Pokazywanie postów oznaczonych etykietą popularnonaukowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą popularnonaukowa. Pokaż wszystkie posty

17 marca 2020

Kate Fox - Przejrzeć Anglików. Ukryte zasady angielskiego zachowania

Wydawnictwo: Muza, 2007
Pierwsze wydanie: Watching the English. The Hidden Rules of English Behaviour, 2004
Stron: 617
Tłumaczka: Agnieszka Andrzejewska

Sporo lat przeczekała ta książka w moim schowku. W końcu się doczekała. Trochę szkoda, że tak długo czekała, bo jednak rok wydania a czasy współczesne to naprawdę przepaść. Nie twierdzę, że się bardzo zestarzała, ale wydaje mi się, że obecnie autorka dodałaby sporo rozdziałów/podrozdziałów, który by ciekawie uzupełniły ten tom.

Warto pamiętać, że Przejrzeć Anglików skupia się właśnie na tym narodzie, nie na Brytyjczykach, nie na Szkotach, Walijczykach czy Irlandczykach. Kolejne rozdziały bardzo szczegółowo wgłębiają się w zachowanie Anglików w różnych sytuacjach takich jak praca czy szeroko rozumiana rozrywka, omawia ważne dziedziny życia np. jedzenie lub seks. Nie jest to akademicka lektura, zdecydowanie wpada do worka tej popularnonaukowej, ale nadal jest dość oryginalna, bowiem Kate Fox... jest zwyczajnie przezabawna! Zapewniam Was, że pisze ona o swoich rodakach nie tylko w sposób obiektywny, ale przede wszystkim w sposób przesiąknięty angielskim humorem i ironią (nierzadko jest też autoironiczna). Poczucie humoru Anglików jest zresztą dogłębnie omówione w tej książce i co rusz pojawia się ten wątek w poszczególnych rozdziałach jako jedna z podstawowych cech typowego Anglika.

Rodzaj ludzki jest uzależniony od tworzenia zasad. Każda bez wyjątku czynność ludzka (w tym naturalne funkcje biologiczne, takie jak jedzenie czy seks) obwarowana jest skomplikowanymi zestawami zasad i regulaminami, które dyktują szczegółowo, kiedy, gdzie, z kim i w jaki sposób dana czynność może być wykonana. Zwierzęta te rzeczy po prostu robią; ludzie wyczyniają z nimi ceregiele i nazywają je cywilizacją. (s. 22-23)

Chyba nie będzie jakimś spoilerem, gdy napiszę, że przeciętny Anglik to osobnik zabawny (w dość specyficzny sposób), pełen ironii, ułomny pod względem towarzyskim, zachowujący rezerwę, lubiący narzekać i mający bzika na punkcie fair play. To tak z grubsza. Prawda ta objawia się w niemal każdym rozdziale. Do tego zestawu trzeba dodać jeszcze kilka innych cech, ale o nich dowiecie się już z samej książki, którą niniejszym polecam. Niech Was nie zniechęci ta fatalna okładka.

Ocena: 5/6

24 lutego 2012

W telegraficznym skrócie

Chciałabym mieć trochę lepszy ogląd tego, co czytam, więc żeby w tagach był porządek: kilka słów o książkach, które przeczytałam, ale na samodzielnego posta jednak nie zasłużyły.

Marcin Lindstedt - 100 najwybitniejszych postaci w historii muzyki
Ciekawy zbiór, z którego sporo się dowiedziałam. Nietypowy dobór postaci, ale solidnie umotywowany: we wstępie autor wyjaśnia przyjęte kryteria, a przy każdym nazwisku jeszcze dodatkowo podaje co czyni tę osobę tak wybitną. Właśnie to mi się podobało, ponieważ w przeróżnych zestawieniach "naj" często unika się wyjaśnienia dlaczego X zachwyca (skoro nie zachwyca - co poniektórych;) i jak konkretnie wpłynął na rozwój muzyki. Poza tym na liście znaleźli się też wykonawcy muzyki rozrywkowej (np. Pink Floyd).



Doris Lessing - Podróż Bena
Matko, trzymajcie mnie, co za rozczarowanie!!! Przede wszystkim dlatego, że miałam przyjemność czytać 1 część Piąte dziecko. Jednak ta pseudo-kontynuacja to jakaś kpina. Moje zarzuty: kiepskie pomysły, wtręty z przeszłości i przyszłości pobocznych bohaterów w ogóle niepasujące do narracji i przyjętego tempa oraz fatalne rozwiązanie akcji. To jednak nic w porównaniu z największą wadą tej książki; mianowicie główny bohater, Ben, nie jest tym samym Benem, co w części pierwszej. Nagle ludzie chcą mu pomóc, nikt się go nie boi, chłopak przeprasza wręcz, że żyje. Nikt, absolutnie nikt, nie reaguje na niego tak, jak wcześniej, czyli jak na chodzącego antychrysta... Naprawdę nie wiem, co podkusiło Lessing. Ech, wykrakałam, trafiłam wreszcie na jej słabą książkę.

