Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szwecja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szwecja. Pokaż wszystkie posty

26 grudnia 2018

Podsumowanie 2018 roku

Kilka dni temu stuknęło mi 9 lat, ale takie jednak oszukańcze, bo jednak co to za blog, na którym pojawia się w styczniu podsumowanie 2017 roku, w lipcu jakieś cytaty, a teraz w grudniu bezczelnie sobie walnę podsumowanie 2018 roku. I tu by się przydała taka emotka, co żółty łebek się śmieje i wali w podłogę łapką z tego śmiechu ;) Ale co tam, nie będę się spinać. Święta jeszcze są, jutro mam wolne. Nie chciało mi się pisać wcześniej, a nawet powiem więcej, mam wrażenie, że wyzbyłam się słów. Już nie wiem co pisać. Dwa, trzy zdania może bym jeszcze skleciła o przeczytanej książce, ale naprawdę nie wiem, jak kiedyś to robiłam, że cały post mi wychodził z pełnymi zdaniami, nierzadko podrzędnie złożonymi. No, może kiedyś, może...
Ale podsumowania lubię tak bardzo, że je chce mi się pisać choćby dla siebie. Ten rok zasłużył sobie na takie podsumowanie, bo był to rok nie dość, że szóstki, to więcej - dwóch szóstek!!! Takie rzeczy, to u mnie jednak zupełnie nowy trend.

Ostatnie 12 miesięcy to 35 książek, czyli przyzwoicie, jak na mnie. Z tego aż 12 kryminałów z osiedlowej biblioteki, trzy reportaże i parę książek z literatury faktu. Stosunkowo mało SF, niestety tylko jedna pozycja z klasyki (skończyłam 3 część W poszukiwaniu straconego czasu). Za to poznałam sławnego Murakamiego.

W kategorii planuję przeczytać 218 (-4 książki).
W kategorii biblioteczka 95 (-10!!! zeszłam poniżej setki!!!).
Dostałam pięć książek (1 bez okazji, 2 od biblionetkołaja, 2 na święta).
Jedną książkę sobie kupiłam.

Czas na tradycyjne podium (obie szóstki):

1. Jan Nowak-Jeziorański - Kurier z Warszawy

Mój plan czytelniczy od lat. I w końcu! Prawie cała wysłuchana, ostanie 100 stron już przeczytałam ze względu na problemy techniczne. Po prostu szybko poszłam do biblioteki i wypożyczyłam jakiś wiekowy egzemplarz nieczytany od lat. Wspaniała książka, wspaniały autor, wspaniała biografia. Czytanie tej pozycji dało mi cały wachlarz emocji, ale najbardziej zapamiętam uczucie strachu. Czytałam i nie mogłam wręcz uwierzyć w jego odwagę, że zdobył się czasem na łut szczęścia, a czasem na pomoc obcego człowieka, który mógł go wsypać, że nie cofnął się i ciągle improwizował. Nie wiem czy to wyjątkowo mężny charakter, czy młodość przez niego przemawiała, ale ja w opisywanych sytuacjach chyba bym zawału dostała. Uciekłabym jak tchórz. A on co chwila ryzykował życie, nie tylko swoje, po prostu zadanie, rozkaz były dla niego największą wartością, brał na poważnie takie słowa jak ojczyzna i dla niego pewnie nie było innej drogi. Niebywałe, ale czytało się to jak powieść sensacyjną. Takie scenariusze pisze jednak tylko życie. Jeziorański zrobił na mnie ogromne wrażenie jako człowiek, owszem człowiek swoich czasów, nie ukrywam tego, ale jednak ktoś godny najwyższych odznaczeń i zaszczytów. Świetne było też jego zrozumienie sytuacji Polski w czasie wojny i przenikliwość ocen, zaskakująca u tak młodego człowieka (miał 25 lat w 1939r.). Nieraz był między młotem, a kowadłem - między tym, jak działała polska dyplomacja w Londynie i sami alianci, a tym jakie nastroje panowały w okupowanym kraju i ich nierealne oczekiwania, jak się miało okazać. Ponadto książka niemal przy okazji pokazuje, jak skomplikowana sytuacja wtedy panowała, jak wiele czynników miało wpływ na to, że kolejne działania alianckie były takie, a nie inne, a rezultat wojny w naszym przypadku słodko-gorzki. To wszystko nie było tak proste, jak mogłoby się wydawać i lektura Kuriera to była dla mnie cenna lekcja historii.

2. Cormac McCarthy - Droga

Niespodziewanie McCarthy doczekał się ode mnie szóstki! I nawet nie myślałam, że tak wysoko ocenię tę tytuł. Co prawda, wszystko było jak to u tego autora, czyli wybitny warsztat, pomysł, relacje między męskimi bohaterami, plastyczne opisy, lapidarne, a przy tym znaczące dialogi. Ja jednak jestem surowa, to dla mnie za mało na najwyższą ocenę. Ale ten koniec... Chyba już wszyscy to czytali przede mną, więc na pewno wiecie o czym piszę. Ten koniec... oj to mnie złapało za serce. Gdy już na świat spadła cała ciemność, wszystkie plagi, i zło, i nie ma nadziei, i czytelnik ma ochotę już tylko położyć się i umrzeć, wtedy McCarthy kończy książkę w TEN  sposób...! No to trzeba umieć pisać, po prostu, tego nie można się nauczyć, z tym trzeba się chyba urodzić. Mogliby mu w końcu dać tego Nobla (mogliby przywrócić samą nagrodę nota bene), przynajmniej raz mogłabym powiedzieć, że choć jednego noblistę znam niemalże w całości.

Wyróżnienia (oceny 5,5):
Terry Pratchett - Maskarada, opowiadanie Rybki małe ze wszystkich mórz i Zadziwiający Maurycy i jego edukowane gryzonie: nie tylko za niezmienne poczucie humoru, ale po prostu za inteligencję pisarza, to był wyjątkowy człowiek
Cezary Łazarewicz - Żeby nie było śladów: Sprawa Grzegorza Przemyka: za mrówczą pracę autora, skrupulatność i dosadne oddanie zgnilizny toczącej PRL
Henning Mankell - Fałszywy trop: do tej pory najlepsza część o komisarzu Wallandarze, z którym się zdążyłam bardzo zżyć. Te kryminały to obecnie faktycznie klasyka gatunku.
Wojciech Tochman - Dzisiaj narysujemy śmierć: za napisanie czegoś nowego o czymś, o czym napisano już chyba wszystko

W 2019 roku życzę sobie dobrych książki i więcej klasyki z własnych półek. Tyle i aż tyle. A czytelnikom dużo czasu na czytanie samych szóstkowych pozycji :)

6 grudnia 2017

W telegraficznym skrócie 10

Skrót kryminalny.

