29 sierpnia 2011

Agnieszka Wójcińska - Reporterzy bez fikcji

Wydawnictwo: Czarne, 2011
Stron: 279

Myślę, że warto napisać o tej książce, bo pojawiła się tylko na kilku blogach, a na bnetce ma żenująco mało ocen. Niesłusznie! Jest to zbiór rozmów, jak widać na okładce, z polskimi reporterami.

Ostatnio mam nawrót na fascynację tym gatunkiem i dość regularnie czytam, na razie, tych najbardziej znanych. W pierwszej kolejności rzuciłam się więc na rozmowy z tymi znanymi: Jagielskim, Tochmanem, Hugo-Baderem, Nowakiem i Szczygłem. Potem skakałam sobie po całej książce i po przeczytaniu całości mam ochotę wręcz powtórzyć sobie niektóre z tych rozmów. Właściwie każda coś wnosi, naprowadza na kolejne literackie tropy, skłania do zadumy. Zadziwiło mnie, że reporterzy tak łatwo się odsłonili. Mówiąc o swoich bohaterach, zauważali, że ludzie potrzebują się wygadać, przekazać swoją historię. I oni nie są inni; pytani szybko pokazywali i coś ze swojego charakteru, i ze swojego stosunku do pracy, o który, co oczywiste, byli pytani, jednak nie ukrywali czegoś, co mogłoby być im odczytane na niekorzyść. To ciekawe jak dzieli ich stosunek chociażby do emocjonalnego podejścia do swoich bohaterów, do dziennikarskich tricków, do wpływania na los swoich bohaterów.

Rozmowy, które zwłaszcza wbiły mi się w pamięć to ta z Tochmanem, który wydał mi się taki, jaki słyszałam, że jawi się na spotkaniach autorskich. Jest ostry, konkretny, nie waha się niemal naskoczyć na swoją rozmówczynię. Z nim to w ogóle ciekawa sprawa jest; nigdy nie czytałam jego książek, ale mam dziwne przeświadczenie, że będę je cenić. Nie szukam ich jednak, ciągle krążę wokół innych reportażystów, a jego zostawiam sobie trochę na koniec. Następnie Szczygieł, który okazał się ciepłym gadułą, optymistą o lekko próżnym zabarwieniu. Jagielski urzeka swoją inteligencją i nieuciekaniem od szczerych ocen. Hugo - Bader dodatkowo zyskał w moich oczach uczciwością i umiejętnością samokrytyki. Wyobrażam sobie jakie męki musiał przechodzić w Chinach, gdy czuł tę szybę między sobą a innymi. Wielkim spotkaniem była dla mnie rozmową z Anną Bikont - podziwiam jej odwagę, wiele zniosła, pisząc o Jedwabnem.

Objawienia, czyli nazwiska dla mnie nowe, a zdecydowanie warte poznania, to Grochowska (bo temat starości), Szczęsna (bo poświęciła czas, aby przywrócić komuś cześć), Morawska (bo pisze i robi filmy o Polsce B), Surmiak-Domańska (za jej podejście, cóż za oko do szczegółów!) i Smoleński (bo Izrael coraz częściej znajduje się w kręgu moich zainteresowań). Jednak na koniec zostawiłam rozmowę dla mnie najważniejszą i najlepszą: tę z Krystyną Kurczab-Redlich. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że zajmuje się ona głównie Czeczenią i rosyjską zakłamaną polityką, czyli temat dla mnie arcyciekawy. Dla mnie jest kimś w rodzaju herosa, który sam wali głową o mur Kremla (jak tytuł jej reportażu). Ma odwagę zaglądać tam, gdzie Zachód boi się nawet patrzeć. Czuję jej niemalże bezsilność, bo politycy przedkładają interesy z Rosją nad prawdę o niej, bo Niemcy uznali ją za niewiarygodną, tylko dlatego, że to Polka pisze o Rosji, bo zginęli jej przyjaciele - dziennikarze (np. Anna Politkowska), odwrócili się od niej znajomi Rosjanie. To jest jak głos wołającego na puszczy. Nie bała się przyznać w rozmowie, że ta praca dała jej smutek i samotność. Jak więc widać moją uwagę początkowo zwrócili głównie mężczyźni, jednak to kobiety ostatecznie okazały się górą. Zbiór ten gorąco wszystkim polecam!

