Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografia/autobiografia/dzienniki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografia/autobiografia/dzienniki. Pokaż wszystkie posty

22 sierpnia 2014

W telegraficznym skrócie 5

Magdalena Grzebałkowska - Beksińscy. Portret podwójny
Pewnego dnia kupiłam tę książkę tak spontanicznie, jak jeszcze mi się nie zdarzyło. Zdzisław Beksiński to od zawsze jeden z moich ulubionych malarzy, więc przeczytanie jego biografii było dla mnie oczywiste. W nastoletnim życiu przeżyłam też epizod pewnej fascynacji Tomkiem - dziennikarzem radiowej Trójki i felietonisty Tylko Rocka. Portret podwójny zaskoczył mnie szczegółami, wręcz ich przesytem, jakby autorka nie mogła się zdecydować na odrzucenie niektórych, nie chcąc nic stracić. Chcę jednak podkreślić, że biografia ta to kawał dobrej roboty. Zaskoczył mnie obraz jaki się z niej wyjaśnia, obraz kilku pokoleń Beksińskich, tego jak członkowie rodziny na siebie wpływają, jak wybory jednych determinują życie innych, a jak czasem jesteśmy bezsilni, sama nie wiem wobec czego, genów? No bo chyba nie fatum? W to już nie wierzę. Jednak jest coś ciężkiego w tej rodzinie, jakaś spirala, która doprowadziła, że wszyscy wymarli, jakby ich nigdy nie było. Brrrr....


Charlotte Brontë - Profesor
Raczej rozczarowanie. Główna postać jest wyjątkowo niewyrazista, wręcz miałka. Podział na bohaterów pozytywnych i negatywnych oczywisty niemal do bólu, no może z wyjątkiem Hunsdena. Do tego fabuła dość szybko stała się dla mnie zbyt oczywista. Niby książka poprawna, nie razi, czytałam ją z umiarkowanym zainteresowaniem, ale bez żadnych myśli o jej porzuceniu, jednak to nie to, po prostu. Dziwne losy Jane Eyre napisała później, więc może stąd moje zastrzeżenia; nie zaczęła najgorzej w każdym razie.




Arthur C. Clarke - Koniec dzieciństwa
To pozycja, która uprzyjemniała mi wyjazd wakacyjny i żal mi było, że tak szybko się skończyła. Pomysł na jej powstanie jest fantastyczny (ta okładka to jednak brzydki spoiler, odebrała mi istotny moment zaskoczenia!!!). Napisana jest swobodnie, fabuła wciąga, czytelnik skręca się z ciekawości, a zakończenie w taki sentymentalny sposób przypomniało mi Wellsa. Clarke to zdecydowanie świetny pisarz, który zaskakuje oryginalnymi pomysłami i wie jak poprowadzić akcję. Czy mogę jeszcze raz to wykrzyczeć: jakże ja lubię science-fiction? :)





Imre Kertész - Los utracony
Literacka Nagroda Nobla 2002
Dawno już nie sięgałam po literaturę związaną z holocaustem. Noblista? Póki co, po tym jednym tytule, Nobel dla Kertésza jest dla mnie raczej zaskoczeniem. Wiem, że to może zabrzmieć arogancko, ale naprawdę czytałam o wiele lepsze książki dotyczące tego tematu. Może czepiam się, bo to powieść? A że oparta na doświadczeniach pisarza to już inna sprawa. Jakoś mnie ten główny bohater nie przekonał, bardziej przypominał manekina. Zwłaszcza jego życie wewnętrzne przed obozem w ogóle nie przypomina nastolatka, na rzeczywistość patrzy jak przez mikroskop, jakby nic nie czuł, żadnych skrajnych, gwałtownych uczuć, wyprany z emocji; całuje się z dziewczyną i nic? Na serio nic? Relacjonuje jakieś wydarzenia jak dziennikarz, nienaturalnie. Kertész chyba już w ogóle nie pamiętał jak może myśleć młody chłopiec, zrobił z niego suchego starca nawet jeszcze przed wszystkimi katastrofalnymi wydarzeniami. Ja tego nie kupuję. Nie jest to zła książka, czytałam ją z zaciekawieniem, jednak moje przemyślenia po jej lekturze nie są zbyt zachęcające, zdaję sobie z tego sprawę. 

14 grudnia 2013

Sylvain Tesson - W syberyjskich lasach

Wydawnictwo: Noir Sur Blanc, 2013
Pierwsze wydanie: Dans les forets de Siberie, 2011
Stron: 211
Tłumacz: Anna Michalska

Nie wiem, czemu aż tyle zajęło mi napisanie posta o tej książce. Znaczy wiem, ale wydaje mi się, że przeraziła mnie też ilość fragmentów, które sobie w niej zaznaczyłam i teraz czeka mnie ich przepisanie :)

Tesson spełnił marzenie wielu, a przynajmniej moje: zaszył się w głuszy. Co prawda tylko (lub aż) na pół roku, ale zawsze. Zabawnie motywuje swoją decyzję: Ostatnia skrzynka to książki. Jeśli ktoś mnie spyta, dlaczego przyjechałem na to odludzie, powiem, że miałem zaległości w lekturze. Przybijam deskę nad pryczą i ustawiam na niej książki. Mam ich z 60. W Paryżu starannie przygotowałem idealną listę. Kiedy człowiek podejrzewa, że jego życie wewnętrzne nie jest wystarczająco bogate, musi wziąć ze sobą dobre książki, żeby wypełnić własną pustkę. (s. 23). Albo: Wreszcie się dowiem, czy mam życie wewnętrzne. (s. 27). Potwierdzam - ma, niektóre z jego codziennych zapisków są bardzo filozoficzne. A raz na jakiś czas rzuca jedno zdanie, które idealnie oddaje długie przemyślenia: Myśl, że trzeba zrobić zdjęcie, jest najlepszym sposobem na zabicie intensywności chwili. (s. 138).

Rozmyśla on o sobie, o Rosjanach i Słowianach ogólnie, przeżywa osobisty dramat pod koniec pobytu, obserwuje z rzadka pojawiających się tubylców lub turystów. Trudno o tej książce pisać, zdecydowanie lepiej przekazać głos cytatom. 