Henning Mankell - Piramida
W stanie zniecierpliwienia czekaniem aż w bibliotece pojawi się kolejna część czytanego przeze mnie cyklu o Wallanderze sięgnęłam po zbiór opowiadań, które chronologicznie umiejscowione są na początku tej serii. Pięć opowieści, które kolejno prowadzą Kurta do miejsca, w którym znajduje go czytelnik, gdy otwiera cz. 1 Mordercę bez twarzy. Gdy jest już komisarzem Walldanarem, po rozwodzie, lubiącym wypić. A wcześniej był nieopierzonym policjantem, marzącym o pracy kryminalnego, starającym się o swoją przyszłą żonę Monę. I bystrego - to w końcu flagowa cecha każdego szanującego się detektywa. Opowiadania bardzo na plus.

Boris Akunin - Lewiatan
Trzecia część cyklu o przygodach Erasta Fandorina. Tym razem na tapecie kryminał hermetyczny, w stylu Christie, zamknięty krąg postaci, ograniczona sceneria (statek). Kryminał bardzo w moim stylu, więc sprawił mi ogromną przyjemność, jakbym znalazła jakąś zapomnianą książkę Agathy... 
Do czego można się przyczepić to narastająca tendencja Akunina to idealizowania swojego głównego bohatera, nie wiem czy traktuje go jako swoje alter ego, ale razi mnie ta perfekcyjność Erasta. Jego jedyną słabością jest jednak nadal pewna kochliwość i... próżność.
Polecam, kryminał wciąga tak, jak należy.

Boris Akunin - Śmierć Achillesa
Czwarta odsłona cyklu o Fandorinie. Ten tytuł to już insza inszość, zero kameralnej atmosfery, są za to spiski, intrygi, płatny zabójca, szpiedzy, trucizny i pościgi. I cały tłum Rosjan. I dużo polityki w tle. Fandorin wskakuje na wyżyny swojego perfekcjonizmu, osiąga wręcz jakieś absurdalne szczyty człowieka idealnego, który jak zawsze we wszystkim wyprzedza swoje pokolenie (wiedza, sport, mentalność, tolerancja, maniery, elegancja itp.). No po prostu ideał nie z tej ziemi. Aczkolwiek ginie przez niego człowiek, więc w tej beczce miodu jest jednak łyżka dziegciu.
Póki co - zdecydowanie najsłabsza odsłona tej serii. Wrócę do niej po dobrych kilku miesiącach.

Camilla Läckberg - Księżniczka z lodu
Przyznaję, że miałam wielkie oczekiwania wobec tej książki. Miała idealne warunki, żeby zawładnąć moim czytelniczym serduszkiem starej fanki kryminałów: małe, skute lodem miasteczko, określone, małe środowisko, tajemnicze morderstwo, sekrety wychodzące powoli na światło dzienne. Niestety, Läckberg połączyła kryminał z powieścią obyczajową i samo to nie byłoby z mojej strony zarzutem, gdyby nie zrobiła tego w taki mało strawny sposób. Jej główna bohaterka, Erika Falk, to jakaś dziwna kopia Bridget Jones, która jest przepiękną blondynką, jednak w lustrze widzi niemal wieloryba i należy do - uwaga! uwaga! - Strażników Wagi... Litości. Do tego autorka popełnia wiele błędów warsztatowych, które każdy redaktor powinien wyłapać (np. w wielkim luksusowym domu mąż ofiary robi Erice herbatkę w dwie minuty nie opuszczając w ogóle odpowiednio wielkiego, luksusowego i zastawionego antykami salonu...). Oczywiście, niekonsekwentnie przeczytam kolejną część ;) Ale lojalnie uprzedzam, że otwarcie tej serii jest słabe.

Arne Dahl - Sen nocy letniej
Niespodziewanie i przypadkiem powróciłam do cyklu o drużynie A. Ponieważ ostatnio czytałam ją kilka dobrych lat temu, postanowiłam odświeżyć sobie poprzednie części oglądając szwedzki serial na ich podstawie. Aktorzy byli w nim dobrani perfekcyjnie (z wyjątkiem szefa, którego zmienili na dość wredną kobietę), tym samym pożyczyli twarze bohaterom powieści w mojej głowie i tak już pewnie zostanie do końca.
Szkoda jednak, że Sen nocy letniej jest w istocie dość rozczarowujący. Ta część skupia się na Jorge. Życie prywatne drużyny staje się powoli nieco nudnawe - wszyscy na potęgę się rozmnażają, a single tradycyjnie zaliczają łóżkowe przygody od razu na pierwszym spotkaniu. Dahl nadal co jakiś czas wstawia pseudo-oryginalne wstawki w postaci bezokoliczników zdań albo jakichś fragmentów o skrzydle anioła gdzieś tam widzianego kątem oka. Mało mojej ulubionej grzebaniny w dokumentach, detalach, przy biurku czy komputerze. Do tego główna intryga zbyt wydumana, zbyt rozwleczona, a czarny charakter niemal na zasadzie wszechmocnego boga (no chyba że będzie kimś w rodzaju Moriarty'ego?).

23 października 2016

W telegraficznym skrócie 8

Terry Prachett - Kolor magii

Do niedawna jeszcze byłam przedstawicielem tej nielicznej już chyba grupki, która sławnego Pratchetta nie znała. Zawsze chciałam, nigdy się nie składało. Bałam się, że nie będzie mi się podobał jego humor, albo że uznam go za jakoś deprecjonujący sam gatunek. Bezpodstawne obawy. Pratchett jest świetny! Właściwie trudno mi się odnieść do jego świata przedstawionego czy chwalić na przykład warsztat, złożoność fabuły, nowatorstwo itp. Pratchettowskie fantasy to jest coś zupełnie innego! Bo to, co on serwuje to jest jazda bez trzymanki i rollercoaster pozbawiony hamulca bezpieczeństwa. Wszystko dzieje się na pełnej szybkości, autor łamie chyba wszystkie znane zasady powieściopisarstwa, także w obrębie własnego gatunku literackiego, drwi sobie nawet z zasad fizyki (sic!), a to wszystko zanurza w ogromnej kadzi humoru. I tak, dowcipy są śmieszne :) Obecnie podczytuję kolejną część i muszę przyznać, że Pratchett pod względem humoru się jeszcze rozkręca.

Henning Mankell - Morderca bez twarzy

Ostatnio zdarzyło się coś niespotykanego. W deszczowy poniedziałek, już po pracy, zebrałam się do biblioteki z myślą: trzeba mi kryminału! Wieki już całe nie miałam żadnego w ręku, bo ciągle czytam własne książki, a tego gatunku na swoich półkach nie mam. Pani odnalazła moją kartę (okazało się, że miałam przerwę od biblioteki 4-letnią!), a ja wybrałam sobie 1. część serii Mankella o policjancie Kurcie Wallanderze. I znowu chyba tylko ja tego wcześniej nie czytałam ;) Nie jest to może najbardziej porywający kryminał ever w moim czytelniczym życiu, ale mocno mnie przez tydzień zajmował. Podobało mi się, że ciekawie połączył ten gatunek z powieścią obyczajową, można się od Mankella czegoś dowiedzieć o Szwecji. Co więcej, książka jest z 1991r. i choć trochę się już zestarzała (np. bohaterowie nie mają przecież komórek), to jednak tłem powieści idealnie wstrzela się w obecną dyskusję dotyczącą miejsca uchodźców w europejskich krajach. Główny bohater to dobry glina, choć prywatnie jakoś nie zyskał mojej sympatii. Co jednak fajnie autor uwypuklił to to jakimi zwyczajnymi ludźmi są jego policjanci - chcieliby schudnąć, na coś ich nie stać, chorują, popełniają błędy, są tacy zwyczajni. W tym tygodniu liczę, że uda mi się w bibliotece znaleźć część drugą Psy z Rygi.

