno: pisarz w zabawny sposób przeniósł peerelowską biurokrację w przyszłość. Fabuła dowodzi, że ukrócenie papierologii stosowanej nam nie grozi nawet w przypadku wysyłania statków kosmicznych :)

Książka jest świetna - poważna, momentami zabawna, pokazująca ciekawy punkt widzenia na roboty i ludzkie zaufanie do ich nieomylności. W kwestii techniki momentami trąci myszką, jednak nie nadmiernie. Tradycyjnie, Lem przemyca na niemal każdy pokład czy stację kilogramy książek w wersji papierowej ;) A tak na marginesie, sam był średnio zadowolony z tego zbioru (link).

Szczególnie mi się podobały: Test, Patrol, Terminus, Opowiadania Prixa (the best!) i Rozprawa.
Ciekawe spostrzeżenia Ziuty na temat rzekomego nudziarstwa Lema - warto przeczytać

Ocena: 5/6

2 marca 2012

Mistrz w nowej oprawie; SF mon amour

 Dwie sprawy.

Po pierwsze, jak już pewnie niektórzy wiedzą, Wydawnictwo Literackie zdecydowało się wznowić publikację książek Stanisława Lema. Oczywiście, to miód na moje serce, a dziś była jego pierwsza "dostawa", ponieważ otrzymałam rano 3 pierwsze książki: Bajki robotów, Opowieści o pilocie Pirxie i Dzienniki gwiazdowe :D Początkowo byłam nieco sceptycznie nastawiona do okładek autorstwa Przemysława Dębowskiego, jednak muszę przyznać, że na żywo prezentują się o wiele lepiej. Nazwisko pisarza jest tłoczone i ma się trochę wrażenie, że to naklejka na okładce. Poza tym ładne są kolory, a dodatkowo całość okładki pokryta jest błyszcząco-matowym wzorkiem z trójkątów (widoczne tylko pod światło). Jest jeszcze jedna zaleta tego nowego wydania: moja ulubiona korektora, pani Bożena Korbut, była odpowiedzialna za redakcję techniczną, więc o poprawność językową można być spokojnym ;) Wszystkie książki zawierają też posłowie Jerzego Jarzębskiego, tak jak dawniej.
Ponieważ o Bajkach robotów już kiedyś u siebie pisałam, tym razem tylko nowa okładka, mała zajawka i link do recenzji. Pozostałych dwóch książek jeszcze nie znam, więc następne w kolejce są już Opowieści....


Ogromne zaskoczenie! Ta książka otworzyła nowe rejony w s-f, do czego u Lema można się przyzwyczaić (żartuję, nie można, nie mogę opanować dumy, że to mój krajan ;) Wyobrażam sobie scenkę: planeta gdzieś w odległej galaktyce, siedzi robot w fotelu w swoim domku, wokół niego zgromadzone wnuczęta-robociątka i słuchają z przejęciem historii o stworzeniu świata, o wielkich wynalazkach, o dziwnych maszynach, a także jakieś tajemnicze legendy o egzotycznych stworzeniach, które trudno zrozumieć. Te stworzenia to, oczywiście, my! Sam pomysł jest wręcz genialny w swojej prostocie, a jednak to, co Lem wyczynia w książce sprawia, że czytelnik ma wrażenie jakby podróżował sobie po Kosmosie, gdzieś bardzo, bardzo daleko, za siedmioma galaktykami i siedmioma Słońcami...