Gene Wolfe - Pazur Łagodziciela (cz.2), Miecz Liktora (cz.3 cyklu Księgi Nowego Słońca)

Zniechęciłam się na dłuższy czas do fantasy. Nie wiem, co takiego ciekawego ma być w tym cyklu. Początek był całkiem obiecujący. Drugą część jeszcze przeczytałam, choć lepszym słowem byłoby "zmęczyłam". Ale w środku trzeciej stwierdziłam, że właściwie po co? Ciągle mnie trzymała świadomość, że ostatnia odsłona cyklu dostała nagrodę Campbella i chciałam do niej dociągnąć. Niestety, wg mnie ciekawe wątki były szybko porzucane, główny bohater był nudny i taki...letni, w ogóle nie interesował się tym, co nietypowego spotykał na swojej drodze. I, oczywiście, cała ta bzdurna otoczka fantasy, od której mi się robiło mdło. No trudno. Tym bardziej się dziwię pochwałom Dukaja.

August Strindberg - Wybór nowel
Nowele nie były do końca dobrym wyborem, ale też nie z nich autor słynie. Z 12 opowiadań przeczytałam 6 i to z zainteresowaniem. Zdecydowanie lepiej mu wychodzi pisanie o mieszczanach i klasie średniej niż o przedstawicielach niższych stanów. Można wyczuć, że produkował te krótkie formy w pośpiechu i dla pieniędzy, o czym informuje też wstęp (nota bene - tragicznie napisany, intelektualny bełkot). Za to Strindberg zwrócił moją uwagę odwagą w poruszaniu tematów tabu oraz uporczywym wracaniu do motywu walki jednostki ze społecznym naciskiem, szukaniu granicy między ja wewnętrznym a ja społecznym. Do tego ukrywa to wszystko pod płaszczykiem lekkiego stylu i żartobliwego tonu.


Tag "rozczarowywania" tyczy się tylko Wolfe'a i Lessing.

8 listopada 2011

Harry Oliver - Kocie furtki i pułapki na myszy. Skąd się wzięły zwyczajne (i niezwykłe!) przedmioty w naszym życiu?

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2011
Pierwsze wydanie: Cat Flaps and Mousetraps. The origin of Objects in Our Daily Lives, 2007
Stron: 286
Tłumacz: Jakub Góralczyk

Zasadniczo nie czytam takich książek, jednak ta mnie ujęła słowem "kocie" w tytule i ilustracją na okładce. Co więc dostałam? Przede wszystkim całą masę anegdot.

Myślę, że tytuł mówi sam za siebie i każdy się domyśli, co w niej znajdzie. Dodam tylko, że owe przedmioty są czasem tak oczywiste jak koło czy telewizor, jednak czasem tak niepozorne, że naprawdę nie spodziewałam się ich na żadnej tego typu liście. Mianowicie: jojo, kanapka, plaster czy słomka. Nie mam pojęcia jak Oliver doszedł do tych wszystkich faktów. Nie tylko podaje autora wynalazku czy firmę, która zdecydowała się w coś nowego zainwestować i nie poprzestaje na pokazaniu pierwszych śladów danego przedmiotu w starożytności. Przede wszystkim okrasza to wszystko wspomnianymi wcześniej anegdotami, a te podane w lekkim sosie, bez nudnych szczegółów, dat i wyliczeń sprawiają, że ta książka była moim rozrywkowym przerywnikiem przez dłuższy czas. Nieraz się śmiałam w trakcie lektury, bywało, że aż nie dowierzałam. Dowiedziałam się też co to jest odbłyśnik (serio, nie wiedziałam, że ten drobiazg ma swoją nazwę, podejrzewałam nawet, że tłumaczowi się coś pomyliło;) Natomiast ogólny wniosek, chyba trochę zaskakujący, wypływający z tej pozycji to fakt, jak wiele rzeczy zostało wymyślonych: a) zg na toczone wojny, b) przypadkiem lub c) na zlecenie (!), czyli w wyniku odgórnego polecenia kierownictwa danej firmy ("panie X, pan wymyśli coś na ten problem."). Część wynalazków była też produktem ubocznym innych badań, z którym udało się zrobić coś pożytecznego. Zaskakująco wiele przedmiotów (nawet tych bardzo nowoczesnych) miało już swoje prototypy wieki temu. Wiele z nich wynalazły też kobiety.

Ocena: 4,5/6

P.S. Kocie furtki wymyślił... Newton! (sic!)

