Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty

13 kwietnia 2020

Ursula K. Le Guin - Najdalszy brzeg

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2013
Pierwsze wydanie: The Farthest Shore, 1972
Stron: 264
Tłumaczka: Paulina Braiter

Pod koniec zeszłego roku zaczęłam powtarzać dwie pierwsze części Ziemiomorza, korzystając z tego, że kilka lat temu dostałam taki tom jak na zdjęciu w prezencie. I tak Czarnoksiężnik z Archipelagu po raz drugi mnie zachwycił, Grobowce Atuanu przypominały mi ważne szczegóły, a potem przyszedł czas na nową dla mnie część- trzecią, Najdalszy brzeg.

Kiedy stanie przed tobą wielki wybór, Arrenie, spróbuj mądrze podjąć decyzję. Gdy ja byłem młody, musiałem wybrać pomiędzy trwaniem a działaniem i zachłannie rzuciłem się na przygodę niczym pstrąg skaczący za muchą. Jednakże każdy czyn, każda załatwiona sprawa wiążą cię z sobą i ze swymi konsekwencjami,zmusza do dalszego działania. (s. 290)

Przyjemnie było stwierdzić, że moja ukochana autorka nadal trzyma poziom, ponieważ ta krótka powieść to kolejna perełka spod jej pióra. Subtelne i przemyślane, skromne acz eleganckie cacuszko. Najdalszy brzeg był dla mnie podwójnie ciekawy, ponieważ właściwie dotyczy tematu poruszanego w Dziewczynie z pomarańczami Gaarder'a, książce czytanej przeze mnie chwilę wcześniej. Opowieść ta łączy postać Geda, który teraz jest już Arcymagiem, jednak centralną postacią jest tu Arren i to jego czami oglądamy świat i w jego myśli się zagłębiamy. Arren to książę, ale jest na szczęście dobrze wychowany, rozsądny i uczynny. Nie, nie jest bez skazy. Na wyspach Ziemiomorza dzieje się coś złego, coś, co sprawia, że magia zanika, ludzie wyrzekają się swoich umiejętności magicznych, a słowa tracą moc. Dwóch podróżników wybiera się więc na kraniec świata, aby poznać odpowiedź na to, co się dzieje. 

I tak Arren bez namysłu uczynił pierwszy krok poza granicę dzieciństwa - zapalczywie, nie oglądając się za siebie, nie skrywając niczego. (s. 268 mojego zbiorczego wydania)

Jak to u Le Guin - koncepcja to niemal prosta opowiastka dla najmłodszych, a w rzeczywistości filozoficzny traktat mierzący się z podstawowymi pytaniami. Tym razem jest to pytanie dotyczące śmierci, a może raczej tańca życia i śmierci. W każdym razie uważam, że obie książki, i Najdalszy brzeg, i Dziewczyna z pomarańczami, udanie mierzą się z tym zadaniem i są świetnym materiałem do własnych przemyśleń. To wielka przyjemność móc tak powiedzieć o książce fantasy. Tak marzyłam, aby Le Guin otrzymała Literacką Nagrodę Nobla, jakiż przełom byłby to dla światowej literatury! Szkoda, że nie zdążyła...

Odrzucić przeszłość to rezygnować z przyszłości. Człowiek nie tworzy swego losu. Akceptuje go bądź odtrąca. Jeśli jarzębina zbyt płytko zapuści korzenie, nie wyda owoców. (s. 285)

Jak zawsze u tej pisarki zachwyca mnie język, prostota historii, która tak łatwo kradnie serce czytelnika, przekraczanie granic fantasy oraz niezwykła umiejętność  wyrażania prosto skomplikowanych myśli. Myślę, że jest szansa, abym skończyła ten cykl w tym roku.

Zrozum, Arrenie, żaden czyn nie jest aktem samym w sobie, jak sądzą naiwni młodzieńcy. Kiedy podnosisz kamień i rzucasz nim,trafiając lub chybiając celu, nie jest to konic całej historii. Gdy podnosisz kamień, ziemia staje się lżejsza, a twoja dłoń cięższa. Kiedy nim ciskasz, gwiazdy reaguję w swym biegu. W miejscu upadku zmienia odmienia się wszechświat. Na równowagę całości składają się pojedyncze zdarzenia. Wiatry i morza, moce wód, ziemi i światła,rośliny i zwierzęta działają w obrębie Wielkiej Równowagi i to, co czynią, jest słuszne i potrzebne. Od huraganów i śpiewów wielorybów po upadek suchego liścia i lot komara - wszystko stanowi element całości. My jednak, dysponując władzą nad światem i nad sobą nawzajem, musimy uczyć się tego, co liść, wieloryb i wiatr wiedzą z natury. Musimy zachować równowagę. Ponieważ mamy rozum, nie wolno nam ulegać ignorancji. Dokonując wyboru, powinniśmy pamiętać o ciążącej na nas odpowiedzialności. (s. 315)

Ocena: 6/6

1 kwietnia 2020

Tylko cytat #11


Jednocześnie trzeba było przyznać - choć niechętnie - że nie był już takim matołkiem jak niegdyś. Z drugiej strony poziom, z jakiego startował, dawał olbrzymie możliwości.

***

Nie był nazbyt długo mężem, lecz po ślubie mężczyzna wykształca w mózgu dodatkowe zmysły i jeden z nich właśnie go ostrzegał, że wdepnął w kłopoty, i to głęboko.
Joanna postukiwała rytmicznie stopą o podłogę. Ramiona miała wciąż złożone przed sobą. I uśmiechała się leciutko. Takiego uśmiechu uczą się kobiety po ślubie i oznacza on: „O tak. Wdepnąłeś głęboko w kłopoty, ale pozwolę ci zanurzyć się w nich jeszcze głębiej”.

***

Gulasz smakował po prostu jak gulasz, a nie na przykład (i to przykład kompletnie i całkowicie przypadkowy) gulasz z biednej dziewczyny, która terminowała tu przed nią. 

***

- Życie nie dzieje się tak, jak powinno. Staje się to, co się staje, i to, co my robimy.
- A nie mogłaby pani mu pomóc za pomocą magii?
- Robię to. Dbam, by nie cierpiał fizycznie - odparła panna Libella.
- Ale to tylko zioła.
- Na tym polega magia. Umieć poznać, że coś jest magiczne, o czym inni ludzie nie wiedzą.

[tłum. Piotr W. Cholewa, wyd. Prószyński i S-ka]

20 grudnia 2017

Tylko cytat #9


Jednakże przede wszystkim jest to opowieść o świecie. Oto on. Przyjrzyjmy się uważnie, gdyż efekty specjalne kosztowały naprawdę sporo. Rozbrzmiewa basowa nuta. Ten głęboki, wibrujący akord sugeruje, że sekcja dęta lada chwila zagrzmi fanfarą na cześć kosmosu, albowiem scena przedstawia czerń dalekiej przestrzeni i tylko kilka gwiazd migocze niby łupież na kołnierzyku Boga. I nagle pojawia się: większy od największego, najgroźniej uzbrojonego gwiezdnego krążownika z wyobraźni producenta filmowych widowisk: żółw, długi na dziesięć tysięcy mil.

***

Należy zaznaczyć, że chociaż większość Zoonów nie umie kłamać, otaczają oni wielkim szacunkiem każdego współplemieńca, który potrafi stwierdzić, że świat jest inny niż jest. Dlatego Kłamca jest człowiekiem bardzo poważanym. Reprezentuje swój szczep w kontaktach ze światem zewnętrznym, ze zrozumienia którego przeciętni Zoonowie już dawno zrezygnowali. Szczepy Zoonów są bardzo dumne ze swoich Kłamców.
Inne rasy bardzo to wszystko irytuje. Uważają, że Zoonowie powinni użyć bardziej odpowiednich tytułów, na przykład „dyplomaty" albo „rzecznika". Mają wrażenie, że ktoś sobie z nich pokpiwa. 

