Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajka. Pokaż wszystkie posty

28 grudnia 2010

Walter Moers - Miasto śniących książek

Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie, 2006
Pierwsze wydanie: Die Stadt der Träumenden Bücher, 2004
Liczba stron: 461
Tłumacz: Katarzyna Bena

Umarłam i trafiłam do nieba moli książkowych! Ta myśl zdecydowanie mi przychodziła do głowa, zwłaszcza przy opisach Księgogrodu - istnym raju. Te szczegółowe wizje pachnące książkami, pełne antykwariatów, księgarni, spotkań z autorami, niesamowitych okładek, świetnych tytułów... Do tego sama charakterystyka tego miejsca: wąskie uliczki, stare domy, oryginalni mieszkańcy! I na każdym kroku wszyscy mówią głównie o książkach! Czyta każdy, na ulicach toczą się dyskusje, klasyka znana jest powszechnie, wstydem jest nie znać pewnych nazwisk i ich dzieł. Wyobraźcie sobie na stronach co jakiś czas obrazek otwartej książki, aż zapraszającej do czytania (ma się uczucie, jakby się chciało wejść do książki, żeby przeczytać tę narysowaną!). Albo taki rysunek: na stole leży otwarta księga, obok kubek z czymś parującym i słodka bułeczka o nazwie Loczek Poety. Brakowało tylko jeszcze dorysowanego tyłu moje głowy, bo to ja siedziałam w owej Moersowej knajpce w tamtej chwili!

Magia, pełno jest jej w Mieście śniących książek. A zaczyna się tak: Hildegunstowi Rzeźbiarzowi Mitów umiera ojciec duchowy - jego nauczyciel pisarstwa, że tak to ujmę. Zostawia on mu coś bardzo cennego, coś bardzo szczególnego, coś co zmienia całkowicie życie naszego smoka (bowiem bohater w istocie jest dinozaurem, ludzie w książce właściwie nie występują). To coś sprawi, że wybierze się on w podróż do tytułowego miasta, a my zwiedzamy je razem z nim. I nagle około 150 strony akcja rusza z kopyta! Nie chcę pisać Wam za dużo, ponieważ samodzielne odkrywanie tajemnic tego miejsca, pozwalanie zaskakiwać się rożnymi zwrotami w fabule i dotarcie do najciekawszych momentów sprawiło mi tyle radości i przyjemności, że byłoby okrutne odbierać to innym. Mam nadzieję, że i Wy wiele razy wybuchniecie w trakcie lektury śmiechem, jak ja to robiłam.

Książkę dostałam na ostatnie urodziny z polecenia Quaffery'ego, któremu za to bardzo dziękuję! Powtórzę za nim: nie psujcie sobie zabawy i nie przeglądajcie jej przed przeczytaniem. Odkrywajcie wszystkie rysunki po kolei, dajcie się zaskoczyć. Ta lektura pozwala się poczuć jeszcze raz jak dziecko! I pamiętajcie o odszyfrowaniu nazwisk buchlingów - będziecie mieć ubaw po pachy, zaręczam :)

Słowa uznania dla wydawnictwa: strona techniczna robi ogromnie wrażenie, i projekt, i tłumaczenie, i korekta (jedna literówka tylko), i dodanie wstążki jako zakładki, i papier. No, sami zobaczcie w księgarni. Ja mojego egzemplarza się na pewno nie pozbędę.

Ocena: 5,5-6/6

11 września 2010

Tove Jansson, Sami Malila - Mądrości Tatusia Muminka

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2010
Pierwsze wydanie: 2005, Finlandia
Liczba stron: 47
Tłumacz: Teresa Chłapowska, Irena Szuch - Wyszomirska, Anna Buncler