Reszta --> TUTAJ


***
Po drugie, odkryłam niedawno bardzo ciekawą stronę, która może być przydatna dla osób uczących się angielskiego (poziom upper-intermediate+) lub tych, którzy nie chcą tracić kontaktu z językiem po skończeniu jakichś zaawansowanych kursów, a BBC ich nudzi/nie mają na to czasu, a jednocześnie lubiących fantastykę. Mianowicie, pewien żongler (sic!), i to znany (jego strona na wiki), Luke Burrage, prowadzi bloga, na którym recenzuje każdą przeczytaną  książkę s-f, nagrywając podcasty (do wysłuchania na jego stronie lub na mp3). wysłuchałam już kilku jego nagrań (o książkach, które miałam okazję czytać) i bardzo sobie to chwalę. Zależało mi, żeby słuchać pocastów Brytyjczyków zg na akcent, a Luke pochodzi z Kentu i mówi dokładnie tak, jak lubię. Do tego temat mnie interesuje, czyli science-fiction, łączę więc przyjemne z pożytecznym. Nagrania trwają od 10 do nawet 50 minut, więc słucham ich sobie w tle, gdy mam wolny kwadrans i gram w jakąś prostą grę niewymagającą myślenia. Jedyny minus, to to, że Luke może nie spoileruje, ale faktycznie duże mówi o samej treści. Tak z połowę nagrania. Drugą połowę omawia styl autora, wskazuje potknięcia, porównuje dany tytuł z innymi, określa podgatunek. Tę część lubię najbardziej, ponieważ jest on o wiele bardziej oczytany ode mnie i czasem , gdy pamiętam, jak ja się czymś entuzjazmowałam, on stwierdza trzeźwo- ee, to już było od 20 lat w literaturze sf, ograny motyw i zaczyna wymieniać nazwiska ;) Poza tym łatwo wyłapuje luki w fabule, coś, czego czasem nie zauważam, gdy sama historia mnie bardzo wciągnie (np. Hyperion). Z tego powodu postanowiłam nie słuchać na razie tych podcastów o książkach, które są mi nieznane. Ogólnie - cieszę się, że trafiłam na jego stronę i polecam. Marzy mi się, żeby omówił coś Lema, może mu kiedyś zasugeruję, ciągle prosi na koniec o propozycje, a swego czasu czytał Strugackich, więc mój Mistrz chyba by go jakoś nie zszokował.

To jego strona: Science Fiction Book Review Podcast
Przykładowy podcast: Dan Simmons-Hyperion 48 min.

28 lutego 2012

Frederik Pohl - Gateway: Brama do gwiazd

Wydawnictwo: Wydawnictwa "ALFA", 1987
Pierwsze wydanie: Gateway, 1977
Stron: 247
Tłumacz: nie podano, ale wiki mówi, że byli to Magdalena Iwińska i Piotr Paszkiewicz

Nagroda NEBULA 1977
Nagroda HUGO 1978
Nagroda Campbella 1978

Ważna książka dla gatunku science-fiction i jednocześnie początek cyklu o Heechach. Ciągle jetem na etapie totalnej fascynacji kanonem s-f i mam frajdę jak dziecko odkrywając coraz to nowe perełki, ale nowe tylko dla mnie, bo najczęściej napisane kilkadziesiąt lat temu. Co za książki kiedyś pisano! Co ciekawe, autor Gateway żyje i ma teraz...93 lata.

Robinette Broadhead (mężczyzna, wbrew pozorom) nie jest interesujący. Nie jest nawet miły. To przeciętniak, nudziarz i straszny tchórz. Chodzi do swojego psychiatry, a w rzeczywistości nawet nie chce wyleczyć się z depresji. Ważne jest natomiast gdzie się jej "nabawił". I tu właśnie pojawia się jego opowieść o Gateway, asteroidzie, na którym odkryto tysiące statków zbudowanych przez dawną cywilizację Heechów. Każda z tych maszyn ma już ustawiony cel i czasem  śmiałkom udaje się nawet odkryć coś nowego. Każda taka nowinka, np. nowy metal, ma niebagatelne znaczenie dla ludzkości, bo choć skolonizowała kilka planet w swoim Układzie Słonecznym, to jednak cierpi na głód i przeludnienie, a ludziom generalnie nie żyje się dobrze. Haczyk tkwi w tym, że czasem te statki nie wracają, a nawet jeśli im się ta sztuka uda, to bywa, że załoga jest martwa. Zwróćcie uwagę na okładkę - to jest właśnie Gateway (wspaniała robota!), a te guzki to statki.