***



W przeciwieństwie do magów, którzy najbardziej ze wszystkiego lubią skomplikowaną hierarchię, czarownice nie dbają o ustaloną strukturę rozwoju kariery zawodowej. Każda z nich sama decyduje, czy przyjąć do siebie jakąś dziewczynę i po śmierci przekazać jej swój teren. Czarownice nie są z natury towarzyskie, przynajmniej wobec innych czarownic, i z pewnością nie mają żadnych przywódczyń.

***

- Mogłaś zesłać mu bąble albo co - stwierdziła Niania Ogg. - Hemoroidy są niezłe. I dozwolone. Dalej by rządził, tyle że na stojąco. To zawsze dobry żart.

***

Kuchnia była pełna duchów.
Ale nie duchów ludzi. Ani nawet praludzi.
Były tu jelenie. Były woły. Były króliki, pawie, kuropatwy, owce i świnie. Było nawet kilka okrągłych, niewyraźnych zjaw, nieprzyjemnie przypominających duchy ostryg. Tłoczyły się tak ciasno, że wręcz przenikały nawzajem i łączyły, zmieniając kuchnię w bezgłośny, ruchliwy koszmar pełen przejrzystych i mglistych zębów, futer i rogów.


10 grudnia 2017

Tylko cytat #8




Prawda jest kobietą, albowiem prawda to piękno, a nie przystojność, myślał sobie Ridcully, gdy senat zajmował miejsca, pomrukując przy tym niechętnie. To dobrze tłumaczy powiedzenie, że kłamstwo może cały świat oblecieć, zanim prawda włoży buty.

***

– Jestem pewien, panie Ottomy, że żaden z moich kumpli nie nosi podwiązek... – Ridcully urwał, wysłuchał szeptanych wyjaśnień Myślaka i podjął znowu: – No, może jeden, dwóch najwyżej, a świat byłby naprawdę nudny, gdybyśmy wszyscy byli tacy sami.

***

Myślak przerwał, bo drzwi się otworzyły, pozwalając na przejazd wzmocnionego, ciężkiego wózka z herbatą. Ponieważ nie był popychany przez Nią, magowie nie zwracali już na niego uwagi, a skupili się na rozdawaniu filiżanek, przekazywaniu cukiernicy, badaniu jakości czekoladowych ciasteczek z nadzieją na zabranie więcej, niż przypada na osobę, oraz wszystkich innych drobnych czynnościach, bez których komitet byłby chytrym systemem do szybkiego podejmowania przemyślanych decyzji.

***

Magowie nigdy nie kłócili się publicznie, gdyż zniszczenia mogły być straszliwe. Nie, rządziła uprzejmość, ale z zaostrzonymi krawędziami.

***

Vetinari się uśmiechnął.
– No oczywiście, zgodnie z klasyką bogowie grają losami ludzi, więc zapewne nie ma powodu, żeby nie grali w piłkę. My gramy i nami grają, a najlepsze, na co możemy liczyć, to robić to w dobrym stylu.

[tłum. Piotr W. Cholewa, wyd. Prószyński i S-ka] 

16 października 2017

Tylko cytat #7




Na nieszczęście, jak wielu ludzi, którzy całkiem sobie z czymś nie radzą, nadrektor lubił się chwalić, jak doskonale sobie z tym radzi. A był dla kierowania zespołem tym, czym Herod dla Towarzystwa Przedszkolnego w Betlejem.

***

Gdzie indziej ktoś mógłby powiedzieć „To tylko książki... Książki nie są groźne”. Ale nawet całkiem zwykłe książki bywają niebezpieczne, nie tylko te o tytułach „Jak przygotować gelinit w sposób profesjonalny”. Człowiek siedzi gdzieś w jakimś muzeum i pisze nieszkodliwą książkę o ekonomii politycznej, aż nagle giną tysiące ludzi, którzy nawet jej nie czytali, z powodu tych, którzy nie zrozumieli żartu. Wiedza jest niebezpieczna, dlatego właśnie rządy często zamykają ludzi potrafiących myśleć myśli powyżej pewnego kalibru.

***

– Ale przecież jesteśmy uniwersytetem! Musimy mieć bibliotekę! – oświadczył Ridcully. – To w dobrym tonie. Jakimi ludźmi byśmy byli, gdybyśmy nie chodzili do biblioteki?
– Studentami – odparł smętnie pierwszy prymus...

***

Ridcully wskazał niewielkie drewniane urządzenie przy drzwiach. Podobne wisiały przed gabinetami wszystkich magów; składały się z niedużej przesuwanej deseczki w ramce. Obecnie deseczka odsłaniała słowo „Jestem”, a prawdopodobnie zasłaniała „Wyszedłem”, choć w przypadku niektórych magów nigdy nie było całkowitej pewności* [* Na przykład wykładowca kreatywnej nieoznaczoności utrzymywał z wyraźną satysfakcją, że jest równocześnie w stanie wewnętrzności i zewnętrzności aż do momentu, kiedy ktoś zapuka do jego drzwi i skolapsuje pole. Zatem niemożliwe jest jakiekolwiek kategoryczne stwierdzenie przed zajściem wydarzenia. Logika to wspaniała rzecz, ale nie zawsze przewyższa prawdziwe myślenie.].

***

Myślak przewrócił oczami. Takie rzeczy zawsze dobrze brzmiały, kiedy opracowywał je we własnej głowie. Czytał stare księgi, potem siedział i myślał przez całe wieki, aż niewielka teoria układała mu się w umyśle niczym rządek małych błyszczących klocków. A potem, kiedy ją wygłaszał, odbijała się od grona wykładowczego i jeden z nich... jeden z nich... zawsze zadawał jakieś potwornie głupie pytanie, na które w danej chwili nie potrafił odpowiedzieć. Jak można w ogóle dokonywać postępu wobec takich umysłów? Gdyby jakiś bóg gdzieś powiedział: „Niech się stanie światło”, oni by zapytali: „A po co? Ciemność zawsze nam wystarczała”.

***

– Zauważyłeś, że kiedy uciekasz, pakujesz się tylko w gorsze kłopoty?
– Tak, ale widzisz, od nich też mogę uciec. To piękno tego systemu. Umiera się raz, ale uciekać można zawsze.
– Jednakże mówi się, że tchórz umiera tysiąc razy, a bohater tylko raz.
– Owszem, ale to ten najważniejszy raz.

***

Jedna z najbardziej podstawowych reguł przetrwania na dowolnej planecie nakazuje nigdy nie drażnić kogoś ubranego w czarną skórę* [* Właśnie dlatego protestujący przeciwko noszeniu przez ludzi skór zwierząt nie wiedzieć czemu nie rzucają farbą w Aniołów Piekieł.].