Ocena: 5,5-6/6

19 sierpnia 2011

Włodzimierz Nowak - Obwód głowy

Wydawnictwo: Czarne, 2007
Stron: 261

Dwanaście reportaży, wszystkie związane ze stosunkami polsko-niemieckimi oraz naszą wspólną, pokręconą historią. Cztery z nich są zupełnie wyjątkowe. Nie wiem czy wybitne, nie mniej jednak to one wstrząsają czytelnikiem i to je zapamiętam na lata. Reszta jest dobra, średnia lub zwyczajnie słaba, te za jakiś czas zapomnę. 

Właściwie nie jestem zwolenniczką zbioru reportaży, wolę jednorodny tekst, choćby pisany przez dłuższy okres czasu, opowiadający o jednym miejscu, o jednej sprawie czy sytuacji. W przeciwnym razie mam nieprzyjemne wrażenie skakanie po różnych okresach, porzucania co ciekawszych bohaterów, przeskoki z miejsca na miejsce. Misz-masz, który pozwala tylko na docenienie kilku rozdziałów-perełek, a nie o to mi chodzi, gdy zabieram się za ten gatunek. Zdaje mi się, że jak na razie tylko czytając Hugo-Badera i Zaremby, nie miałam tego uczucia czytania jakiegoś patchworku.

Jednym z powodów mojego sceptycznego podejścia do zbioru reportażu jest ich dobór i kolejność w jakiej są ułożone. U Nowaka nie potrafię odczytać klucza. Nie jest to kolejność chronologiczna ani alfabetyczna. Nie ma podziału na reportaże dotyczące historii i te współcześniejsze, są bowiem wymieszane. Co więcej Nowak wybrał jeden z najsłabszych jako pierwszy. Taka tam historia międzynarodowego małżeństwa, pranie swoich własnych brudów i tyle. W ogóle te współczesne reportaże wypadają blado na tle tych historycznych (nie licząc Dwie minuty kontra trzy - nadal bardzo na czasie). Ja tu jednak smęcę i smęcę, czas więc powiedzieć za co poniższa ocena. Za wszystkie teksty opowiadające o nieprawdopodobnych scenariuszach ludzkiego życia jakie tylko los może zgotować. Pierwsze uderzenie to Noc w Widelhagen, mocna rzecz, budząca we mnie protest odnośnie tonu, jakim wypowiadają się o tym wydarzeniu badacze. Potem Serce majkino, sere cierkino udowadniające siłę prostych uczuć prostolinijnych ludzi potrafiących unieść świadomość faktu, że ktoś w życiu miał dwie, a nawet trzy... matki! To samo z tytułowym Obwodem głowy, podziwiam tych ludzi przyjmujących życie takim, jakie jest; wyborów innych nadal nie rozumiem. Chyba budzący największy odzew Mój warszawki szał o Powstaniu Warszawskim z punktu widzenia Niemca. Czytanie go, to droga przez całą paletę emocji... I na koniec mój ulubiony, chyba jedyny w zbiorze o wydźwięku optymistycznym, skłaniający do uśmiechu - Przygody dobrego wojaka Manfreda. O tym gościu należy nakręcić film! To była dla mnie kompletna nowość- Niemcy w szeregach partyzantów, w AK! No ludzie, takich rzeczy Wam nie powiedzą w szkole coby nie burzyć czarno-białego świata młodzieży. Ale poza tym - co za życiorys!

Wszystkie teksty słabsze uznałam za takowe zg na: język (proste, krótkie zdania stanowiące tło; nie znoszę tej maniery); brak ogólnej idei im przyświecającej (z niektórych nie wynikało kompletnie nic) oraz zbyt świeży temat. Widocznie musi wiele wody w Wiśle upłynąć, żebyśmy mogli z dystansu o czymś napisać tak, żeby umieszczenie potem tego w takim zbiorze miało jakiś głębszy sens i przetrwało.