27 sierpnia 2013

Arne Dahl - Wody wielkie


Wydawnictwo: Czarna Owca, 2013
Pierwsze wydanie: De Storsta Vatten, 2002
Stron: 422
Tłumacz: Robert Kędzierski

Zmiana wydawcy, zmiana tłumacza. Piąta część serii kryminałów o drużynie A. Świetna, wciągająca książka! I naprawdę mam nadzieję, że Czarna Owca wyda następne części... Teraz ciągle mam ochotę na kryminały, najlepiej skandynawskie, może też dlatego tak mi się podobało.

Tym razem na pierwszy plan wysuwa się Kerstin Holm i jej zmagania z przeszłością. Drużyna bierze pod lupę jej byłego chłopaka, też policjanta. Sprawa okazała się mieć drugie, a nawet trzecie dno. Dodatkowo zaczyna łączyć się z inną zagadką (akurat ten trick Dahl zastosował już w Na szczycie góry), w której główną rolę gra samobójca i jego tajemniczy list pożegnalny.

Wydaje mi się, że w tej części jest trochę mniej o pozostałych członkach drużyny. Czasem autor to przemycał, ale oczekiwałam większej obszerności :) Zżyłam się z nimi, polubiłam ich samych i różnorodność tej grupy. Już sobie znalazłam serial na podstawie tej serii i zamierzam się nim zainteresować.

Tradycyjnie Dahl sporo pisze o Szwecji, nienachalnie, raczej między wierszami. Z jednej strony fascynuje mnie Skandynawia, ichniejsze uporządkowanie, wygoda i racjonalność. Z drugiej przeraża mnie nadmierna ingerencja państwa w ich życie, kontrola i łatwość inwigilacji. Zawsze coś za coś.

Ocena: 5/6
 
p.s. Post wstawiony przez IE! Blogger znowu nie działa na Mozilli...

24 lutego 2012

W telegraficznym skrócie

Chciałabym mieć trochę lepszy ogląd tego, co czytam, więc żeby w tagach był porządek: kilka słów o książkach, które przeczytałam, ale na samodzielnego posta jednak nie zasłużyły.

Marcin Lindstedt - 100 najwybitniejszych postaci w historii muzyki
Ciekawy zbiór, z którego sporo się dowiedziałam. Nietypowy dobór postaci, ale solidnie umotywowany: we wstępie autor wyjaśnia przyjęte kryteria, a przy każdym nazwisku jeszcze dodatkowo podaje co czyni tę osobę tak wybitną. Właśnie to mi się podobało, ponieważ w przeróżnych zestawieniach "naj" często unika się wyjaśnienia dlaczego X zachwyca (skoro nie zachwyca - co poniektórych;) i jak konkretnie wpłynął na rozwój muzyki. Poza tym na liście znaleźli się też wykonawcy muzyki rozrywkowej (np. Pink Floyd).



Doris Lessing - Podróż Bena
Matko, trzymajcie mnie, co za rozczarowanie!!! Przede wszystkim dlatego, że miałam przyjemność czytać 1 część Piąte dziecko. Jednak ta pseudo-kontynuacja to jakaś kpina. Moje zarzuty: kiepskie pomysły, wtręty z przeszłości i przyszłości pobocznych bohaterów w ogóle niepasujące do narracji i przyjętego tempa oraz fatalne rozwiązanie akcji. To jednak nic w porównaniu z największą wadą tej książki; mianowicie główny bohater, Ben, nie jest tym samym Benem, co w części pierwszej. Nagle ludzie chcą mu pomóc, nikt się go nie boi, chłopak przeprasza wręcz, że żyje. Nikt, absolutnie nikt, nie reaguje na niego tak, jak wcześniej, czyli jak na chodzącego antychrysta... Naprawdę nie wiem, co podkusiło Lessing. Ech, wykrakałam, trafiłam wreszcie na jej słabą książkę.

Gene Wolfe - Pazur Łagodziciela (cz.2), Miecz Liktora (cz.3 cyklu Księgi Nowego Słońca)

Zniechęciłam się na dłuższy czas do fantasy. Nie wiem, co takiego ciekawego ma być w tym cyklu. Początek był całkiem obiecujący. Drugą część jeszcze przeczytałam, choć lepszym słowem byłoby "zmęczyłam". Ale w środku trzeciej stwierdziłam, że właściwie po co? Ciągle mnie trzymała świadomość, że ostatnia odsłona cyklu dostała nagrodę Campbella i chciałam do niej dociągnąć. Niestety, wg mnie ciekawe wątki były szybko porzucane, główny bohater był nudny i taki...letni, w ogóle nie interesował się tym, co nietypowego spotykał na swojej drodze. I, oczywiście, cała ta bzdurna otoczka fantasy, od której mi się robiło mdło. No trudno. Tym bardziej się dziwię pochwałom Dukaja.

August Strindberg - Wybór nowel
Nowele nie były do końca dobrym wyborem, ale też nie z nich autor słynie. Z 12 opowiadań przeczytałam 6 i to z zainteresowaniem. Zdecydowanie lepiej mu wychodzi pisanie o mieszczanach i klasie średniej niż o przedstawicielach niższych stanów. Można wyczuć, że produkował te krótkie formy w pośpiechu i dla pieniędzy, o czym informuje też wstęp (nota bene - tragicznie napisany, intelektualny bełkot). Za to Strindberg zwrócił moją uwagę odwagą w poruszaniu tematów tabu oraz uporczywym wracaniu do motywu walki jednostki ze społecznym naciskiem, szukaniu granicy między ja wewnętrznym a ja społecznym. Do tego ukrywa to wszystko pod płaszczykiem lekkiego stylu i żartobliwego tonu.


Tag "rozczarowywania" tyczy się tylko Wolfe'a i Lessing.

21 lutego 2012

Arne Dahl - Europa blues

Wydawnictwo: MUZA, 2012
Pierwsze wydanie: 2001
Stron: 366
Tłumacz: Dominika Górecka

Muszę się przyznać, że nie ma już odwrotu: zamierzam przeczytać tę serię do końca. Złapałam się na tym, że nie tylko nie mogłam się doczekać kiedy książka do mnie dotrze (chrapka na kryminał!), ale też byłam i nadal jestem wielce zaciekawiona kolejnymi zmianami w życiu prywatnym bohaterów.