I John Burroughs w "Sztuce widzenia rzeczy": "Ton, jakim rozmawiamy ze światem, jest tym samym, jakiego świat używa w stosunku do nas. Kto daje to, co ma najlepszego, dostaje najlepsze". Sami jesteśmy odpowiedzialni za ponurość naszego życia. Świat jest szary od naszej własnej banalności. Życie wydaje się blade? Zmieńcie życie, zmieńcie chatę. Jeśli w głębi lasu świat wciąż wydaje się ponury, a otoczenie nie do zniesienia, to znaczy, że macie problem z własną osobą! (s. 161). 
Słowianie mogą godzinami wpatrywać się w krople na szybach. Czasem wstają, napadają na jakiś kraj, robią rewolucję, a potem wracają marzyć u okna w przegrzanej izbie. Zimą na okrągło piją herbatę i nie chce im się wychodzić z domu. (s. 28)
Deptać śnieg, to nie móc znieść dziewiczości świata. Zaczyna się od niszczenia niepokalanych zboczy, a potem masakruje się Polaków. (s. 33)

Podoba mi się też, jak zagłębia się w samego siebie, ma tyle czasu dla siebie, o jakim my zazwyczaj marzymy. Skąd się we mnie bierze upodobanie do aforyzmów, błyskotliwych powiedzeń i formułek? Dlaczego wolę jednostki od zespołów, pojedyncze osoby od grupy? Z powodu mojego nazwiska? Tesson (kawałek stłuczonego szkła) to fragment czegoś, co było. Forma zachowuje wspomnienie butelki. Tesson byłby więc istotą tęskniącą za straconą całością, kimś, kto pragnie nawiązać kontakt ze Wszystkim. To właśnie robię, upijając się w syberyjskich lasach. (s. 70).
Czy to zmęczenie? Kiedy wstaję w południe, trwam w miękkim otępieniu. Błoga perspektywa: dzień nie przyniesie mi niczego nowego. Nikt nie przyjedzie, nie mam nic do roboty, niczego nie potrzebuję, nie muszę z nikim rozmawiać. (s. 192). 
Życie w chacie jest papierem ściernym. Zdziera farbę z duszy, obnaża człowieka, umysł od niego dziczeje, a ciało porasta włosem, ale na dnie serca rozwija najczulsze receptory. Eremita zyskuje na łagodności to, co traci na manierach. (s. 199).

Ciekawie dywaguje też na temat odosobnienia, pustelników i odcinania się od systemu. Myślę, że ta książka to też pochwałą minimalizmu. Piszę na drewnianym stole, psy śpią  na ciepłym piasku. Wszystko jest ciche, napięte i jasne. (s. 164). Walt Whitman: "Nie mam nic wspólnego z tym systemem, nawet na tyle, żeby mu się przeciwstawiać". (...) kiedy odkryłem Źdźbła trawy, nie wiedziałem, że ta lektura zaprowadzi mnie do syberyjskiej chaty. (s. 92). To życie przynosi spokój. Co nie znaczy, że wygasają wszelkie pragnienia. Chata nie jest wprowadzeniem do buddyzmu. Pustelnia zawęża ambicje do realnych możliwości. Zmniejszając wachlarz działań, pogłębia się każde doświadczenie. Lektura, pisanie, rybołówstwo, wspinaczka, łyżwy, spacery w lesie... Życie ogranicza się do jakichś piętnastu zajęć. Rozbitek cieszy się wolnością absolutną, lecz ograniczoną do wyspy. (...) Eremita zrezygnowany? Nie bardziej niż mieszczuch, który w świetle bulwarowych iluminacji uświadamia sobie nagle, że życia mu nie wystarczy do spróbowania wszystkich pokus festynu. (s. 104). Otulony śpiworem, słyszę trzask ognia. Nic nie może się równać z samotnością. Do szczęścia brakuje mi jedynie kogoś, komu mógłbym to powiedzieć. (s. 113). Odosobnienie jest buntem. Wycofać się do pustelni, to zniknąć z ekranów kontrolnych. Eremita staje się niewidoczny. (...) Uprawia hacking na odwrót, wychodzi z gry. Nie musi zresztą zaszywać się w lesie. Rewolucyjny ascetyzm można praktykować w środowisku miejskim. Społeczeństwo konsumpcyjne pozostawia wolny wybór. Wystarczy nico dyscypliny. W warunkach wszelkiej obfitości ktoś może żyć w zbytku jak pasza, ale kto inny może bawić się w mnicha i pościć wśród książek. Udaje się wówczas do wewnętrznego lasu, nie wychodząc z własnego mieszkania. "Społeczeństwo konsumpcyjne" to nieco paskudne określenie, powstałe w umysłach dużych dzieci, które mają za złe, że były rozpieszczane. Nie mają siły się zmienić i marzą, żeby je zmusić do umiarkowania. (s. 92). Zawsze spóźniamy się z życiem. Czas nie daje drugiej szansy. Życie rozgrywa się od razu na czysto. A ja uciekłem do lasu, zostawiając je za sobą. (s. 173). Jego brak litości dla siebie samego wzbudza mój szacunek. Gdy z dalekiego świat dociera do niego pewna informacja, przeżywa załamanie i nie pomija tego wątku w swoich rozmyślaniach; pozwala jednocześnie, żeby te uczucia przepłynęły przez niego aż do ich naturalnego wygaśnięcia. Zatopiłem statek swego życia i zdałem sobie z tego sprawę dopiero wtedy, gdy woda przelewała się przez burty. (s. 174). 

W syberyjskich lasach to też kopalnia przemyśleń o książkach i czytaniu. Czytanie kompulsywne zwalnia z obowiązku posuwania się w lesie medytacji w poszukiwaniu polanek. Książka po książce zadowalamy się rozpoznawaniem myśli, które intuicyjnie przeczuwaliśmy. Lektura ogranicza się do sformułowania idei, które nosiliśmy w sobie, lub sprowadza się do utkania sieci połączeń między dziełami setek autorów. (s. 193). Dość ironiczne, przyznaję. I tu: "Niebezpiecznie jest otwierać książki. (s. 92).

Ocena: 4,5/6

6 lutego 2013

Marian Zacharski - Nazywam się Zacharski. Marian Zacharski: Wbrew regułom

Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2009
Stron: 528

Od paru dni odkładam pisanie o tej książce, nie wiem jak zacząć. Z jednej strony dobrze się to czytało, z drugiej ten Zacharski...

Autobiografia ta jest opisem szpiegowskiej działalności autora w USA od 1975 do 1981 roku, kiedy to został aresztowany i skazany na dożywocie. W 1985 roku wrócił do kraju w ramach wymiany ze Stanami. Jest jeszcze druga część, Rosyjska ruletka, gdzie opowiada o swojej dalszej pracy w Polsce. Sama nie wiem czy chcę ją przeczytać. I tak, i nie.