20 września 2011

John D. Barrow - Jak wygrać na loterii? Czyli z matematyką na co dzień

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2011
Pierwsze wydanie: 100 Essential Things You Didn't Know You Didn't Know, 2008 
Stron: 351
Tłumacz: Monika Apps

Zacznę od pewnego wyjaśnienia: z matematyką mi nigdy po drodze nie było. Co prawda, był taki czas, kiedy przechodziłam pewną fascynację tzw. matematyką wyższą, a  dokładnie gdy zaczytywałam się Rozmowami na koniec wieku. Nagle coś tam zaskoczyło, stwierdziłam, że faktycznie stoi za nią jakaś potęga, coś większego od nas samych. Sądziłam, że ta książka da mi szansę na pogodzenie się z tym przedmiotem. Że może nawet taki beznadziejny przypadek jak ja zostanie oświecony. Niestety, tak się nie stało. Ważne jest to, aby nie mieć żadnych pretensji do tej książki, bo z nią jest wszystko w porządku, napisana jest porządnie i nie utrudnia za bardzo sprawy. Wina leży po mojej stronie. Umrę nieoświecona matematycznie :( I już wiem, co mnie w tamtych rozmowach zainteresowało: wszystkie kwestie, które omawiali zahaczały już praktycznie o filozofię, różne abstrakcyjne sprawy i granicę naszego poznania. Ot i tyle.

Natomiast Jak wygrać na loterii? omawia matematykę na co dzień i sporo jej dziedzin faktycznie tłumaczy wiele spraw. W sumie zagadnień jest dokładnie 100, zahaczają o rachunek prawdopodobieństwa, geometrię, statystykę i inne dziedziny, których nazw nawet nie pamiętam. Książka zawiera rysunki oraz konkretne wyliczenia. Jest też trochę zagadek matematycznych i zabawnych anegdot. Część problemów łączy się z fizycznymi zagadnienia (np. ruchy cieczy), a nawet społecznymi. Przykładowe rozdziały (właściwie rozdzialiki, są króciutkie) to: Arytmetyka przedłuża życie, Jak sfałszować wybory?, Więzienia, Planeta oszustów.

Podobały mi się wszystkie zadania związane z fizyką, były wręcz życiowe. Ciekawe oblicze ukazała mi niepozorna geometria. Autor zaskoczył mnie omawianiem pewnych kwestii społecznych. Natomiast negatywnie oceniłam zbyt dużą ilość zadań opartych na rachunku prawdopodobieństwa - ale też nigdy nie lubiłam tego działu, za dużo gdybania dla samego gdybania (tak to odbierałam). Niektóre rachunki była dla mnie zbyt skomplikowane (tu trzeba też wziąć poprawkę na mnie). I ostatnia rzecz: książka zawiera rozdziały, które są za absurdalne, wymyślone tylko, żeby coś policzyć, nie mające związku z codziennymi sytuacjami (np. liczenie jaka jeszcze szansa, że ktoś zaproszony na moje urodziny ma też w tym dniu urodziny). Niemniej jednak książka nadaje się dla fascynatów matematyki, na pewno nie dla młodszych uczniów (min. liceum); sama oceniać jej nie będę, bo takie matematyczne głąbiki jak ja nie mają prawa głosu w tym przypadku.

2 sierpnia 2011

Michael Brooks - 13 rzeczy, które nie mają sensu

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2011
Pierwsze wydanie: 13 Things That Don't Make Sense, 2008
Stron: 373
Tłumacz: Monika Apps

Czy naprawdę chcę napisać tego posta? Czy prawdą jest, że zdecydowałam "napiszę recenzję tej książki", siadłam i napisałam, czy jednak moja wolna wola nie miała z tą decyzją nic wspólnego? Czy sama sobą pokierowałam, czy zrobiło to... no właśnie, co lub kto, jeśli nie ja sama? To jest chyba najciekawsza anomalia naukowa z trzynastu zaprezentowanych przez Brooks'a.

Kwestia posiadania przez ludzi wolnej woli wzbudziła we mnie największy szok, ponieważ sporo badań dowodzi, że w rzeczywistości jesteśmy jej pozbawieni i wielu naukowców nazywa ją iluzją, a nasze przekonanie, że wiemy, co robimy jest samooszukiwaniem. Jednocześnie część z nich twierdzi, że...lepiej tego nie tykać, nie wchodzić w ten rejon badań, ponieważ za bardzo zatrzęsłoby to naszym światem i trudno wręcz wyobrazić sobie gdzie by ta wiedza zaprowadziła ludzkość... Naukowcy, którzy z premedytacją odradzają badanie jakiegoś zagadnienia...już samo to jest wstrząsające! Co oprócz problemu wolnej woli przeczytamy w tej książce? Cztery pierwsze rozdziały to fizyka w swoich najbardziej fascynujących przejawach (ciemna materia i energia, kwestionowanie praw Newtona (sic!), zmienność ..yyy...stałych, zimna fuzja). Potem na warsztat wrzucamy różne aspekty życia (jego istota, życie na Marsie, kontakt z innymi istotami w kosmosie, dziwny wirus, śmierć, rozmnażanie płciowe). Na koniec medycyna: efekt placebo i homeopatia. Praktycznie każdy z tych rozdziałów jest arcyciekawy i dostarczył mi wielu godzin rozmyślań, a często i niedowierzania. Podoba mi się w takich książkach, że praktycznie za każdym razem, nawet jeśli ich tematy częściowo się pokrywają, dowiaduję się czegoś nowego. Np. tym razem zrobiłam wielkie O, czytając o tajemniczości wody oraz naszej niewiedzy w zakresie cieczy. Najlepiej oceniam rozdziały dotyczące fizyki oraz wspomniany o wolnej woli.