Ocena: 4,5/5

Na koniec przypominam, że 25 sierpnia zaczynamy omawiać właśnie tę książkę w ramach dyskusyjnego klubu Porozmawiajmy o książkach. Zapraszam zainteresowanych!

11 sierpnia 2011

Naomi Klein - No logo

Wydawnictwo: Świat literacki, 2004
Pierwsze wydanie: 2000
Stron: 509
Tłumacz: Hanna Pustuła

Coś trafiam ostatnio na książki, o których wcale nie chcę pisać. Jakoś tak się jednak składa, że czuję się zmuszona. Tym razem sama sobie jestem winna, ponieważ pisząc kiedyś o Barberze, zarzuciłam Klein, że używa nieprofesjonalnych stwierdzeń typu "jak wszyscy wiemy", "oczywiste wydaje się więc" itp. Muszę to odszczekać. Owszem, znalazłam u niej takie wyrażenia, ale w raczej kiepsko napisanej Doktrynie szoku, którą miała okazję przejrzeć (i odłożyć właśnie z tego powodu). W No logo tego nie ma.

Nie podobało mi się też, że w necie znalazłam jakieś zarzuty o zbyt spiskowej nucie tej pozycji. No, ludzie. Jak można być aż tak ślepym i zniewolonym przez to, co widać w okienku i czym się jest karmionym od maleńkości. W końcu kiedyś się jednak dorasta i jeśli nauczyli nas myśleć i formuować poprawne wnioski, to nie ma rady, trzeba zacząć dostrzegać jakieś procesy ukryte pod oficjalnym opakowaniem zabawy i przyjemności. Wiem, że łatwiej jest myśleć, że wszystko zależy od nas, nie jesteśmy podatni na wpływy, a problemy innych ludzi, gdzieś tam na końcu świata nie są naszą sprawą. Niestety, kiedy raz się człowiek dowie np. o pakistańskich dzieciakach szyjących piłki czy warunkach, w jakich robotnice robią najki, nie ma bata, nie można tego wyrzucić z głowy. Gdzie tu jakiś spisek? Gołe fakty i tyle. 

Klein wspomina, że kiedy ludziom unaoczni się brudne sprawki korporacji stojących za naszymi ulubionymi markami, to wkrótce pojawia się bezsilność i rezygnacja. Przyznaje, że ludzie w końcu muszą kupować i nikt nie chce ani nie ma czasu myśleć o każdej pierdółce gdzie została wyprodukowana, na jakich zasadach, czy ludzie mają tam prawo do związków zawodowych, czy są zmuszani do nadgodzin, czy zrobiły to dzieci. Próbuje więc pokazać jakieś wyjście z tej sytuacji, jednak prawdę mówiąc mnie to nie przekonało. Po tej książce, dokładnie tak samo jak po lekturze Skonsumowanych, zostało we mnie podłe uczucie, że możemy zmieniać tylko małe fragmenciki naszej rzeczywistości, ale już nie całość. Pewnie nie o to jej chodziło, ale cóż, nie nadaję się na wojującą alterglobalistkę. 