Sam tytuł jako nawiązanie do Bonda jest ciekawym zabiegiem, choć nie znajdziesz w niej pościgów, strzelaniny czy smokingów na przyjęciach w ambasadzie. Wciąga coś zupełnie innego - to, jak Zacharski przez ok. 1,5 roku rozpracowuje jeden ze swoich kontaktów, sąsiada do tego. Bardzo powoli, subtelnie, wręcz niezauważalnie przeciąga go na swoją stronę, zaciera na jego użytek granicę między zwykłą rozmową i zdradą, przyzwyczaja go do nagród pieniężnych. I potem nagle wszystko nabiera tempa, a William Bell bez zmrużenia okiem zdradza swoją ojczyznę i jeszcze sprawdza kurs złota coby go nikt nie oszukał na tysiączku lub dwóch. Zacharski nie ujawnia szczegółów swojego szkolenia, ale widać, że takie operacje to dla agentów chleb powszechni. Momentami naprawdę nie mogłam się oderwać od tej opowieści, nawet gdy opisywany jest już sam proces w Stanach, potem jego lata w więzieniu, sama wymiana i pierwsze tygodnie w PRL po niej. 

Jest jednak w tej książce coś śliskiego, co ciągle budziło mój dysonans, pewną odrazę do takiej działalności. Wiem, że nie można być naiwnym, ale włos się jeży na głowie, gdy sobie uświadamiam, że działalność wywiadowcza nadal trwa, gdzieś pod powierzchnią świat nadal jest brudny i nieufny, dzieją się rzeczy, o których opinia publiczna nie ma pojęcia. Może czasem to "tylko" tajemnice handlowe, techniczne, gospodarcze, a może czasem faktycznie nam uratowali tyłek. Trudno powiedzieć, to nie moja działka, tak sobie tylko zgaduję. Jednak czytając tę pozycję, odrzuciłam Mariana Zacharskiego i nie zgadzam się z nim na jakimś głębokim poziomie. Jeśli nawet czasem werbalnie nie wiedziałam o co mi chodzi, wewnętrznie czułam ogromną do niego niechęć. Nie chodzi mi nawet o to, że autor mocno koloryzuje siebie jako człowieka, pokazując się z najlepszej strony (gdy tymczasem życie szpiega to życie w zakłamaniu). Do tego broni się przed nazywaniem siebie bohaterem, by na końcu jednak jasno dać do zrozumienia, że właśnie tak o sobie myśli. Co ważne, budziło mój sprzeciw to, co on przypisuje sobie za powód do chwały - wierność władzom. Z uporem maniaka nazywa to miłością do ojczyzny, nieważne jaki miała przymiotnik w swojej nazwie, podkreśla, że jego Departament nie zajmował się sprawami wewnętrznymi, gdy wspomina ruch Solidarności i stan wojenny. A przy tym zupełnie zapomina, że nie ma znaczenia, w którym miejscu było się trybikiem tej zbrodniczej maszyny, istotne, że swoim działaniem przyczyniało się do jego utrzymywania! 

Rozumiem, że należymy do różnych pokoleń, wychowaliśmy się w  innych czasach, mamy różne doświadczenia, jednak niedobrze mi było, gdy autor cieszył się, że miał swój udział w utrzymaniu równowagi militarnej pomiędzy Wschodem i Zachodem. Przecież strach przed armią radzieckich towarzyszy był też ważnym czynnikiem trzymania się państw satelickiej po ich stronie. Owszem, chęć utrzymania stołków szybko też doszła do głosu ( i 100 innych powodów), więc wiem, że upraszczam historię. Jednak rok 1956 na Węgrzech i Praska Wiosna w 1968 są faktem. Zacharski woził ze Stanów walizy z jedzeniem dla rodziców, narzekał na swoich przełożonych z partyjnego nadania, śmieszyła go nowomowa polityków, a po powrocie dziwił się, że połowa społeczeństwa zareagowała na niego wrogo. I najlepsze, wymyślił sobie, że zostanie dyrektorem Peweksu za swoje zasługi (tak, został). Czy nie widział raka drążącego jego ukochaną ojczyznę? Czy nie widział, że przykłada do tego rękę? 

Nie chcę jednocześnie powiedzieć, że powinien wyśpiewać wszystko FBI i tam zostać. To już jego decyzja i w sumie nie o nią mi chodzi. Nie podoba mi się jednak, że patrzył na swoją służbę jako pracę na rzecz kraju, nie dla władz, bo takie spojrzenie można między bajki włożyć. To jak powiedzmy wywiadowca Północnej Korei, który zarzeka się, że służy swej ojczyźnie, nie dostrzegając przy tym, że wspiera chorą władzę, która tym krajem rządzi. Popłynęłam z emocjami, przepraszam. To chyba jednak dowód na to, że warto tę książkę przeczytać i sprawdzić własne odczucia. Mi dała ona okazję do przemyśleń. Nie uzurpuję sobie prawa do posiadania jedynie słusznej prawdy, wiem, że może patrzę na to płytko, z podobnymi klapkami jak Zacharski, równie idealistycznymi. Mam jednak prawo do swoich rozterek, w końcu szpiegostwo to nie czarno-biały świat.

Ocena: 4,5-5/6

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Pod hasłem". Hasło styczniowe: IMIĘ.

21 maja 2012

Irving Stone - Jack London: Żeglarz na koniu

Wydawnictwo: MUZA, 2012
Pierwsze wydanie: 1938
Stron: 367
Tłumacz: Kazimierz Piotrowski

Przyjdzie mi, niestety, włożyć łyżkę dziegciu do tej beczki miodu jaką są wszystkie recenzje do których dotarłam, ponieważ każda z nich jest bardzo pozytywna, ja natomiast nie mogę pominąć milczeniem własnego rozczarowania tą lekturą.