Porównując ten tytuł z Michael Hanlon - 10 pytań, na które nauka nie znalazła (jeszcze) odpowiedzi. Przewodnik po naukowym buszu warto zaznaczyć, że Michael Brooks zdecydowanie więcej omawia badań i robi to bardzo szczegółowo, tak aby czytelnik miał szansę je zrozumieć. Podaje ich wyniki oraz autorów. Nie popełnił wielkiego błędu Hanlon'a - jest i bibliografia, i przypisy (ponad 200), i daty badań oraz artykułów. Po prostu: dobra robota, a sama książka jest do tego wciągająca. I wiecie co? WL zaczęło teraz szaleć z takimi popularno-naukowymi pozycjami, bo niedługo wyjdą kolejne, mniej lub bardziej poważne, i jak się nie trudno domyśleć już za zamówiłam :) Jaki to dla mnie luksus!

Ocena: 5-5,5/6

20 maja 2011

Henry Hobhouse - Ziarna bogactwa. Pięć roślin, dzięki którym powstały fortuny

Wydawnictwo: MUZA, 2010
Pierwsze wydanie: Seeds of Wealth. Five Plants That Made Men Rich, 2003
Stron: 412
Tłumacz: Wojciech Górnaś

Nie chciałam tego czytać, ale zostałam w to wmanewrowana. Początkowa niechęć zmieniła się, kiedy przeczytałam recenzje śmietanki i padmy. Nastawiłam się wiec, że po pierwszym nieprzyjaznym czytelnikowi rozdziale będzie zdecydowanie lepiej. I było, ale do czasu.

Hobhouse to erudyta i chodząca encyklopedia. Z tej książki dowiecie się nie tylko wiele o historii upraw i handlu: drewnem, winoroślą, kauczukiem, tytoniem i kawą (bo tego tyczą się poszczególne rozdziały), ale też tysięcy szczegółów i szczególików z kompletnie innych dziedzin. Czasem będzie to szalenie interesujące (np. istnienie wysypiska amfor w Rzymie), a czasem przyprawi Was o stan bliski śpiączki (np. opis długości i budowy drewnianych masztów). Trzeba się też nastawić na mnóstwo dygresji, czasem kompletnie zaskakujących jak wyjaśnianie celu celibatu. Do pewnego stopnia było to wszystko nawet zabawne, a czasem pouczające, naprawdę dużo się dowiedziałam z tej książki. Przyznaję, pochłonęły mnie rozdziały o winorośli i kauczuku, a ich szczegółowość nie miała wtedy dla mnie znaczenia. Jednak moja cierpliwość skończyła się w rozdziale o kawie. Więcej tam historii niż samych właściwych rozważań o tym trunku! I żeby takie wprowadzenia miały akapit, maksymalnie dwa, nie, były wyjątkowo rozwlekłe i to wtedy właśnie miarka się przebrała i ocena Ziaren w moich oczach dramatycznie spadła. Tak więc temu autorowi już chyba podziękuję. Zbyt chaotyczny, zbyt niezdecydowany o czym chce pisać. Trzeba się czasem wynudzić, żeby trafić na naprawdę ciekawy fragment.

Jest to pierwsza i ostatnia książka recenzyjna, którą zgodziłam się przeczytać, choć jej nie zamawiałam. Jednak trzeba szanować własną intuicję. Jak już zapowiedziałam, następnym razem będę takie książki losować między odwiedzających mojego bloga z zastrzeżeniem napisania czegoś po lekturze.

Ocena: 3,5/6

P.S Oklaski dla tłumacza za dotarcie do tych wszystkich technicznych terminów oraz z poprawianie samego autora! Podziwiam.

9 maja 2011

Michael Hanlon - 10 pytań, na które nauka nie znalazła (jeszcze) odpowiedzi. Przewodnik po naukowym buszu.

