Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty

6 grudnia 2017

W telegraficznym skrócie 10

Skrót kryminalny.

Henning Mankell - Piramida
W stanie zniecierpliwienia czekaniem aż w bibliotece pojawi się kolejna część czytanego przeze mnie cyklu o Wallanderze sięgnęłam po zbiór opowiadań, które chronologicznie umiejscowione są na początku tej serii. Pięć opowieści, które kolejno prowadzą Kurta do miejsca, w którym znajduje go czytelnik, gdy otwiera cz. 1 Mordercę bez twarzy. Gdy jest już komisarzem Walldanarem, po rozwodzie, lubiącym wypić. A wcześniej był nieopierzonym policjantem, marzącym o pracy kryminalnego, starającym się o swoją przyszłą żonę Monę. I bystrego - to w końcu flagowa cecha każdego szanującego się detektywa. Opowiadania bardzo na plus.

Boris Akunin - Lewiatan
Trzecia część cyklu o przygodach Erasta Fandorina. Tym razem na tapecie kryminał hermetyczny, w stylu Christie, zamknięty krąg postaci, ograniczona sceneria (statek). Kryminał bardzo w moim stylu, więc sprawił mi ogromną przyjemność, jakbym znalazła jakąś zapomnianą książkę Agathy... 
Do czego można się przyczepić to narastająca tendencja Akunina to idealizowania swojego głównego bohatera, nie wiem czy traktuje go jako swoje alter ego, ale razi mnie ta perfekcyjność Erasta. Jego jedyną słabością jest jednak nadal pewna kochliwość i... próżność.
Polecam, kryminał wciąga tak, jak należy.

Boris Akunin - Śmierć Achillesa
Czwarta odsłona cyklu o Fandorinie. Ten tytuł to już insza inszość, zero kameralnej atmosfery, są za to spiski, intrygi, płatny zabójca, szpiedzy, trucizny i pościgi. I cały tłum Rosjan. I dużo polityki w tle. Fandorin wskakuje na wyżyny swojego perfekcjonizmu, osiąga wręcz jakieś absurdalne szczyty człowieka idealnego, który jak zawsze we wszystkim wyprzedza swoje pokolenie (wiedza, sport, mentalność, tolerancja, maniery, elegancja itp.). No po prostu ideał nie z tej ziemi. Aczkolwiek ginie przez niego człowiek, więc w tej beczce miodu jest jednak łyżka dziegciu.
Póki co - zdecydowanie najsłabsza odsłona tej serii. Wrócę do niej po dobrych kilku miesiącach.

Camilla Läckberg - Księżniczka z lodu
Przyznaję, że miałam wielkie oczekiwania wobec tej książki. Miała idealne warunki, żeby zawładnąć moim czytelniczym serduszkiem starej fanki kryminałów: małe, skute lodem miasteczko, określone, małe środowisko, tajemnicze morderstwo, sekrety wychodzące powoli na światło dzienne. Niestety, Läckberg połączyła kryminał z powieścią obyczajową i samo to nie byłoby z mojej strony zarzutem, gdyby nie zrobiła tego w taki mało strawny sposób. Jej główna bohaterka, Erika Falk, to jakaś dziwna kopia Bridget Jones, która jest przepiękną blondynką, jednak w lustrze widzi niemal wieloryba i należy do - uwaga! uwaga! - Strażników Wagi... Litości. Do tego autorka popełnia wiele błędów warsztatowych, które każdy redaktor powinien wyłapać (np. w wielkim luksusowym domu mąż ofiary robi Erice herbatkę w dwie minuty nie opuszczając w ogóle odpowiednio wielkiego, luksusowego i zastawionego antykami salonu...). Oczywiście, niekonsekwentnie przeczytam kolejną część ;) Ale lojalnie uprzedzam, że otwarcie tej serii jest słabe.

Arne Dahl - Sen nocy letniej
Niespodziewanie i przypadkiem powróciłam do cyklu o drużynie A. Ponieważ ostatnio czytałam ją kilka dobrych lat temu, postanowiłam odświeżyć sobie poprzednie części oglądając szwedzki serial na ich podstawie. Aktorzy byli w nim dobrani perfekcyjnie (z wyjątkiem szefa, którego zmienili na dość wredną kobietę), tym samym pożyczyli twarze bohaterom powieści w mojej głowie i tak już pewnie zostanie do końca.
Szkoda jednak, że Sen nocy letniej jest w istocie dość rozczarowujący. Ta część skupia się na Jorge. Życie prywatne drużyny staje się powoli nieco nudnawe - wszyscy na potęgę się rozmnażają, a single tradycyjnie zaliczają łóżkowe przygody od razu na pierwszym spotkaniu. Dahl nadal co jakiś czas wstawia pseudo-oryginalne wstawki w postaci bezokoliczników zdań albo jakichś fragmentów o skrzydle anioła gdzieś tam widzianego kątem oka. Mało mojej ulubionej grzebaniny w dokumentach, detalach, przy biurku czy komputerze. Do tego główna intryga zbyt wydumana, zbyt rozwleczona, a czarny charakter niemal na zasadzie wszechmocnego boga (no chyba że będzie kimś w rodzaju Moriarty'ego?).

23 października 2016

W telegraficznym skrócie 8

Terry Prachett - Kolor magii

Do niedawna jeszcze byłam przedstawicielem tej nielicznej już chyba grupki, która sławnego Pratchetta nie znała. Zawsze chciałam, nigdy się nie składało. Bałam się, że nie będzie mi się podobał jego humor, albo że uznam go za jakoś deprecjonujący sam gatunek. Bezpodstawne obawy. Pratchett jest świetny! Właściwie trudno mi się odnieść do jego świata przedstawionego czy chwalić na przykład warsztat, złożoność fabuły, nowatorstwo itp. Pratchettowskie fantasy to jest coś zupełnie innego! Bo to, co on serwuje to jest jazda bez trzymanki i rollercoaster pozbawiony hamulca bezpieczeństwa. Wszystko dzieje się na pełnej szybkości, autor łamie chyba wszystkie znane zasady powieściopisarstwa, także w obrębie własnego gatunku literackiego, drwi sobie nawet z zasad fizyki (sic!), a to wszystko zanurza w ogromnej kadzi humoru. I tak, dowcipy są śmieszne :) Obecnie podczytuję kolejną część i muszę przyznać, że Pratchett pod względem humoru się jeszcze rozkręca.

Henning Mankell - Morderca bez twarzy

Ostatnio zdarzyło się coś niespotykanego. W deszczowy poniedziałek, już po pracy, zebrałam się do biblioteki z myślą: trzeba mi kryminału! Wieki już całe nie miałam żadnego w ręku, bo ciągle czytam własne książki, a tego gatunku na swoich półkach nie mam. Pani odnalazła moją kartę (okazało się, że miałam przerwę od biblioteki 4-letnią!), a ja wybrałam sobie 1. część serii Mankella o policjancie Kurcie Wallanderze. I znowu chyba tylko ja tego wcześniej nie czytałam ;) Nie jest to może najbardziej porywający kryminał ever w moim czytelniczym życiu, ale mocno mnie przez tydzień zajmował. Podobało mi się, że ciekawie połączył ten gatunek z powieścią obyczajową, można się od Mankella czegoś dowiedzieć o Szwecji. Co więcej, książka jest z 1991r. i choć trochę się już zestarzała (np. bohaterowie nie mają przecież komórek), to jednak tłem powieści idealnie wstrzela się w obecną dyskusję dotyczącą miejsca uchodźców w europejskich krajach. Główny bohater to dobry glina, choć prywatnie jakoś nie zyskał mojej sympatii. Co jednak fajnie autor uwypuklił to to jakimi zwyczajnymi ludźmi są jego policjanci - chcieliby schudnąć, na coś ich nie stać, chorują, popełniają błędy, są tacy zwyczajni. W tym tygodniu liczę, że uda mi się w bibliotece znaleźć część drugą Psy z Rygi.