Pomysł - miodzio, a Pohl to szczęściarz, że na niego wpadł, podejrzewam, że to musiała być kura znosząca złote jaja w swoich najlepszych latach, zwłaszcza, że pisarz zdecydował się na napisanie całego cyklu. Do tego z wyczuciem dawkuje informacje dotyczące ich rozwoju, wynalazków, sytuacji na Ziemi, różnic społecznych (bogaci-biedni). Od razu zrodziła się we mnie myśl, że na 1 części się nie skończy, przecież muszę dowiedzieć się więcej o tych istotach :) Ponadto, obok wątku czysto science, jest też i miejsce na ludzkie losy i emocje. W przypadku Broadheda to głównie poczucie winy i zjadające go wyrzuty sumienia, wiele z tego ujawnia na sesjach ze swoim komputerowym terapeutą, stąd też rozdziały przytaczające ich rozmowy przeplatają się z tymi, gdy bohater wspomina swoje życie na asteroidzie. No i jeszcze to zakończenie, wbija się w pamięć, zwłaszcza koncept z muchą uwięzioną w bursztynie.

Ocena: 5/6

6 lutego 2012

Dan Simmons - Hyperion

Wydawnictwo: Amber, 1994
Pierwsze wydanie: 1989
Stron: 296 (I tom) + 325 (II tom)= 621
Tłumacz: Arkadiusz Nakoniecznik

Nagroda HUGO 1990

Takiej książki mi właśnie teraz trzeba było - przy której życie zawiesza się na kołku, inne lektury idą w kąt, a człowiek pożera oczami każdą stronę! Ach, znowu poczułam magię czytania :)