Oczywiście, zagadka ma tu też znaczenie, a ta akurat dotyczy handlu kobietami. Jednak to okazuje się tylko pierwszym problemem, bowiem autor wkrótce skręca w stronę historii i zakończenia II wojny światowej. Drużyna A stoi przed koniecznością znalezienia wspólnego elementu pomiędzy morderstwami sutenerów i ... kandydata do Nagrody Nobla. Jak to u Dahla, jest wytężona praca, siedzenie przed stosami dokumentów, buszowanie po Internecie, zagraniczne wyjazdy i trochę broni. No i oczywiście, sprawy prywatne poszczególnych policjantów (tym razem na pierwszy plan wysunięty jest Fin - Arto). Bardzo mi się podoba, że ich życie jest ciągle przybliżane czytelnikowi, oni sami się zmieniają (aż trudno mi w to uwierzyć - zaczynam lubić Paula Hjelma, tego dupka z 1 części!), a do tego sama ekipa zaczyna się ze sobą zżywać, spędzają ze sobą czas, a dodatkowo dołącza do nich postać z cz. 3 - Sara, która wprowadza sporo świeżości.

Europa blues podobała mi się chyba aż tak bardzo jak odsłona nr 2 - Zła krew. Tym razem jednak sporo byłam w stanie przewidzieć:  i kwestii dotyczących sprawy, i tych związanych z życiem kilku bohaterów. Ale z jednym mnie Dahl nieźle nabrał, bo w myślach żegnałam się już z pewną osobą, ale, całe szczęście, pisarz go oszczędził :) Mam za to kilka przeczuć odnośnie tego, co może dalej wymyślić w życiu szefa grupy i jednej z kobiet.

Nowością w tej części jest z kolei lekkie wybieganie w przyszłość, gdy nagle pojawia się mała zajawka jakichś czekających nas zdarzeń. Wprowadzało to ciekawe napięcie w trakcie lektury. Poza tym chciałabym jeszcze pochwalić Dahla za dwie rzeczy. Mianowicie dopiero teraz uświadomiłam sobie jak sprawnie opisuje on szwedzką rzeczywistość. Zdziera kolorowy papierek z tego neutralnego państwa, dla wielu jawiącego się niczym raj na ziemi. Pokazuje grzeszki Szwedów, ocenia i burzy ich dobre mniemanie o sobie samych, zwłaszcza w kontekście historii. Trochę mi w tym Larssona przypomina. Potrafi też pisać o obrzydliwych kryminalnych sprawkach bez zbytniego epatowania przemocą i wynaturzeniem. Właściwie w każdej książce dotyka okropnych rzeczy, jakich ludzie się dopuszczają w swoim upodleniu, ale ani razu jeszcze, mimo tych znaczących polskich okładek, nie przekroczył granicy dobrego smaku i nie korzysta z tego taniego chwytu, czyli szokowania odpychającymi obrazami. A propos okładki :) Stało się! W końcu MUZA dała Dahlowi coś godnego uwagi - naprawdę znakomity wybór, a projektant okładki, pan Michał Korsun, jest w moim oczach zrehabilitowany po wpadce z cz. 2 :] Za to korekta tym razem trochę nawaliła.

Ocena: 4,5-5/6 (i nie mogę się doczekać kolejnej części:)

1 listopada 2011

Arne Dahl - Na szczyt góry

Wydawnictwo: MUZA, 2011
Pierwsze wydanie: Upp till Toppen av berget, 2000
Stron: 374
Tłumacz: Dominika Górecka

To już trzecia odsłona zmagań Drużyny A. Nie przebiła ostatniej, jednak podtrzymała moje zainteresowanie kryminałami Dahla. Wcale bym się nie zdziwiła, gdybym faktycznie przeczytała całą jego serię. Mają wszystkie cechy dobrego kryminału: interesującą intrygę, dobre tempo, zapamiętywalnych bohaterów i dodatkowy, Dahlowski smaczek. Mianowicie coś, co zwróciło moją uwagę już wcześniej, czyli przedstawienie toku myślenia policjantów i ich żmudnej pracy zamiast magicznego olśnienia. Jest jeszcze jedno: drużyna składa się z 7 członków i ich szefa. To sprawia, że trudno się znudzić, gdy pisarz zahacza o ich życie osobiste, ponieważ każdy z nich jest pokazywany też prywatnie (w kolejnych częściach czasem wybija się jeden lub dwóch z nich na tle swoich kolegów). Więc gdy któryś z nich nam nie podpasuje, czytelnik ma jeszcze kilku innych do wyboru, którym może kibicować. Bardzo mi się podoba ten aspekt różnorodności w tych kryminałach.

Fabuła nie zaskoczyła mnie tak, jak ostatnim razem. Do tego wszytko się bardzo komplikuje i gdzieś w połowie trochę mi się już to plątało. Mianowicie na celowniku policji są 2 bandy zbirów, które nie pałają do siebie przyjaznymi uczuciami. Między nich wchodzą jeszcze dwie tajemnicze osoby. W dwóch miejscach giną ludzie, do tego mamy walkę z pedofilami, oryginalnego chłopaka, czytającego Owidiusza w pubie no i naszą drużynę w rozsypce. Po ostatniej wtopie rozjechali się po kraju i zajmują się różnymi sprawami. Jednak nadchodzi taki moment, gdy zagęszczają się one i układają się  w pewien wzór. I ten początek zagrał doskonale. W pubie dochodzi do bójki, ginie kibic. Przesłuchiwani są świadkowie i właśnie z tych przesłuchań wyłania się coś większego, coś w tle. Małe szczególiki jakoś nie pasują do siebie, coś tam nie zatrybiło i dwie policyjne wygi (Hjelm i Kersitn tym razem) patrząc z dystansu, widzą za tym niepozornym zdarzeniem coś jeszcze. Z czasem puzzle układają się w logiczną całość. Ponadto Dahl nie epatuje zbytnio okrucieństwem w kontekście pedofilii i tej sugestywnej okładki, a tego się trochę obawiałam. Ostatecznie wychodzi więc z tego porządny kryminał, idealny na 2-3 dni.