***

[tłum. Piotr W. Cholewa, wyd. Prószyński i S-ka]

30 kwietnia 2017

Tylko cytat #6

Nie nadawał się do niczego innego. Magia była jedyną ucieczką. Właściwie w magii też sobie nie radził, ale przynajmniej nie radził sobie definitywnie. Zawsze uważał, że ma prawo do roli maga w taki sam sposób, jak zero do roli liczby. Nie można zajmować się poważną matematyką bez zera, które właściwie nie jest żadną liczbą, ale gdyby je zabrać, mnóstwo większych liczb zostałoby w bardzo głupiej sytuacji. Ta niejasna myśl rozgrzewała go w czasie tych okazjonalnych przebudzeń około trzeciej nad ranem, kiedy oceniał swoje życie i stwierdzał, że waży mniej niż obłoczek ciepłego wodoru. Owszem, prawdopodobnie rzeczywiście kilka razy ocalił świat, ale na ogół działo się to przypadkiem, kiedy starał się robić coś innego. I prawie na pewno nie uzyskał za to żadnych punktów karmicznych. Takie rzeczy liczyły się chyba tylko wtedy, kiedy człowiek przystępował do nich, myśląc, najlepiej głośno: „Tam u licha, demonicznie odpowiednia chwila, żeby ocalić świat, i nie ma co się zastanawiać”, a nie: „O szlag, tym razem naprawdę chyba zginę!”.
***
Świat miał zbyt wielu bohaterów i na pewno nie potrzebuje następnego. Miał za to tylko jednego Rincewinda, więc Rincewind był światu winien utrzymywanie tego jedynego przy życiu jak najdłużej.
***
Kiedy ludzie potrafiący czytać i pisać zaczynają walczyć w imieniu tych, którzy nie potrafią, kończy się to inną odmianą głupoty. Jeśli chcecie im pomóc, zbudujcie gdzieś wielką bibliotekę albo co, i zostawcie otwarte drzwi.
***
- Czemu nie zaprosimy ich na ucztę i nie wyrżniemy wszystkich, jak się upiją?
- Słyszałeś, co mówili. Jest ich siedemset tysięcy.
- Tak? No to trzeba podać coś prostego, makaron albo co...
[tłum. Piotr W. Cholewa, wyd. Prószyński i S-ka] 

22 lutego 2017

Tylko cytat #5

-Więc co nas tam czeka?
JA.
-Ale poza tobą?
Śmierć spojrzał na niego ze zdziwieniem. SŁUCHAM?
Sztorm nad nimi osiągnął szczyt. Jakaś mewa przeleciała obok nich, tyłem.
- Chciałem powiedzieć -wyjaśnił z goryczą Ipslore - że na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć.
Śmierć zastanowił się przez chwilę. KOTY, stwierdził w końcu. KOTY SĄ MIŁE.

***

Rincewind cofnął się. Nie radził sobie z czarami, ale jak dotąd miał sto procent sukcesów w ratowaniu własnego życia. Nie chciał popsuć sobie wyniku.

***

Powiedzieć, że był szczupły, to stracić doskonałą okazję do użycia słowa „wychudzony". 

***
Krajobraz wznosił się i opadał niczym kołdra w sypialni nowożeńców.

***
- Nie wiem, co robić - wyznał.
- To nic takiego. Ja też nigdy nie wiem - zapewnił Rincewind ze sztuczną wesołością. - Przez całe życie jestem kompletnie zagubiony. - Zawahał się. — O ile pamiętam, nazywa się to człowieczeństwem czy jakoś tak.

***

Rincewind zastanowił się głęboko.
- Powtórz to jeszcze raz, dobrze? - poprosił. - Kiedy powiedziałaś, że ktoś nas napadnie, coś mi chyba zaczęło dzwonić w uszach.
- No przecież chcemy się spotkać z elementem kryminalnym, prawda?
- Nie dokładnie „chcemy". Nie takiego określenia bym użył.
- A jakiego?
- Wydaje mi się, że zwrot „nie chcemy" dość precyzyjnie oddaje znaczenie.

[tłum. Piotr W. Cholewa, wyd. Prószyński i S-ka]

26 grudnia 2016

W telegraficznym skrócie 9

Marcin Szczygielski - Sanato

Moja pierwsza książka przeczytana w ramach DKK. Teoretycznie wybór niezbyt obiecujący, mogłam się do Klubu zniechęcić, bo książkę oceniłam dość nisko, jednak interesujące było to, że wzbudziła na spotkaniu żywą i całkiem długą dyskusję. Było co omawiać i choć miało to miejsce kilka dobrych miesięcy temu, to nadal to pamiętam. To, na co zwróciłam uwagę to dialogi, napisane bardzo ładnym, eleganckim językiem polskim pasującym do bohaterów żyjących w XX-leciu międzywojennym. Pisarz trochę niepotrzebnie szpanował w opisach wyszukanymi słówkami, ale poza tym stanął na wysokości zadania w odmalowaniu tamtych lat. Sama historia nie kupiła mnie swoją absurdalnością, choć trzeba przyznać, że jest oparta na prawdziwych wątkach i to chyba sprawiło, że mimo tak odstręczającej okładki zdecydowałam się ją przeczytać. Jest to też trochę horror i fakt, momentami się nieco bałam. Sam pomysł uważam za ciekawy, może autor porwał się trochę z motyką na słońce, ale doceniam, że chciał zbudować swoją opowieść wokół takiego tajemniczego epizodu, który można znaleźć na Wikipedii. Brawura zaprowadziła go jednak na manowce w momentach, gdy za bardzo popuścił cugle wyobraźni, ponieważ momenty fantastyczne były niestety najsłabsze. Cóż, przeczytać można, rozrywka nadająca się do autobusu i poczekalni u lekarza, ale można też nie czytać bez żadnej straty.

Terry Prachett - Blask fantastyczny
Druga część Świata Dysku. Ku mojemu zaskoczeniu jeszcze bardziej zabawna niż poprzednia! Jestem pod wielkim wrażeniem humoru tego pisarza. Sama jestem zaskoczona, że tak mi przypadły do gustu jego książki, bo zazwyczaj nie lubię aż tak absurdu budowanego na kolejnym absurdzie i na kolejnym i brnięcie  w to aż do końca. Choć z drugiej strony te powieści chyba aż tak nie stoją samym absurdem - owszem - fabuła nie ma żadnych granic, pisarz ma wolną rękę i jeśli ma ochotę, to może wyrzucić bohatera nawet poza kraniec skorupy żółwia, na którym istnieje Dysk :) A jednak historia "trzyma się kupy", wciąga, bawi i chce się więcej. Nie mam pojęcia jak on to robi! W tej części wysuwa się też na czoło moja ulubiona postać Śmierci. Opisuje ją niezwykle oryginalnie. Zdecydowałam się też czytać książki Dysku podążając za cyklem, a nie numerkiem, więc teraz na tapecie mam cz. 5 "Czarodzicielstwo", która kontynuuje wątek magów.

Michal Viewegh - Ekożona
Czeski pisarz. Nie lubię czeskiej literatury - przyznaję z ręką na sercu. Ponoć Viewiegh to popularny czeski pisarz, taka średnia półka, no ale ja się nie znam. Dałam mu szansę na tradycyjne 50 stron i nawet mnie jakoś wciągnęło, bo jednak przykładnie książkę skończyłam. Satyra. Żona susząca głowę mężowi na temat ekologii, feminizmu, new age'u itd. Aczkolwiek tak się w trakcie lektury zakręciłam, że już nie wiedziałam kogo pisarz wyśmiewa: żonę czy męża? Bo on też palant pospolity. Według mojego DKK wyśmiewa jednak żonę i jej postawę, ponieważ popełnił tez powieść z punktu widzenia jej - o mężu - i wtedy wyśmiewa męża. W każdym razie dla mnie to było dla mnie mocno naciągane, śmieszne nie bardzo, przerysowane i karykaturalne. Nie każdy mężczyzna to małe dziecko, które potrzebuje pochwał od żony co 10 minut niczym mały piesek, bo mu się grunt usuwa pod nogami, a nie każda wielbicielka ekologii itd. to wariatka, która zgadza się na zamieszkanie w jej domu położnej...