Takie SF, to ja rozumiem: wciągająca historia, różnorodni bohaterowie, tajemnica i opis przyszłości. A do tego, choć to jednak książka rozrywkowa, poutykane nawiązania do literatury czy popkultury i garść starych jak świat pytań retorycznych natury egzystencjalnej ;) Pomysł jest prosty: czytelnik towarzyszy pielgrzymce siedmiu osobom, wśród których jest kapłan, uczony, poeta, detektyw, konsul, kapitan i żołnierz. Ich zadaniem jest dotarcie do Grobowców Czasu na Hyperionie, gdzie spotkają Chyżwara - legendarną istotę, której istnienie, cele i możliwości stanowią zagadkę dla całego wszechświata. Do tego Hegemonia stoi na krawędzi kolejnej wojny z Intruzami. Simmons w obrębie science-fiction połączył też inne gatunki: choćby powieść przygodową, obyczajową, drogi, pamiętnik czy kryminał noir, ponieważ cała książka jest przeplatana opowieściami bohaterów. Spodziewałam się, że będą one rozplanowane na 10-20 stron, tymczasem okazały się dominującym elementem Hyperiona, każda liczy od kilkudziesięciu do stu stron. Nie jestem pewna czy to dobry pomysł, znalazłam sporo opinii krytycznych wobec tego zabiegu. Faktycznie, niektóre z nich są za długie, wybijają z rytmu, no i nie wszystkie aż tak mnie wciągnęły. Niemniej jednak książkę czyta się błyskawicznie (w moim przypadku 3 dni). 
Najwięcej radości sprawiało mi korzystanie z datasfery - niemal bez przerwy żądałem jakichś informacji, ani na chwilę nie przerywając połączenia. Stałem się tak samo uzależniony od dopływu danych, jak Stado Karibu od narkotyków i stymulatorów. Bez trudu mogłem sobie wyobrazić starego don Baltazara, jak przewraca się w grobie widząc, że zarzuciłem przyjemność powolnego zapamiętywania na rzecz przelotnej rozkoszy natychmiastowego dostępu do im plantowanej wszechwiedzy. Dopiero dużo później przekonałem się, jak wysoką zapłaciłem za to cenę; Odyseja w przekładzie Fitzgeralda, Ostatni marsz Wu i dziesiątki innych, wspaniałych dzieł, które bez uszczerbku przetrwały mój udar  mózgu, teraz zostały poszarpane na kawałki, jakby za sprawa silnego wiatru. Dużo później, uwolniony od wszystkich implantów, z wielkim trudem zdołałem je sobie wszystkie przypomnieć. (s. 252, T. I)
Najbardziej mnie ucieszyło, że autor nie unika tego, co dla mnie jest bardzo istotne w tym gatunku, czyli przybliżenia technicznej strony przyszłości, zmian społecznych, politycznych, postępu w medycynie, wzmianek o historii (będącej naszą przyszłością), wspomnień o Ziemi i jej losach. Nie zalewa czytelnika falą szczegółów na wstępie, tylko powoli wprowadza te elementy. Ważnym poświęca dużo miejsca, detale (np. moda czy wygląd statków kosmicznych lub budynków) wplata do akcji. Kiedy już zastanawiałam się "a jak się przedstawia kwestia x czy y?", po jakimś czasie natykałam się na stosowne wyjaśnienie. Bardzo mi to odpowiadało, ponieważ to właśnie takie zabiegi budują opis wszechświata i sprawiają, że jest on spójny, logiczny i pozbawiony dziwnych niedopowiedzeń świadczących czasem o braku pomysłu pisarza. Tutaj wszystko zagrało: czas dzielący nas od XXVIII wieku został sensownie wyjaśniony, opisy starej ziemi i jej zagłady są fascynujące, życie na nowych planetach nadal podlega prawom fizyki, obcy wcale nie są obślizgłymi potworami, a do tego wynalazki sprawiają dobre wrażenie, choć od publikacji Hyperiona minęło już ponad 20 lat. Niektóre z nich przypominają, zresztą, nasze komórki i Internet, tyle że są bardziej zaawansowane. Muszę też pochwalić opis planet: w Sieci jest około 300 zamieszkanych, z tego Simmons opisał kilka dokładnie, gdy przenosi na nie akcję i cieszy różnorodność ich ukształtowania, fauny, flory, klimatu i zamieszkujących je ludzi. Poza tym koncept samego Chyżwara jest doskonały: jego niesamowity wygląd, tajemniczość, pochodzenie oraz  panowanie nad czasem i przestrzenią. Nic dziwnego, że część ludzi wzięła go za coś w rodzaju boga.

Gwoli ścisłości wskażę też wady tej powieści. Jak wspominałam, najważniejsze są tam retrospekcje bohaterów (niektórzy nazywają to wręcz zbiorem opowiadań). Mnie to aż tak bardzo nie przeszkadzało, za to sporym minusem jest brak właściwego zakończenia, które zapewne ma skłonić czytelnika do sięgnięcia po część drugą, nie zmienia to jednak faktu, że byłam trochę rozczarowana, kończąc książkę, a przecież i tak bym sięgnęła po jej kontynuację. Ponadto fabuła czasem za bardzo przypominała mi amerykański film akcji, konkretnie opowieść detektywa (pościg, walka, strzelanie itp.). Z małych mankamentów niech mi wolno wymienić trzy oczywiste niedopatrzenia autora: tradycyjne i ciągle bolesne porody, żniwa, przy których pracują ludzie i papierowe książki (choć raz Simmons używa wyrażenia "plastikowy papier", jednak nadal są one "plikiem kartek"). Życzyłabym sobie też nieco lepiej skonstruowanej postaci kobiecej, choć cieszy mnie, że Simmonowska bohaterka nie jest żywcem przeniesiona z lat 80. XX wieku, a walczy lepiej niż Lisbeth Larssona ;) Pozostaje mi na koniec zachęcić wszystkich do lektury, także nie-fanów SF.