Nie wiem co przeważyło, chyba jednak dwie najważniejsze kwestie były równo niesatysfakcjonujące. Pierwsza więc to sam London. Do tej pory czytałam zaledwie jedną jego książkę i to w zeszłym roku (Kaftan bezpieczeństwa). Za to jako mniej więcej 14-letnie dziewczę zalewałam się łzami nad ekranizacją Białego Kła. Kojarzył mi się zawsze ten pisarz z przygodami, Alaską, powieściami raczej dla chłopców, czyli standardowo. Stone daje szansę poznać jego osobowość dogłębniej i muszę przyznać, że London nie wzbudził we mnie entuzjazmu. Owszem, miał cechy, które są dla mnie godne podziwu. Po pierwsze: pracowitość - konsekwencja z jaką planował ile w ciągu dnia zrobi, napisze, przeczyta itd. jest powalająca i sprawiała, że miałam ochotę schować się do mysiej dziurki ze wstydu za własne lenistwo. Po drugie: ciekawość świata. Chłonął wszystko jak gąbka, szukał wiedzy jak spragniony wody, zawsze chciał od razu ogarnąć cały temat, a najlepiej jeszcze coś w danej kwestii zmienić, wręcz zrewolucjonizować. Po trzecie: uprzejmość i traktowanie wszystkich z równym szacunkiem i zainteresowaniem. Oczywiście, szczycił się też niesamowitą odwagą, radością życia, umiejętnością brylowania i zabawiania towarzystwa jednak to nigdy mi nie imponowało. Jednak z książki Stone'a powoli wyłania się obraz człowieka, którego trudno by postawić sobie za wzór. Wieczny chłopiec, lekkomyślny, podejmujący stale irracjonalne decyzje. Uważany za niezwykle męskiego, w moim oczach tym mężczyzną nigdy się nie stał, bo czyż przepłynięcie lodowatej rzeki przemienia chłopca w mężczyznę? Czy oznaką jego dorosłości była przeprawa przez Morze Żółte? Męskości stawiam jednak zupełnie inne wymagania. Z drugiej strony London był człowiekiem pełnym przeciwieństw: potrafił miesiącami pracować za grosze kilkanaście godzin na dobę z przerwą na sen i cały zarobek oddać matce, a potem, już jako pisarz, szastał pieniędzmi na prawo i lewo, wręcz wyrzucał je w błoto. Całe życie był zadłużony! Do tego otaczał się tak nieodpowiednimi ludźmi, był naiwny jak dziecko, nie potrafił przyznać się do błędu i nigdy nie rezygnował z niczego, choć wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że to nie ma prawa skończyć się dobrze (np. wyprawa "Snarkiem" czy budowa Domu Wilka). Swój talent i szczęście mógł wykorzystać zdecydowanie lepiej, o czym świadczą stosy notatek i niezrealizowanych pomysłów jakie znaleziono w jego archiwum po śmierci w wieku zaledwie 40 lat. No i ten jego stosunek do kobiet, który ostatecznie zrobił mu więcej szkody niż pożytku. Mój stosunek do niego sama przyjęłam ze dziwieniem, ponieważ pamiętam, że inne biografie Stone'a (Pasja życia i Opowieść o Darwinie) wpoiły mi wręcz nabożny szacunek do przedstawianych osób, niemal je pokochałam, traktowałam jak przyjaciół i wzory do naśladowania. 

To jest ta pierwsza warstwa, która mnie rozczarowała., ona sama jednak nie przyczyniłaby się do raczej niskiej oceny, ponieważ nie oceniamy biografii za to czy nam główny bohater odpowiada jako człowiek, czy nie. W końcu London mógł sobie żyć jak mu się podobało i cokolwiek napiszę będzie jeszcze długo podziwiany. Żeglarza na koniu pogrążył jednak sam autor. Po raz pierwszy widzę, że zupełnie nie przyłożył się do pisania. Chyba najbardziej miałam dość wiecznego czytania o pieniądzach: a to ile Jack pożyczył, a to ile zarobił, ile komu oddał, ile dostał zaliczki, za ile kupił materiały na dom, ile wypłacał członkom rodziny. Ileż razy odkładałam tę książkę z powrotem na stosik, bo już miałam po dziurki w nosie tych wyliczeń. Takie kwestie powinny pojawiać się od czasu do czasu, a nie stanowić wręcz szkieletu całej powieści! Poza tym w trakcie lektury nie mogłam pozbyć się wrażenia, że Stone pisał to po łebkach, niemal na kolanie, byle szybciej (przemawia za tym choćby jej stosunkowo niewielka objętość w porównaniu do innych biografii), omawianie niektórych kwestii w dwóch zdaniach. Do tego zalanie czytelnika tysiącem nazwisk, a gdy wracał do niektórych po dłuższym czasie nie próbował nawet mi przypomnieć któż to był (no, ale też czytałam tę książkę dość długo, więc może ten fakt przeważył). Denerwowało mnie też nagłe urywanie narracji i wyskakiwanie z czymś zupełnie nowym - czasem w ramach danego akapitu, czasem od nowego - zupełnie bez związku przyczynowo-skutkowego. Nie da się też ukryć, że Stone nawet nie silił się na obiektywizm. Myślę, że chyba zawsze lubi swoich bohaterów (i dobrze), jednak tym razem miałam wręcz wrażenie, że nachalnie próbuje usprawiedliwiać Londona, wybiela go i pisze mu laurkę, nawet gdy pisarz ten zasługiwał na słowa przygany. Wydaje mi się, że wynika to z zasadniczego błędu Stone'a: napisał Żeglarza na koniu zaledwie 22 lata po śmierci Londona, sam jako dziecko czytał o nim w gazetach, wydaje mi się też, że idee socjalizmu nie były mu obce (Jack był wojującym socjalistą), więc kiedy pisze się biografię swojego idola trudno o obiektywizm.Gdyby nie kwestie warsztatowe, książkę oceniłabym na pewno wyżej. Szkoda, że tłumaczenie też mi czasem zgrzytało.

Jakby tu zakończyć tę moją pisaninę. Nie chciałabym całkowicie zniechęcić nikogo do tej książki, w końcu pozostałym czytelnikom ona się naprawdę podobała. Poza tym London, jak by nie patrzeć, miał ciekawe życie, przeżył tak wiele, że można by tym obdzielić kilkadziesiąt ludzi. Jego biografia zawiera wiele interesujących faktów: np. że był trampem, przez jakiś czas nawet piratem, a jego niewinny idealizm, głęboka wiara w człowieka i umiejętność niepoddawania się mogą przysporzyć mu fanów. Do tego sama książka zachęciła mnie do sięgnięcia po jeszcze kilka jego pozycji (oprócz Martina Edena, którego nabyłam już w zeszłym roku po ciekawych zajęciach z lit. amer.), a mianowicie: Przed Adamem, Szkarłatna dżuma i Mieszkańcy otchłani. Sami będziecie wiedzieć najlepiej: czytać czy nie.