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2011
Pierwsze wydanie: 10 Questions Science Can't Answer (Yet). A Guide to the Scientific Wilderness, 2007
Stron: 292
Tłumacz: Jakub Góralczyk

Ta książka skłoniła mnie do dodania nowej kategorii w podsumowaniach rocznych. Będą tradycyjnie 3 pierwsze miejsca, wyróżnienia, plus tytuł najlepszej książki popularnonaukowej/ publicystycznej roku (oczywiście, z tych, które przeczytam przez ten okres, niezależnie od daty wydania). Nie wiem czy akurat ta książka okaże się tą "naj" na koniec grudnia, doszłam jednak do wniosku, że tego typu literatura rzadko ma okazję przebić się do podobnych zestawień na blogach.

Po bardzo średniej lekturze Dunbara podeszłam trochę sceptycznie do tej książki. Obawiałam się, że może WL nie wybiera za dobrze kandydatów do wydania z tej półki, ale na próbę wzięłam. I słusznie. 10 pytań spełniło niemal wszystkie moje oczekiwania. Przede wszystkim jest niezwykle inspirująca, idealnie nadaje się do smyrania czytelników po zwojach mózgowych. Zdarzało mi się, że w trakcie spotkania ze znajomymi zawieszałam się na chwilę, bo ciągle jeszcze trawiłam jakiś koncept z danego rozdziału. Jeden rozdział opowiedziałam od A do Z bogu ducha winnej koleżance, która musiała wysłuchać moich rozterek w kwestii świadomości zwierząt (na szczęście, chyba udało mi się wzbudzić jej entuzjazm). Jechałam autobusem i nie dostrzegałam świata zewnętrznego, bo znowu nad czymś rozmyślałam. Cudowne uczucie, miło było sobie przypomnieć ten stan.

Dziesięć pytań i 10 rozdziałów. Z tego osiem przeczytałam z ogromnym zaciekawieniem, pozostałe dwa były po prostu interesujące. Hanlon pisze o wspomnianej przeze mnie (samo)świadomości zwierząt, problemie czasu, wydłużaniu życia, ludzkiej głupocie, ciemnej materii i energii, życiu we wszechświecie, naszej osobowości, otyłości, zjawiskach paranormalnych i zagadce powstania i istoty wszechświata. Mnie najbardziej pochłonęły rozdziały o kosmosie z punktu widzenia fizyki i... głupich ludziach. Autor fascynująco pisze o granicach naszego poznania i to już na samym wstępie:
Ogrom Wszechświata zdaje się składać z dwóch tajemniczych substancji: ciemnej materii i ciemnej energii, których natury możemy się jedynie domyślać. Zwykłe rzeczy (czyli tak zwana materia barionowa - dobry stary wodór, ty i ja, Neptun i twój stół kuchenny) to we Wszechświecie sprawa całkiem drugorzędna. Większość wszystkiego jest niewidzialna i nie mamy pojęcia, czym jest - dysponujemy jedynie kilkoma mglistymi pomysłami. (s. 11)
Opowiada jakim dziwnym współczynnikiem jest czas, który nie tylko jest specyficznie postrzegany przez fizyków, ale też uważany za coś, czego w istocie... nie ma. To my jego wpływem tłumaczymy sobie rzeczywistość, opłakujemy tych, którzy odeszli itd. Wielu naukowców jednak jest zwolennikiem koncepcji tzw. czasu blokowego, w której przyszłość w pewnym sensie już się wydarzyła, a nasze przywiązanie do teraźniejszości wydaje się nie na miejscu. Wielkim zaskoczeniem było też dla mnie odkrycie, że z obliczeń fizyków wynika, iż nasz wszechświat jest... skończony. Czy jestem jakaś niedoinformowana? Dlaczego gazety nie piszą o czymś takim na pierwszych stronach!? Prawda nie jest jednak taka prosta. Znamy wiek wszechświata, jednak niektóre z obserwowanych przez nas gwiazd wydaje się być starszych niż on! Jak więc widzicie, nie raz można nad tą książką pokręcić głową z niedowierzaniem. Natomiast część poświęcona problemowi głupich ludzi wzbudziła we mnie masę rozterek, przeróżnych emocji i chyba tylko przy nim miałam spore zastrzeżenia co do wniosków autora, jak i prowadzonych badań. Spędziłam spor czasu rozstrzygając te kwestie.

Gwoli zakończenia: okazało się, że i WL może wydać świetne książki popularnonaukowe, więc zamówiłam sobie kolejną do recenzji. Wydanie jest wręcz burżujskie (sztywna okładka ze skrzydełkami i bardzo gruby, dobrej jakości papier), utrudniało mi ono jednak czytanie, ponieważ książkę trzeba mocno trzymać, żeby się nie zamknęła. Korekta świetna. Jedynym, ale dużym minusem jest brak bibliografii i minimalna ilość przypisów (z których prawie połowa jest autorstwa tłumacza!). Zresztą, za tłumaczenie należą się słowa uznania.

