Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czytelnik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czytelnik. Pokaż wszystkie posty

7 września 2011

Tylko cytat #2


Za spuszczonymi żaluzjami, w wysuszonym, spieczonym, zeschniętym ogrodzie, płonęło lato w ostatnim wybuchu furii; było niczym podpalacz, który nim pójdzie w świat, w bezmyślnej wściekłości puszcza z dymem okoliczne pola. (s. 6)

***

Oficer gwardii bardzo uważnie, pochyliwszy się nieco do przodu, wpatrywał się się w przyjaciela syna, jakby teraz zobaczył go po raz pierwszy. Wieczorem, kiedy sam z synem pozostał w palarni, powiedział mu:
- Konrad nigdy nie będzie żołnierzem.
- Dlaczego? - spytał przestraszony chłopak.
Lecz wiedział, że ojciec ma rację. Oficer gwardii wzruszył ramionami. Palił cygaro, siedział przed kominkiem z wyciągniętymi nogami, obserwował dym z cygara. Ze spokojem człowieka, który zna się na rzeczy, z poczuciem wyższości, powiedział:
- Bo to jest człowiek innego rodzaju.
Ojciec już nie żył, minęło wiele lat, kiedy generał zrozumiał to zdanie. (s. 42)

***

Pragnienie bycia kimś innym niż tym, kim jesteśmy; silniejsze pragnienie nie może zapłonąć w ludzkim sercu. Bowiem życia nie można znosić w inny sposób niż ze świadomością, że godzimy się z tym wszystkim, co znaczymy dla siebie i dla świata. Trzeba zgodzić się z tym, że jesteśmy tacy lub inni, i wiedzieć - kiedy się z tym godzimy - że za tę mądrość nie otrzymamy pochwały od życia, nie przypną nam do piersi orderu, kiedy wiemy i znosimy to, że jesteśmy próżni, samolubni albo łysi i brzuchaci - nie, należy wiedzieć, że za nic nie otrzymamy nagrody ani pochwały. Musimy znosić nasz charakter, nasza naturę, ponieważ doświadczenie i zdolność rozumienia nie zmieniają jej wad, samolubstwa, chciwości. Trzeba znosić i to, że nasze pragnienia nie znajdują odzewu w świecie. Że ci, których kochamy, nie kochają nas albo że nie kochają tak, jak się spodziewamy. (s. 104)

***

W życiu wszystko można osiągnąć, wszystko wokół ciebie i na świecie możesz pokonać, życie może dać ci wszystko i ty możesz wziąć z życia wszystko: tylko nie możesz zmienić czyjegoś gustu, skłonności, rytmu życia, właśnie owej odmienności, jaka w pełni charakteryzuje tego człowieka, który jest dla ciebie ważny, który jest ci bliski. (s. 136)

[tłum. Feliks Netz, Czytelnik, 2011]

18 lipca 2011

Kate Wilhelm - Gdzie dawniej śpiewał ptak

Wydawnictwo: Czytelnik, 1981
Pierwsze wydanie: Where Late the Sweet Birds Sang, 1976
Stron: 226
Tłumacz: Jolanta Kozak

Nagroda HUGO 1977

W ramach zachęty: książka ta zaliczana jest do kanonu literatury s-f (np. przez James'a Gunn'a), właśnie dzięki temu na nią trafiłam (jest też pierwszą z tej listy s-f, którą sobie wybrałam dzięki niemu); ponadto autorka otrzymała za nią nagrodę Hugo (wygrała wtedy m.in. z Dziećmi Diuny Herbert'a) oraz czasopisma Locus. Zakładałam, że z tego kanonu książki w większości będą mi się podobać, dostaną tak ze 4,5, ale nie spodziewałam się, że już pierwsza wybrana przeze mnie pozycja dostanie aż tak wysoką ocenę!