Coby jednak pomóc Wam podjąć decyzję "czytać/nie czytać". No logo to multum faktów o kurczeniu się publicznej przestrzeni; rozważania o zalewaniu konsumentów markami w każdej postaci i absolutnie na wszystkim;  smutna prawda o outsourcingu i korporacyjnych fabrykach (a raczej ich kontrahentach) oraz relacja o rodzeniu się przeróżnych ruchów, którym taka sytuacja nie odpowiada. Wszystko jest doskonale udokumentowane (ponad 600 przypisów, bibliografia, aneks w postaci statystyk, tabel i wykresów). Do tego autorka jeździła po całym świecie i rozmawiała z setkami ludzi. Wszystko to zgrabnie mi się teraz łączy ze Skonsumowanymi (oraz z Magicznym światem konsumpcji Ritzer'a). Barber po prostu spojrzał na nasz świat od strony marketingu, tym aspektem Klein zajmuje się tylko przy okazji. Ją bardziej interesowało jak produkty są robione i jak bardzo ich loga nie chcą nam zniknąć z oczu (bo, ojejciu, jeszcze byśmy zapomnieli jak wygląda swoosh ;) Podobało mi się w jej pisaniu odnoszenie się do własnych doświadczeń, ironia, czasem zgryźliwe komentarze i wrzucenie kilku kolokwializmów, gdy już ją chyba krew zalewała. Przez to książka nie jest zbyt sztywna i - choć czytałam ją ponad 3 miesiące - nadal zainteresowanie mnie przy niej trzymało.

Tłumaczenie zdecydowanie jest godne pochwały. Tłumaczka nierzadko musiała zmierzyć się ze slangiem, z handlowym językiem, z bełkotem speców od marketingu. Kuleje natomiast wydanie: od groma literówek, błędów stylistycznych, interpunkcja leży. Do tego czcionka - maczek. Można się umęczyć, ale jednak warto dla zawartości. Nawet przymykam oko na czasem zbytnią lewoskrętność autorki.

Ocena: 5/6

8 sierpnia 2011

Tylko cytat #1


Pośród miejscowych dzieci dowodem wielkiej dzielności jest zakradnięcie się po zmierzchu do owych mrocznych pokoi i danie znaku płonącą zapałką z okna na najwyższym piętrze. Jednakże ganek jest jeszcze w niezłym stanie i co sobota roztasowują się na nim przebywające ze wsi rodziny.
Nowi ludzie rzadko osiedlają się w Noon City czy na jego przedmieściach, ponieważ bądź co bądź trudno tu dostać zajęcie. Z drugiej strony rzadko się słyszy, aby ktoś się stąd wyniósł, chyba że rusza w samotną wędrówkę na ciemną wyniosłość ponad kościołem baptystów, gdzie między chwastami niby kamienne kwiaty bieleją zapomniane nagrobki. (s. 18)

***

- Zważywszy, że urodziłem się martwy, jakaż to ironia, że w ogóle mam umrzeć! Tak, urodziłem się martwy, dosłownie, jednakże położna była na tyle przewrotna, że klapsem obudziła we mnie życie. A może i nie? - spojrzał na Joela z rozbawieniem. - Odpowiedz mi; może nie?
- Czy co nie? - zapytał Joel, bo jak zwykle nie zrozumiał; zdawało się, że Randolf stale prowadzi jakieś nieprzeniknione, tajemne rozmowy z kimś niewidzialnym. - Randolfie - powiedział. - Proszę cię, nie złość się na mnie, ale to dlatego, że zawsze mówisz w jakiś taki śmieszny sposób.
- Mniejsza z tym - odrzekł Randolf. - Wszelkiej trudnej muzyki należy słuchać kilka razy. I chociaż to, co ci mówię, brzmi bezsensownie, to jednak kiedyś we wspomnieniu wyda ci się to aż nadto jasne. Gdy to się stanie, gdy zwiędną już bezpowrotnie te kwiaty, które masz w swoich oczach, zapłaczę nad tobą, choć mnie samemu niczyje łzy nie dopomogły wydobyć się z kokonu. (s. 124)

[tłum. Bronisław Zieliński, MUZA, 1995]

6 sierpnia 2011

Tadeusz Słobodzianek - Nasza klasa: Historia w XIV lekcjach

Wydawnictwo: słowo/obraz terytoria, 2009
Stron: 108

Nagroda NIKE 2010

No nie, nie chciałam pisać o tej książce! Ani nie chcę, ani nie potrafię, ale czuję się zmuszona. Przeglądałam sobie blogowe recenzje i znalazłam dwie na blogach, które odwiedzam. Jedna zachęcająca, druga zniechęcająca. Na biblionetce ocena jest wysoka i królują tam raczej pochwały. No i gdyby jeszcze tą negatywną nie była ta napisana przez Anię! Postanowiłam więc napisać swoje trzy grosze i wrzucić kamyczek do ogródka tych usatysfakcjonowanych lekturą, ponieważ pamiętam jak w styczniu czytałam zdanie Ani i byłam zawiedziona, że jej się nie podobało, bo planowałam kiedyś przeczytać tę Naszą klasę, ale po jej recenzji poczułam się skutecznie zniechęcona. A jednak niepotrzebnie.