Ocena: 5-5,5/6

6 kwietnia 2011

Marian Golka - Imiona wielokulturowości

Wydawnictwo: MUZA, 2010
Stron: 484

Trochę się rzuciłam na tę książkę jak szczerbaty na suchary. Jak już pisałam, różnice kulturowe interesują mnie od lat i często wybieram jakąś pozycję właśnie z tego powodu. Liczyłam też na styl właściwy dla serii Spektrum, czyli ambitnie, ale przystępnie. Jeszcze nie książka akademicka, ale chyba coś więcej niż popularnonaukowa. Trafiłam jednak na egzemplarz akademicki w każdym calu, mogący służyć właściwie za podręcznik, więc mój wpis dedykuję studentom socjologii i może jeszcze etnologii. Zapewne ten post będzie często mi wyskakiwał w statystykach, tak jak ten o Barberze.

Drodzy studenci, Imiona wielokulturowości odwalą kawał brudnej roboty za Was i na pewno idealnie przydadzą się przy pisaniu pracy licencjackiej/magisterskiej. Książka porządkuje całą masę definicji, wybierając te, które stanowią bazę dla dalszych rozdziałów. Dogłębnie omówi między nimi różnice, przeanalizuje relacje między różnicą a całością i swojskością a obcością, obejrzy pod lupą niemal każdy możliwy aspekt kultury, nie zapomni o enklawach i terenach przygranicznych oraz wspomni o jakże modnej teraz poprawności politycznej i edukacji wielokulturowej. I to wszystko odwołując się do masy źródeł (bibliografia zajmuje kilkadziesiąt stron! tak, Kapuściński tez tam jest :), a nierzadko i do filozofii, co mnie bardzo cieszyło. Uwadze czytelników polecam też najciekawszy rozdział dotyczący tożsamości, który jest najlepszym dowodem na oczytanie autora.

Teraz akapit dla laików, jak ja. Nie twierdzę, ze tę książkę czytało się łatwo, i że czytałam dokładnie każdy jej fragment. Nie ma szans, żebym zapamiętała jakieś naukowe definicje i teoretyczne rozważania na temat skądinąd dla mnie wielce interesujący, ale jednak rozłożony na czynniki pierwsze i zamieniony na regułki oraz statystki. Co jednak godne zauważenia, to przypisy! To tam znajdowałam to, czego szukam w takich książkach. Mam na myśli cytaty z książek, które już bym chciała przeczytać (Np. Żar Máraiego, Zeszyty Ciorana, Księga niepokoju Pessoa); odwołania do rzeczywistych sytuacji np. na Bałkanach, które miały ilustrować jakieś omawiane zjawisko; fragment wywiadu z Alem Pacino (!) czy opis izraelskiej ulicy. To było pouczające i inspirujące.

Uwaga do wydania: bardzo nieładnie o autorze napisać "pracuje na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza", ponieważ wiem, że ja tam mogę co najwyżej sprzątać i też by można o mnie powiedzieć, że tam pracuję, ale pan Marian Golka jest już profesorem zwyczajnym i Kierownikiem Zakładu Socjologii Kultury i Cywilizacji Współczesnej w Instytucie Socjologii UAM. Na okładkach książek zachodnich autorów jest sporo o ich ścieżce kariery i zawsze są ich tytuły naukowe, nie należy więc traktować naszych profesorów po macoszemu. Wydanie od strony technicznej jest już bez zarzutu - wreszcie w Spectrum nie rozmazuje się tusz, dano skromną, ale elegancką okładkę, a korekta jest na medal.

Oceny nie będzie, głupio mi to oceniać.

7 lutego 2011

Robin Dunbar - Ilu przyjaciół potrzebuje człowiek?

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2010
Pierwsze wydanie: How Many Friends Does One Person Need?, 2010
Stron: 333
Tłumacz: Dominika Cieśla-Szymańska

Postanowiłam nie przejmować się tą niepoważną okładką i sprawdzić jakie to zagadki ewolucji Dunbar mi wyjaśni. Niestety, tym razem opakowanie jest dość dobrą ilustracją zawartości.

Mój najpoważniejszy zarzut wobec tej książki brzmi, że jak na pozycję popularnonaukową jest bardziej popularna niż naukowa. Nie zawiera żadnych przypisów, o bibliografii nie wspominając. Przywoływane eksperymenty opisane są tak lakonicznie, bez źródeł i ważnych danych statystycznych, że ich wpływ na przekonanie czytelnika, co do prawdziwości niektórych teorii jest znikomy. I jak to z antropologią bywa, (która, nawiasem mówiąc, niespecjalnie mnie przekonuje jako nauka w chwili, gdy zaczyna gdybać i przypuszczać) Dunbar używa tych denerwujących sformułowań typu "wydaje się więc", "załóżmy, że", "uprawdopodabnia to" itd. Na szczęście, są też fakty, twarde dane, których nie można interpretować jak się chce i pojawiają się one w rozdziałach dotyczących genetyki. Właśnie te zagadnienia oraz opisywanie teorii umysłu i tzw. intencjonalności podobały mi się najbardziej. Nigdy nie sądziłam, że jest to tak istotne dla naszego człowieczeństwa, a także dla... artystów. Z teorii zachowań społecznych natomiast, kupuję tę o "liczbie Dunbara", jego najbardziej znane osiągnięcie, ponieważ sprawdza się w praktyce (to właśnie ona odpowiada na tytułowe pytanie, aczkolwiek termin "friends" jest tu bardzo mylący).