Motyw zagłady ludzkości nie jest może jeszcze do cna wyeksploatowany, ale na pewno wyjątkowo popularny. Jedyne czym tu można czytelnika zaskoczyć, to chyba tylko wybraną formą, sposobem opisu, skupieniem się na jednym aspekcie. Nie jestem pewna czym ta książka wygrywa, chyba odwagą. Dzieli się na trzy części. Początek to nasilające się kłopoty Ziemi: zaczyna się głód, pogoda wariuje, brakuje surowców. Jednak największym problemem staje się degeneracja genów, bezpłodność, powolne wymieranie ludzi, zwłaszcza, że pojawiają się nowe choroby. Prawdę mówiąc, właśnie sam początek jest najsłabszy, bowiem praktycznie nie umotywowany. Na tych stronach nastawiałam się jeszcze na dość naiwną opowieść o ochronie środowiska z wątkiem miłosnym. I właśnie wtedy Wilhelm mnie zaskoczyła, ponieważ książka broni się jak może przed wyświechtanymi stereotypami. W cz. 1 historia skupia się na Dawidzie. W obliczu zagłady on i jego rodzina zakładają sporą farmę, gromadzą zapasy i sprzęt laboratoryjny, którego planują użyć, kiedy Stany Zjednoczone ogarnie już chaos. Wkrótce zaczynają prace nad klonowaniem, spieszą się, za wszelką cenę chcą uniknąć całkowitej zagłady naszego gatunku, a jedynie badania nad płodnością w kolejnych generacjach klonów stanowią nadzieję, że po ziemi będzie jeszcze kiedyś chodził człowiek. W cz. 2 w centrum pojawia się Molly - klon, a akcja skacze o wiele lat do przodu..
Gdy nadeszły wiosenne deszcze, nie było już przy życiu ani jednego dziecka poniżej ośmiu lat, a z trzystu dziewiętnastu osób, które przywędrowały w górę doliny pozostało dwieście jeden. W miastach żniwo było znacznie obfitsze. (s. 24)
Jak już wspominałam, podobała mi się odwaga książki. Jest w niej trochę erotyzmu, - klony np. uprawiają wolną miłość, ponadto istota ludzka jest w niej nieraz traktowana przedmiotowo, a fabuła nie grzęźnie w zbyt przewidywalnym błocku. Moją uwagę zwrócił też oryginalny opis społeczeństwa klonów, które uważają samych siebie za odrębny od człowieka gatunek. Część pierwsza ponadto wywołała u mnie gęsią skórkę, mimo upału, i podobne wrażenia jakie miałam, czytając Ostatni brzeg Shute'a. Najmocniejszym w niej akcentem jest gloryfikacja jednostki i indywidualizmu i choć robi to zupełnie inaczej niż np. Lot nad kukułczym gniazdem, to udaje jej się to równie znakomicie. Ponadto jest to kolejna już książka s-f, którą mogę polecić osobom obawiającym się tego gatunku. Brak tu właściwe technicznych opisów, a naukowych dywagacji jest tylko kilka akapitów na całych dwustu stronach. Wilhelm stawia na dialogi, opis działań bohaterów i ich emocji.

Żałuję, że nie wydano więcej powieści tej pisarki w Polsce. Dobrze jednak, że Gdzie dawniej śpiewał ptak przypomniało Solaris w 2007. Na pewno ta nowa okładka prezentuje się atrakcyjniej (zdjęcie z empiku).


Ocena: 5,5/6

30 kwietnia 2011

Erich Maria Remarque - Łuk Triumfalny

Wydawnictwo: Czytelnik, 1973
Pierwsze wydanie: Arc de Triomphe, 1946
Stron: 482
Tłumacz: Wanda Melcer

Postanowiłam oszczędzić Wam widoku mojej szkaradnej (i rozwalającej się) okładki. Stąd po lewej jest zdjęcie samego autora.