Wzięłam ją z półki bezwiednie, ot tak, na fali zachwytu, że już mogę czytać, co chcę; zapominając, że miałam jej nawet nie szukać. Siadłam teraz pod parasolem i zanim się obejrzałam - skończyłam. Nie napiszę niczego mądrego, niczego odkrywczego, niczego wyjątkowego, jednak pozwolę sobie zachęcić Was, którzy tu wpadacie, żebyście jednak sami sięgnęli po ten dramat i zastanowili się dlaczego ta książka dostała nagrodę NIKE. Sam przebieg akcji jest oczywisty od pierwszej strony, na której są wymienione osoby dramatu wraz z datami urodzenia i śmierci. Podtytuł sugeruje, że dowiemy się jak potoczyły się losy jednej klasy. Sława książki na pewno już większości dostarczyła tez informację, że bohaterami są i Polacy, i Żydzi. Wiadomo więc z czym trzeba się będzie zmierzyć. Początkowo byłam nieprzekonana, e tam, jakieś piosenki, przekrzykiwanie się na scenie, niezrozumiałe dla mnie wypowiedzi. Już się cieszyłam, że to takie krótkie jest. Ale im dalej w las, tym mocniej trzymałam książkę w rękach, czując niesmak w scenach przemocy i zimny dreszcz kiedy role ofiar i oprawców ciągle się odwracały, jakby się bawiły w berka. Generalnie wszyscy mieli, wybaczcie mój język, prze... no niech będzie: przerąbane. Czy Słobodzianek dostał tę nagrodę, bo znowu pochylono się nad tematem zagłady itd.? Bo znowu ktoś wyciągnął Jedwabne i chciał napisać o tym po swojemu? A czy to ważne: Jedwabne czy Kielce? Ważne czy w czasie wojny, czy po niej? Rzucam to całe gadanie w kąt, bo doszukiwanie się takich motywów u jurorów uważam za bezpodstawne. Mnie przekonała wcale nie forma - podział na lekcje - bo te były u Kantora, tylko umiejętność idealnego zagrania czasem wydarzeń. Wyobrażam wręcz sobie jak tych 10 ludzi stoi na scenie w jednym rzędzie twarzą do widowni i tylko mówią. Wszystko rozgrywa się w ich słowach, spojrzeniach, nieznacznych gestach. Odniosłam wrażenie, że w samej sztuce fizycznie nic się nie dzieje, oni tylko relacjonują swoje słowa i to, co powiedzieli inni. A jednak tak skromny środek wyrazu zagrał w moim przypadku jak należy.

Książka zawiera też posłowie Leonarda Neugera i jedną literówkę.

Ocena: 5/6

Mika Waltari - Kto zabił panią Skrof?

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2011
Pierwsze wydanie: Kuka murhasi rouva Skrofin?, 1939
Stron: 293
Tłumacz: Sebastian Musielak

Widząc w zapowiedziach kryminał pióra Waltariego byłam i zaskoczona, i zaintrygowana. Jest to pierwsza część krótkiego cyklu o komisarzu Palmu, a WL planuje wydać całość. I w sumie dobrze, bo choć Kto zabił... nie jest jakimś objawieniem wśród powieści detektywistycznych, to jednak miło uprzyjemniał mi 2-3 dni. 