Ocena: 4,5/6

12 lipca 2011

Pär Lagerkvist - Karzeł

Wydawnictwo: ITAKA, 1993
Pierwsze wydanie: Dvärgen, 1944
Stron: 197
Tłumacz: Zygmunt Łanowski

Literacka Nagroda Nobla 1951

Przyznaję się, że jest to jeden z pisarzy, których nie dość, że w ogóle nie znałam, to w ogóle nie kojarzyłam z Nagrodą Nobla. Przypadkowo padło na Karła, zakup kiermaszowy za bezcen. W uzasadnieniu Komitetu można przeczytać, że Lagerkvist otrzymał nagrodę za "siłę artystyczną i absolutną niezależność sądów pisarza, który próbował w swej twórczości odnaleźć odpowiedzi na wieczne pytania stojące przed ludzkością". Fakt, wszystko się zgadza. W tej książce na warsztat wziął kwestię zła.
Ludzie lubią przeglądać się w mętnych zwierciadłach. (s. 193)
Warto zauważyć, że Karzeł pisany był w czasie II wojny światowej, wtedy kiedy wynik wojny nie był jeszcze przesądzony, gdy "siły ciemności" zmieniły obraz świat, a człowiek ponownie nie był w stanie ujarzmić w sobie potworów. I właśnie ten brak nadziei w człowieka, to rozczarowanie naszą naturą przebija przez całą tę powieść. Jest ona pamiętnikiem tytułowego karła rezydującego na dworze swojego pana, księcia. Rzecz się dzieje we Włoszech, możliwe że w XV w. (to tylko moje przypuszczenie). Opisuje on kolejne wydarzenia na zamku, zachowanie księcia i jego dworzan, intrygi, miłostki i wojnę. Uważnie obserwuje ludzi, dziwi się ich zachowaniom. Jest wcieleniem zła, jest nim w czystej postaci. Cieszy go wszystko, co nikczemne, ciemne i ukryte. Czasami potrafi w ludziach dostrzec to, czego oni sobie nie uświadamiają, bywa że rzuci trafną uwagę na nasz temat. Innym razem jest wręcz ślepy na tak oczywiste dla każdego rzeczy, nie dostrzega tych dobrych cech, miłość odczytuje tylko jako pożądanie, nie potrafi poprawnie odczytać czyjegoś wyrazu twarzy, nie rozumie ludzkiej potrzeby śmiechu, który dla niego jest odrażający.
Zauważyłem, że czasami wzbudzam w ludziach lęk. Ale boją się samych siebie. Sądzą, że ja ich przerażam, czyni to jednak karzeł kryjący się w nich, człekopodobna istota o małpiej twarzy, wystawiająca głowę z głębi ich duszy. Ogarnia ich strach, bo nie wiedzą, że mają w sobie inną istotę. W ogóle wpadają w lęk, gdy coś wynurzy się na powierzchnię, wychynie z ich wnętrza, z jakiejś kałuży błota w ich duszach, z czegoś, czego nie znają i co nie ma nic wspólnego z ich rzeczywistym życiem. Gdy nic ie widać na powierzchni, nie boją się, nie lękają się tego, cokolwiek by to było. Chodzą wyprostowani i spokojni, pokazując gładkie twarze bez żadnego wyrazu. Ale zawsze jest w nich coś innego, choć udają, że tego nie widzą, żyją nie wiedząc, że prowadzą równocześnie kilka różnych żywotów. Są tak dziwnie skryci i niezharmonizowani. (s. 23)
Początkowo trudno było mi się przebić przez tę historie, faktycznie proza Lagerkvist'a jest przytłaczająca, gęsta jak bagno; chciałam nawet książkę przerwać. Wytrwałam jednak i nie żałuję, ponieważ ostatecznie doceniłam ją (poza tym przerwać dobrego Lagerkvista, a wytrzymać przynudzającego Le Clezio? trochę głupio, nie?), a pomogło mi w tym uświadomienie sobie, że karzeł nie jest człowiekiem, nie istnieje. Kiedy się spojrzy na niego z perspektywy symbolu, powieść od razu wydała mi się czytelniejsza, jakby otworzyła przede mną kolejne drzwi w sobie. Karzeł jest częścią swojego pana, prezentuje sobą tę część naszej osobowości, o której nie chcemy pamiętać. W tym kontekście warto zwracać uwagę, gdzie akurat on przebywa. Wydaje mi się, że gdy działa ze swojej karlej izby z zamkowej wieży, gdy krąży po jego korytarzach lub gdy jedzie z nim na wojnę, ciesząc się krwawymi bitwami jest po prostu częścią osobowości księcia, a gdy trafia do lochu zepchnięty jest do podświadomości. Może istotnie są tu wyraźne odwołania do Freuda czy Junga, trudno mi to stwierdzić, nie jestem znawcą tego tematu.
Nikt nie posiada samego siebie! Co za ohydna myśl! Nikt nie posiada samego siebie! Wszystko należy także do innych. Czyż nie jest się właścicielem nawet swojej własnej twarzy? Czyż staje się ona własnością każdego, kto ją ogląda? A jak jest z ciałem? Mogąż inni posiadać czyjeś ciało? Mierzi mnie okropnie, gdy o tym pomyślę. (s. 41)
Zdecydowanie chciałabym przeczytać Barabasza, po wydaniu którego Lagerkvist dostał właśnie Nobla, ostatecznie udowadniając swoją klasę.
Miłość i śmierć to ulubione tematy ludzi, nad którymi lubią oni sobie popłakać, szczególnie zaś gdy śmierć i miłość połączą się w jedno. (s. 173)
 Ocena: 4,5/6

24 czerwca 2011

Arne Dahl - Zła krew

Wydawnictwo: MUZA, 2011
Pierwsze wydanie: Ont blod, 1998
Stron: 342
Tłumacz: Dominika Górecka

Obok zdjęcie autora (tak naprawdę nazywa się Jan Arnald), sympatyczny gość, prawda? Dobra, i tak wiemy, że wybrałam je zg na tło. Brak polskiej okładki to wynik mojego małego protestu. Projektant (pan Michał Korsun) cierpiał chyba na jakiś zanik zmysłu estetycznego, z kolei ten, kto to zatwierdził (nie wiem do kogo to należy) zapewne niedowidzi, co jeszcze by go tłumaczyło. W każdym razie na to szkaradztwo nie da się patrzeć! Serio, człowiek momentalnie odwraca wzrok z obrzydzeniem. Marna to reklama, w księgarni nie wzięłabym jej do ręki. Jeśli więc już pierwsza okładka tej serii kryminałów wyróżniała się in munus, to już nie wiem co powiedzieć o tej, ale wg mnie jest estetycznie osiąga poziom Rowu Mariańskiego. To teraz, żeby nie być gołosłowną mały pokaz (podlinkowany): okładka polska, szwedzka nr 1 i szwedzka nr 2 (moim zdaniem najlepsza). 

Koniec krytyki, wracam do meritum. Zła krew to druga część serii o Drużynie A. Ponieważ książkę rozpoczynającą cykl oceniłam dość nisko, opowieść o drugiej sprawie szwedzkich policjantów miała mi dać odpowiedź czy mam sobie darować kolejne. Odpowiedź brzmi: nie. Dahl rezygnuje (prawie całkowicie) z wszystkich zabiegów, które mnie irytowały w czasie tamtej lektury. Ale po kolei. Tym razem Drużyna A musi rozpracować sprawę amerykańskiego seryjnego mordercy K, który dziwnym trafem przyjechał do Szwecji. Nie jest to byle jaki kryminalista, to ktoś taki jak Zodiak, FBI ugania się za nim od bodajże 20 lat, wszystko bezskutecznie. Jak to bywa w takich historiach, zwyrodnialec ma swoje własne, specyficzne sposoby zabijania, jest najwyższej klasy profesjonalistą, za to klucz wyboru jego ofiar wprowadza raczej więcej zamieszania niż odpowiedzi na temat jego zwichrowanej psychiki.