Cóż za dziwna mieszanka z tej książki. Z jednej strony paleta kawiarni i nocnych klubów, zaprzyjaźniony burdel, ludzkie losy widziane szkiełkiem lekarza, z drugiej tani sentymentalizm, często nazbyt poetycki język, pachnący sztucznym tworzywem. Gdybym mogła wyciąć z niej cały wątek miłosny (bo zmienić go mógłby tylko sam pisarz), książka zapewne bardziej by mi przypadła do gustu. Jednak każda scena z głównym bohaterem i jego wybranką irytowała mnie tym bardziej, im bliżej byłam zakończenia. Chciałam ją nawet ocenić niżej niż Czarny obelisk, jednak ostatnie kilkadziesiąt stron pomogło mi zaniechać tego aktu surowości.
Usiadł na brzegu wanny i zdjął buty. To się przynajmniej nie zmienia, przedmioty i milczący przymus, pospolitość, mdłe przyzwyczajenie w złudnym świetle przemijania. (...) Ale kimkolwiek się jest, poetą, półbogiem czy idiotą, spada się co parę godzin z nieba, żeby oddać mocz. Tego niepodobna uniknąć. Ironia natury. Romantyczna tęcza, rozpięta nad refleksami gruczołów i robaczkowatym ruchem jelit. Narządy ekstazy, szatańsko przystosowane także do wydalania! Ravic rzucił buty w kąt. Wstrętne przyzwyczajenie rozbierania się! Nawet tego niepodobna uniknąć. (...) Zdarzało mu się sypiać w ubraniu, żeby tylko uciec od tej tyranii, ale to tylko odsuwało problem. Uciec nie było można. (s. 26)
Lubicie czytać książki, nie wiedząc o czym są? Po prostu dlatego, że są starymi, sławnymi tytułami, które przez lata obijają się nam o uszy. Często w ich przypadku zdarza mi się nie mieć większego pojęcia o ich fabule i jest to ciekawa okazja do czytania "na czysto", bez nastawiania się na cokolwiek. Polecam takie doświadczenie. W razie czego jednak podam kilka wskazówek dotyczących treści. Akcja rozplanowana jest na listopad 1938 - wrzesień 1939. W Paryżu przebywa Ravic, lekarz, niemiecki uchodźca. Żyje on w stanie całkowitego zawieszenia: pracuje nielegalnie w szpitalu, mieszka w hotelu nastawionym na uchodźców, wiecznie unika kłopotów i marzy o zemście na swoim oprawcy z gestapo. Poznaje też Joannę, kobietę z przeszłością, ale i znikąd, ona jest tajemnicza aż do końca. Jak nietrudno się domyśleć, Remarque wpisuje w tło atmosferę Europy tuż przed nową wojną, wskazując nieudolność i ślepotę polityków oraz bezkarność i terror niemieckiego reżimu jako dwa czynniki wzajemnie się wspierające w drodze do katastrofy.
To, co żyje, jest obdarzone ruchem, ruch przydaje siły, wdzięku lub śmieszności; jakże to porównać z osobliwym majestatem ciała, które nie będzie się już poruszało, tylko ulegnie rozkładowi. Majestat jest atrybutem doskonałości, a człowiek osiąga doskonałość jedynie przez śmierć, i to na krótką chwilę. (s. 35)
To właśnie ta warstwa podobała mi się najbardziej. Ukazuje Europę jako tonący statek, z którego pierwsze uciekają szczury, czujące pismo nosem, gdy jeszcze reszta nie wie co się święci albo się zwyczajnie łudzi. Wszystkie opisy hotelu "International" (był taki dosłownie) są świetne. Budowanie napięcia poprzez wplatanie informacji z poczynań Rzeszy tylko gdzieś w tle (np. artykuł z gazety leżącej na bezdomnym w parku). Kawiarnie, nocne lokale i burdel ze świetną Rolandą - im bliżej wojny, tym więcej ludzi się do nich garnie, istne szaleństwo. Do tego życie szpitalne, stosunek Ravica do swojego zawodu, rozmowy z pacjentami, tragiczna postać Kate (ona i przyjaciel Ravica - Morozow podobali mi się najbardziej) i niezłomna pielęgniarka Eugenia.
- Wiara łatwo zamienia się w fanatyzm. Dlatego religie kosztowały zawsze tyle krwi. - Uśmiechnął się krzywo. - Tolerancja, Eugenio, jest córką wątpliwości. Oto dlaczego pani z całą swoją wiarą jest bardziej napastliwa w stosunku do mnie, niż ja, zatracony bezbożnik, w stosunku do pani. (s. 47)
Wszystko to jest fantastyczne i na najwyższym poziomie, patrząc moim skromnym okiem. Stąd tak mnie dziwiły te mdłe, melancholijno-sentymentalne wstawki, pitu-pitu o ich nieszczęśliwej miłości, wieczne niezdecydowanie tej dwójki. Albo się zestarzałam, albo jestem nieczuła, albo to było naprawdę kiepskie. Mnie w każdym razie nużyło i tylko czekałam aby szanowna Joanna zabrała swoje cztery litery i wróciła do siebie. Szkoda, nie pasowało mi to do takiej nieco atmosfery a'la noir. Dobrze, że pozbył się tej maniery w późniejszym Obelisku. Czasem też Remarque powtarza swoje porównania czy zwroty, niepotrzebnie (jego redaktor powinien wyłapać takie rzeczy). Polskie tłumaczenie nie zachwyca, niektóre wyrażenia wyglądały podejrzanie, to wydanie nie jest też najlepsze pod względem korekty.