Mówiąc krótko, Tatuś Muminka rządzi ;) Co tam mięczakowaty Muminek, Tatuś to dopiero ma świetne teksty! Zaraz po Małej Mi jest moim ulubieńcem za tę filozoficzną postawę życiową, umilanie sobie życia, zachwyt nad prostymi rzeczami. Jego powiedzonka zostały wybrane, moim skromnym zdaniem, o wiele lepiej, bardziej pasują do tych małych rozdzialików i są rozkosznie zabawne i mądre. Taki Tatuś to skarb w domu i ginący gatunek. Mała próbka:
Postanowił być równie milczący i tajemniczy jak Hatifnatowie. Milczenie prawdopodobnie wzbudzało ogólny szacunek. Wszyscy myśleli wówczas, że się wie bardzo dużo i żyje ogromnie emocjonująco. (...) I nie można też było porzucić wielkich i niebezpiecznych myśli, szukając ratunku w małych i zwykłych, bowiem wówczas Hatifnatowie mogliby dojść do wniosku, że pomylili się co do niego i że w istocie był zupełnie zwykłym werandowym Tatusiem... (z "Opowiadania z doliny Muminków", s. 123 - 124)
I muszę dodać, że naprawdę było mi trudno wybrać tylko jeden cytat do tej recenzji ;) Podsumowując: polecam fanom Muminków, warto skupić się na swoim ulubionym bohaterze i zajrzeć do takiej małej książeczki. Rysunki są cudne i znowu ta Muminkowa zakładka (poniżej).

Ocena: 5/6

7 września 2010

Tove Jansson, Sami Malila - Mądrości Muminka

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2010
Pierwsze wydanie: 2005
Liczba stron: 66
Tłumacz: Teresa Chłapowska, Irena Szuch - Wyszomirska, Anna Buncler

Dostałam dość przypadkowo, ale lektura to króciutka i sympatyczna. Muminek nigdy nie był moją ulubioną postacią, ale potrafi rozbroić swoją naiwnością, uprzejmością, dbaniem o samopoczucie innych osób. Nie lubi zimy, samotności i zimnego wiatru, uwielbia ciepło, wiosnę i Mamusię Muminka. Najbardziej podobały mi się dłuższe wybrane cytaty, te krótsze czasem były tak wyrwane z kontekstu, że nie wiedziałam z bardzo o co w nich chodzi. Niektóre są świetne, na przykład to:
Wtedy zwierzątko z krzaczastymi brwiami już zupełnie wyszło z siebie, wstało i znikło.
- I co ja mam teraz zrobić? - powiedział Muminek. - Ono będzie mieszkało pod szafką jeszcze cały rok, nie wiedząc, że chciałem mu tylko powiedzieć coś miłego! (s. 10, z "Zimy Muminków")
Myślę, że to dobry prezent dla wrażliwych, delikatnych ludzi, ale też dla małych chłopców, Muminek nie jest jeszcze do końca przekonany do dziewczynek. I jeszcze coś: w książce jest piękna zakładka w kształcie Muminka! :) Ja tymczasem czekam na "Mądrości Taty Muminka", mojego ulubionego bohatera zaraz po Małej Mi.

Ocena: 4/6

9 sierpnia 2010

Stanisław Lem - Bajki robotów

Wydawnictwo: Krajowa Agencja Wydawnicza, 1983
Pierwsze wydanie:1964
Liczba stron: 206

Ogromne zaskoczenie! Ta książka otworzyła nowe rejony w s-f, do czego u Lema można się przyzwyczaić (żartuję, nie można, nie mogę opanować dumy, że to mój krajan ;) Wyobrażam sobie scenkę: planeta gdzieś w odległej galaktyce, siedzi robot w fotelu w swoim domku, wokół niego zgromadzone wnuczęta-robociątka i słuchają z przejęciem historii o stworzeniu świata, o wielkich wynalazkach, o dziwnych maszynach, a także jakieś tajemnicze legendy o egzotycznych stworzeniach, które trudno zrozumieć. Te stworzenia to, oczywiście, my! Sam pomysł jest wręcz genialny w swojej prostocie, a jednak to, co Lem wyczynia w książce sprawia, że czytelnik ma wrażenie jakby podróżował sobie po Kosmosie, gdzieś bardzo, bardzo daleko, za siedmioma galaktykami i siedmioma Słońcami...