Ocena: 5,5/6

14 grudnia 2011

Jerzy Żuławski - Na srebrnym globie: Rękopis z Księżyca.

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 1979
Pierwsze wydanie: 1903
Stron: 327

Trylogia księżycowa, cz. 1

Zaskakujący rok pierwszego wydania, prawda? Jak się okazuje pierwszym polskim pisarzem science-fiction jest właśnie Jerzy Żuławski, który wydał swoją Trylogię księżycową na początku wieku, jeszcze  w zaborze austriackim. Zyskał uznanie już w swoich czasach, dziś natomiast istnieje nagroda jego imienia dla najlepszych polskich utworów fantastycznych. Ekranizacja Na srebrnym globie została sfilmowana przez jego dalekiego krewnego, Andrzeja Żuławskiego. Mnie się ona podobała, jest po Żuławskiemu zakręcona, jednak wielbiciele książki zarzucali mu, że w jednym filmie wymieszał wątki z całego cyklu i tak powstała niestrawna całość, niezrozumiała dla widzów.
Nie zdziwiłbym się wcale, gdyby te stoki zasnuły się nagle tłumem ogromnych kościotrupów, z wolna w świetle ziemi idących i zajmujących miejsca widzów. Olbrzymie czaszki tych, którzy by zasiedli najwyżej, bieliłyby się na tle czarnego nieba wśród gwiazd. Zdaje mi się, że to wszystko widzę. Kościotrupy gigantów siedzą i tak mówią do siebie: "Która godzina? Jest już północ, ziemia, nasz wielki i jasny zegar, stoi w pełni na niebie - pora zaczynać". A potem do nas: "Pora zaczynać, umierajcie zatem, patrzymy..."
Dreszcz mnie przechodzi. (s. 66)
Biorąc poprawkę, że jest to SF zaledwie raczkujące, trzeba było przymknąć oko na pomysły techniczne. Wizja przyszłości jest to żadna (Ziemia opisywana jest na wstępie), wiedza o Księżycu chyba odpowiadała tamtym czasom, dodatkowo autor wymieszał to z ludzkimi fantazjami o "dark side of the Moon", a dobór załogi jest w sumie przypadkowy. Wiele razy zżymałam się i musiałam sobie wbijać do głowy: "pamiętaj, pisał to w 1901-2 roku!". Kwestie statku kosmicznego, sprzętu i ich skafandrów już nie budziły mojego sprzeciwu, Żuławski nie miał przewagi przyszłych pisarzy, którzy mogli zobaczyć zdjęcia pierwszych satelitów, sputników, rakiet i czytali sobie np. o teoriach Einsteina czy stosach atomowych.
Ludzie na Ziemi nawet nie wiedzą o tym, że większą część swej energii zawdzięczają myśli - czasem nieświadomej, że pracują nie tylko dla siebie, ale i dla tych, co przyjdą po nich. Człowiekowi chce się żyć - otóż to jest wszystko. A tymczasem śmierć nieubłagana stoi mu przed oczyma i gdyby nie znalazł wybiegu, sposobu oszukania jej - a może tylko siebie? - dalibóg, nie wierzę, aby inna myśl oprócz tej tej strasznej i paraliżującej: ja u m r ę,  mogła powstać w jego głowie! Są różne lekarstwa: jest wiara w nieśmiertelność duszy, jest wiara w nieśmiertelność ludzkości i dzieł człowieczych. Człowiek czynami swymi przedłuża własne istnienie, bo jeśli wspomni czasem o tych