Tytułowa pani Skrof to stara kutwa, władcza i dość wrednawa. Ktoś ją uśmierca i szybko okazuje się, że praktycznie cała kamienica jest podejrzana oraz jej rodzina. Do tego kobieta była milionerką, więc motyw łatwo wynaleźć. Ale czy, jak chwali okładka, rozwiązanie zagadki zaskoczy wszystkich? No cóż, ja w pewnym momencie zaczęłam podejrzewać właściwą osobę, jednak Waltari tak kluczy, mąci, kręci, dając mi do zrozumienia, że wszystko było inaczej, że człowiek porzuca logikę, nagina fakty i ostatecznie kieruje wzrok na innych ;) Styl Waltariego jest dość typowy dla okresu, w którym to pisał, czyli nie odbiega od standardów narzuconych przez Christie (przyznaję, że dla mnie to plus, lubię klasyczne kryminały). Ilość podejrzanych jest ograniczona, są ploteczki, znaczące rozmowy, inteligentny detektyw ze swoim pomocnikiem, który raczej przeszkadza, są rumieniące się dziewczęta i rozrabiający młodzi mężczyźni, no i na koniec szczera spowiedź mordercy. Natomiast znakami szczególnymi są cechy Fransa Palmu. Facet jest świetny! :) Non stop beszta swojego stażystę Toivo (który opowiada tę historię), rozbija się taksówkami, za które sam nie płaci, używa obcojęzycznych słów, których nie potrafi wymówić (np. mentalność, zidentyfikować) i zasypia, twierdząc, że musi pomyśleć. Dla niego zdecydowanie chciałabym przeczytać cz. 2.

Ocena: 4-4,5/6

3 sierpnia 2011

J.M. Coetzee - Hańba

Wydawnictwo: Znak, 2006
Pierwsze wydanie: Disgrace, 1999
Stron: 266
Tłumacz: Michał Kłobukowski

Literacka Nagroda Nobla 2003
Nagroda Booker'a 1999

Ociągam się z pisaniem o Hańbie. Czuję się po niej jakby ktoś po mnie grabiami przejechał. Raz na kilka lat zdarza mi się przeczytać książkę w jeden dzień (z tych dłuższych) i to jest właśnie jeden z tych nielicznych przypadków. Kilka godzin praktycznie bezustannej lektury, podczas których trudno było mi tę książkę odłożyć. Na co drugiej okładce można przeczytać zachętę z gazetowej recenzji, że trudno się od danej książki oderwać. Na niej też tak napisano (cytat z The New York Times), tyle że tym razem to prawda. Co więcej, jest to chyba jedyna książka, która po przewróceniu ostatniej strony wywołała we mnie dziwny, fizyczny stan. Kręciło mi się w głowie, wzrosło mi ciśnienie, chciało mi się niemożliwie płakać, choć nie byłam w stanie, zaczęła boleć mnie głowa... Nie mogłam potem zasnąć, nie chciało mi się z nikim rozmawiać.