27 sierpnia 2013

Arne Dahl - Wody wielkie


Wydawnictwo: Czarna Owca, 2013
Pierwsze wydanie: De Storsta Vatten, 2002
Stron: 422
Tłumacz: Robert Kędzierski

Zmiana wydawcy, zmiana tłumacza. Piąta część serii kryminałów o drużynie A. Świetna, wciągająca książka! I naprawdę mam nadzieję, że Czarna Owca wyda następne części... Teraz ciągle mam ochotę na kryminały, najlepiej skandynawskie, może też dlatego tak mi się podobało.

Tym razem na pierwszy plan wysuwa się Kerstin Holm i jej zmagania z przeszłością. Drużyna bierze pod lupę jej byłego chłopaka, też policjanta. Sprawa okazała się mieć drugie, a nawet trzecie dno. Dodatkowo zaczyna łączyć się z inną zagadką (akurat ten trick Dahl zastosował już w Na szczycie góry), w której główną rolę gra samobójca i jego tajemniczy list pożegnalny.

Wydaje mi się, że w tej części jest trochę mniej o pozostałych członkach drużyny. Czasem autor to przemycał, ale oczekiwałam większej obszerności :) Zżyłam się z nimi, polubiłam ich samych i różnorodność tej grupy. Już sobie znalazłam serial na podstawie tej serii i zamierzam się nim zainteresować.

Tradycyjnie Dahl sporo pisze o Szwecji, nienachalnie, raczej między wierszami. Z jednej strony fascynuje mnie Skandynawia, ichniejsze uporządkowanie, wygoda i racjonalność. Z drugiej przeraża mnie nadmierna ingerencja państwa w ich życie, kontrola i łatwość inwigilacji. Zawsze coś za coś.

Ocena: 5/6
 
p.s. Post wstawiony przez IE! Blogger znowu nie działa na Mozilli...

29 czerwca 2013

James Craig - Londyn we krwi

Wydawnictwo: Akurat, 2013
Pierwsze wydanie: London Calling, 2011
Stron: 333
Tłumacz: Janusz Ochab

Duże rozczarowanie. Ta książka miała mi zrekompensować brak wydawania serii Dahla przez Muzę, ale bez powodzenia.

Od początku, od samego pomysłu nie wyglądało to dobrze: giną członkowie pewnego klubu londyńskiego dla zepsutych i bogatych. Jednak nie z takimi fabułami Dahl sobie radził :) Craig natomiast zepsuł co się dało. Fabuła jest nudna, książka wciąga zaledwie nieznacznie, co w przypadku kryminału jest dużą wadą. W sumie jest też przewidywalna - jeśli czytacie i macie pewne podejrzenia, to: tak, to właśnie ta osoba...

Co mnie zwłaszcza drażniło to dosadność i przesadna brutalność. Ja rozumiem, że pisarze powieści kryminalnych lubią "uatrakcyjniać" swe powieści wstawkami z samych morderstw, ale na Boga, czy muszę ze szczegółami czytać opisy scen erotycznych i zabawek jakich używają? Czy moja uwaga musi być przez autora koniecznie kierowana na męskie przyrodzenie? Craig się aż czasem lubuje w takich szczegółach... I jeszcze jedna wtopa: inspektor Carlyle. Rzadko spotyka się tak mało interesującego głównego bohatera. Jest zwyczajnie nudny i czytelnik nie za bardzo mu kibicuje. Irytowały mnie też wszystkie retrospekcje z nim związane, choć po pewnym czasie doceniłam ich znacznie. Zdaje się, że miały unaocznić charakter tegoż policjanta, który jakby mimochodem jest uczciwy. Niby ma coś za uszami, jest trochę zmęczony życiem, wcale nie jest błyskotliwym geniuszem, a jednak kręgosłup moralny ma, co mu dość boleśnie utrudnia życie.

Zdjęcie okładki będzie później, blogger coś szwankuje. Wrzuciłam przez IE ( O.O)!

Ocena: 2,5-3/6

18 czerwca 2012

Mika Waltari - Tak mówią gwiazdy, panie komisarzu

Wydawnictwo: Wydawnicto Literackie, 2012
Pierwsze wydanie: Tähdet kertovat, komisario Palmu!, 1962
Stron: 353
Tłumacz: Sebastian Musielak

Skończyłam tę książkę jeszcze  w maju, ale nadmiar obowiązków  i Euro 2012 sprawiły, że nie dałam rady o niej nic napisać. No, ale  co sie odwlecze... Trzecia i ostatnia odsłona kryminałów z komisarzem Palmu. Zdecydowanie najlepsza okładka, książka jest też grubsza od swoich poprzedniczek o pięćdziesiąt kilka stron. A w środku? To chyba jednak najsłabsza częśc tej serii.

Trudno było mi się w nią wciągnąć, ale możliwe, że wynikało to z tego, iż nie mogłam sobie pozwolić na zalegnięcie na kanapie i zatopienie się w lekturze. Miałam czas tylko na czytanie od przypadku do przypadku, a to nie służy lekturze. Nie zmienia to jednak faktu, że książce nie wyszło na dobre postawienie na pierwszym planie Toivo, który tymczasem został szefem samego komisarza. Owszem, w poprzednich częściach też Toivo był narratorem, jednak nie prowadził aż tak długich monologów o sobie i policji. To on też odpowiadał zawsze za część humorystyczną serii, jednak tym razem Waltari przesadził - czasem ten komizm wydawał mi się już nieco na siłę, sztucznie przedłużany.

Historia też nie powala: w parku znaleziono zmasakrowane ciało starszego pana. Początkowo brano go za menela, potem wychodzi na to, że jest wręcz przeciwnie - ofiara obserwowała gwiazdy przez teleskop. W historii przewija się sporo o Helsinkach lat 60., (minęły 22 lata od czasu napisania części 2!), o ówczesnej problematycznej młodzieży i tradycyjnie co nieco o fińskich elitach finansowych. Fabuła była trochę naciągana, przesadnie wydłużana i porozciągana, a najmniej mnie przekonały przerysowane postaci pojawiające się pod koniec. Według mnie w części 3 serii widać wyraźne zmęczenie formą kryminału u autora. Szkoda, zaczął tak dobrze, a Palmu to jednak świetny bohater ze sporym potencjałem.

No, ale ostatecznie tak źle nie było, książkę czytałam właśnie dla samego komisarza; poza tym ciągle byłam zainteresowana skąd ofiara miała tyle pieniędzy i kto zabił tego staruszka. Jednak po takim zakończeniu serii tęsknić za nią nie będę. Można ją przeczytać, fani kryminałów, ale nie trzeba.