wiekach, kiedy jego już nie będzie, to wyobraża sobie, że jednak pozostanie wówczas jeszcze jakiś ślad jego pracy, i tak we własnych myślach staje się sam obecnym tej przyszłości, na którą już nie będzie patrzył żywymi oczyma. Ale do tego potrzeba mu wiedzieć, że będą po nim istnieli ludzie (...). Bo dzieła ludzkie są jak ludzie sami: żyją lub umierają. Dzieło, które żadnej zmiany w niczyjej świadomości nie powoduje, jest martwe. (s. 190-191)
Ta książka broni się jednak swoją warstwą psychologiczną. Bo tak: na Księżyc wyrusza grupa śmiałków (kilku mężczyzn i jedna kobieta). Mają potwierdzić czy po jego drugiej stronie ludzie mogliby normalnie żyć, oddychać powietrzem (sic!). Lądowanie jest twarde, część załogi wkrótce ginie, pozostaje trójka, która nieraz też sama żegna się z życiem, jednak ostatecznie odnajduje tę dziwną, księżycową krainę - swój nowy dom. Powieść jest pamiętnikiem jednego z członków załogi, Polaka Jana. To dzięki niemu dowiadujemy się jak ludzie ułożyli sobie życie w nowym miejscu, jak pojawia się tam zalążek nowej społeczności.
A ja myślę, jednak ciągle o tym przyszłym pokoleniu... (...) niech wiedzą, że duch ludzki jest potężny, że tworzy rzeczy wielkie i piękne, że wyszukuje Boga w złotym pyle gwiazd i siebie samego wśród ścięgien i żył ciała, że zdolny jest gorąco pożądać prawdy dla prawdy i piękna dla piękna (...). (s. 227)
Żuławski gorzko wypowiada się o człowieku jako takim. wytyka palcem jego zwierzęce instynkty, skłonność do przemocy, potrzebę mitu i religii, skłonność do podporządkowywania się liderowi. Co było też dla mnie plusem, to wyobraźnia pisarza. W swojej rzeczywistości tak opisywał ten Księżyc, że czasem miałam wrażenie, jakbym sama tam była. Nieraz aż dziwnie było oderwać wzrok od książki i zobaczyć, że jestem w autobusie...
Wszędzie źle jest człowiekowi, bo wszędzie nosi sam w sobie zaród nieszczęścia... (s. 211)
I czy to nie jest najstraszliwsza ironia, że człowiek wroga swego przenosi sam w sobie nawet na gwiazdy świecące na niebie? (s. 223)
W książce raził mnie jednak przestarzały stosunek do kobiet i opis ich charakterów, ciężko mi się to czytało. Pewnie kiedyś niektóre z nich takie były, ale teraz chyba już całkowicie wyginęły. Ponadto pisarz nie wyjaśnia jak grupa miała nadzieję wrócić na Ziemię, a przecież ta wizja przeraziła ich dopiero gdy tam wylądowali, wcześniej więc o tym nie myśleli? Wszyscy zwracają uwagę, że książka się jednak nie zestarzała. Mam odmienne zdanie, co jednak nie przeszkadza mi docenić tych warstw, które były dla mnie wyjątkowo ciekawe. I jeszcze jedno. Naprawdę trudno było mi przetrwać pierwsze 100 stron mniej więcej, już miałam się poddać, ale na szczęście ta recenzja przekonała mnie, że warto przetrzymać te trudy. Więc i ja zainteresowanym tą powieścią życzę cierpliwości.