- To piękne - powiedział. - Cicho, ogień, książki, spokój. Dawniej nazywano to życiem drobnomieszczańskim. Dziś jest to sen o utraconym raju. (s. 149)
Ocena: 4,5/6

17 lutego 2011

Erich Maria Remarque - Czarny obelisk

Wydawnictwo: Czytelnik, 1991
Pierwsze wydanie: Der schwarze Obelisk, 1956
Stron: 406
Tłumacz: Adam Kaska

Po tej książce zdecydowanie pozytywnie nastawiam się na Łuk triumfalny, który będę czytała w przyszłym miesiącu (?). W ogóle przeprosiłam się z Remarque'iem i jestem przekonana, że to był utalentowany pisarz. Co prawda, trochę monotematyczny, no ale to trochę jak z naszym pokoleniem kolumbów, takie czasy zmieniają człowieka.

Wieczór w niebieskim płaszczu stoi już przy oknie. Pokój jest pełen refleksów i cieni i nagle samotność uderza mnie jak maczuga z zasadzki. Wiem, że to głupstwo, nie jestem bardziej samotny niż wół w stadzie wołów, ale cóż mogę poradzić? Samotność nie ma nic wspólnego z brakiem towarzystwa. (s. 81)
Wieczór nagle staje się wagą, na której obu szalach spoczywa jednakowy ciężar świata. Czuję ją, jakby balansowała lekko na mojej piersi. Nic mi się stać nie może, myślę, póki tak spokojnie oddycham. (s. 149) zamieram, kiedy czytam coś takiego...
Książka zaskoczyła mnie swoim dowcipem i kpiną. Dialogi momentami są przezabawne, co razem z tłem w postaci niemieckiej rzeczywistości lat 20. XX wieku daje świetny efekt. Z jednej strony śmiech, z drugiej przewartościowanie wszystkich dawnych wartości. Zastanawiam się czy Ludwik nie jest czasem alter ego autora. On wraz ze swoimi przyjaciółmi i znajomymi jest kwintesencją tego jak zmieniły się Niemcy po I wojnie światowej, ale też, co mnie bardzo uderzyło, że faktycznie to jej wybuch jest cezurą oddzielającą XIX i XX wiek. Potem już nic nie miało być takie samo i Czarny obelisk udanie to przekazuje między wierszami. Świat stracił wtedy ostatnie ślady swojej dawnej niewinności (jeśli ją kiedykolwiek miał?). W czasach szalejącej inflacji postępuje ostateczna degrengolada społeczeństwa. Wszystkie te początkowo wykpiwane zmiany dadzą później efekt w postaci triumfu rodzącego się już nazizmu.
(...) jeśli wierzyć nekrologom, ziemia wydaje się być zamieszkana przez hordę aniołów bez skrzydeł, o których nic się nie wiedziało. (s. 75)
(...) wyobrażałem sobie Boga jako kogoś w rodzaju zakłopotanego prezesa stowarzyszenia, szczególnie jeśli dwa wrogie kraje są tego samego wyznania. Za którym się wypowie? Za krajem z większa ilością mieszkańców? Albo z większą ilością kościołów? A gdzie jest sprawiedliwość, jeśli da zwycięstwo jednemu krajowi, a drugiemu nie, mimo, że tam się równie gorliwie modlono? Niekiedy wydawał mi się jak zagoniony stary cesarz kilku krajów, który stale musi brać udział w paradach i bez ustanku zmieniając mundur - katolicki na protestancki, potem na ewangelicki, anglikański, episkopalny, reformowany, i zawsze stosowanie do nabożeństwa, jakie się właśnie odbywa - zupełnie jak cesarz na paradach huzarów, grenadierów, artylerii i marynarki. (s. 119-120).
A czym jest tytułowy obelisk? Dla mnie to symbol dawnego Cesarstwa, na który teraz już tylko sikają pijacy, który tkwi jak wyrzut sumienia, którego należy się pozbyć, by przetrwać. Stanął na grobie starej kur.wy, już nikomu niepotrzebny, całkowicie nieprzystający do nowych czasów. Chętnie przeczytałabym zdanie innych w tej kwestii.