Ocena: 4/6

21 lutego 2012

Arne Dahl - Europa blues

Wydawnictwo: MUZA, 2012
Pierwsze wydanie: 2001
Stron: 366
Tłumacz: Dominika Górecka

Muszę się przyznać, że nie ma już odwrotu: zamierzam przeczytać tę serię do końca. Złapałam się na tym, że nie tylko nie mogłam się doczekać kiedy książka do mnie dotrze (chrapka na kryminał!), ale też byłam i nadal jestem wielce zaciekawiona kolejnymi zmianami w życiu prywatnym bohaterów.

Oczywiście, zagadka ma tu też znaczenie, a ta akurat dotyczy handlu kobietami. Jednak to okazuje się tylko pierwszym problemem, bowiem autor wkrótce skręca w stronę historii i zakończenia II wojny światowej. Drużyna A stoi przed koniecznością znalezienia wspólnego elementu pomiędzy morderstwami sutenerów i ... kandydata do Nagrody Nobla. Jak to u Dahla, jest wytężona praca, siedzenie przed stosami dokumentów, buszowanie po Internecie, zagraniczne wyjazdy i trochę broni. No i oczywiście, sprawy prywatne poszczególnych policjantów (tym razem na pierwszy plan wysunięty jest Fin - Arto). Bardzo mi się podoba, że ich życie jest ciągle przybliżane czytelnikowi, oni sami się zmieniają (aż trudno mi w to uwierzyć - zaczynam lubić Paula Hjelma, tego dupka z 1 części!), a do tego sama ekipa zaczyna się ze sobą zżywać, spędzają ze sobą czas, a dodatkowo dołącza do nich postać z cz. 3 - Sara, która wprowadza sporo świeżości.

Europa blues podobała mi się chyba aż tak bardzo jak odsłona nr 2 - Zła krew. Tym razem jednak sporo byłam w stanie przewidzieć:  i kwestii dotyczących sprawy, i tych związanych z życiem kilku bohaterów. Ale z jednym mnie Dahl nieźle nabrał, bo w myślach żegnałam się już z pewną osobą, ale, całe szczęście, pisarz go oszczędził :) Mam za to kilka przeczuć odnośnie tego, co może dalej wymyślić w życiu szefa grupy i jednej z kobiet.

Nowością w tej części jest z kolei lekkie wybieganie w przyszłość, gdy nagle pojawia się mała zajawka jakichś czekających nas zdarzeń. Wprowadzało to ciekawe napięcie w trakcie lektury. Poza tym chciałabym jeszcze pochwalić Dahla za dwie rzeczy. Mianowicie dopiero teraz uświadomiłam sobie jak sprawnie opisuje on szwedzką rzeczywistość. Zdziera kolorowy papierek z tego neutralnego państwa, dla wielu jawiącego się niczym raj na ziemi. Pokazuje grzeszki Szwedów, ocenia i burzy ich dobre mniemanie o sobie samych, zwłaszcza w kontekście historii. Trochę mi w tym Larssona przypomina. Potrafi też pisać o obrzydliwych kryminalnych sprawkach bez zbytniego epatowania przemocą i wynaturzeniem. Właściwie w każdej książce dotyka okropnych rzeczy, jakich ludzie się dopuszczają w swoim upodleniu, ale ani razu jeszcze, mimo tych znaczących polskich okładek, nie przekroczył granicy dobrego smaku i nie korzysta z tego taniego chwytu, czyli szokowania odpychającymi obrazami. A propos okładki :) Stało się! W końcu MUZA dała Dahlowi coś godnego uwagi - naprawdę znakomity wybór, a projektant okładki, pan Michał Korsun, jest w moim oczach zrehabilitowany po wpadce z cz. 2 :] Za to korekta tym razem trochę nawaliła.

Ocena: 4,5-5/6 (i nie mogę się doczekać kolejnej części:)

10 stycznia 2012

Mika Waltari - Błąd komisarza Palmu

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2011
Pierwsze wydanie: Komisario Palmun erehdys, 1940
Stron: 297
Tłumaczenie: Sebastian Musielak

Komisarza Palmu oficjalnie uznaję za najzabawniejszego detektywa wśród znaych mi kryminałów :) Dotychczas jakoś mi się to nie łączyło: kryminał i humor, ale u Waltariego jest to tak zgrabnie połączone, że wszytsko wydaje się na swoim miejscu. Szkoda, że napisał tylko 3 części tego cyklu.

Jaki był błąd Palmu, tego Wam napisać nie mogę, jednak tym razem zajmuje się on śmiercią wśród śmietanki towarzyskiej Helsinek. Schemat pisarz zachował, bowiem i tu owa tragedia nosi znamiona zwykłego wypadku, którego potwierdzenie wszystkim by pasowało. Jednak Palmu, jak to on, od razu stwierdza, że coś tu jednak nie gra. W cz. 1 był to pies właścicielki, a w cz. 2 kwestia światła w łazience. No co tu gadać, Waltari miał smykałkę nie tylko do książek historycznych, pisał też pierwszorzędne kryminały, w których wszystko jest jak należy. Tzn. teraz już się tak nie pisze, ale akurat ja tęsknię za takimi staroświeckimi historiami. Oczywiście, mordercy nie odgadłam, do tego czułam się jak pomocnik Palmu, który też kompletnie nie orientuje się o co w tym wszytskim chodzi (to zresztą on jest narratorem i to on wydaje przygody swoje szefa ;)

A już inną sprawą są Helsinki: wypadają tu jak trochę senne małe miasto, otulone nieco mgłą, na uboczu wielkiego świata, co dodatkowo podkreśla kameralny charakter książki.

Ocena: 5/6.

1 listopada 2011

Arne Dahl - Na szczyt góry

Wydawnictwo: MUZA, 2011
Pierwsze wydanie: Upp till Toppen av berget, 2000
Stron: 374
Tłumacz: Dominika Górecka

To już trzecia odsłona zmagań Drużyny A. Nie przebiła ostatniej, jednak podtrzymała moje zainteresowanie kryminałami Dahla. Wcale bym się nie zdziwiła, gdybym faktycznie przeczytała całą jego serię. Mają wszystkie cechy dobrego kryminału: interesującą intrygę, dobre tempo, zapamiętywalnych bohaterów i dodatkowy, Dahlowski smaczek. Mianowicie coś, co zwróciło moją uwagę już wcześniej, czyli przedstawienie toku myślenia policjantów i ich żmudnej pracy zamiast magicznego olśnienia. Jest jeszcze jedno: drużyna składa się z 7 członków i ich szefa. To sprawia, że trudno się znudzić, gdy pisarz zahacza o ich życie osobiste, ponieważ każdy z nich jest pokazywany też prywatnie (w kolejnych częściach czasem wybija się jeden lub dwóch z nich na tle swoich kolegów). Więc gdy któryś z nich nam nie podpasuje, czytelnik ma jeszcze kilku innych do wyboru, którym może kibicować. Bardzo mi się podoba ten aspekt różnorodności w tych kryminałach.