Ocena: 3/6

6 czerwca 2011

Irving Stone - Opowieść o Darwinie

Wydawnictwo: MUZA, 2011
Pierwsze wydanie: The Origin. A Biographical Novel of Charles Darwin, 1980
Stron: 718
Tłumacz: Hanna Pawlikowska-Gannon

Książki mają jedną, zasadniczą wadę. Mają zakończenie, po przeczytaniu którego trzeba je zamknąć i odłożyć na półkę. Owszem, można trochę na siłę wydłużać czytanie, jednak kiedyś trzeba lekturę skończyć. A czytanie o Darwinie niesłychanie uprzyjemniło mi całe dwa tygodnie. To były chyba najlepsze chwile dnia, kiedy wiedziałam, że mam wolną godzinę i mogę znowu zanurzyć się w ten świat. Przez ten czas bohaterowie Stone'a stają mi się już tak bliscy, że ciężko się potem z nimi rozstawać. Dodatkowo takie biografie zawsze kończą się ich śmiercią, więc smutek ma jeszcze takie nietypowe zabarwienie, jakby się traciło przyjaciela.

Opowieść o Darwinie na pewno nie dorównuje poziomem Pasji życia, jednak nadal jest to Stone, a to nazwisko to reklama sama w sobie i gwarancja satysfakcji. Nie tylko pokazał Darwina jako żywego człowieka, ale też wspaniale odmalował jego czasy. Jak wspominała śmietanka jest to też parada szczegółów i szczególików: twarzy, jedzenia, mebli, krajobrazów, strojów itd. Początkowo byłam tym przytłoczona, ale po kilku stronach już się przyzwyczaiłam. Ze śmietanką zgodzę się w jednym - niektóre dialogi faktycznie wydawały mi się zbyt wyszukane, zbyt dopieszczone, takiego wrażenia nie miałam czytając Pasji życia

Co mnie szczególnie za to urzekło, to tło społeczne i historyczne. Jest tam cała brytyjskość ze wszystkimi swoimi zaletami i wadami. Późne małżeństwa klasy średniej, rodzinne wieczory z książką czytaną na głos, kobiety rodzące nawet dziesięcioro dzieci (dzięki Ci, Panie, za antykoncepcję!), specyfika medycyny XIX wieku, imperializm i już trącący myszką stosunek do innych nacji. Stone wspaniale też oddał dlaczego tak naprawdę teoria ewolucji wstrząsnęła światem i doprowadziła do wielkiej awantury. Owszem, i dziś znajdą się inteligentni inaczej, których oburza to sławne uproszczenie "człowiek pochodzi od małpy", do teraz zresztą dzieci przeżywają pewien szok, kiedy na lekcjach biologii pojawia się darwinizm. Jednak w XIX wieku tę małpę jeszcze jakoś by łyknęli, po bojach, ale jednak. Sęk w tym, że dla ludzi rewelacje Darwina był równoznaczne z tym, że Boga albo nie ma, albo po stworzeniu świata przestał w niego ingerować! Powszechnie uznawano wtedy, że świat liczy ok. 4 tysięcy lat, i że Bóg od razu stworzył wszystkie gatunki, projektując każdy ich szczegół. Nie mogły więc one być zastępowane przez inne, nie mogły się zmieniać (ewoluować), nie wiedziano co począć z faktem, że były dowody na istnienie dawniej zwierząt im już nieznanych. A już sama myśl, że pierwsze życie to jakieś praktycznie bezmózgie wodne żyjątko, pra-rodzic wszystkiego co żyje (do tego obojnacze), wydawała się iście szatańska! Stąd ten zmasowany atak na Darwina, stąd kościelne kazania, stąd polemiki w gazetach itd. I tak, Darwin, który planował karierę duchownego, ostatecznie okazał się być agnostykiem.Co ciekawe, i to też zasługa Stone'a w uświadomieniu mnie: prawie równolegle z nim na tę samą teorię wpadł inny człowiek - Alfred Wallace.

To teraz technicznie. Nie uważacie, że okładka jest dziwna? Pamiętam, że kiedy zamawiałam książkę był na niej tylko Darwin i cieszyłam się, że jest taka estetyczna, nienachalna. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy łypnęła na mnie okiem ta szkarada z pierwszego planu, jak tylko otworzyłam paczkę. Do tego chyba niefortunnie umieścili pasek z tytułem. Nad nim widać jeszcze łysinkę Karola (na tym zdjęciu tego nie ma), co sprawia, że wygląda on jak Indianin. Z gadem próbującym dać mu... buziaka(?). Indianin z gadem, a to ci dopiero. Aha, czy tylko ja czasem rozpędzonym umysłem hamowałam i głowiłam się nad zmianą szyku w zdaniu? Kurczę, chyba jestem przewrażliwiona.Chwalę jednak twardą okładkę, dobry papier, mapę i szycie. I to "I think" ręką Darwina na okładce :) Korekta na 4+.

Ocena: 5/6

18 października 2010

Andriej Tarkowski - trzy książki


To będzie post dla fanów. Jeden z moich ulubionych reżyserów, autor filmów, które należą do mojego Top-ileśtam. Artysta, który zmienił moje postrzeganie kina, i który urzekł mnie swoim postrzeganiem świata, bowiem wiele jego poglądów dzielę. Jego filmy są tak fascynujące, że sam Bergman mówił o nim, iż Tarkowskiemu udało się wejść do pokoju, do drzwi którego on sam tylko pukał. O, a tak na marginesie, po prawej można zobaczyć sympatyczny żarcik podesłany na gronie (kliknij by powiększyć). Ale do rzeczy. W ciągu ostatnich miesięcy miałam okazję przeczytać 3 książki dotyczące tego reżysera. Jedna została napisana przez niego i wydana za jego życia, druga to jego dzienniki (zredagowane przez żonę Łarisę), trzecia to książka o nim. Ku pamięci chciałabym napisać kilka słów o każdej.