Ocena: 4,5/6

7 grudnia 2011

Tylko cytat #3


Nagroda Nebula 1966

Zrozumiałem teraz, że głównym celem wykształcenia jest uświadomienie sobie, iż rzeczy, w które wierzyło się całe życie, nie są prawdą i nic nie jest takie, jakie się wydaje. (s. 61)

[tłum. Krzysztof Sokołowski, Prószyński i S-ka, 1996]

3 grudnia 2011

Gene Wolfe - Cień kata

Wydawnictwo: Książnica, 2007
Pierwsze wydanie: The Shadow of the Torturer, 1980
Stron: 328
Tłumacz: Arkadiusz Nakoniecznik

cz. 1 cyklu Księga Nowego Słońca

Kolejna książka zaliczana do kanonu science-fiction. Trochę mnie odstraszył jej opis, więc w schowku wpadła do kategorii "ewentualnie", jednak jest to pewna ciekawostka fantastyki i ostatecznie jej przeczytanie nie było stratą czasu. Poza tym, wyjątkowo zadziałały na mnie zachęty innych pisarzy na okładce, ale jak już chwalą tacy ludzie jak Le Guin czy Dukaj, to zmienia postać rzeczy. Nieco mnie jednak dziwi tag s-f, ponieważ Cień kata to bardziej fantasy, z lekkim odcieniem SF. Możliwe, że w kolejnych częściach ta kwestia się wyjaśni, ponieważ przyznaję, że w trakcie lektury każde zaburzenie konwencji fantasy (np. użyte słowo "kable" w opisie lochu oraz zaburzenia czasu i przestrzeni) wywoływały moją lekką konsternację.

 Nietypowy w tej książce jest na pewno główny bohater - Severian (co cudnie kojarzyło mi się z imieniem Severus;). Po pierwsze dlatego, że jest właśnie katem, szanuje swój zawód i przemoc nie budzi w nim sprzeciwu. Po drugie nie jest ani szlachetny, ani szczególnie odważny, ani zadziwiająco mądry. Nie jest też typkiem spod ciemnej gwiazdy, to niepokojąco normalny gość. Co ciekawe, on i jego krajanie nie są wyzbyci swojej seksualności jak to często bywa w powieściach fantasy. Ponadto świat planety Urth (planety, podkreślę!) jest dziwną mieszanką motywów fantasy z sci-fi. To wszystko zdecydowanie przykuło moją uwagę, choć fabuła może nie zawładnęła całkowicie moim czytelniczym sercem. Zaczyna się spokojnie, Severian jest uczniem, potem czeladnikiem w konfraterni katów. Jedna jego decyzja sprawia, że zostaje wysłany na północ i od tego momentu jest to już powieść drogi. Poznaje nowych ludzi, przeżywa liczne przygody, czasem aż za absurdalne, dzieją się wokół niego tajemnicze rzeczy. Czasem to całe zamieszanie mnie trochę irytowało, jednak podejrzewałam, że pisarz chyba nie bez przyczyny skręcał w, na pierwszy rzut oka, ślepy zaułek, aby móc wpleść jakiś istotny symbol, czyjeś imię lub może nawet artefakt, które teraz mogą się wydawać bez znaczenia, ale nabiorą go pewnie w kolejnych częściach cyklu.

Nie jestem jeszcze całkowicie przekonana do mariażu tych dwóch odmian fantastyki, jednak zostałam na tyle zaintrygowana, że sięgnę po Pazur Łagodzieciela (żenujący tytuł wg mnie). Poza tym sądzę, że ta książka może być miłą odmianą dla fanów fantasy, nie znoszących czystego s-f. Jako zachętę dodam, że język pisarza jest naprawdę godny uwagi: starannie dobiera słowa, umiejętnie tworzy opisy, używa wyszukanych sformułowań i do tego nie tłumaczy wszystkiego czytelnikowi jak dziecku. Do tego tłumaczenie stoi na wysokim poziomie. Książnica za to nie popisała się okładką (niczym z gry Książę Persji) i korektą, za to chwała im za podanie wszystkich tytułów cyklu (tak niewiele wydawnictw o to dba!).

Ocena: 4,5/6

18 lipca 2011

Kate Wilhelm - Gdzie dawniej śpiewał ptak

Wydawnictwo: Czytelnik, 1981
Pierwsze wydanie: Where Late the Sweet Birds Sang, 1976
Stron: 226
Tłumacz: Jolanta Kozak

Nagroda HUGO 1977

W ramach zachęty: książka ta zaliczana jest do kanonu literatury s-f (np. przez James'a Gunn'a), właśnie dzięki temu na nią trafiłam (jest też pierwszą z tej listy s-f, którą sobie wybrałam dzięki niemu); ponadto autorka otrzymała za nią nagrodę Hugo (wygrała wtedy m.in. z Dziećmi Diuny Herbert'a) oraz czasopisma Locus. Zakładałam, że z tego kanonu książki w większości będą mi się podobać, dostaną tak ze 4,5, ale nie spodziewałam się, że już pierwsza wybrana przeze mnie pozycja dostanie aż tak wysoką ocenę!