Książka może zrobiłaby na mnie lepsze wrażenie, gdyby nie język. Po profesorze z uniwersytetyu oksfordzkiego spodziewałabym się lepszego władania piórem, niezależnie o d tego, że te teksty to jego przeredagowane artykuły i felietony z magazynów naukowych. Napisane jest to bowiem prostym językiem, ale też niechlujnym. To znaczy jest kilka fragmentów, gdy brak w zdaniu logiki, związku przyczynowo-skutkowego. Chyba, że w tłumaczeniu tak wyszło. Ponadto Dunbar usilnie próbuje czytelnika rozbawić, co mu się w ogóle nie udaje. I te jego uproszczenia w stylu "ludzie wybierają sobie rodziców", "człowiek podjął ryzykowną decyzję o zmianie kształtu swojej miednicy" (nie cytowałam dosłownie) itp. To mnie wyjątkowo odrzucało.

Gwoli zakończenia: okładka zachęca, że książka inspiruje, prowokuje i bawi. Zgadza się tylko to pierwsze. Wydano ją natomiast bardzo starannie, czego dowodem niech będzie brak choćby najmniejszej literówki.

Ocena: 3/6

8 października 2010

Ben Dupré - 50 teorii filozofii, które powinieneś znać

Wydawnictwo: PWN, 2010
Pierwsze wydanie: 2007
Liczba stron: 240
Tłumacz: Krzysztof Wolański

Nie wiem czy rozpisywać się o samej książce, czy o tym jak została wydana. Obawiam się, że jestem zmuszona skupić się na tej drugiej kwestii. Idea 50 teorii... jest godna pochwały, lubię takie szerzenie wiedzy instant, bo to świetny bodziec do przemyśleń i do poszukania czegoś więcej na interesujący mnie temat. Zamierzam też więc przeczytać te pigułki z fizyki i matematyki. Jednak muszę ostrzec: nie wydawajcie na tę książkę 30-40 złotych! Mam solidne argumenty.

Po takim wydawnictwie jak PWN, które ma w swojej nazwie w dodatku "Naukowe", spodziewam się, że ich książki będą majstersztykiem wydawniczym. Tymczasem oczom nie wierzyłam, czytając Dupré! Literówka na literówce, błędy ortograficzne, stylistyczne, interpunkcyjne i jakie tylko można sobie wymyślić! A teraz najlepsze: nie zapewniono korekty!!! Podejrzewam, że nikt nawet nie czytał tłumaczenia pana Wolańskiego i od razu poleciało do druku. Nawet Stevie Wonder dostałby szału, gdyby słyszał błędy typu "taki warunkiem" w każdym akapicie, a ja musiałam coś takiego czytać. Do tego samo tłumaczenie było dość sztuczne, takie surowe, czasem wręcz nielogiczne mi się wydawało. Raz nawet tłumacz napomyka, że polskie wydanie jest tylko WYBOREM z wydania angielskiego (!!!) i od tego momentu przestałam się dziwić, że pewne rzeczy bez porządnego wytłumaczenia zostają porzucone same sobie, żeby zająć się innym aspektem danej teorii. Trudno powiedzieć czy książka w oryginale jest bardziej wyczerpująca, lepiej tłumacząca pewne trudne aspekty (np. rozdziały o logice czy o argumencie ontologicznym).

Ok, poplułam jadem, ponarzekałam. Teraz co mi się podobało. Pokazanie niektórych angielskich wyrażeń w nawiasach obok ich odpowiedników polskich (czytanie po angielsku książek filozoficznych to dla mnie jeszcze za wysoka szkoła jazdy). Podział na dziedziny: wiedza, umysł, etyka, zwierzęta, logika, nauka, estetyka, religia, polityka i kwestie społeczne. Ładnie wyeksponowane ciekawe cytaty z książek filozofów. I najlepsze: odwoływanie się również do filozofów XX w., których nazwiska sobie skrupulatnie wynotowałam (wraz z jednym XVIII w. gościem, który mnie zagiął swoimi myślami i pomysłami). Aha, i solidna, twarda okładka z niebanalnym rzekłabym zdjęciem.

Wielbicielom filozofii polecam na przystawkę Świat Zofii Gaarder'a (dla początkujących), dla bardziej zaawansowanych rekomenduję raczej zaopatrzenie się w dzieło Tatarkiewicza Historia filozofii. Tak na początek 50 teorii można łyknąć dla zaostrzenia apetytu (ale po wzięciu środków uspokajających), byle nie za własną ciężko zarobioną krwawicę.