To, co podobało mi się ostatnim razem, można znaleźć i teraz, czyli drobiazgowa i benedyktyńska praca policjantów. Zapewne będzie to stały punkt programu, co mnie cieszy, taki znak rozpoznawczy autora, tylko u niego się z tym spotkałam (poprawka na to, że nie znam np. Mankella). Świetnie ukazuje pracę całego zespołu, pochyla się nad każdym z nich, nad ich małymi wycinkami sprawy, przy okazji, jak ostatnio, zaznaczając ich indywidualność i wycinek życia osobistego. Hjelm znowu jest postacią główną, ale raz, że ewoluuje, dojrzewa i staje się coraz mniej antypatyczny, a dwa - nie zajmuje już tyle miejsca, co wcześniej. Największą sympatią darzę na razie trójkę z jego kolegów: Fina Arto, byłego pakera Gunnara i śniadego Chaveza. W przypadku negatywnych stron stylu Dahl'a wymienię jego próbę pisania...nazwijmy to poetyckiego. Wyrafinowane i subtelne fragmenty (w założeniu) wypadają po prostu śmiesznie. Równoważniki zdań, nietypowe połączenia przymiotników z rzeczownikami, opis wewnętrznych myśli postaci plus opisy pogody stylizowane na "coś więcej" dają efekt zwyczajnego bełkotu. Pisarz powinien uświadomić sobie, że kryminały pisze naprawdę porządne, więc niech nie próbuje czarować czytelnika jakimiś pseudoartystycznymi wstawkami, bo budzi to jedynie irytację i politowanie. Na szczęście, jest tego chyba mniej niż w "Misterioso". Korekta - bez zarzutu. Ogólny wynik: 3 dni świetnej rozrywki (dodatkowe oklaski za nietypowe zakończenie). Na pewno zamówię sobie cz. 3 Na szczyt góry.

A na koniec mała uwaga. Zauważyłam, że skandynawscy autorzy kryminałów lubują się wręcz w opisywaniu dokładnej drogi przemierzanej przez bohaterów. Każda ulica jest wymieniona, każdy zakręt, plac i okoliczne budynki. I Larsson tak ma, i Dahl, i Fossum. Poszaleli chyba:) Może spodziewają się jakichś pielgrzymek fanów tymi szlakami? Specjalnych map z oznakowaną trasą niczym te inspirowane "Ulissesem"? ;))) Ot, ciekawostka.

Ocena: 4,5/6

Zdjęcie pochodzi z tej strony.

25 lutego 2011

Peter Fröberg Idling - Uśmiech Pol Pota (O pewnej szwedzkiej podróży przez Kambodżę Czerwonych Khmerów)

Wydawnictwo: Czarne, 2010
Pierwsze wydanie: Pol Pots leende : Om en svensk resa genom röda khmerernas Kambodja, 2006
Stron: 293
Tłumacz: Mariusz Kalinowski

Spotykam się najczęściej z reportażami, których autorzy starają się być gdzieś poza tekstem, oni są tylko narzędziami do przekazania nam pewnych wydarzeń, do opisu społeczności lub/i danego miejsca. Idling potraktował ten gatunek znacznie szerzej i napisał książkę osobistą, a wszystko czego doświadczył, co przeczytał lub o czym się dowiedział od innych przefiltrował przez siebie, przez swoją wrażliwość, swoje spojrzenie.

Uśmiech Pol Pota jako główny wątek przyjęło odniesienie się do wizyty szwedzkiej delegacji z 1978 w Kampuczy. Poza tym opowiada o Kambodży przed rządami Czerwonych Khmerów, o jej losach potem i współcześnie. O samym Pol Pocie i innych ludziach reżimu. O podróży autora do tego kraju. Nie chciałabym zamykać moich spostrzeżeń do banalnego "to straszne co zrobiono z tym krajem" itp., w związku z tym napiszę o mojej osobistej refleksji w trakcie lektury, która okazała się też - wraz z odwróceniem ostatnich stron - refleksją Idlinga.
Jedno zdjęcie zostaje w pamięci. Mogę przywołać je w każdej chwili. To fotografia małego chłopca. Nie starszy jak pięć lat. Mały wróg lud. (...) Siadam na schodach prowadzących do jednego z budynków i płaczę. (s. 161)
Sporo miejsca w Uśmiechu zajmuje odmalowanie nastrojów opinii publicznej lat 70. One, zarówno jak losy Kambodży po inwazji Wietnamu, były dla mnie nowością. Z czego to się bierze? I tu po raz drugi pochylę się nad podręcznikami do historii, które z każdym rokiem zawodzą mnie coraz bardziej swoją powierzchownością, a nawet przekłamaniami. Serwuje się młodzieży gładką i prostą historię świata, przemilczając sprawy zbyt skomplikowane, zbyt obszerne lub niepochlebne dla (wstaw jakieś państwo, jakąś kulturę, daną grupę społeczną). Potem człowiek dorasta, a jeśli ma szczęście, trafia na inne źródła i następuje wielkie zdziwienie. Moja książka od historii przekłamała nie tylko wiele faktów z PRL-u, zaserwowała mi też niesprawdzone plotki na temat khmerskiej dyktatury! Słowem też nie wspomniała o dalszych losach Kambodży. Po co, w końcu szybko przestała być istotna dla dwóch głównych mocarstw.
Jeżeli trzy z czterech pogłosek są najwyraźniej nieprawdziwe, to tej czwartej też niezbyt łatwo dać wiarę. A teraz na odwrót: gdy okazało się, że te masowe mordy, w całej swojej grozie, to nie wymysł, lecz prawda, prawdziwe stały się też tamte pozostałe pogłoski. Czarno - biały obraz przysłania koniec końców wszystko. Jak więc wyciągnąć jakąś naukę z historii? (s. 226)
Autor umiejętnie próbuje przekazać jak niewielkie szanse mamy na obiektywizm wobec wydarzeń bieżących. Dopiero po upływie dłuższego czasu zaczyna w nas przeważać trzeźwe spojrzenie, dopiero wtedy jesteśmy racjonalni. Jak więc o czymkolwiek możemy wnioskować? Nie tylko nasze bliskie otoczenie filtrujemy przez własne, subiektywne spojrzenie; nawet codzienne wydarzenia jak kryzys ekonomiczny, wojna tu czy tam, decyzje polityczne; jesteśmy jak dzieci we mgle. Nie wiemy nic, Sokrates miał rację, my naprawdę nie wiemy nic... i ta myśl przypomniała mi moje polemowskie zadumanie nad nauką. Jedynie ona, i tylko w ścisłym zakresie, jest czymś namacalnym już tu i teraz. Ani historia, ani literaturoznawstwo, ani biologia itp. nie załapują się do tego marginesu pewności. Nagle ten cud natury, człowiek, staje się szmacianą, nierozumną lalką i może to jest nasz prawdziwy obraz (?). No dobra, znowu za bardzo odeszłam od tematu! (silly me). Zwrócę jeszcze tylko uwagę na fakt, że czasem znajdzie się ktoś, kto jest w stanie dostrzec prawdę od razu. W tym przypadku był to François Ponchaud, któremu nikt nie wierzył i który przez lata był dyskredytowany w oczach opinii publicznej i wyśmiewany.