23 października 2016

W telegraficznym skrócie 8

Terry Prachett - Kolor magii

Do niedawna jeszcze byłam przedstawicielem tej nielicznej już chyba grupki, która sławnego Pratchetta nie znała. Zawsze chciałam, nigdy się nie składało. Bałam się, że nie będzie mi się podobał jego humor, albo że uznam go za jakoś deprecjonujący sam gatunek. Bezpodstawne obawy. Pratchett jest świetny! Właściwie trudno mi się odnieść do jego świata przedstawionego czy chwalić na przykład warsztat, złożoność fabuły, nowatorstwo itp. Pratchettowskie fantasy to jest coś zupełnie innego! Bo to, co on serwuje to jest jazda bez trzymanki i rollercoaster pozbawiony hamulca bezpieczeństwa. Wszystko dzieje się na pełnej szybkości, autor łamie chyba wszystkie znane zasady powieściopisarstwa, także w obrębie własnego gatunku literackiego, drwi sobie nawet z zasad fizyki (sic!), a to wszystko zanurza w ogromnej kadzi humoru. I tak, dowcipy są śmieszne :) Obecnie podczytuję kolejną część i muszę przyznać, że Pratchett pod względem humoru się jeszcze rozkręca.

Henning Mankell - Morderca bez twarzy

Ostatnio zdarzyło się coś niespotykanego. W deszczowy poniedziałek, już po pracy, zebrałam się do biblioteki z myślą: trzeba mi kryminału! Wieki już całe nie miałam żadnego w ręku, bo ciągle czytam własne książki, a tego gatunku na swoich półkach nie mam. Pani odnalazła moją kartę (okazało się, że miałam przerwę od biblioteki 4-letnią!), a ja wybrałam sobie 1. część serii Mankella o policjancie Kurcie Wallanderze. I znowu chyba tylko ja tego wcześniej nie czytałam ;) Nie jest to może najbardziej porywający kryminał ever w moim czytelniczym życiu, ale mocno mnie przez tydzień zajmował. Podobało mi się, że ciekawie połączył ten gatunek z powieścią obyczajową, można się od Mankella czegoś dowiedzieć o Szwecji. Co więcej, książka jest z 1991r. i choć trochę się już zestarzała (np. bohaterowie nie mają przecież komórek), to jednak tłem powieści idealnie wstrzela się w obecną dyskusję dotyczącą miejsca uchodźców w europejskich krajach. Główny bohater to dobry glina, choć prywatnie jakoś nie zyskał mojej sympatii. Co jednak fajnie autor uwypuklił to to jakimi zwyczajnymi ludźmi są jego policjanci - chcieliby schudnąć, na coś ich nie stać, chorują, popełniają błędy, są tacy zwyczajni. W tym tygodniu liczę, że uda mi się w bibliotece znaleźć część drugą Psy z Rygi.

1 czerwca 2012

W telegraficznym skrócie 3

Andrzej Sapkowski - Ostatnie życzenie
Muszę czytać Sapkowskiego, wyznaję, z tej prostej przyczyny, że bnetka z uporem maniaka poleca mi chyba każdą jego książkę, ponieważ dawno, dawno temu, w zamierzchłych czasach, gdym miała 16 lat oceniłam sagę o Wiedźminie (każdą część z osobna) na 6. Aby więc usunąć Sapkosia ze strony pierwszej polecanek co kilka miesięcy czytam coś z tego cyklu, a w planach mam powtórkę samej sagi po to tylko, aby w miarę możliwości dać im oceny nieco bardziej stonowane, obiektywniejsze. No, chyba, że znowu byłyby to szóstki ;) Tym razem padło na ten zbiór opowiadań i, choć poprzedni Miecz przeznaczenia uznałam za wyjątkowo przeciętny, tym razem muszę przyznać, że ta pozycja to już insza inszość. Nie tylko da się czytać, ale jest też zabawna i zaskakuje zgrabnymi nawiązaniami do różnych baśni, legend, ale też do współczesności. Wreszcie brak sztampy tak typowej dla fantasy, a Yennefer nawet byłam w stanie przełknąć (nigdy jej nie lubiłam).

Charles Dickens - Klub Pickwicka
Naprawdę próbowałam. Byłam uparta i dalej brnęłam. Chciałam ją skończyć, ale na stronie 167 stwierdziłam - basta! Po prostu miałam już dość, nie będę się poświęcać na polu literatury niczym jakaś siłaczka. Dlaczego Dickens ma dostać fory, gdy innym daję szansę do 50 strony? Przykro mi to stwierdzić, ale tej książki nie da się czytać. Nie przekonują mnie argumenty o jej rzekomym humorze, bo nie rozbawiło mnie tam zupełnie nic. Każdy dowcip jest mdły, bohaterowie ze wszystkimi obchodzą się jak z jajkiem, a autor z nimi. Fabuła topi się w lukrze i wiecznych uprzejmościach, które nie pełnią żadnej istotnej roli. I najgorsza zbrodnia: nie ma w niej kogo lubić, bo główni bohaterowie są nudni, wiecznie naiwni, egzaltowani i przemądrzali. Powiedzieć o tej książce, że się zestarzała to eufemizm. Może Diderot się zestarzał (a nadal da się czytać!), ale Klub Pickwicka wręcz śmierdzi trupem!

Debiuty polskiego kina
Jest to zbiór rozmów z polskimi reżyserami pod redakcją Marka Hendrykowskiego. Każdy z rozmówców pytany jest o swój debiut, ich dobór jest imponujący, a rozmowy prowadzone są w ciekawy sposób świadczący o przygotowaniu. Wiele z nich zapadło mi w pamięć, np. rozmowa z Hasem, Kolskim, Zanussim czy Leszczyńskim. Ponadto ten zbiór nie ogranicza się tylko do samych debiutów, ponieważ rozmowy z reżyserami są często pretekstem do szerszej dyskusji o polskim kinie współczesnym, o historii kinematografii, o kinie na świecie. Są one ułożone chronologicznie (pierwszy debiut jest z 1947, ostatni z 1996) i dzięki temu zarysowuje się przed czytelnikiem subletalna zmiana jaka zachodziła w polskich filmach. Do tego zbiór ten niesie zaskakującą refleksję, że mimo wszystkich absurdów PRLu, mimo całego zła, jakie wyrządzono artystom, miało ono tę dobrą cechę, że nie znało pogoni za słupkami sprzedaży, dlatego wiele filmów miało w ogóle szansę powstać, na co dziś nikt by pieniędzy nie wyłożył...

Jules Verne - Tajemnicza wyspa
Kolejna książka, której nie skończyłam, przerwałam ja jednak po bożemu, na 50 stronie, a następnie pobieżnie przejrzałam do końca. Nuda, ludzie kochani. Papierowe postaci, prowadzące drewniane dialogi i zero napięcia (a to przecież powieść przygodowa). Każdy bohater jest sztuczny i zbyt idealny. Wszystko wiedzą, mają pamięć jak jakieś cyborgi, znają się na wszystkim. Nawet nastolatek jest tam doskonały (a na rysunkach chodzi w marynarskim kapelusiku!). W dodatku Murzyn (były niewolnik) obsesyjnie kocha swojego ex-pana i brakuje jeszcze tylko, żeby zaczął merdać ogonkiem na samą myśl o nim. Nie, dziękuję, postoję. Wolę Robinsona Crusoe.

J.I. Kraszewski - Śniehotowie
Króciutkie opowiadanie, trochę chyba za szybko napisane, ale daje radę! Wydaje mi się, że Kraszewski mógł pisać dobre sążniste powieści i szkoda, że zdecydował się ciekawy temat tak szybko omówić. Rękę do opowieści to on ma - tym razem wziął na warsztat niesnaski między dwoma braćmi Śniehotami. Myślałam nawet, że zaraz wszystko skręci w dobrze mi znanym kierunku, czyli jakieś weselicho, ratowanie panny czy coś w ten deseń, ale tym razem każda postać kobieca (no, może prócz Hanki) jest negatywna. Mam nadzieję, że w kolejnej książce Kraszewskiego będzie mi dane poczytać więcej opisów przyrody i podupadłych dworków. Uwielbiam go za to. Jest wybitnie plastycznym pisarzem i ma smykałkę do odmalowywania bohaterów (ach, ta pierwsza scena przy kominku w karczmie!). W starciu Kraszewski-Dickens po 4 rundzie jest stan 2:1, ponieważ Karol zaliczył wpadkę z Klubem... :) 

Ad. tagów: rozczarowania to nr 2 i 4.