Hańba jest dziwną książką. Nie mogę o niej powiedzieć "podobała mi się" w takim znaczeniu jak np. mówię o Lamparcie. Ciągle miałam wrażenie, że jej nie rozumiem. Właśnie "nie rozumiem", a nie "nie zrozumiałam". Nic tam nie było takie, jakie bym sobie życzyła, a jednak tłukła mi się ciągle myśl, że to jest wielkie, wybitne. A nawet fabuła brzmi cokolwiek niezachęcająco: starzejący się profesor David Lurie i jego życie zawodowe i intymne, po prostu nieprzyjemny typek w Kapsztadzie. W końcu ląduje na farmie swojej córki i tam jego los diametralnie się zmienia. Staram się uniknąć w tym opisie zbyt wielu konkretów, opisanych zresztą na okładce. Nie lubię wiedzieć z góry co się dzieje dopiero na stronie ok. 75, a potem chyba 110 i może ktoś też tak ma; chcę zgadywać rozwój akcji lub zwyczajnie na niego czekać w tempie narzuconym przez pisarza, bo tylko wtedy jestem w stanie ocenić czy było to przewidywalne.
 - Biedna stara Katy [pies], jest w żałobie. Nikt jej nie chce, a ona o tym wie. O ironio, w całej tutejszej okolicy ma pewnie dzieci, które chętnie gościłyby ją u siebie. Niestety, nie mogą jej zaprosić. Same są tylko częścią umeblowania, systemu alarmowego. Robią nam ten zaszczyt, że traktują nas jak bogów, a my w zamian traktujemy je jak przedmioty. (s. 98)
Kiedy dziś czytałam o Hańbie, uderzyło mnie jak wiele jest w tej nie za długiej powieści. Skupiłam się sama na jakichś dwóch najważniejszych wątkach, a przy kolejnych źródłach przytakiwałam: "faktycznie, jeszcze to; no jasne, jeszcze poezja; o nie, zapomniałam o języku; i przecież te zwierzęta; racja, racja, relacje męsko-damskie" itd. Moim zdaniem świadczy to o tym jak bardzo książka została przemyślana, niczego tu Coetzee nie pozostawił przypadkowi, z niczym nie popłynął. Podziwiam taką postawę. Wielkim momentem było też dla mnie tłumaczenie sobie cytatów z włoskiego i łaciny oraz znalezienie odniesienia do mitologii greckiej i Dantego. Co więcej, jeden z tych cytatów podbudowuje moją własną interpretację tego dzieła. Sunt lacrimae rerum et mentem mortalia tangunt (z Wergiliusza) ma kilka pięknych tłumaczeń: polskie - I pamiątki łzy wyciskają i znikome rzeczy duszę rozczulają (Tadeusz Karyłowski?); angielskie - Here are tears of things and mortal things (sufferings) touch the soul; The world is a world of tears, and the burdens of mortality touch the heart (tłum. Roberta Fragles'a); They weep here \ For how the world goes, and our life that passes \ Touches their hearts (tłum. Roberta Fitzgerald'a). W centrum rozważań autora oprócz hańby stoi też kara, wina, odkupienie. Wielu wskazuje też na relacje międzyludzkie, zwłaszcza między kobietą a mężczyzną, między dzieckiem a rodzicem, między białymi a czarnymi. Stąd tak wielki nacisk na słowa, na ich martwotę i niemożność porozumienia czy zrozumienia drugiego człowieka, wejścia w jego skórę. Wspaniały jest fragment, gdy córka Luriego zarzuca mu, że widzi ją tylko jako drugoplanową postać w jego życiu, bowiem centrum wszechświata jest dla każdego umiejscowione w nas samych. Trudno zapomnieć również o warstwie politycznej i hańbie jaka miała miejsce w RPA, a której pokłosie zbierane jest do dziś. Mnie jednak najbardziej poruszył aspekt godzenia się człowieka z własną śmiertelnością i bezsilnością związaną z tym faktem oraz temat zapomnienia i próba odkupienia win. Lurie'go nie polubiłam, zresztą jak żadnego z bohaterów, jednak powoli zaczynałam go rozumieć, stopniowo rozglądałam się po jego głowie i dochodziłam do wniosku, że nie potrafię go potępić, że w sumie nie jestem lepsza od tego egoistycznego dziada. Osobliwe wrażenie czytać wynurzenia podstarzałego gościa, myślącego często o kobietach, oceniającego je. Ten jeden raz można chociaż poczuć przez chwilę jak to jest spojrzeć na swoją płeć oczami kogoś takiego. 

Rozpatrywałam tę tytułową hańbę na dziesiątki sposobów; o tych nawiązujących do fabuły nie chciałabym tu pisać (chyba, że ktoś, kto czytał książkę, poruszy ten temat), mnie natomiast ona kojarzy się z hańbą ludzkiego życia, tym co robimy z nim, ze sobą, ze światem. Ludzkość w tej powieści pełźnie przez świat jak robak, zarażona jakąś niemocą i bezsensem, a wszystko dąży ostatecznie to do tego, co Coetzee zawarł w ostatniej scenie. Zdaję sobie sprawę, że piszę bełkotliwie, ale po takiej dawce emocji na więcej mnie stać i, jak nietrudno się domyśleć, myśli mam po niej mocno niewesołe.
 Ten dzień jeszcze nie skonał, jeszcze żyje. (s. 126)
Książka dla odważnych, warto się z nią zmierzyć, choć tak wiele to kosztuje czytelnika. Pierwszy raz w życiu mogę się też zgodzić z trochę patetycznym cytatem na okładce "Nieuchronnym przeznaczeniem tej powieści jest wpisanie jej do kanonu literatury światowej klasyki" (znowu The New York Times). Chcę ją powtórzyć, gdy będę stara i pomarszczona jak rodzynka, tak w ramach masochizmu.