Andriej Tarkowski - Dzienniki
Wydawnictwo: Instytut Sztuki Polskiej Akademii Nauk, 1998
pierwsze wydanie: właśnie rok 1998
liczba stron: 560

Właśnie wyczytałam, że to Polacy jako pierwsi zabrali się za wydanie Dzienników. Przełożył je i opracował dr Seweryn Kuśmierczyk, który wykonał kawał dobrej roboty. Książka zawiera solidnie opisane przypisy i tylko mogę sobie wyobrazić ile czasu zajęło dojście czyje jest każde imię i nazwisko wspominane przez Tarkowskiego. Do tego jest kalendarium życia i twórczości, indeks nazwisk i tytułów, filmów, prac twórczych i zamierzeń artystycznych. Pół roku temu licytowałam Dzienniki na allegro. Moje możliwości skończyły się przy 70 zł, ostateczna cena oscylowała gdzieś koło 150zł... Zdaje się, że jeszcze nikt nie wpadł na ponowne ich wydanie, ale kto wie, cała nadzieja w Świecie Literackim, które wypuściło nowe wydanie Czasu utrwalonego. Czy jednak warto wydać aż tyle? Wydaje mi się, że nie. Dzienniki to kopalnia wiedzy o Tarkowskim, ale jednak równie dobrze można wypożyczyć to z biblioteki, wynotować sobie rzeczy nas interesujące (jakieś nazwiska czy tytuły) jak ja to zrobiłam i już. Może kiedyś będę chciała jeszcze do nich zajrzeć, ale na razie nie będzie mi specjalnie żal, że ta pozycja nie uświetni mojej półki. Zapiski z tych 8 lat pełne są problemów reżysera z władzą, zajmuje to jego codzienne myśli i działania w takim stopniu, że musiało to być wykańczające. Niektórym to tylko wiatr w oczy... Jest to też kalejdoskop setek nazwisk, zbieranina cytatów, fragmentów książek, pomysłów, kwot, które trzeba oddać, zamartwiania się o zdrowie swoje i swojej rodziny. I między tym wszystkim są takie niesamowite wyspy. Jednego dnia planuje jak przerobić dom na wsi, by drugiego dnia ni z gruszki, ni z pietruszki omawiać tematy o wielkim...jak to ująć...napięciu metafizycznym! I ciekawa sprawa: Tarkowski nie zna się za bardzo na ludziach, czego ma sam świadomość. Ale jak kogoś polubi, pięknie o nim pisze.
21 września1984, Sztokholm
Dzisiaj była kolacja u Katinki. Było bardzo miło. Poczułem, że Sven jest bardzo samotny, wciąż przezywa, jak sądzę, tę potworność, która wydarzyła się, kiedy jego szesnastoletni syn podciął sobie żyły i umarł. Sven jest bardzo samotny, nie ma przyjaciół. Bardzo chciałbym mieć takiego przyjaciela jak on.(s.404)
Interesująca rzecz, pozwoliła mi nieco lepiej go poznać, nawet biorąc pod uwagę, że część rzeczy Łarisa wycięła, a także dojrzeć w nim normalnego, zwykłego człowieka. Książki tu nie ocenię, w końcu nie ma to sensu w przypadku osobistego dziennika, ale naprawdę polecam fanom.

Andriej Tarkowski - Kompleks Tołstoja. Myśli o życiu, sztuce i filmie
Wydawnictwo: Wydawnictwo Pelikan, 1989
Pierwsze wydanie: 1989
Stron: 314

Z przedstawionych tu przeze mnie pozycji tę polecam najbardziej. i tę bardzo chciałabym mieć na swojej półce. Choć formalnie nie została napisała przez reżysera, jest to zbiór jego wypowiedzi zebranych i opracowanych przez pana Seweryna Kuśmierczyka. Pochodzą one z książek Tarkowskiego i wywiadów z nim (gazetowych i telewizyjnych). Zostały pogrupowane w trzech działach: o sobie i zasadach życia, rzeźbienie w czasie (ogólnie o sztuce reżyserskiej) i o swoich filmach. Każdy z nich ma też mniejsze podrozdziały. Możecie sobie tylko wyobrazić ile czasu zajęło posprawdzanie tego wszystkiego, czasem dochodziło też tłumaczenie z prasy zagranicznej, poukładanie, zdecydowanie co, gdzie się znajdzie. Benedyktyńska praca. Do tego pan Seweryn dodał bardzo sensowny wstęp, którego polecam nie omijać. Jakość jego pracy przesądza, że będę pewnie chciała w przyszłości sięgnąć po jego książkę Pasja według Andrieja.

Z tej pozycji chyba bardziej wychodzi prawda o Tarkowskim niż z jego Dzienników. Staje się żywym człowiekiem, który w młodości mówi jedno, jako dojrzały mężczyzna coś innego. Który ma problem z klarownym przedstawieniem swojego punktu widzenia. Który jest całkowicie subiektywny w swojej percepcji. Który sobie zaprzecza w różnych wywiadach (np. większość czasu odżegnuje się od symbolizmu, by w innym wywiadzie uznać, że to i tamto było symbolem tego i tamtego ;) Raczej pesymista. Przerażony tym, co działo się w czasach mu współczesnych. Wierzący i religijny. Raz mówi naprawdę wielkie rzeczy, by dać się namówić na wypowiadanie jakichś bzdur o... kobietach. Przede wszystkim ta książka pozwala zrozumieć wiele dodatkowych rzeczy w jego filmach oraz zrozumieć w jaki sposób (mi bliski) szanuje on widza.
Według mnie, szacunek dla widza polega na tym, że mogę rozmawiać z nim w swoim własnym języku, nie schlebiając mu i nie robiąc z siebie głupszego aniżeli widz. Jedynym właściwym podejściem jest pozostanie samym sobą. I mówienie do widza jak do równego sobie. W naszych czasach nie można poważnie traktować przypuszczenia, że publiczność jest głupsza lub mniej dojrzała niż sam artysta. (s. 180)
Do tego szczegółowa bibliografia i indeks nazwisk i tytułów. Rzecz warta wznowienia notabene.

Ocena: 5/6

Andriej Tarkowski- Czas utrwalony
Wydawnictwo: Świat Literacki, 2007
Pierwsze wydanie: 1989
Liczba stron: 296
Tłumacz: Seweryn Kuśmierczyk

Ta książka to już zupełnie inna sprawa. Nie tylko napisana przez samego reżysera i to w ciągu 16 lat, ale pisana była też z myślą o wydaniu. Kierowała nim zdaje się potrzeba szerszego wyłożenia własnego spojrzenia na kino jakie takie, na warsztat reżyserski oraz, co typowe dla Tarkowskiego, na kondycję XX-wiecznego społeczeństwa. Dobrze jeśli uznany twórca pisze coś takiego, potem nie ma przynajmniej niedomówień i zbędnych nadinterpretacji jego działalności. Przyznam jednak, że Czas utrwalony czytałam najdłużej. Zapewne dlatego, że to książka własna, nie goniły mnie terminy, często wygrywały z nią inne książki, które musiałam szybko przekazać dalej. No i nie jest to nic rozrywkowego, taka lektura wymaga skupienia, w międzyczasie też oglądałam jego filmy, a to dla przypomnienia, a to te mi wcześniej nieznane.