Fabuła nie zaskoczyła mnie tak, jak ostatnim razem. Do tego wszytko się bardzo komplikuje i gdzieś w połowie trochę mi się już to plątało. Mianowicie na celowniku policji są 2 bandy zbirów, które nie pałają do siebie przyjaznymi uczuciami. Między nich wchodzą jeszcze dwie tajemnicze osoby. W dwóch miejscach giną ludzie, do tego mamy walkę z pedofilami, oryginalnego chłopaka, czytającego Owidiusza w pubie no i naszą drużynę w rozsypce. Po ostatniej wtopie rozjechali się po kraju i zajmują się różnymi sprawami. Jednak nadchodzi taki moment, gdy zagęszczają się one i układają się  w pewien wzór. I ten początek zagrał doskonale. W pubie dochodzi do bójki, ginie kibic. Przesłuchiwani są świadkowie i właśnie z tych przesłuchań wyłania się coś większego, coś w tle. Małe szczególiki jakoś nie pasują do siebie, coś tam nie zatrybiło i dwie policyjne wygi (Hjelm i Kersitn tym razem) patrząc z dystansu, widzą za tym niepozornym zdarzeniem coś jeszcze. Z czasem puzzle układają się w logiczną całość. Ponadto Dahl nie epatuje zbytnio okrucieństwem w kontekście pedofilii i tej sugestywnej okładki, a tego się trochę obawiałam. Ostatecznie wychodzi więc z tego porządny kryminał, idealny na 2-3 dni.

Ocena: 4,5/6

6 sierpnia 2011

Mika Waltari - Kto zabił panią Skrof?

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2011
Pierwsze wydanie: Kuka murhasi rouva Skrofin?, 1939
Stron: 293
Tłumacz: Sebastian Musielak

Widząc w zapowiedziach kryminał pióra Waltariego byłam i zaskoczona, i zaintrygowana. Jest to pierwsza część krótkiego cyklu o komisarzu Palmu, a WL planuje wydać całość. I w sumie dobrze, bo choć Kto zabił... nie jest jakimś objawieniem wśród powieści detektywistycznych, to jednak miło uprzyjemniał mi 2-3 dni. 

Tytułowa pani Skrof to stara kutwa, władcza i dość wrednawa. Ktoś ją uśmierca i szybko okazuje się, że praktycznie cała kamienica jest podejrzana oraz jej rodzina. Do tego kobieta była milionerką, więc motyw łatwo wynaleźć. Ale czy, jak chwali okładka, rozwiązanie zagadki zaskoczy wszystkich? No cóż, ja w pewnym momencie zaczęłam podejrzewać właściwą osobę, jednak Waltari tak kluczy, mąci, kręci, dając mi do zrozumienia, że wszystko było inaczej, że człowiek porzuca logikę, nagina fakty i ostatecznie kieruje wzrok na innych ;) Styl Waltariego jest dość typowy dla okresu, w którym to pisał, czyli nie odbiega od standardów narzuconych przez Christie (przyznaję, że dla mnie to plus, lubię klasyczne kryminały). Ilość podejrzanych jest ograniczona, są ploteczki, znaczące rozmowy, inteligentny detektyw ze swoim pomocnikiem, który raczej przeszkadza, są rumieniące się dziewczęta i rozrabiający młodzi mężczyźni, no i na koniec szczera spowiedź mordercy. Natomiast znakami szczególnymi są cechy Fransa Palmu. Facet jest świetny! :) Non stop beszta swojego stażystę Toivo (który opowiada tę historię), rozbija się taksówkami, za które sam nie płaci, używa obcojęzycznych słów, których nie potrafi wymówić (np. mentalność, zidentyfikować) i zasypia, twierdząc, że musi pomyśleć. Dla niego zdecydowanie chciałabym przeczytać cz. 2.

Ocena: 4-4,5/6

24 czerwca 2011

Arne Dahl - Zła krew

Wydawnictwo: MUZA, 2011
Pierwsze wydanie: Ont blod, 1998
Stron: 342
Tłumacz: Dominika Górecka

Obok zdjęcie autora (tak naprawdę nazywa się Jan Arnald), sympatyczny gość, prawda? Dobra, i tak wiemy, że wybrałam je zg na tło. Brak polskiej okładki to wynik mojego małego protestu. Projektant (pan Michał Korsun) cierpiał chyba na jakiś zanik zmysłu estetycznego, z kolei ten, kto to zatwierdził (nie wiem do kogo to należy) zapewne niedowidzi, co jeszcze by go tłumaczyło. W każdym razie na to szkaradztwo nie da się patrzeć! Serio, człowiek momentalnie odwraca wzrok z obrzydzeniem. Marna to reklama, w księgarni nie wzięłabym jej do ręki. Jeśli więc już pierwsza okładka tej serii kryminałów wyróżniała się in munus, to już nie wiem co powiedzieć o tej, ale wg mnie jest estetycznie osiąga poziom Rowu Mariańskiego. To teraz, żeby nie być gołosłowną mały pokaz (podlinkowany): okładka polska, szwedzka nr 1 i szwedzka nr 2 (moim zdaniem najlepsza). 

Koniec krytyki, wracam do meritum. Zła krew to druga część serii o Drużynie A. Ponieważ książkę rozpoczynającą cykl oceniłam dość nisko, opowieść o drugiej sprawie szwedzkich policjantów miała mi dać odpowiedź czy mam sobie darować kolejne. Odpowiedź brzmi: nie. Dahl rezygnuje (prawie całkowicie) z wszystkich zabiegów, które mnie irytowały w czasie tamtej lektury. Ale po kolei. Tym razem Drużyna A musi rozpracować sprawę amerykańskiego seryjnego mordercy K, który dziwnym trafem przyjechał do Szwecji. Nie jest to byle jaki kryminalista, to ktoś taki jak Zodiak, FBI ugania się za nim od bodajże 20 lat, wszystko bezskutecznie. Jak to bywa w takich historiach, zwyrodnialec ma swoje własne, specyficzne sposoby zabijania, jest najwyższej klasy profesjonalistą, za to klucz wyboru jego ofiar wprowadza raczej więcej zamieszania niż odpowiedzi na temat jego zwichrowanej psychiki.

To, co podobało mi się ostatnim razem, można znaleźć i teraz, czyli drobiazgowa i benedyktyńska praca policjantów. Zapewne będzie to stały punkt programu, co mnie cieszy, taki znak rozpoznawczy autora, tylko u niego się z tym spotkałam (poprawka na to, że nie znam np. Mankella). Świetnie ukazuje pracę całego zespołu, pochyla się nad każdym z nich, nad ich małymi wycinkami sprawy, przy okazji, jak ostatnio, zaznaczając ich indywidualność i wycinek życia osobistego. Hjelm znowu jest postacią główną, ale raz, że ewoluuje, dojrzewa i staje się coraz mniej antypatyczny, a dwa - nie zajmuje już tyle miejsca, co wcześniej. Największą sympatią darzę na razie trójkę z jego kolegów: Fina Arto, byłego pakera Gunnara i śniadego Chaveza. W przypadku negatywnych stron stylu Dahl'a wymienię jego próbę pisania...nazwijmy to poetyckiego. Wyrafinowane i subtelne fragmenty (w założeniu) wypadają po prostu śmiesznie. Równoważniki zdań, nietypowe połączenia przymiotników z rzeczownikami, opis wewnętrznych myśli postaci plus opisy pogody stylizowane na "coś więcej" dają efekt zwyczajnego bełkotu. Pisarz powinien uświadomić sobie, że kryminały pisze naprawdę porządne, więc niech nie próbuje czarować czytelnika jakimiś pseudoartystycznymi wstawkami, bo budzi to jedynie irytację i politowanie. Na szczęście, jest tego chyba mniej niż w "Misterioso". Korekta - bez zarzutu. Ogólny wynik: 3 dni świetnej rozrywki (dodatkowe oklaski za nietypowe zakończenie). Na pewno zamówię sobie cz. 3 Na szczyt góry.