Ocena: 6/6

2 sierpnia 2011

Michael Brooks - 13 rzeczy, które nie mają sensu

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2011
Pierwsze wydanie: 13 Things That Don't Make Sense, 2008
Stron: 373
Tłumacz: Monika Apps

Czy naprawdę chcę napisać tego posta? Czy prawdą jest, że zdecydowałam "napiszę recenzję tej książki", siadłam i napisałam, czy jednak moja wolna wola nie miała z tą decyzją nic wspólnego? Czy sama sobą pokierowałam, czy zrobiło to... no właśnie, co lub kto, jeśli nie ja sama? To jest chyba najciekawsza anomalia naukowa z trzynastu zaprezentowanych przez Brooks'a.

Kwestia posiadania przez ludzi wolnej woli wzbudziła we mnie największy szok, ponieważ sporo badań dowodzi, że w rzeczywistości jesteśmy jej pozbawieni i wielu naukowców nazywa ją iluzją, a nasze przekonanie, że wiemy, co robimy jest samooszukiwaniem. Jednocześnie część z nich twierdzi, że...lepiej tego nie tykać, nie wchodzić w ten rejon badań, ponieważ za bardzo zatrzęsłoby to naszym światem i trudno wręcz wyobrazić sobie gdzie by ta wiedza zaprowadziła ludzkość... Naukowcy, którzy z premedytacją odradzają badanie jakiegoś zagadnienia...już samo to jest wstrząsające! Co oprócz problemu wolnej woli przeczytamy w tej książce? Cztery pierwsze rozdziały to fizyka w swoich najbardziej fascynujących przejawach (ciemna materia i energia, kwestionowanie praw Newtona (sic!), zmienność ..yyy...stałych, zimna fuzja). Potem na warsztat wrzucamy różne aspekty życia (jego istota, życie na Marsie, kontakt z innymi istotami w kosmosie, dziwny wirus, śmierć, rozmnażanie płciowe). Na koniec medycyna: efekt placebo i homeopatia. Praktycznie każdy z tych rozdziałów jest arcyciekawy i dostarczył mi wielu godzin rozmyślań, a często i niedowierzania. Podoba mi się w takich książkach, że praktycznie za każdym razem, nawet jeśli ich tematy częściowo się pokrywają, dowiaduję się czegoś nowego. Np. tym razem zrobiłam wielkie O, czytając o tajemniczości wody oraz naszej niewiedzy w zakresie cieczy. Najlepiej oceniam rozdziały dotyczące fizyki oraz wspomniany o wolnej woli.

Porównując ten tytuł z Michael Hanlon - 10 pytań, na które nauka nie znalazła (jeszcze) odpowiedzi. Przewodnik po naukowym buszu warto zaznaczyć, że Michael Brooks zdecydowanie więcej omawia badań i robi to bardzo szczegółowo, tak aby czytelnik miał szansę je zrozumieć. Podaje ich wyniki oraz autorów. Nie popełnił wielkiego błędu Hanlon'a - jest i bibliografia, i przypisy (ponad 200), i daty badań oraz artykułów. Po prostu: dobra robota, a sama książka jest do tego wciągająca. I wiecie co? WL zaczęło teraz szaleć z takimi popularno-naukowymi pozycjami, bo niedługo wyjdą kolejne, mniej lub bardziej poważne, i jak się nie trudno domyśleć już za zamówiłam :) Jaki to dla mnie luksus!

Ocena: 5-5,5/6