Ocena: 3,5/6

9 września 2010

David S. Landes - Bogactwo i nędza narodów. Dlaczego jedni są tak bogaci, a inni tak ubodzy.

Wydawnictwo: MUZA SA, 2000
Pierwsze wydanie: 1998
Liczba stron: 734
Tłumacz: Hanna Jankowska

Polecam, polecam, polecam! Każdemu zainteresowanemu tematami społecznymi i/lub ekonomicznymi zwłaszcza. Ale nie tylko. Książka pozwala zrozumieć procesy zachodzące od setek lat, które sprawiły, że jesteśmy w tym punkcie historii gospodarczej, a nie innym. Obecny stan nie jest wynikiem ostatnich lat, tylko całej historii gospodarczej naszej planety. Można sobie popatrzeć na świat z perspektywy niemalże kosmicznej i przyglądać się ludziom jak małym Simom w jakiejś skomplikowanej grze. Landes zabiera czytelnika a to do Ameryki Południowej, a to do Chin, trzyma nas za rękę i prowadzi przez wszystkie wieki i zawirowania historii. Pokazuje nam trud człowieka, jego ambicje, ciekawość, potknięcia, brak zrozumienia dla innych, ignorancję i osiągnięcia. Jednocześnie stawia sprawy prosto:
Żyjemy w świecie, w którym panuje nierówność i zróżnicowanie. Można go z grubsza podzielić na trzy kategorie państw: takie, w których wydaje się mnóstwo pieniędzy na odchudzanie; takie,w których ludzie jedzą, żeby żyć, i takie, gdzie ludzie nie wiedzą, skąd zdobyć następny posiłek. (s. 17)
Czytało mi się to czasem jak powieść, tak porywająco pisze autor. np. przytacza złośliwy list króla Manuela (Portugalia) do Ferdynanda i Izabeli (Hiszpania) o odkryciu Indii:
Nie omieszkał wspomnieć o korzeniach, drogich kamieniach i "kopalniach złota". Ani słowa o szkorbucie, zdziesiątkowanych załogach, muzułmańskich kupcach i niepowodzeniach w handlu. Takiego miejsca szukał Kolumb, ale nie znalazł. Możecie się wypchać. (s. 113) ;)
Czuć w tym wszystkim rękę historyka i umiejętność łagodzenia ciężaru wziętego na warsztat tematu jakaś anegdotą, opowiastką, przytoczeniem faktów z codziennego życia zwykłych ludzi. Wcale też nie uważa, że kraje Trzeciego Świata należy pozostawiać samym sobie, to by było wręcz nieodpowiedzialne.
Nasze zadanie (bogatych krajów) polega na tym, by we własnym i cudzym interesie pomóc biednym stać się bogatszymi i zdrowszymi. Jeśli tego nie zrobimy, będą chcieli sobie wziąć to, czego nie są w stanie wyprodukować. Nie mogąc zarobić na eksporcie towarów, będą eksportować ludzi. Krótko mówiąc, bogactwo działa jak magnes, bieda zatruwa i może wywołać gniew. Podziału wprowadzić się nie da, nasz pokój i dobrobyt zależą w dłuższej perspektywie od dobrego samopoczucia innych. (s. 18)
Zauważa ofiary postępu gospodarczego, wytyka niektórym izolacjonizm, który nie przyniósł tym narodom niczego dobrego, chwali tych, którzy potrafią się od innych uczyć. Najbardziej podobał mi się rozdział pierwszy, który bierze na tapetę... geografię - wyklętą dziedzinę nauki, bo niesprawiedliwa, nie dającą nadziei, rozsądna. Kto by pomyślał, że historyk jest w stanie tak ciekawie i fachowo pisać o gegrze właśnie! I można na nim polegać jak to na historyku - opiera się na faktach, wyliczeniach i statystykach, a jednocześnie rozszyfrowuje te dane (np. co oznacza jakaś tam średnia dana na rok w codziennym życiu). Świetne są tez rozdziały o wynalazkach średniowiecza, odkryciach geograficznych i Japonii (sporo o niej pisze, bo jest lub jeszcze niedawno była w wielu dziedzinach the best). I co najważniejsze, moim zdaniem, ta lektura daje odpowiedź na pytanie tytułowe. Jak widać po liczbie stron, nie jest ona prosta i krótka, dlatego żaden polityk Wam tego nie powie ;)

Bogactwo i nędza narodów zostały wydane wręcz perfekcyjnie: twarda i ładna okładka (ta nowa, brązowa jest fuj), doskonałe tłumaczenie, korekta, która właściwie nie zostawiła żadnych błędów i do tego zszyte kartki.

Ocena: 5/6