A na koniec mała uwaga. Zauważyłam, że skandynawscy autorzy kryminałów lubują się wręcz w opisywaniu dokładnej drogi przemierzanej przez bohaterów. Każda ulica jest wymieniona, każdy zakręt, plac i okoliczne budynki. I Larsson tak ma, i Dahl, i Fossum. Poszaleli chyba:) Może spodziewają się jakichś pielgrzymek fanów tymi szlakami? Specjalnych map z oznakowaną trasą niczym te inspirowane "Ulissesem"? ;))) Ot, ciekawostka.

Ocena: 4,5/6

Zdjęcie pochodzi z tej strony.

26 listopada 2010

Arne Dahl - Misterioso

Wydawnictwo: MUZA SA, 2010
Pierwsze wydanie: 1999
Liczba stron: 334
Tłumacz: Dominika Górecka

Kiedy książkę zamawiałam w MUZIE, byłam zwyczajnie ciekawa. Potem wydawnictwo zamilkło, długi nie dostawałam paczki, a w tym czasie pojawiły się jej recenzje na innych blogach. Średnie lub negatywne. Z tego powodu, kiedy już Misterioso do mnie przyjechało, nie byłam nastawiona zbyt entuzjastycznie i między innymi dlatego pierwsze 30 stron szło mi jak po grudzie i wszystko mnie w niej wkurzało. Potem jednak autor pokazał swoje umiejętności i wciągnęłam się.

Osią fabuły jest drużyna A (jej członkowie też nabijają się z tej nazwy;), tajna jednostka szwedzkiej policji utworzona, początkowo tylko ad hoc, w obliczu grasującego seryjnego mordercy, który upodobał sobie rekinów tamtejszej finansjery. Czytelnik towarzyszy głównie jednemu policjantowi - Hjelmowi, nazwanym maskotką mediów po jednej z jego akcji. Nie jest on specjalnie interesujący, momentami wręcz antypatyczny, zwłaszcza w porównaniu z jego kolegami. Co się udało Dahlowi , to przedstawienie pracy policji, uchylenie rąbka tajemnicy. Zdaję sobie sprawę, że pewnie każdy policjant może mieć ubaw z tego, co piszę, dla mnie jednak była to pewna nowość w kryminale. Zazwyczaj zagadki w nich rozwiązują się niemal same, w ciągu krótkiego odcinka czasu, nie wymaga to żmudnej i nudnej pracy, trzeba tylko dać błyskotliwego bohatera, którego nagle olśni. Tu jest odwrotnie: zajmują się oni absolutnie każdym szczegółem sprawy, przekopują się przez masę dokumentów, rozmawiają nawet z najbardziej niepozornymi ludźmi. To wszystko daje efekt w dynamicznej i pełnej napięcia scenie schwytania mordercy. Pochwalę też umiejętne opisanie relacji w samej drużynie, jej członkowie z reguły są jacyś i zapamiętywalni; mają zaskakujące hobby, swoje indywidualne cechy charakteru, kłopoty rodzinne. Oczywiście, autor nie wyzbył się stereotypów: tak jak w filmie "Metoda", sprawdza się tu zasada, że jeśli w grupie jest ładna kobieta, to musi być i seks z jej udziałem...

Nie podobały mi się też dwie charakterystyczne cechy tej książki. Po pierwsze sceny naturalistyczne, nierzadko opisujące czynności fizjologiczne; miałam wręcz ochotę opuścić te fragmenty, po cholerę to było, to nie wiem. I dwa: bardzo szczegółowe, typowo męskie, sceny seksu, które wydawały mi się zwyczajnie zbędne. Nie licząc kilku posunięć, które uznałam za nieco naciągane, jest to jednak trzymający poziom kryminał i wciągający złodziej czasu. Jeśli będę mieć okazję, nie pogardzę lekturą części drugiej (nie obrażę się jeśli będzie napisana z punktu widzenia kogoś innego niż Hjelm), jednak nie jest to jakieś must read w dziedzinie kryminałów , moim zdaniem. Wydanie jest bez zarzutu, nie licząc raczej tandetnej okładki (ale przyznaję się bez bicia - dałam się na nią złapać, więc pewnie spełnia swoje zdanie).

Ocena: 3,5/6

11 listopada 2010

Boris Akunin - Gambit turecki

Wydawnictwo: Świat Książki, 2003
Pierwsze wydanie: 1998
Liczba stron: 199
Tłumacz: Jerzy Czech

Akunin zaskakuje odważnym i dość nietypowym posunięciem jak na autora kryminałów. Polega to na tym, że nie przywiązuje się do raz zastosowanego pomysłu. Część pierwsza przygód radcy tytularnego Fandorina była napisana z jego punktu widzenia, wszystkie zdarzenia były opisywane czytelnikowi w kolejności, wiedzieliśmy dokładnie tyle, co on. Natomiast druga część ma innego głównego bohatera: Warię Andriejówną, młodą kobietę o nowoczesnych poglądach. To dobra dziewczyna, ale jednocześnie próżna, niestała i niespecjalnie spostrzegawcza. Oczywiście, poznaje naszego Erasta. Akcja dzieje się w czasie wojny rosyjsko - tureckiej 1877 - 1878, tym razem Erast musi znaleźć szpiega, przez którego wojny długo nie można skończyć. Jednak nie mamy toku myślenia detektywa ani jego działań, czytamy tylko o obserwacjach Warii, która zdaje się nie dostrzegać sedna problemu, tak zajęta jest wianuszkiem adoratorów koło siebie.

Siłą tej książki jest wciągająca fabuła, całość podobała mi się dużo bardziej niż Azazel, język, wspaniałe Akuninowe odmalowanie tamtych czasów oraz sam Fandorin. Właśnie tego byłam ciekawa po pierwszej części - jak się zmienił? I faktycznie, nie jest już tym irytującym, naiwnym młodzieńcem. Ma ledwie 21 lat a zachowuje się jak dojrzały człowiek. Planowałam nawet dać 5, ale jakoś mi się ręka zatrzęsła przy ocenie i będzie 4,5, ponieważ wraz z ilością przeczytanych kartek trochę żałowałam, że na pierwszym planie są te międzynarodowe intrygi, szpiegowskie afery i wielka polityka. Kryminał powinien być bardziej kameralny jak na moje oko. W każdym razie, chętnie przeczytam część trzecią, oczywiście dla Erasta Fandorina, postaci, która zmienia się niemalże na oczach czytelnika.