Interesujący jest też tu język, czasem faktycznie dość poetycki, na pewno subtelny i oddający wrażliwość Idlinga. Drażnił mnie jednak czasem nadmiar zbyt krótkich zdań, czasem ich równoważniki. No i autor nie ma smykałki do pisania o historii, fragmenty poświęcone na zapoznanie czytelnika z podstawowymi faktami były najsłabsze. Poza tym nie mam żadnych do niego zastrzeżeń. Do wydania też (jedna literówka), z wyjątkiem sceny nr 150 (to błąd czy to jakieś tajemnicze nawiązanie do dadaizmu? ;)

Ocena: 5/6

26 listopada 2010

Arne Dahl - Misterioso

Wydawnictwo: MUZA SA, 2010
Pierwsze wydanie: 1999
Liczba stron: 334
Tłumacz: Dominika Górecka

Kiedy książkę zamawiałam w MUZIE, byłam zwyczajnie ciekawa. Potem wydawnictwo zamilkło, długi nie dostawałam paczki, a w tym czasie pojawiły się jej recenzje na innych blogach. Średnie lub negatywne. Z tego powodu, kiedy już Misterioso do mnie przyjechało, nie byłam nastawiona zbyt entuzjastycznie i między innymi dlatego pierwsze 30 stron szło mi jak po grudzie i wszystko mnie w niej wkurzało. Potem jednak autor pokazał swoje umiejętności i wciągnęłam się.

Osią fabuły jest drużyna A (jej członkowie też nabijają się z tej nazwy;), tajna jednostka szwedzkiej policji utworzona, początkowo tylko ad hoc, w obliczu grasującego seryjnego mordercy, który upodobał sobie rekinów tamtejszej finansjery. Czytelnik towarzyszy głównie jednemu policjantowi - Hjelmowi, nazwanym maskotką mediów po jednej z jego akcji. Nie jest on specjalnie interesujący, momentami wręcz antypatyczny, zwłaszcza w porównaniu z jego kolegami. Co się udało Dahlowi , to przedstawienie pracy policji, uchylenie rąbka tajemnicy. Zdaję sobie sprawę, że pewnie każdy policjant może mieć ubaw z tego, co piszę, dla mnie jednak była to pewna nowość w kryminale. Zazwyczaj zagadki w nich rozwiązują się niemal same, w ciągu krótkiego odcinka czasu, nie wymaga to żmudnej i nudnej pracy, trzeba tylko dać błyskotliwego bohatera, którego nagle olśni. Tu jest odwrotnie: zajmują się oni absolutnie każdym szczegółem sprawy, przekopują się przez masę dokumentów, rozmawiają nawet z najbardziej niepozornymi ludźmi. To wszystko daje efekt w dynamicznej i pełnej napięcia scenie schwytania mordercy. Pochwalę też umiejętne opisanie relacji w samej drużynie, jej członkowie z reguły są jacyś i zapamiętywalni; mają zaskakujące hobby, swoje indywidualne cechy charakteru, kłopoty rodzinne. Oczywiście, autor nie wyzbył się stereotypów: tak jak w filmie "Metoda", sprawdza się tu zasada, że jeśli w grupie jest ładna kobieta, to musi być i seks z jej udziałem...

Nie podobały mi się też dwie charakterystyczne cechy tej książki. Po pierwsze sceny naturalistyczne, nierzadko opisujące czynności fizjologiczne; miałam wręcz ochotę opuścić te fragmenty, po cholerę to było, to nie wiem. I dwa: bardzo szczegółowe, typowo męskie, sceny seksu, które wydawały mi się zwyczajnie zbędne. Nie licząc kilku posunięć, które uznałam za nieco naciągane, jest to jednak trzymający poziom kryminał i wciągający złodziej czasu. Jeśli będę mieć okazję, nie pogardzę lekturą części drugiej (nie obrażę się jeśli będzie napisana z punktu widzenia kogoś innego niż Hjelm), jednak nie jest to jakieś must read w dziedzinie kryminałów , moim zdaniem. Wydanie jest bez zarzutu, nie licząc raczej tandetnej okładki (ale przyznaję się bez bicia - dałam się na nią złapać, więc pewnie spełnia swoje zdanie).

Ocena: 3,5/6

31 października 2010

Hjalmar Söderberg - Zabłąkania

Wydawnictwo: Kojro, 2010
Pierwsze wydanie: 1895, Szwecja
Liczba stron: 156
Tłumacz: Paweł Pollak

Zabłąkania swego czasu wywołały skandal swoją amoralnością. W XXI wieku dla nas książka jest wręcz niewinna, a takie historie, jak wiemy, są na porządku dziennym. Fabuła bowiem nie jest niczym odkrywczym: ot, młody chłopak, świeżo upieczony student, dorasta i poznaje życie. Jest nikim więcej tylko bumelantem, pasożytem na łonie swojej rodziny i przyjaciół, a jednocześnie nie jest pusty i pozbawiony głębszej myśli. Jego świat krąży wokół pieniędzy, eksperymentów z młodymi dziewczętami, przesiadywania w kawiarniach. Powieść pod tym względem jest bardzo dekadencka i brakuje w niej chyba jedynie absyntu ;) Kiedy dochodzi do punktu kulminacyjnego jego próżniaczego życia, wszystko niby zmierza do oczywistego końca, a tu niespodzianka!

Niezwykle lekkie pióro Söderberg'a wydało mi się początkowo wręcz zbyt lekkie, jakby historia do niczego nie zmierzała. Jednak po chwili zaczyna do czytelnika docierać jego umiejętność dyskretnego opisywania ludzkich charakterów i obrazu społeczeństwa Szwedów przez zupełnie zwyczajne sceny (np. król spotykany na spacerach!). Fragment pewnego przyjęcia przypomniał mi pierwszą część mojego ukochanego filmu Bergmana "Fanny i Aleksander": rodzinno - towarzyskie spotkanie, przepych, światło świec, pozorna doskonałość, a pod spodem kłębowisko uczuć, niewygodne prawdy, pocałunki w zakamarkach domu. Moja druga refleksja dopadła mnie już po lekturze: ludzie przełomu wieków zachowywali się jak ćmy w pobliżu żarówki, jak dzieci we mgle, coś faktycznie musiało przełamać ten impas i tutaj można odczuć tę atmosferę.

Ocena: 4-4,5/6

P.S. Recenzja nieporywająca, ale gwoli usprawiedliwienia dodam, że po sobotniej parapetówce jestem w stanie mocno wczorajszym.