17 kwietnia 2012

W telegraficznym skrócie 2

Mało czasu, brak chęci i oto wyniki - blog chwastami zarasta, klub czytelniczy leżał odłogiem, ale się dobre dusze zainteresowały i coś tam ożyło bez mojego udziału. Ech. Lecim ciurkiem:

Jacek Pałkiewicz - Syberia. Wyprawa na biegun zimowy
W książkach trzeba unikać laurek i peanów na własną cześć, a z tego autor nie umiał zrezygnować, więc minus na dzień dobry. Poza tym jak się nie umie pisać, to zleca się to komuś innemu, bo jestem pewna, że jego podróże są świetnym materiałem na książki podróżnicze, jednak Pałkiewicz opisuje je tak drętwo i bez polotu, że prawie nie da się tego czytać. Syberia jest pełna wręcz amatorskich błędów: banalne kolokacje, wyrażenia tak utarte, że już nie robią na czytelniku wrażenia, czasem jakieś durnoty w rodzaju "bogini seksu" czy coś w tym guście. Do tego zalewanie człowieka informacjami, które albo już przyswoił na drodze swojej edukacji (np. czym jest Gułag) albo takimi, które są na wyciągnięcie ręki. A przecież aż się prosiło, żeby suche fakty zastąpić spostrzeżeniami tego, co się widzi, rozmowami z ludźmi, reakcjami członków grupy. Książka warta przejrzenia zg na doskonałe zdjęcia, li tylko.

Jacek Hugo-Bader - Dzienniki kołymskie
Całkiem ciekawa pozycja, choć nieco słabsza od Białej gorączki. Trochę bez myśli przewodniej, trochę chaotyczna, czasem za szybko porzucał jakiegoś interesującego bohatera. A raz, jak piał, że znalazł postać, o której każdy pisarz marzy, to byłam wręcz zaskoczona - ale jako to? Ten pan? Ja bym typowała ludzi z innych rozdziałów!
Jednego bym sobie naprawdę życzyła jeśli chodzi o książki Badera. Mianowicie, żeby napisał dłuższą rzecz o azjatyckich szamanach. Za każdym razem jak coś o nich wplata, jestem wręcz wniebowzięta, dla mnie to jakiś osobny kosmos, wierzę we wszystko, co ci ludzie mu mówią, ja, realistka twardo stojąca na ziemi.


José Carlos Somoza - Przynęta
Książka do recenzji, której nie zamawiałam. Początkowo miałam ją wylosować, jak to robię w takich przypadkach, ale okazało się, że mam inny tytuł tego autora w schowku, więc stwierdziłam - czemu nie. I faktycznie przez pierwsze 150 stron połykałam ją dużymi haustami, wciągnęłam się mocno, jak to z thrillerami bywa. Potem jednak doszłam do wniosku, że pomysł z tymi różnymi pozami, które mają działać na innych na zasadzie reakcji psa Pawłowa wydał mi się tak idiotyczny, że przyjemność czytania powoli mi przechodziła i zaczęłam prychać w trakcie lektury. Koncept równie absurdalny jak w Miłości ponad czasem, język jednak bez zarzutu, no, z wyjątkiem zbyt szczegółowego opisywania strojów bohaterów.
Tamtego drugiego tytułu nie wyrzuciłam ze schowka - jest tam trochę fizyki i matmy, więc nadal liczę, że mnie Somoza oczaruje.


Ewa Białołęcka - Naznaczeni błękitem (księga I) 
Nie dość, że fantasy o genialnych młodych czarodziejach, to jeszcze polskie! I muszę się przyznać - to było dobre! Wiem, że można zarzucić tej książce, iż jest zbiorem opowiadań i nie tworzy całości (póki co, bowiem, jak rozumiem, w cz. 2 bohaterowie się spotykają). Faktycznie, w pewnym momencie to urywanie kolejnych części zaczęło być denerwujące, trudno się żegnało niektóre postaci. Do tego ostatni rozdział jest nużący i właściwie zbyteczny. Okładka obiecywała jeszcze małego czarodzieja od ognia, ale w książce ani widu, ani słychu o nim... W każdym razie polecam tę książkę nie tylko za przepiękny i plastyczny świat, ale też za finezyjny i dopracowany język. Wręcz czuć, ile autorka spędziła czasu wygładzając każde zdanie, tak aby wręcz błyszczało, kupiła mnie tym całkowicie. I do tego książka zawiera pomysłowe, takie kobiece porównania, np.: ślizgał się po szerokim końskim grzebiecie jak kawałek masła po gorącej patelni, cały świat skręcił się dokoła, niczym bielizna w rękach praczki-olbrzymki, czy od tej chwili wszystko zaczęło toczyć się samo, jak jajko po desce :)

John Grisham - Ława przysięgłych
Taka tam sensacja coby chorobę jakoś przeżyć, kiedy łzawią oczy, leżę i dogorywam ;) W sumie sprawdziła się w tej roli, choć Grisham szału nie robi, trochę mnie teraz dziwi jego sława. Pomysły to on ma - weźmie sobie na warsztat autentyczny proces z koncernami tytoniowymi, zrobi kilka fabularnych wygibasów, a potem tylko sprawdza stan konta :) Wciągnęło mnie (choć ostatnie 50 stron, to już ledwo czytałam), jednak irytowała mnie jego zbytnia szczegółowość, wprowadzanie scen bez znaczenia, pewne nielogiczności w charakterach postaci. Z czasem książka zaczęła mnie nużyć, zakończenie stało się szybko przewidywalne, do tego doszłam do wniosku, że ten pisarz chyba nie potrafi pisać o kobietach. wydano to w połowie lat 90., a bohaterki kobiece są tam rodem z lat 60, w porywach do 70. A już wręcz dziwne jest to, że żadnej nie dał pracy powyżej sekretarki parzącej kawę i obsługującej ksero...

Ad tagów: rozczarowania to nr 1 i 3, recenzyjna nr 3.

24 lutego 2012

W telegraficznym skrócie

Chciałabym mieć trochę lepszy ogląd tego, co czytam, więc żeby w tagach był porządek: kilka słów o książkach, które przeczytałam, ale na samodzielnego posta jednak nie zasłużyły.

Marcin Lindstedt - 100 najwybitniejszych postaci w historii muzyki
Ciekawy zbiór, z którego sporo się dowiedziałam. Nietypowy dobór postaci, ale solidnie umotywowany: we wstępie autor wyjaśnia przyjęte kryteria, a przy każdym nazwisku jeszcze dodatkowo podaje co czyni tę osobę tak wybitną. Właśnie to mi się podobało, ponieważ w przeróżnych zestawieniach "naj" często unika się wyjaśnienia dlaczego X zachwyca (skoro nie zachwyca - co poniektórych;) i jak konkretnie wpłynął na rozwój muzyki. Poza tym na liście znaleźli się też wykonawcy muzyki rozrywkowej (np. Pink Floyd).



Doris Lessing - Podróż Bena
Matko, trzymajcie mnie, co za rozczarowanie!!! Przede wszystkim dlatego, że miałam przyjemność czytać 1 część Piąte dziecko. Jednak ta pseudo-kontynuacja to jakaś kpina. Moje zarzuty: kiepskie pomysły, wtręty z przeszłości i przyszłości pobocznych bohaterów w ogóle niepasujące do narracji i przyjętego tempa oraz fatalne rozwiązanie akcji. To jednak nic w porównaniu z największą wadą tej książki; mianowicie główny bohater, Ben, nie jest tym samym Benem, co w części pierwszej. Nagle ludzie chcą mu pomóc, nikt się go nie boi, chłopak przeprasza wręcz, że żyje. Nikt, absolutnie nikt, nie reaguje na niego tak, jak wcześniej, czyli jak na chodzącego antychrysta... Naprawdę nie wiem, co podkusiło Lessing. Ech, wykrakałam, trafiłam wreszcie na jej słabą książkę.