Ocena: 4,5/6

P.S. Mam kryzys na całej linii odnośnie pisania recenzji.
P.S.2 Poproszę o pomoc przy otagowaniu tej książki; jaką kategorię powinnam dać?

25 sierpnia 2010

Ryszard Kapuściński - Dlaczego zginął Karl von Spreti

Wydawnictwo: Czytelnik, 2010
Pierwsze wydanie: 1970
Liczba stron: 101

Po lekturze takiej książki mam ochotę klęknąć i ucałować tę naszą polską ziemię. Może to i głupio brzmi, ale dziękujmy losowi, a tak, powtarzam się. Ale po prostu często mnie ta myśl nachodzi.

Jest to chyba jedyna książka Kapuścińskiego, której nie kojarzyłam po tytule. Tym razem mówi o Gwatemali. Opowiada jej historię i tym samym wyjaśnia przyczynę zamordowania niemieckiego ambasadora Spreti'ego w 1970r. W czasie lektury włos mi się jeżył na głowie, brak słów by opisać morze zła, które ma miejsce w tym kraju... To wygląda jak urzeczywistnienie orwellowskiej wizji. Jednocześnie Kapuściński robi analogie do innych republik latynoskich. Najgorsza jest w tym rola Stanów Zjednoczonych, które jawią się jako siedlisko chciwości i braku skrupułów. Mierzi mnie ten kraj i to mierzi z każdym rokiem coraz bardziej, im więcej o nim wiem...

Lektura zachęciła mnie do poszukania informacji o współczesnej Gwatemali. Mimo zapewniania o demokracji i wolnych wyborach (ostatnie z 2007r.), nie wierzę, że sytuacja została tam uzdrowiona. Prezydent Álvaro Colom nie wzbudza mojego zaufania. Dość powiedzieć, że średnia wieku w Gwatemali to... ok. 19 lat. Przeżyć tam to prawdziwy wyczyn.

Ocena: 5/6

17 stycznia 2010

Mika Waltari - Egipcjanin Sinuhe

Wydawnictwo: Czytelnik
data pierwszego wydania: 1945
ilość stron: 747

Zdjęcie obok nie przedstawia może najpiękniejszej okładki (teraz widzę w sieci, że można dostać naprawdę ładne wydania), za to treść kryje imponującą. Dowiedziałam się o tej książce z dobrych kilka lat temu, a kiedy już ją pożyczyłam, czekała cierpliwie na swoją kolej jakieś pół roku. Może to i dobrze, że przeczytałam ją dopiero teraz, a nie na przykład jako nastolatka, nie wiem czy bym dobrze zrozumiała jej przesłanie, może skupiłabym się tylko na jakichś aspektach bliskich młodości.