Pisarz korzysta ze znanych schematów bajek (o których można poczytać w klasycznej już pozycji Morfologia bajki Proppa, na allegro osiąga zawrotne sumy). W tych tradycyjnych są to np. zły czarownik, dobra wróżka, król, który odda córkę za żonę itp., itd. U Lema też to jest, ale często w zmienionej formie. Pełno tu elektrorycerzy, Wielkich Wynalazców, maszyn cyfrowych, najeźdźców z kosmosu, nieroztropnych królów, genialnych uczonych. Lem wspina się wręcz na wyżyny sztuki neologizmów. A jego pomysłowość nie zna granic. Czasem doprowadza historyjkę do ściany wg mnie, i umieram z ciekawości "jak on to w takim razie skończy?!", i bach, oczywiście wymyśla zakończenie ze świetną puentą. W opowiadaniach sporo jest też metaforycznych prztyczków w nos ludzi ;)

Moje ulubione opowiadania to Przyjaciel Automateusza, który to namawia go do samobójstwa na podstawie logicznych i rozsądnych przesłanek, trzy końcowe opowiadania o dwójce przyjaciół Klapaucjuszu i Trurlu, wynalazcach, którzy ciągle sobie dokuczają i ze sobą rywalizują (już wiem, że im poświęcona jest Cyberiada) oraz Król Globares i mędrcy, ponieważ udowadnia, że Kosmos z pewnego punktu widzenia nie jest poważny, tylko śmieszny :] Jak to w zbiorach opowiadań bywa, są i słabsze fragmenty, stąd moja ocena. Jednak nadal twierdzę, że to świetna pozycja; nie licząc chyba dwóch opowiadań, można to śmiało dziecku poczytać (ale jeszcze przed fazą pytania "a co to?", "a dlaczego?" lub po niej ;) Z drugiej strony widzę, że w latach 80. była to lektura obowiązkowa w klasie VI (sic!), a wiele osób pisze, że do Lema zostało zniechęconych właśnie w szkole podstawowej. Szkoda, wielka szkoda. Sama poznałam go dopiero w liceum i to był zdaje się odpowiedni wiek na to, bo trafił do wora moich ulubionych pisarzy.

A tak na koniec: w zbiorze pojawia się maszyna, która umiała robić wszystko na literę n. I na przykład likwiduje nienawiść i niepokój, umie zrobić niebo i...naukę (genialny fragment!) ale każą jej też zrobić Nic ;) Zastanawiam się jaką maszynę bym wybrała, mając do wyboru jedną literę alfabetu ;)

Ocena: 4,5-5/6

30 stycznia 2010

Maurice Sendak - Where The Wild Things Are

Wydawnictwo: Red Fox Books
pierwsze wydanie: 1963
ilość stron: 48

Najpierw zobaczyłam trailer filmu (latem promowano go w Polsce). Potem dowiedziałam się, że jest to na podstawie książki. Potem, że dystrybutor wycofał się z pokazywania tego filmu w naszym kraju na końcu świata. Grrr... Wreszcie, że książka ta jest dla dzieci, jest króciutka, zalicza się ją do klasyki literatury dziecięcej, i że... nigdy nie wydano jej w Polsce. Dotarłam więc różnymi kanałami do wydania angielskiego.

Jest wiele interpretacji tej opowieści, oczywiście, wszystkie autorstwa dorosłych ;) Podobno początkowo biblioteki był jej przeciwne, dopiero po kilku latach stwierdzono, że dzieci faktycznie lubię tę historię. Najnieszczęśliwsza wersja to ta o samotnym chłopcu, który puszcza wodze swojej fantazji. Krytycy piszą o wspaniałej historii jak dziecko "używa" swój gniew w służbie kreatywności. Inni krytycy literaccy wskazują na skłonność Sendak'a do opisywania jak dzieci radzą sobie z różnymi uczuciami. Myślę, że ci ostatni są najbliżej prawdy. Podkreśliłabym też rolę wyobraźni, rysunki są także urokliwe.
Jest to pozycja dla dzieci, i dla dorosłych, ale dla tych, który zgodnie z radą Rousseau "otoczyli murem duszę swojego dziecka". Osobiście, nie mogę się doczekać kiedy uda mi się zobaczyć film.

Na zachętę:


jeden obrazek (choć mój ulubiony to, gdy Max ryczy z potworami)


i jeden kadr

Ocena: 5/6