Gene Wolfe - Pazur Łagodziciela (cz.2), Miecz Liktora (cz.3 cyklu Księgi Nowego Słońca)

Zniechęciłam się na dłuższy czas do fantasy. Nie wiem, co takiego ciekawego ma być w tym cyklu. Początek był całkiem obiecujący. Drugą część jeszcze przeczytałam, choć lepszym słowem byłoby "zmęczyłam". Ale w środku trzeciej stwierdziłam, że właściwie po co? Ciągle mnie trzymała świadomość, że ostatnia odsłona cyklu dostała nagrodę Campbella i chciałam do niej dociągnąć. Niestety, wg mnie ciekawe wątki były szybko porzucane, główny bohater był nudny i taki...letni, w ogóle nie interesował się tym, co nietypowego spotykał na swojej drodze. I, oczywiście, cała ta bzdurna otoczka fantasy, od której mi się robiło mdło. No trudno. Tym bardziej się dziwię pochwałom Dukaja.

August Strindberg - Wybór nowel
Nowele nie były do końca dobrym wyborem, ale też nie z nich autor słynie. Z 12 opowiadań przeczytałam 6 i to z zainteresowaniem. Zdecydowanie lepiej mu wychodzi pisanie o mieszczanach i klasie średniej niż o przedstawicielach niższych stanów. Można wyczuć, że produkował te krótkie formy w pośpiechu i dla pieniędzy, o czym informuje też wstęp (nota bene - tragicznie napisany, intelektualny bełkot). Za to Strindberg zwrócił moją uwagę odwagą w poruszaniu tematów tabu oraz uporczywym wracaniu do motywu walki jednostki ze społecznym naciskiem, szukaniu granicy między ja wewnętrznym a ja społecznym. Do tego ukrywa to wszystko pod płaszczykiem lekkiego stylu i żartobliwego tonu.


Tag "rozczarowywania" tyczy się tylko Wolfe'a i Lessing.

3 grudnia 2011

Gene Wolfe - Cień kata

Wydawnictwo: Książnica, 2007
Pierwsze wydanie: The Shadow of the Torturer, 1980
Stron: 328
Tłumacz: Arkadiusz Nakoniecznik

cz. 1 cyklu Księga Nowego Słońca

Kolejna książka zaliczana do kanonu science-fiction. Trochę mnie odstraszył jej opis, więc w schowku wpadła do kategorii "ewentualnie", jednak jest to pewna ciekawostka fantastyki i ostatecznie jej przeczytanie nie było stratą czasu. Poza tym, wyjątkowo zadziałały na mnie zachęty innych pisarzy na okładce, ale jak już chwalą tacy ludzie jak Le Guin czy Dukaj, to zmienia postać rzeczy. Nieco mnie jednak dziwi tag s-f, ponieważ Cień kata to bardziej fantasy, z lekkim odcieniem SF. Możliwe, że w kolejnych częściach ta kwestia się wyjaśni, ponieważ przyznaję, że w trakcie lektury każde zaburzenie konwencji fantasy (np. użyte słowo "kable" w opisie lochu oraz zaburzenia czasu i przestrzeni) wywoływały moją lekką konsternację.

 Nietypowy w tej książce jest na pewno główny bohater - Severian (co cudnie kojarzyło mi się z imieniem Severus;). Po pierwsze dlatego, że jest właśnie katem, szanuje swój zawód i przemoc nie budzi w nim sprzeciwu. Po drugie nie jest ani szlachetny, ani szczególnie odważny, ani zadziwiająco mądry. Nie jest też typkiem spod ciemnej gwiazdy, to niepokojąco normalny gość. Co ciekawe, on i jego krajanie nie są wyzbyci swojej seksualności jak to często bywa w powieściach fantasy. Ponadto świat planety Urth (planety, podkreślę!) jest dziwną mieszanką motywów fantasy z sci-fi. To wszystko zdecydowanie przykuło moją uwagę, choć fabuła może nie zawładnęła całkowicie moim czytelniczym sercem. Zaczyna się spokojnie, Severian jest uczniem, potem czeladnikiem w konfraterni katów. Jedna jego decyzja sprawia, że zostaje wysłany na północ i od tego momentu jest to już powieść drogi. Poznaje nowych ludzi, przeżywa liczne przygody, czasem aż za absurdalne, dzieją się wokół niego tajemnicze rzeczy. Czasem to całe zamieszanie mnie trochę irytowało, jednak podejrzewałam, że pisarz chyba nie bez przyczyny skręcał w, na pierwszy rzut oka, ślepy zaułek, aby móc wpleść jakiś istotny symbol, czyjeś imię lub może nawet artefakt, które teraz mogą się wydawać bez znaczenia, ale nabiorą go pewnie w kolejnych częściach cyklu.

Nie jestem jeszcze całkowicie przekonana do mariażu tych dwóch odmian fantastyki, jednak zostałam na tyle zaintrygowana, że sięgnę po Pazur Łagodzieciela (żenujący tytuł wg mnie). Poza tym sądzę, że ta książka może być miłą odmianą dla fanów fantasy, nie znoszących czystego s-f. Jako zachętę dodam, że język pisarza jest naprawdę godny uwagi: starannie dobiera słowa, umiejętnie tworzy opisy, używa wyszukanych sformułowań i do tego nie tłumaczy wszystkiego czytelnikowi jak dziecku. Do tego tłumaczenie stoi na wysokim poziomie. Książnica za to nie popisała się okładką (niczym z gry Książę Persji) i korektą, za to chwała im za podanie wszystkich tytułów cyklu (tak niewiele wydawnictw o to dba!).

Ocena: 4,5/6

20 października 2011

J.R.R. Tolkien - Dzieci Húrina

Wydawnictwo: Amber, 2007
Pierwsze wydanie: The Children of Húrin, 2007
Stron: 239
Tłumacz: Agnieszka Sylwanowicz

Jako fanka Tolkiena zastanawiałam się niedawno nad kupnem tej książki w jakiejś internetowej księgarni. Mieli promocję, okładkę można zjeść oczami, ten autor, a kartkując książkę natrafia się też na mapę i drzewa genealogiczne. Ślinka cieknie, prawda? Jednak dobrze zrobiłam, nie zamawiając jej.

Wiem, że ta książka ma w sieci wysokie oceny. Wiem, że ludzie pisali entuzjastyczne recenzje. Nie zmienia to jednak faktu, że wg mnie sam Tolkien nie wydałby tej powieści w takiej formie. Trudno było mi się zaangażować w tę historię, nie dlatego, że czegoś jej brakuje, ponieważ losy Húrina i jego dzieci - Túrina i Niënor mają coś w sobie z greckiej tragedii, które jak wiadomo nikogo nie pozostawiają obojętnym. Brakowało mi jednak rozbudowania tej opowieści, wiele lat jest tam opisanych tylko skrótowo, a przecież fabuła rozciągnięta jest na kilka dekad bodajże. Jednak najbardziej uwierał mnie język. Początkowo obwiniałam tłumaczenie. To prawda, Sylwanowicz to nie Skibniewska, delikatnie mówiąc. Sprawdziłam sobie jednak fragmenty oryginału i też mnie to nie przekonało. Władcę pierścieni i Hobbita zapamiętałam najlepiej, jak tylko mogłam. Wszystko tam zagrało, jak należy. Język nie był ani za prosty, ani za trudny, ani za manieryczny, ani przekombinowany. Natomiast bohaterowie Dzieci Húrina mówią z takim patosem, że, niestety muszę to napisać, podśmiewałam się podczas dramatycznej i pełnej emocji rozmowy Túrina z Brandirem! Rozumiem, że jest to inny język niż nasz współczesny, ale to nagromadzenie wyrafinowanych wyrażeń w każdym zdaniu było już przesadą. Przez to książka nie nabrała dla mnie życia, a prawie wszystkie dialogi są drewniane. Nie czułam, że to ten pisarz, raczej wyczuwałam klej jego syna, który łączył różne zapiski ojca, czasem poprawiając je pod względem logiki.