Ocena: 4,5/6

Inne książki tego autora:


4 października 2010

Boris Akunin - Azazel

Wydawnictwo: Świat Książki, 2003
Pierwsze wydanie: 1998
Liczba stron: 220
Tłumacz: Jerzy Czech

Mam brak weny na jakiekolwiek recenzje, jakieś zmęczenie materiału odczuwam... Akunin naczekał się prawie dwa tygodnie, ale nie chcę przez to powiedzieć, że jego książka mi się nie podobała. To będzie recenzja raczej zachęcająca do przeczytania Azazela.

Kryminał retro? Tak, zgadzam się. Szczegóły XIX-wiecznej rzeczywistości zostały wspaniale oddane: architektura, stroje, środki transportu, sposób mówienia, zupełnie jakby autor miał dziurkę od klucza, przez którą mógł sobie podglądać przeszłość. Do tego główny bohater Fandorin jest bardzo nietypowy: młody, nieopierzony, bywa, że i naiwny, bardzo kochliwy i jakby nie patrzeć dość próżny. Właściwie niespecjalnie podbił moje czytelnicze serce. Odnośnie zagadki, to w sumie nie jest zbyt wciągająca. W Moskwie ginie student, ale nie byle jaki, bo obrzydliwe bogaty i w nie byle jaki sposób, bo wyznaje miłość osobie, która widzi go pierwszy raz na oczy (sam student dziewczyny też nie znał). To Fandorin dostaje sprawę, jeszcze wczoraj przepisywał listy i był w policji absolutnie nikim, a już dziś grozi mu niebezpieczeństwo, a jutro go nawet awansują. Detektyw przemierza też Europę, akcja zawiera kilka sen bardzo szybkich, giną ludzie, zagadka robi się z każdym dniem coraz bardziej tajemnicza, istnieje podejrzenie działalności światowej organizacji z pewnymi ciekawymi planami...

Azazela odkładałam jednak, kiedy miałam ochotę. Nie był to dla mnie kryminał z tych, co to "jeszcze chwilę, tylko jeden rozdział, muszę wiedzieć co było dalej!". Nie wczułam się też jakoś w kibicowanie bohaterom. Jest to porządna robota, na poziomie, świetne tłumaczenie, ale dla mnie bez tego błysku. Jedynie zakończenie postawiło mnie w stan czujności i chciałabym jeszcze raz zobaczyć Fandorina w akcji, a zwłaszcza jak się zmienił, ponieważ finał jest mocny, gwałtowny i zmieniający wszystko w jego życiu. No i podniósł ocenę o całe pół punktu.

Ocena: 4,5/6

P.S. Wypełniłam tym samym 50% planu mojego wyzwania! :)

29 sierpnia 2010

Jodi Picoult - W imię miłości (The Pact)

Wydawnictwo: Świat Książki, 2000
Pierwsze wydanie: 1988
Liczba stron: 438
Tłumacz: Alicja Skarbińska - Zielińska

Podałam w tytule posta również tytuł angielski, bowiem w naszym wspaniałym kraju wydano dwie różne książki Picoult, nadając im ten sam tytuł. No, ale nie od dziś wiemy, że mieszkamy w świecie absurdów.

Moja pierwsza myśl na jej widok: fatalna, odstręczająca okładka sugerująca jakiś tandetny romans. Mój mózg krzyczał: "nie, nie bierz tego do ręki!". Ale oczy zobaczyły nazwisko autorki, a tak się składa, że jeszcze nic nie czytałam spod pióra tej kobiety, za to same zdania jakie to wciągające książki pisze. I dlatego książkę wzięłam. Okazała się ona być połączeniem kryminału i dramatycznej opowieści obyczajowej.

Dwie rodziny żyją obok siebie i tworzą w zasadzie jeden organizm. Wychowują chłopca i dziewczynkę, którzy każdą chwilę spędzają razem. W końcu nastolatki stają się parą ku uciesze rodziców. Jednak staje się rzecz straszna: dziewczynę znaleziono z przestrzeloną głową, jej chłopaka obok, nieprzytomnego, z raną na głowie. Co się stało - to pytanie jest sednem tej książki. A każda z postaci reaguje odmiennie na tę tragedię. I wszystko zmierza ku sali sądowej (wiem z sieci, że to ponoć norma dla Picoult).

Picoult nie poświęca wiele uwagi opisom, lubuje się w dialogach i wspomnieniach bohaterów, nie sili się na masę niepotrzebnych porównań (i dobrze). Sceny seksu trwają u niej jakieś 15 sekund i są bliźniaczo do siebie podobne, niektóre zachowania głównego bohatera (Chris - chłopak nieżyjącej Emily) wydały mi się dość nieprawdopodobne, nie do końca uwierzyłam w takie rozwiązanie, zwłaszcza po tym, ile mi o nim już opowiedziano (niedobrze). W tekście jest trochę sztampowych fragmentów, jednak dla równowagi chcę dodać, że napisana jest sprawnie, z dużym wyczuciem, ciekawie przedstawionymi charakterami i to wszystko sprawia, że jest niesamowicie wciągająca (tu ocena byłaby najwyższa, bo wręcz nie mogłam się oderwać). Takie czytadło z wyższej półki. Myślę, że kiedyś jeszcze sięgnę po tę pisarkę, odprężyłam się przy niej, zapomniałam o bożym świecie i interesowały mnie jedynie dalsze koleje losów bohaterów.

Aha, dla zasady: fatalne tłumaczenie, aż zęby zgrzytały i na okładce jest istotny spoiler! Bardzo nieładnie Świecie Książki!

Ocena: 3,5/6

3 maja 2010

Mark Haddon - Dziwny przypadek psa nocną porą

Wydawnictwo: Świat Książki 2004
pierwsze wydanie: 2003
ilość stron: 224

Tak długo czekała na swoją kolej, aż mi teraz żal! Wypożyczałam z myślą, że uwielbiam kryminały, a ten miał być wielce oryginalny ze względu na głównego bohatera. Okazał się nie być kryminałem wcale, co mu na dobre wyszło. Najważniejszą postacią jest Christopher a najważniejsze, co powinniście o nim wiedzieć to, że choruje na zespół Aspergera, łagodniejszą odmianą autyzmu (więcej tu). Książka napisana jest z jego punktu widzenia, stąd cały jej układ, akcja i opisy są zupełnie nietypowe jak na powieść. Nawet numerki rozdziałów się nie zgadzają (dopóki nie poznamy logicznej zasady, która tym rządzi). Christopher najczęściej opisuje jakieś zdarzenie ze swojego życia, by potem opisać coś (czasami pozornie) niezwiązanego z tematem i tak się to przeplata. Zaczyna się od zamordowanego psa sąsiadki, a ostatecznie będzie wielkim zmierzeniem się ze światem, w którym nasz 15-latek będzie zmuszony zastosować swoje ukochane zasady logiki w stosunku do zachowań ludzi i ich otoczenia.