Część fragmentów możemy znaleźć w Kompleksie... Sporo tu akapitów, które wręcz trudno było mi zrozumieć. Tzn. Tarkowski wznosi się czasem na taki poziom abstrakcji, że albo tylko sam siebie rozumiał, albo jest w stanie to pojąć tylko drugi tak wybitny artysta. Tradycyjnie też czasem sobie zaprzeczał i wynika to z długości procesu pisania; on też się zmieniał przez te lata. Niektóre moje tezy obalił, wiele ze swoich filmów wyjaśnił, niektóre rzeczy uprościł, inne całkowicie zagmatwał. Odwołuje się też do innych reżyserów - ludzi, których podziwiał, czasem omawia wybrane sceny (bywa, że i spoileruje). Pisze nieraz o bardzo konkretnych sprawach jak montaż, scenariusz czy aktor w filmie, a są i rozdziały poświęcone tak ogólnym ideom jak sztuka. Książka zwiera też jego filmografię oraz indeks nazwisk i tytułów, a na końcu jest esej tłumacza i jeśli mnie pamięć nie myli to jest to mniej więcej ten sam, co na początku Kompleksu. Podsumowując: polecam wyznawcom Tarkowskiego i wielbicielom kina radzieckiego.

Ocena: 4/6

16 września 2010

Anonim - Kobieta w Berlinie. Zapiski z 1945 roku

Wydawnictwo: Świat Książki, 2004
Pierwsze wydanie: 2003
Liczba stron: 200
Tłumacz: Barbara Tarnas

Ta książka pokazuje najgorszą stronę wojny i jak łatwo dochodzi do powszechnego zezwierzęcenia. Młody chłopak, w swojej wsi, przy rodzinie, jest zwyczajnym, spokojnym człowiekiem. Młoda kobieta zakochuje się, słucha w domu Beethovena, podróżuje po Europie. Przychodzi wojna i zmiata ten stary świat jak śmieci z podłogi. Nikt i nic się tej sile nie może oprzeć.

Wstrząsające zapiski kobiety, która przeżyła zdobycie Berlina wiosną 1945 roku. Jej dziennik opisuje okres kwiecień - czerwiec, jest bardzo szczegółowy, niczego nie zataja, ale nie jest zbyt dosadny, wulgarny. Wydaje się być momentami beznamiętny, ale jednocześnie jest jedynym sposobem, żeby poradzić sobie z bezmiarem tego koszmaru. Mężczyźni zachowują się jak zwierzęta, udowadniając, że to nimi rządzą hormony w większym stopniu niż kobietami. Gwałci też Polak, jest względnie delikatny i się tłumaczy, ale i tak jego popęd jest ważniejszy od godności całej ludzkości świata, a co dopiero jakiejś starszej wdowy. Z drugiej strony sporo kobiet próbuje znaleźć jakiś porządek w tym chaosie, dla własnego bezpieczeństwa. Więc zgadzają się na "ochronę" oficerów w zamian za jedzenie, za możliwość bycia własnością tylko jednego żołnierza. Myślałam, że czegoś takiego nie da się przeżyć, że nie można sobie tego jakoś w głowie poukładać, a potem się otrząsnąć. Da się. Jest to szokujące, ale ten pamiętnik to dowód na to jak nieprawdopodobnie silne są kobiety.
W dawnych wojnach mężczyźni mogli się chełpić, że tylko oni mają przywilej śmierci i bycia zabijanym za ojczyznę. Dziś kobiety też mają w tym swój udział. To nas przeobraża, sprawia, że stajemy się świadome własnej wartości. U schyłku wojny następuje, oprócz wielu innych klęsk świata, także klęska mężczyzn jako płci. (s. 37)
Zastanawiam się jak było w tej części Niemczech zajętej przez Amerykanów. Nie sądzę, żeby ten opis się specjalnie różnił, może byli bardziej cywilizowani, ale zło jest złem. I czy możemy powiedzieć, że im się należało? Nie chcę świata, który tak rozumuje, który chce zniżać się do poziomu oprawcy. W każdym razie w posłowiu są przytoczone słowa autorki: "Żadna z ofiar nie może nosić swoich cierpień niczym cierniowej korony. Ja w każdym razie mam uczucie, że to, co mnie spotkało, wyrównało w pewien sposób rachunek". Straszna książka, wywołała mnie masę przemyśleń, tu jest ich tylko mała część. Polecam lekturę, ale tylko osobom o silnych nerwach i nie w hurra-optymistycznym nastroju, bowiem jest bardzo ponura i dołująca.

Książka została wydana bardzo dobrze, zmieniłabym jednak tę fatalną okładkę, aż się prosi o jakieś historyczne zdjęcie, np. to lub to.

Ocena: 5/6

6 lutego 2010

Tamara Zwierzyńska-Matzke, Sven Matzke - Czasami wołam w niebo

Wydawnictwo: W.A.B.
wydanie pierwsze: 2002
ilość stron: 240

To będzie osobista recenzja. Jestem całkiem rozbita po tej książce i w sumie nie wiem czy to najlepszy moment na jej pisanie, ale na żywca będę pamiętać moje wrażenia.

Na bnetce pod nią rozpętała się dyskusja na temat obiektywnego i subiektywnego oceniania książek. Więc tak: obiektywnie to według mnie książka jest do bólu przeciętna, wręcz nieciekawa. Nie chodzi tylko o język, zgadzam się z tymi, którzy zwracają uwagę, że prywatnych lisów nie piszemy, używając wyszukanych słów, więc mnie to nie przeszkadzało w ogóle. Ale na dobrą sprawę nudne jest to ciągłe czytanie o pogodzie w Brukseli, o drobnych sprawach z życia bohaterki, jej rodziny i przyjaciół, ciągle te same pozdrowienia, pytania itd. To jest interesujące dla nich i dla nikogo więcej, sama staram się unikać tych rzeczy w listach, bo wiem, że po czasie nie będzie to miało żadnej wartości, no, ale ja też milczek jestem. Zadziwiło mnie też wielce w trakcie lektury, że Tamara pisze jakby nie uświadamiała sobie, co się naprawdę dzieje, nawet gdy było już bardzo źle. Miałam ochotę nią potrząsnąć: kobieto, obudź się! Dlaczego nie zastanawiasz się nad jakimiś ostatecznymi sprawami? Odliczałam jej wręcz czas, zostały jej dwa tygodnie życia, tydzień, za 4 dni będziesz martwa... Byłam w komfortowej sytuacji, ja to wiedziałam, ona nie. Teraz ja to ona, przecież. Nie znajdziecie w tej książce jakichś górnolotnych zdań do zapamiętania, wskazówek, dobrych rad. Najciekawsze w niej są jej sny, moim zdaniem im dalej, tym bardziej znaczące i słowa jej męża. Śmierć chyba nie czyni z nas kogoś bardziej interesującego, niż jesteśmy, ignorujemy wszystko wokół tak, jak robiliśmy to dotychczas, nie chcemy wiedzieć.