To teraz dobre strony. Sama historia - zupełnie inna od pozostałych znanych mi książek Tolkiena. Każdy fragment zazębia się z resztą. I tak samego Húrina jest tam raczej niewiele; czytelnik dowiaduje się tylko jak doszło do jego uwięzienia i na czym polega klątwa na nim ciążąca (akcja dzieje się tysiące lat wcześniej przed Drużyną Pierścienia). To piętno okryje cieniem życie jego dzieci, które dokonują kolejnych wyborów niczym ślepcy. Powieść skupia się na Túrinie, który zostaje wysłany przez matkę do elfów wobec rozlewającej się fali orków po zwycięstwie Morgotha. Śledzimy tego chłopca, który szybko staje się mężczyzną, pokazuje zdolności przywódcze. Jednak jego los nie jest pasmem zwycięstw. Klątwa ojca sprawia, że ciągle, mając dobre zamiary, szkodzi wszystkim dookoła. Dla tej wielkiej opowieści, której Tolkien poświęcił długie lata (początkowo miał to być poemat) warto zapoznać się z tą książką. Szkoda, że nie doprowadził swojego zamysłu do końca i nie stworzył z tego większego objętościowo dzieła. Nie spodziewajcie się więc takiego zachłyśnięcia jak w przypadku słynnej trylogii.

Ocena: 4/6

8 lutego 2011

Ursula K. Le Guin - Grobowce Atuanu

Wydawnictwo: Phantom Press, 1991
Pierwsze wydanie: The Thombs of Atuan, 1971
Stron: 139
Tłumacz: Piotr W. Cholewa

cz. 2 cyklu Ziemiomorze

Ostatnio mam dobrą passę, czytam same wspaniałe książki. No, ale w przypadku Le Guin to żadna niespodzianka, olśniła mnie już po raz czwarty w czasie naszej krótkiej, ale jakże intensywnej znajomości.

Nie będę się dziś za bardzo produkować, raz, że czasu brak, dwa, że wszystko, co wymyślę wydaje mi się głupie. Są to po prostu dalsze losy Geda, tym razem opowiedziane z perspektywy młodej dziewczyny Tenar. To ona walczy ze sobą przez większość stron, a on spokojnie jej się przygląda, podrzuca puzzle do całej układanki. I jak zawsze u Le Guin - to tylko warstwa wierzchnia, zeskrobcie ją i sprawdźcie co jeszcze kryje w sobie ta historia. Ja do końca marca dobrnę do części 3, a potem będę miała kilkumiesięczny odwyk od Ziemiomorza...
Większość rzeczy starzeje się i znika w miarę, jak płyną wieki. Niewiele rzeczy cennych pozostaje cennymi i niewiele historii wciąż się opowiada. (s. 49)
Pan Cholewa na pewno włożył w swoje tłumaczenie sporo pracy, na miarę własnych umiejętności, ale Barańczakiem to on, niestety, nie jest. Jak można było pozwolić na zmianę tłumacza, tego nie rozumiem. Tym samym obiecuję sobie przeczytanie całego cyklu w oryginale. Grobowce udowadniają, że dobra historia obroni się sama, ale jednak udany przekład pozwala jej błyszczeć. Gdzieś ta wielkość oryginału przebijała się przez język polski, ale jednak, to nie było to samo, co w części pierwszej.

Ocena: 5,5/6

P.S. Ciekawa strona o tej krainie. Tu są mapy Grobowców i Labiryntu z angielskich wydań.

28 grudnia 2010

Walter Moers - Miasto śniących książek

Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie, 2006
Pierwsze wydanie: Die Stadt der Träumenden Bücher, 2004
Liczba stron: 461
Tłumacz: Katarzyna Bena

Umarłam i trafiłam do nieba moli książkowych! Ta myśl zdecydowanie mi przychodziła do głowa, zwłaszcza przy opisach Księgogrodu - istnym raju. Te szczegółowe wizje pachnące książkami, pełne antykwariatów, księgarni, spotkań z autorami, niesamowitych okładek, świetnych tytułów... Do tego sama charakterystyka tego miejsca: wąskie uliczki, stare domy, oryginalni mieszkańcy! I na każdym kroku wszyscy mówią głównie o książkach! Czyta każdy, na ulicach toczą się dyskusje, klasyka znana jest powszechnie, wstydem jest nie znać pewnych nazwisk i ich dzieł. Wyobraźcie sobie na stronach co jakiś czas obrazek otwartej książki, aż zapraszającej do czytania (ma się uczucie, jakby się chciało wejść do książki, żeby przeczytać tę narysowaną!). Albo taki rysunek: na stole leży otwarta księga, obok kubek z czymś parującym i słodka bułeczka o nazwie Loczek Poety. Brakowało tylko jeszcze dorysowanego tyłu moje głowy, bo to ja siedziałam w owej Moersowej knajpce w tamtej chwili!

Magia, pełno jest jej w Mieście śniących książek. A zaczyna się tak: Hildegunstowi Rzeźbiarzowi Mitów umiera ojciec duchowy - jego nauczyciel pisarstwa, że tak to ujmę. Zostawia on mu coś bardzo cennego, coś bardzo szczególnego, coś co zmienia całkowicie życie naszego smoka (bowiem bohater w istocie jest dinozaurem, ludzie w książce właściwie nie występują). To coś sprawi, że wybierze się on w podróż do tytułowego miasta, a my zwiedzamy je razem z nim. I nagle około 150 strony akcja rusza z kopyta! Nie chcę pisać Wam za dużo, ponieważ samodzielne odkrywanie tajemnic tego miejsca, pozwalanie zaskakiwać się rożnymi zwrotami w fabule i dotarcie do najciekawszych momentów sprawiło mi tyle radości i przyjemności, że byłoby okrutne odbierać to innym. Mam nadzieję, że i Wy wiele razy wybuchniecie w trakcie lektury śmiechem, jak ja to robiłam.

Książkę dostałam na ostatnie urodziny z polecenia Quaffery'ego, któremu za to bardzo dziękuję! Powtórzę za nim: nie psujcie sobie zabawy i nie przeglądajcie jej przed przeczytaniem. Odkrywajcie wszystkie rysunki po kolei, dajcie się zaskoczyć. Ta lektura pozwala się poczuć jeszcze raz jak dziecko! I pamiętajcie o odszyfrowaniu nazwisk buchlingów - będziecie mieć ubaw po pachy, zaręczam :)

Słowa uznania dla wydawnictwa: strona techniczna robi ogromnie wrażenie, i projekt, i tłumaczenie, i korekta (jedna literówka tylko), i dodanie wstążki jako zakładki, i papier. No, sami zobaczcie w księgarni. Ja mojego egzemplarza się na pewno nie pozbędę.