Książeczka jest krótka, zapełniona sporą ilością rysunków, ciekawymi spostrzeżeniami, zagadkami i logicznymi wyjaśnieniami Krzysia. Napisana współczesnym językiem, śmieszno - smutna, w każdym calu szanująca każdego bohatera. Mark Hoddon zdaje się mieć sporą wiedzę o ludziach i ich zachowaniach. Nie ma papierowych ludzi z reklam, robią oni złe i dobre rzeczy, popełniają błędy jak my, wpadają w złość, nie słuchają się nawzajem... I brak tam taniego sentymentalizmu, a oto dowód: (ojciec odbiera syna z komisariatu)
Na korytarzu stał tata. Podniósł prawą rękę i rozłożył palce jak wachlarz. Uniosłem lewą dłoń, rozłożyłem palce jak wachlarz i dotknęliśmy się palcami i kciukami. Robimy tak, bo czasem tata pragnie mnie uściskać, ale ja nie lubię się ściskać, więc zamiast tego dotykamy się palcami, co oznacza, że tata mnie kocha.
Chciałabym mieć ją na własność i jeszcze przeczytać ją w oryginale. Co do wydania: tekst na okładce jest jednym z najlepszych przykładów jak zachęcić czytelnika do czytania i nie zepsuć mu radości już na wstępie ;) Gorąco polecam!

Ocena: 6/6

14 marca 2010

Stieg Larsson - cykl Millenium


Wydawnictwo: Jacek Santorski & Co, potem Czarna Owca
Pierwsze wydanie (kolejno): 2005, 2006, 2007
ilość stron: 634, 700, 784 = 2118 ;)
tłumacz: Beata Walczak - Larsson, Paulina Rosińska, Alicja Rosenau

Postanowiłam się tu produkować dopiero po przeczytaniu całej serii (tzn. tej części, którą Larsson zdążył napisać przed śmiercią). Zawsze to bardziej całościowe spojrzenie. Przede wszystkim te książki to okropni złodzieje czasu:) Przez nie nie nauczyłam się na ważne i trudne kolokwium! Idealnie nadają się na okresy, gdy chce nam się jedynie trochę rozrywki, jednocześnie żeby mózg nie bolał od intelektualnego bełkotu i fatalnego stylu. Niektórzy sięgają dla rozerwania się po czytadła, ja po kryminały. Można oderwać myśli od problemów dnia codziennego, przez chwilę zapomnieć się w innej rzeczywistości, skupić myśli na jakiejś zagadce. Nie czytam przecież samych arcydzieł jak i nie samym Bergmanem człowiek żyje ;)

Styl nie boli, Larsson nie próbuje też naśladować Ludluma czy Cobena. Bardzo odpowiadało mi to, że autor nie ma potrzeby zaskakiwać czytelnika kolejnym zwrotem akcji czy szybką sceną co kilka kartek, żeby się czasem nie znudził. Wręcz przeciwnie. Bardzo powoli rozkręca całą historię, np. w pierwszej części główny problem wygląda na światło dzienne gdzieś po 100 stronach. Podobało mi się, że nie ma tu jakichś wielkich bijatyk i scen walki jak z ogranych filmów sensacyjnych, nie ma pościgów samochodowych, jest mało śledzenia kogoś po mieście (większość w cz. 3). Szwed potrafi wciągnąć czytelnika, kilkaset stron a trudno się oderwać. Nie dziwię się, że od razy kino się zabrało za te książki, to są niemalże scenariusze.

To teraz o wadach, są istotne. W trakcie czytania domyśliłam się trzech ważnych rzeczy (część pierwsza), w kolejnych częściach już jest zdecydowanie mniej przewidywalnie. Z każdą kolejną częścią maniera szczegółowego opisywania czynności bohaterów staje się coraz bardziej irytująca. A już zupełnym idiotyzmem jest opisywanie całych list zakupów. Stawianie na informowanie o parametrach technicznych różnych urządzeń elektronicznych wydaje się i niezrozumiałe, i ryzykowne - na tym polu w ciągu roku zdarzają się rewolucje. Istna parada marek zakrawa na książkowy product placement. Jednak moim najpoważniejszym zarzutem jest: przesada. W pierwszej części Larsson przedstawia dwie postacie niemalże antychrystów i potem już nie rezygnuje z takiego opisywania "tych złych". Z tego samego powodu (przesada) nie uwierzyłam w postać jednej z głównych bohaterek: Lisbeth, wydaje się być po prostu nieprawdziwa, przerysowana. I, oczywiście, za wszystkim musi kryć się jakieś traumatyczne przeżycie. Jak dla mnie - za duże nagromadzenie pewnych cech i umiejętności w jednym człowieku. Trochę mnie też raziło, że książki są pełne jakichś dziwnych, pokręconych układów międzyludzkich. Ze świecą trzeba tam szukać jakiejś zwykłej rodziny, stałego związku. Wszyscy a to się zdradzają, a to chodzą do łóżka ze wszystkim, co się rusza, a to tworzą trójkąty lub nie mogą się zdecydować jaką płeć wolą.

W drugiej części zauważalna jest też maniera Larssona do przedstawiania szczegółowego życiorysu nowych postaci w fabule. Zawsze są to osoby, które muszą odegrać swoją rolę i potem znikają ze sceny. Tylko cefałki najważniejszych bohaterów ujawniane są stopniowo a ich osobowości są bardziej złożone. Jednak w momencie, kiedy umieram z ciekawości co będzie dalej, podawanie mi na dwóch stronach czyjejś historii życia doprowadzało mnie do szału.

Bardzo mnie zdziwiło, że zagadka w drugiej części w pewnym momencie zostaje podana na talerzu czytelników, człowiek się zastanawia, pytania się mnożą, aż tu nagle Larsson stwierdzi, że nie będzie mnie dłużej trzymał w niepewności. To było dziwne. Druga część w ogóle odstaje trochę od pierwszej. Na początku mamy zagadkę w obrębie rodziny, potem jest już w obrębie sporej grupy osób i sprawa zahacza o państwo. Trzecia część niby jest najsłabsza, tłumaczenie moim zdaniem gorsze, więcej błędów stylistycznych jest w książce, nagle mamy spiski, pościgi, istny film szpiegowski, a jednak była niezwykle ciekawa i sprawiła, że wreszcie na serio przejęłam się bohaterami. Aha! Proszę nie kończyć cz. 2, nie mając przy sobie cz.3, można zejść na zawał w przeciwnym razie! ;)

Obraz Szwedów wyłaniający się z cyklu: piją hektolitry kawy, mają swobodny stosunek do relacji intymnych, jedzą głownie kanapki z serem i dżemem pomarańczowym i wszyscy chyba noszą skórzane kurtki. ;) Larsson imponuje też pracą, jaką wykonał przy poznawaniu różnych dziedzin życia społecznego, gospodarczego, nauki i innych. Musiał być niezłym dziennikarzem. Fragmenty dotyczące dziennikarstwa są zwłaszcza interesujące. I, co ciekawe, wszystko to zgrabnie się łączy ze zbiorem reportaży Polski hydraulik i inne opowieści ze Szwecji, które też niniejszym polecam.