Jak tylko zaczyna się ją czytać, zwraca uwagę język: zdania są długie, nierzadko liczą 5-10 wersów, pełne powtarzanych czasowników i rzeczowników. Trzeba więc dać sobie chwilę, żeby przyzwyczaić się do tej techniki pisania. Tutaj, coś, co jest błędem stylistycznym (np. powtarzanie słowa "wino" 10 razy w jednym, krótkim akapicie) buduje niepowtarzalny klimat tej powieści, sprawia, że się w nią zwyczajnie wierzy. Odnosiłam wrażenie, że mam do czynienia z jakimiś starożytnym skryptem znalezionym w antycznej skrzyni w jednym z egipskich grobowców, który wysiłkiem zapalonych badaczy został przetłumaczony na współczesny język i rozpowszechniony na kartach tej książki, aby cały świat mógł czerpać wiedzę z opowieści jednego człowieka - Sinuhe. Tymczasem autorem jest ktoś z dalekiej i zimnej Finlandii - Mika Waltari, pisarz, z którym zamierzam się w przyszłości bliżej zapoznać. Natomiast Akademię Szwedzką, za to, że nie przyznała mu literackiej nagrody Nobla, ratuje chyba tylko to, że w tych latach (1946r. i 1947r.) nagrodzili Hessego i Gide...

Bez sensu jest zachwalać tę książkę, bo to jakby zachwalać powiedzmy Prusa czy Sołżenicyna. Pewne rzeczy wydają się po prostu oczywiste ;) Nie trzeba też streszczać fabuły, jest to połączenie powieści historycznej z przygodową, w której główny bohater prowadzi nas przez swoje czasy, zawirowania i dzieje swej ojczyzny, stając się (najczęściej dzięki przypadkowi) ich bezpośrednim świadkiem, a dzięki temu naszym narratorem i przewodnikiem. Sinuhe jest naiwnym głupcem, któremu często zdarza się powiedzieć coś mądrego i który powoli dochodzi do gorzkiej wiedzy, jego kompanem zaś jest Kaptah - niewolnik, którego długie monologi są komicznymi przerywnikami w tej jednak pesymistycznej książce. Pełno tu świetnych wyrażeń, które są stale powtarzane - np. rozdzierał na sobie szaty, było to zapisane w gwiazdach na długo przed moim urodzeniem, jeszcze jednak nie wypełniła się miara mojego życia i moje ulubione: Twoja mowa jest dla mnie jak brzęczenie much. Jednak siłą tej książki są prawdy dotyczące natury człowieka, naszego życia i świata, jest ich tyle, że można by tym niejedną książkę obdzielić i ma się wrażenie jakby zebrano tu niemal całą wiedzę o ludzkiej rasie. Po raz pierwszy też uświadomiłam sobie, że teraz by mi się właśnie czytnik e-booków przydał - co rusz bym sobie tym rysikiem zaznaczała interesujące cytaty. Egipcjanina można otworzyć niemalże na dowolnej stronie, żeby znaleźć np. takie perełki:
Łatwo by mi było upiększyć moje postępki i powiedzieć, że wszystko to zrobiłem dla Egiptu, ale uczynki ludzkie nie są proste do wytłumaczenia i wino ludzkich czynów nigdy nie jest czyste i klarowne, lecz zawsze z czymś zmieszane. Piszę to wszystko dla siebie i dlatego przyznaję, że być może nie podjąłbym się tego czynu, gdybym owej nocy w moim domu nie zląkł się nagłej śmierci. Ale kiedy się go już podjąłem, upiększałem to, co miałem zrobić, na wszystkie sposoby, przybierając w piękne piórka złudzeń, dopóki sam nie uwierzyłem, że czynem moim ratuję Egipt.
Waltari ma w ogóle talent do pięknych, koronkowych metafor i porównań. To na przykład bardzo przypadło mi do gustu: Moje dzieciństwo i moja młodość były jak przejrzysty, głęboki strumyk, natomiast mój wiek męski był jak wielka rzeka, która rozlewa się szeroko, pokrywając wiele gruntu, lecz której woda jest płytka, zatrzymuje się się w swoim biegu i pleśnieje. Kiedy jednak ty weszłaś w moje życie (...) zebrałaś wszystkie wody, które z radością spłynęły w jedno głębokie koryto i wszystko stało się dla mnie znowu podobne do pajęczyny, którą bez trudu można zmieść ręką.

Z czystym sumieniem polecam każdemu tę książkę o głupio - mądrym Sinuhe i dopisanie jej do prywatnej listy "muszę przeczytać przed śmiercią". Radzę tez przygotować sobie notatnik na co lepsze cytaty :)

Ocena: 5,5/6