Ocena: 5,5-6/6

28 listopada 2010

Ursula K. Le Guin - Dary

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2006
Pierwsze wydanie: 2004
Liczba stron: 152
Tłumacz: Maciejka Mazan

Kroniki Zachodniego Brzegu, cz. 1

Z pochwalnymi recenzjami jest pewien problem. Łatwo w nich przesłodzić, przedobrzyć. Można być posądzonym o całkowity brak obiektywizmu lub, co gorsza, nazwanym grafomanem, piszącym laurki swojemu ulubionemu autorowi. Bez owijania w bawełnę od razu więc uprzedzę, że Le Guin po czytelniczemu właściwie wielbię, choć znam jak na razie jedynie trzy jej książki. Zamierzam przeczytać wszystkie, jakie się da, ponieważ jej proza niezmiennie mnie zachwyca. Każda ze znanych mi pozycji dostała ode mnie 6 lub się o tę ocenę ociera, to mówi samo za siebie.

Kiedy czytam Le Guin, mam nieodparte wrażenie, że ktoś kładzie mi rękę na ramieniu, a silny i spokojny głos mówi: "słuchaj, opowiem ci historię". W jej powieściach zawsze królują właśnie spokój, pewność i odpowiedzialność. Brak tu pstrokacizny, krzyku, zbędnych słów czy zarozumiałości. Nie znajdzie się w nich łatwych rozwiązań jak kawa instant, tylko zalać wodą i gotowe. Nie, to nie w stylu tej pisarki, ona oczekuje od czytelnika pewnego wysiłku przy odkodowywaniu kolejnych, głębszych poziomów danej historii. Powracające motywy to wiedza i jej brzemię, odpowiedzialność wobec własnego talentu, zrozumienie siebie samego i akceptacja własnej ścieżki, relacje panujące w społecznościach. Można mówić rzeczy mądre bez schmittowskiego sosu czy zaklepki a'la Coelho, a i gatunek fantasy nie determinuje błahej treści.

Wracając jednak do Darów: powieść wyróżnia Niziny, gdzie mieszkają zwykli ludzie, i Wyżyny, świat ludzi obdarzonych darami. Każdy ród ma inny talent, a w każdym rodzie jest lider, którego dar jest najsilniejszy. Akcja dzieje się wśród czarodziejów, choć pretekstem by o nich opowiadać jest pojawienie się na Wyżynach złodzieja Emmona. Jego przewodnikiem zostaje Orrec, chłopiec z przewiązanymi opaską oczami, oraz jego przyjaciółka Gry. Początkowo można być trochę przytłoczonym liczbą nazwisk, imion, miast i różnych darów, potem krystalizuje się trzon opowieści i ich zapisywanie okazuje się już niepotrzebne. Na pierwszy plan wysuwa się relacja ojciec - syn. Orrec powinien w przyszłości zająć miejsce swego ojca, chronić swój ród darem odczyniania, bronić delikatnego balansu między przyjaciółmi a wrogami. Obawia się jednak, że nie odziedziczył ojcowskiego talentu. Z kolei Gry nie chce wykorzystywać swojego w sposób, jaki życzyłaby sobie jej matka... Pierwszym poziomem jest tu więc trud dorastania, mierzenie się z trudnym światem dorosłym.
(...) teraz dochodzę do tego miejsca opowieści, przez które nie chcę przechodzić. To pustynia. I żaden wir mnie przez nią nie przeniesie. (s. 110)
Le Guin po mistrzowsku wplata w opowieść przyjemną dla młodych wątki zrozumiałe już dla kogoś bardziej doświadczonego. Nie idzie na łatwiznę, pisząc jak to bycie czarodziejem jest cool i jak to ułatwia życie. Skręca w drugą stronę, pokazując dar jako przekleństwo, jak służy to nie temu, czego naiwnie chciałoby dziecko. Styl jak zawsze wysmakowany, bardzo dobrze oddany przez tłumaczkę. O prostych rzeczach zawsze najtrudniej pisać, a królowej fantastyki tradycyjne wychodzi to nadzwyczajnie. Do tego obcy jest jej zwyczaj współczesnych pisarzy fantasy do pisania grubaśnych tomiszczy, choć ma to i swoje minusy - zwyczajnie mi smutno, że to już koniec historii. Jakże żałuję, że nie przetłumaczono jeszcze części drugiej i trzeciej. Chyba nawet się odważę skrobnąć w tej sprawie do Prószyński i S-ka.

Ocena: 5,5-6/6

Inne książki tej autorki:


29 grudnia 2009

Ursula K. Le Guin - Czarnoksiężnik z Archipelagu

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2001
ilość stron: 245

cz. 1 cyklu Ziemiomorze

Udało się, wreszcie to przeczytałam. W jeden dzień. Na razie fantastyka to dla mnie para królewska: pan Tolkien i pani Le Guin. Król i Królowa. Plus kilku autorów jako dworzanie (np. Pielewin, czyli nie stricte fantasy albo Sapkowski). Nie da się chyba w tej dziedzinie zrobić czegoś więcej, kunsztowniej, lepiej... Wytyczyli szlaki i pozostałe książki są kopią ich dzieł.
Ostatnio miałam okazję przeczytać też "Uczeń skrytobójcy" Robin Hobb, dałam 4. Książka, która umiejętnie wykorzystuje znane chwyty i schematy, daje kilka godzin przyjemności. Jednak muszę przyznać, że to tylko rzemiosło i tyle. Za tą fantasy nie ma nic, to jest puste i płytkie, jedynym celem istnienia takich książek jest rozrywka, nie pozostawia ona w czytelniku nic na dłużej, nie trzeba jej interpretować, bo nie ma w niej podwójnego dna! Śmiem tak twierdzić. Czytając natomiast Tolkien'a czy Le Guin można napisać książkę o możliwych interpretacjach, można się kompletnie zapomnieć w tym świecie, wszystko się w nich układa jak puzzle, zazębia się i ma swój własny sens, który należy odkryć. Bo w nich jest do odkrycia coś jeszcze oprócz samej treści przed naszymi oczyma.
Nie znając tej książki, czułam się autentycznie zapóźniona literacko. Cały świat się już zachwycił, a ja co? Nie znam. Z panią Ursulą pierwszy kontakt miałam bardzo przypadkowy - na allegro wpadła mi jej książka o ciekawym tytule "Lewa ręka ciemności". Znałam nazwisko, jej sławę i zaryzykowałam. Jej pisanie mnie całkowicie oczarowało. Jak nikt potrafi pisać o całych społeczeństwach, stwarzać misterną i skomplikowaną sieć relacji i zależności między ludźmi. Do tego waży słowa. Jednym zdaniem jest w stanie odmalować krajobraz, myśli, nastrój. Takie zdanie: Zagłębienia fal napełniały się już mrokiem, podczas gdy grzebienie błyszczały jeszcze jasnoczerwonym odblaskiem zachodu. Nie trzeba być malarzem, aby wyobrazić sobie tę scenę. Przede wszystkim jednak Le Guin nie ucieka od egzystencjalnych, właściwie filozoficznych kwestii: Myślałeś, będąc chłopcem, że mag to ktoś, kto potrafi uczynić wszystko. Tak i ja niegdyś myślałem. Tak myśleliśmy wszyscy. A prawda jest taka, że im bardziej rośnie prawdziwa moc człowieka, im bardziej poszerza się jego wiedza, tym bardziej zwęża się droga, która może on kroczyć; aż wreszcie niczego już nie wybiera, lecz czyni tylko i wyłącznie to, co musi czynić...
Mnóstwo tu kulturowych odniesień, smaczków i szczególików. Istna uczta. Gdyby został mi rok życia, na liście moich priorytetów byłoby przeczytanie pozostałych części.

Słowo o wydaniu. Tłumaczenie Stanisława Barańczaka jest, oczywiście, na najwyższym poziomie. Okładka nie najgorsza (ma związek z fabułą), tusz się trochę rozmazuje, za to klej trzyma mocno. Gdyby tylko Prószyński i S-ka nie wypuszczało takich błędów jak "narazie".

Ocena: 6/6