Motyw zagłady ludzkości nie jest może jeszcze do cna wyeksploatowany, ale na pewno wyjątkowo popularny. Jedyne czym tu można czytelnika zaskoczyć, to chyba tylko wybraną formą, sposobem opisu, skupieniem się na jednym aspekcie. Nie jestem pewna czym ta książka wygrywa, chyba odwagą. Dzieli się na trzy części. Początek to nasilające się kłopoty Ziemi: zaczyna się głód, pogoda wariuje, brakuje surowców. Jednak największym problemem staje się degeneracja genów, bezpłodność, powolne wymieranie ludzi, zwłaszcza, że pojawiają się nowe choroby. Prawdę mówiąc, właśnie sam początek jest najsłabszy, bowiem praktycznie nie umotywowany. Na tych stronach nastawiałam się jeszcze na dość naiwną opowieść o ochronie środowiska z wątkiem miłosnym. I właśnie wtedy Wilhelm mnie zaskoczyła, ponieważ książka broni się jak może przed wyświechtanymi stereotypami. W cz. 1 historia skupia się na Dawidzie. W obliczu zagłady on i jego rodzina zakładają sporą farmę, gromadzą zapasy i sprzęt laboratoryjny, którego planują użyć, kiedy Stany Zjednoczone ogarnie już chaos. Wkrótce zaczynają prace nad klonowaniem, spieszą się, za wszelką cenę chcą uniknąć całkowitej zagłady naszego gatunku, a jedynie badania nad płodnością w kolejnych generacjach klonów stanowią nadzieję, że po ziemi będzie jeszcze kiedyś chodził człowiek. W cz. 2 w centrum pojawia się Molly - klon, a akcja skacze o wiele lat do przodu..
Gdy nadeszły wiosenne deszcze, nie było już przy życiu ani jednego dziecka poniżej ośmiu lat, a z trzystu dziewiętnastu osób, które przywędrowały w górę doliny pozostało dwieście jeden. W miastach żniwo było znacznie obfitsze. (s. 24)
Jak już wspominałam, podobała mi się odwaga książki. Jest w niej trochę erotyzmu, - klony np. uprawiają wolną miłość, ponadto istota ludzka jest w niej nieraz traktowana przedmiotowo, a fabuła nie grzęźnie w zbyt przewidywalnym błocku. Moją uwagę zwrócił też oryginalny opis społeczeństwa klonów, które uważają samych siebie za odrębny od człowieka gatunek. Część pierwsza ponadto wywołała u mnie gęsią skórkę, mimo upału, i podobne wrażenia jakie miałam, czytając Ostatni brzeg Shute'a. Najmocniejszym w niej akcentem jest gloryfikacja jednostki i indywidualizmu i choć robi to zupełnie inaczej niż np. Lot nad kukułczym gniazdem, to udaje jej się to równie znakomicie. Ponadto jest to kolejna już książka s-f, którą mogę polecić osobom obawiającym się tego gatunku. Brak tu właściwe technicznych opisów, a naukowych dywagacji jest tylko kilka akapitów na całych dwustu stronach. Wilhelm stawia na dialogi, opis działań bohaterów i ich emocji.

Żałuję, że nie wydano więcej powieści tej pisarki w Polsce. Dobrze jednak, że Gdzie dawniej śpiewał ptak przypomniało Solaris w 2007. Na pewno ta nowa okładka prezentuje się atrakcyjniej (zdjęcie z empiku).


Ocena: 5,5/6