W trakcie czytania czułam się fatalnie. Było mi przeraźliwie zimno, miałam wrażenie, że jestem chora, w fatalnej formie, niemalże współodczuwałam jej stan. Przede wszystkim z biegiem kartek ogarniał mnie niewyobrażalny strach. Od razu przypomniała mi się Psychologia społeczna Aronson'a. Choćby nie wiadomo jak człowiek udawał i siebie okłamywał jest to stałym atrybutem każdego człowieka - strach przed śmiercią. I dla mnie ta książka była wyobrażaniem sobie jak to będzie. Nie płakałam nad nią na ostatnich stronach, płakałam nad tą obezwładniającą pewnością, że nie ma innego końca. Opadła mnie taka masa osobistych rozmyślań, że dlatego zupełnie nieobiektywnie daję tej książce 5. A teraz potrzebuję jakiejś ciepłej, pozytywnej lektury, bo mam wrażenie, że po Świtaju i Tamarze nie dam rady zmierzyć się z kolejnym dramatem... Nie będzie mi to chyba jednak dane, ponieważ następna w kolejce jest Z zimną krwią.

Ocena: 5/6

21 stycznia 2010

Jannet Morgan - Biografia Agathy Christie

wydawnictwo: Prószyński i S-ka
wydanie pierwsze: 2001
ilość stron: 414

Biję się z myślami czy pisać o tej książce. Bo tak: jestem fanką twórczości Pani Agathy, jej książki będę czytać do końca życia (mam umiejętność zapominania zakończeń). Z kolei jej biografia jest dobra, ale tylko dobra, poprawna. I sama Pani Agatha okazuje się całkiem zwyczajną osobą, bystrą, ciekawą świata, ale nie... zachwycającą. Oczywiście, nie ma w tym nic dziwnego, prawie wszyscy jesteśmy do bólu zwyczajni. Jest dzieckiem swoich czasów: osobą konserwatywną, taką właśnie wyspiarską, z dość ograniczonym spojrzeniem na świat i jego złożoność (ograniczoną wychowaniem i swoimi czasami, nie jest to wynikiem jej upodobań). Zdziwiło mnie wielce, że większość jej praw autorskich posiada firma, którą założyła, co oznacza, że jej rodzina zachowała ich tylko część (w każdym razie tak to zostało przedstawione w książce).

Okazuje się też, że pisanie traktowała jak rzemiosło, nie sprawiało jej to wielkiej przyjemności, męczyła się strasznie podczas pisania i poprawek, starała się rzetelnie wydawać jedną książkę rocznie, więc taśmowo jej dość pisała. Ale są też niezaprzeczalne pozytywy. Raz, że już wiem, co mnie tak pociąga w tych powieściach kryminalnych. Przecież zdaję sobie sprawę, że są bardzo schematyczne, postacie są papierowe jako archetypy jakichś charakterów, ilość scenariuszy jest w nich ograniczona. A jednak czytanie ich sprawia mi wielką przyjemność już od lat niemal 15-stu. I dotarło to do mnie: jest to odprężenie dla szarych komórek, które nie muszą trudzić się skomplikowaną fabułą, artystycznym podejściem do tematu czy fascynującymi dialogami i postaciami. Nie, chodzi o czystą dedukcją i zestawienie kilku osób oraz kilkunastu faktów i wyciąganie wniosków. I to fascynuje jej czytelników od lat. W tym jest absolutną mistrzynią. Kiedy czytam Coben'a tego nie czuję, czyta się to przyjemnie, ale nikt mnie nie zmusza do samodzielnego zgadywania i nie czuje się nawet takiej potrzeby. A z Christie to zawsze jest pewnego rodzaju wyścig - czy tym razem uda mi się odgadnąć przed finałową sceną, czy znowu mnie nabierze?

Dwa - podoba mi się jej postrzeganie pisarza, który nie powinien paplać na prawo i lewo o swoich książkach, nie znosiła robionych jej zdjęć, pomysły o umieszczaniu ich na okładkach uważała za idiotyzm. Była cicha, nieśmiała, skromna, urodzony obserwator. I pisała ciekawe listy do innych, może za dużo tam potrójnych wykrzykników, ale ukazują jej błyskotliwość i żywość umysłu (listy, nie wykrzykniki).

Biografia jest bardzo pokaźna, szczegółowa, okraszona nieco zdjęciami. Poprawna, ale nie fascynująca. Prószyński i S-ka są dla mnie za to liderem w konkursie na najbardziej niechlujne wydania - korekta woła tam o pomstę do nieba, niestety... I to jest warte wg nich 49zł (twarda oprawa).

ocena: 4/6

4 stycznia 2010

Salvador Dali - Moje sekretne życie

Wydawnictwo: Książnica
Ilość stron: 332

Mam plakat z reprodukcją Uporczywość pamięci nad łóżkiem. Jego malarstwo jest dla mnie taką kanarkowożółtą kropelką na tle całej historii malarstwa. Wyobraźnia Dalego jest jak narodowy skarb Hiszpanii, pewnie o tym sam wiedział.

Z książki przebija się jedna, główna cecha: narcyzm geniusza. Dali uwielbia pisać o sobie, o swoim talencie, wpływie na innych ludzi (artystach i nie tylko) i to czytelnika męczy. Może to kwestia naszej kultury, która ceni skromność, a może faktycznie jest to po prostu nużące?

Przyznam mu jednak umiejętność opisu ówczesnych nastrojów Europy. Czasem jednym zdaniem opisywał całą dekadę. Miał też zdolności przewidywania jak będzie wyglądał świat powojenny, a pisał to zaledwie w 1952r. Zapowiadał więc powolny upadek tradycji, kultury, polityki, ogłupienie ludzi, naprawdę mnie zaskoczył jasnością swoich pesymistycznych proroctw.
Książka daje też okazję do spojrzenia na innych artystów oczami Dalego. Nazwiska jego przyjaciół mogą oszołomić: Luis Buñuel, Federico García Lorca i Coco Chanel niech będą próbką. Zapamiętam też na dłużej opis Lizbony w 1940r.
Podsumowując - można jak najbardziej przeczytać, ale, powiedzmy sobie szczerze, nawet jeśli ktoś jest fanem jego malarstwa, nie trzeba.

Moja ocena: 3,5/6