W trakcie czytania "Dziewczyny, która igrała z ogniem" naszła mnie myśl jak jednak ciężko jest napisać dobra książkę, jakie to trudne zadanie. Wśród tych setek tysięcy, które próbują swoich sił, niewielu się tak naprawdę udaje ta sztuka. Zwłaszcza teraz, współcześnie jest to takie mało prawdopodobne. Po XIX w. i początku XX w., kiedy powstało wszystko, co najlepsze, kiedy zabrano się chyba za każdy temat, po rozwoju fantastyki i wyłonienia się w niej wielu podgatunków. Co można napisać nowego? A nawet jeśli komuś udaje się żonglować starymi pomysłami, to jak wiele zależy od jego stylu, od umiejętności niewpadania w pułapki jakie czyhają na pisarzy. Kurczę blade, pisarz to jeden z najtrudniejszych zawodów świata! ;)

Gwoli zakończenia: polecam! Mi to zapewniło około 1,5 tygodnia świetnej rozrywki.

Ocena:
cz. 1 Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet - 5
cz. 2 Dziewczyna, która igrała z ogniem - 4,5
cz. 3 Zamek z piasku, który runął - 5

13 lutego 2010

Truman Capote - Z zimną krwią

Wydawnictwo: REBIS
wydanie pierwsze: 1966
ilość stron: 427

Znałam i film na podstawie tej książki (In Cold Blood), jak i film o powstawaniu tej książki (Capote), w związku z tym zawsze chciałam to przeczytać. Nie dziwię się, że Capote nie był po niej w stanie napisać już niczego równie dobrego, bo tu pobił samego siebie. I jest to kryminał, i nim kompletnie nie jest. Jak to jest: znam dokładnie całą tę historię, znam jej tło (vide film), a nawet wiem jak to się skończy. A jednak nie można się od niej oderwać. Wspaniale zarysowane charaktery, z tym że słowo "zarysowane" jest wręcz obraźliwe dla tego pisarza. Gdy coś jest zarysowane, kojarzy mi się ze szkicem, a to nie są szkice, to nawet nie portrety, to są głębokie, psychologiczne i genialne opisy ludzi. Jakby im walcem w dusze wjechał. I to nie tylko jeśli chodzi o samych morderców, mam też na myśli tę zabitą rodzinę i kilkoro innych uczestników tej całej historii. Rzadko się czytelnik z czymś takim spotyka. Jeśli kiedykolwiek będę mogła powiedzieć, że poznałam prawdę o jakimś człowieku ( w końcu czuża dusza temnyj lis), to zaryzykowałabym, że był nim Perry Smith (na nim Capote się wyraźnie skupia).

Co dziwne, mam dość ambiwalentny stosunek do tego tytułu jak i do samego pisarza. To, co zrobił jest naprawdę świetne, włożył w to ogrom pracy, osiągnął szczyt swojego talentu jak dla mnie. Ale z drugiej strony... był wampirem jakby nie patrzeć. Wyssał z tej historii wszystko, co się tylko dało, niemalże z żył tych morderców i innych, do szpiku kości, wziął dla siebie, zmielił i wykorzystał jak jakaś okropna pijawka. Dlatego ten tytuł ma dla mnie trzy, nie dwa znaczenia, ostatnie było niezamierzone i tyczy się właśnie autora.

Czy książka zbliża się do wielkiej tajemnicy - jakie są korzenie zła? Nie, ale dlatego, że to jest po prostu niemożliwe. Pokazuje jednak, że ono nie ma granic, że nie da się go ogarnąć i zrozumieć. Opisuje tam takie rzeczy, że człowiek ma ochotę zamknąć się w schronie i nie ufać nikomu (w mistrzowski sposób opisuje Lowell'a Lee Andrews'a). Wyobrażacie sobie sytuację, w której zabijany jest człowiek, która pyta się "w czym mogę pomóc?", po tym fragmencie musiałam na chwilę odłożyć książkę, przerosło mnie to wtedy...

Styl Capote robi wrażenie, z ręką na sercu. Potrafi wyraźnie zarysować scenę, nakreślić dialogi (w których całkowicie, nie licząc jednego razu, pomija siebie), oddać czyjś charakter przy pomocy kilku zdań tej osoby, oddać panującą atmosferę. I do tego pięknie pisze o naturze, pogodzie i krajobrazach, np. Minęło Święto Dziękczynienia, skończył się sezon polowań na bażanty, ale przepiękne babie lato wciąż trwało, przędąc czyste i jasne dni. Przeczytałam to zdanie z miejsca dwa razy :)

Wydanie. Za Rebisem nie przepadam, ale tym razem naprawdę się postarali. Ładny papier, przyjemna czcionka, porządnie wykonana okładka (pomysł na zdjęcie jednak średni), szczególne uznanie dla tłumaczenia Krzysztofa Filipa Rudolfa - oddaje nawet południową gwarę, sposób mówienia ludzi prostolinijnych i/lub niewykształconych oraz błędy ortograficzne w cytowanych listach.

Ocena: 5,5/6

4 lutego 2010

Matthew Pearl - Klub Dantego

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
rok pierwszego wydania: 2003
ilość stron: 506

Nie chciałam pisać o tej książce, ponieważ pewnie wszyscy już ją czytali, ale na bnetce znalazłam głównie skrajne opinie. Albo, że nudna i wtórna, albo, że z klasą. Chciałabym trochę wypośrodkować własną ocenę. Okładka jest zachęcająca i niegłupia, gorzej z tym polecaniem ją przez Dan'a Browna, moją myślą było "o nie! mam nadzieję, że Pearl nie pisze jak Brown!". Nie oczekiwałam po niej niczego specjalnego, a jednak zajmowała mi czas przez pięć dni, w czasie których w kąt poszły inne książki, wymagające skończenia.

Napisana jest dość sprawnie, widać jego znajomość Dantego (napisał o nim pracę dyplomową bodajże) oraz ile osób pracowało nad wyszukiwaniem mnóstwa informacji, które ubarwią powieść i sprawią, że uwierzymy w ten Boston z połowy XIX w. Autor stara się być erudytą, swoimi bohaterami uczynił też znane ówcześnie postacie. Jest w niej sporo schematów, uważam jednak, że jak na książkę rozrywkową i napisaną pewnie tylko dla pieniędzy, jest całkiem zajmująca. Oczywiście, tylko chciwy marketingowiec mógłby porównać tę książkę do Imienia róży Eco, nie czarujmy się, to nie ta półka. Im bliżej końca, tym Pearl obniża loty (tłumaczenie łopatologiczne co doprowadziło mordercę do jego czynów uważam za kuriozalny pomysł), zwłaszcza rozwiązanie zagadki pozostawia niedosyt. Czytając takie kryminały (z zamkniętym kręgiem osób), chcemy mieć minę: o-rany-w-życiu-bym-na-to-nie-wpadł, tymczasem autor oskarżył jedną postać, ale bez przekonania, równie dobrze, mógłby to być ktoś zupełnie inny. Powieść nie jest też pozbawiona błędów, dobrzy są dobrzy (i najczęściej wyglądają porządnie, źli są źli, poprawność polityczna też pisarzowi nie jest obca. Pearl za to nie katuje nas Brown'owskimi wstawkami w stylu "spojrzała na niego spod spuszczonych rzęs", chwała mu za to. Nie oczekiwałam jednak po tej książce jakichś mistycznych uniesień (to tylko kryminał, do licha), więc zakończyłam go całkiem usatysfakcjonowana. Na moją ocenę ma też wpływa fakt, że czuję się autentycznie zachęcona do poznania Boskiej komedii w całości!

Ocena: 4,5