14 marca 2010

Stieg Larsson - cykl Millenium


Wydawnictwo: Jacek Santorski & Co, potem Czarna Owca
Pierwsze wydanie (kolejno): 2005, 2006, 2007
ilość stron: 634, 700, 784 = 2118 ;)
tłumacz: Beata Walczak - Larsson, Paulina Rosińska, Alicja Rosenau

Postanowiłam się tu produkować dopiero po przeczytaniu całej serii (tzn. tej części, którą Larsson zdążył napisać przed śmiercią). Zawsze to bardziej całościowe spojrzenie. Przede wszystkim te książki to okropni złodzieje czasu:) Przez nie nie nauczyłam się na ważne i trudne kolokwium! Idealnie nadają się na okresy, gdy chce nam się jedynie trochę rozrywki, jednocześnie żeby mózg nie bolał od intelektualnego bełkotu i fatalnego stylu. Niektórzy sięgają dla rozerwania się po czytadła, ja po kryminały. Można oderwać myśli od problemów dnia codziennego, przez chwilę zapomnieć się w innej rzeczywistości, skupić myśli na jakiejś zagadce. Nie czytam przecież samych arcydzieł jak i nie samym Bergmanem człowiek żyje ;)

Styl nie boli, Larsson nie próbuje też naśladować Ludluma czy Cobena. Bardzo odpowiadało mi to, że autor nie ma potrzeby zaskakiwać czytelnika kolejnym zwrotem akcji czy szybką sceną co kilka kartek, żeby się czasem nie znudził. Wręcz przeciwnie. Bardzo powoli rozkręca całą historię, np. w pierwszej części główny problem wygląda na światło dzienne gdzieś po 100 stronach. Podobało mi się, że nie ma tu jakichś wielkich bijatyk i scen walki jak z ogranych filmów sensacyjnych, nie ma pościgów samochodowych, jest mało śledzenia kogoś po mieście (większość w cz. 3). Szwed potrafi wciągnąć czytelnika, kilkaset stron a trudno się oderwać. Nie dziwię się, że od razy kino się zabrało za te książki, to są niemalże scenariusze.

To teraz o wadach, są istotne. W trakcie czytania domyśliłam się trzech ważnych rzeczy (część pierwsza), w kolejnych częściach już jest zdecydowanie mniej przewidywalnie. Z każdą kolejną częścią maniera szczegółowego opisywania czynności bohaterów staje się coraz bardziej irytująca. A już zupełnym idiotyzmem jest opisywanie całych list zakupów. Stawianie na informowanie o parametrach technicznych różnych urządzeń elektronicznych wydaje się i niezrozumiałe, i ryzykowne - na tym polu w ciągu roku zdarzają się rewolucje. Istna parada marek zakrawa na książkowy product placement. Jednak moim najpoważniejszym zarzutem jest: przesada. W pierwszej części Larsson przedstawia dwie postacie niemalże antychrystów i potem już nie rezygnuje z takiego opisywania "tych złych". Z tego samego powodu (przesada) nie uwierzyłam w postać jednej z głównych bohaterek: Lisbeth, wydaje się być po prostu nieprawdziwa, przerysowana. I, oczywiście, za wszystkim musi kryć się jakieś traumatyczne przeżycie. Jak dla mnie - za duże nagromadzenie pewnych cech i umiejętności w jednym człowieku. Trochę mnie też raziło, że książki są pełne jakichś dziwnych, pokręconych układów międzyludzkich. Ze świecą trzeba tam szukać jakiejś zwykłej rodziny, stałego związku. Wszyscy a to się zdradzają, a to chodzą do łóżka ze wszystkim, co się rusza, a to tworzą trójkąty lub nie mogą się zdecydować jaką płeć wolą.

W drugiej części zauważalna jest też maniera Larssona do przedstawiania szczegółowego życiorysu nowych postaci w fabule. Zawsze są to osoby, które muszą odegrać swoją rolę i potem znikają ze sceny. Tylko cefałki najważniejszych bohaterów ujawniane są stopniowo a ich osobowości są bardziej złożone. Jednak w momencie, kiedy umieram z ciekawości co będzie dalej, podawanie mi na dwóch stronach czyjejś historii życia doprowadzało mnie do szału.

Bardzo mnie zdziwiło, że zagadka w drugiej części w pewnym momencie zostaje podana na talerzu czytelników, człowiek się zastanawia, pytania się mnożą, aż tu nagle Larsson stwierdzi, że nie będzie mnie dłużej trzymał w niepewności. To było dziwne. Druga część w ogóle odstaje trochę od pierwszej. Na początku mamy zagadkę w obrębie rodziny, potem jest już w obrębie sporej grupy osób i sprawa zahacza o państwo. Trzecia część niby jest najsłabsza, tłumaczenie moim zdaniem gorsze, więcej błędów stylistycznych jest w książce, nagle mamy spiski, pościgi, istny film szpiegowski, a jednak była niezwykle ciekawa i sprawiła, że wreszcie na serio przejęłam się bohaterami. Aha! Proszę nie kończyć cz. 2, nie mając przy sobie cz.3, można zejść na zawał w przeciwnym razie! ;)

Obraz Szwedów wyłaniający się z cyklu: piją hektolitry kawy, mają swobodny stosunek do relacji intymnych, jedzą głownie kanapki z serem i dżemem pomarańczowym i wszyscy chyba noszą skórzane kurtki. ;) Larsson imponuje też pracą, jaką wykonał przy poznawaniu różnych dziedzin życia społecznego, gospodarczego, nauki i innych. Musiał być niezłym dziennikarzem. Fragmenty dotyczące dziennikarstwa są zwłaszcza interesujące. I, co ciekawe, wszystko to zgrabnie się łączy ze zbiorem reportaży Polski hydraulik i inne opowieści ze Szwecji, które też niniejszym polecam.

W trakcie czytania "Dziewczyny, która igrała z ogniem" naszła mnie myśl jak jednak ciężko jest napisać dobra książkę, jakie to trudne zadanie. Wśród tych setek tysięcy, które próbują swoich sił, niewielu się tak naprawdę udaje ta sztuka. Zwłaszcza teraz, współcześnie jest to takie mało prawdopodobne. Po XIX w. i początku XX w., kiedy powstało wszystko, co najlepsze, kiedy zabrano się chyba za każdy temat, po rozwoju fantastyki i wyłonienia się w niej wielu podgatunków. Co można napisać nowego? A nawet jeśli komuś udaje się żonglować starymi pomysłami, to jak wiele zależy od jego stylu, od umiejętności niewpadania w pułapki jakie czyhają na pisarzy. Kurczę blade, pisarz to jeden z najtrudniejszych zawodów świata! ;)

Gwoli zakończenia: polecam! Mi to zapewniło około 1,5 tygodnia świetnej rozrywki.

Ocena:
cz. 1 Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet - 5
cz. 2 Dziewczyna, która igrała z ogniem - 4,5
cz. 3 Zamek z piasku, który runął - 5