Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie - nobliści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie - nobliści. Pokaż wszystkie posty

18 marca 2017

Swietłana Aleksijewicz - Cynkowi chłopcy

Wydawnictwo: Czarne, 2015
Pierwsze wydanie: Цинковые мальчики, 1991
Stron: 309
Tłumacz: Jerzy Czech

Literacka Nagroda Nobla 2015

Aleksijewicz to jedno z tych nazwisk, które nie wzbudza specjalnych wątpliwości i kontrowersji w kontekście Nagrody Nobla (no może z wyjątkiem udanego utarcia nosa Putina). Tym razem mogę się całkowicie zgodzić z wyborem Akademii, na półce czeka w kolejce Czasy secondhand (kupione rok temu tacie w prezencie), w planach też inne jej książki.
Człowiek ma prawo do niezabijania. Do tego, by się zabijania nie uczyć. Takiego prawa nie ma w żadnej konstytucji. (s. 23)
Wiele pisano o wojnie, a jednak każda z nich, jak i każde jednostkowe ludzkie doświadczenie wojny jest unikalne. Kto doświadczył wojny (choćby i pośrednio jako pracownik zaplecza wojskowego), ten nie ma szans wyjść z tego bez szwanku, bez jakiejś smugi. Człowiek nie jest stworzony do wojny. Może to absurdalne, co napisałam, w kontekście przytoczonych cytatów i tego, co wiemy na temat ludzkiej psychiki, naszej skłonności do przemocy, sadyzmu, okrucieństwa. A jednak, ale o tym później. Autorka podzieliła Cynkowych chłopców na trzy wyraźne części (choć rozdziałów jest więcej). Najpierw prowadziła własne notatki w trakcie zbierania materiałów do książki na temat radzieckiej interwencji w Afganistanie (1979-1989), następnie oddaje głos tym, którzy zdecydowali się opowiedzieć, co przeżyli i widzieli w trakcie konfliktu, a także opowiadający o sobie po powrocie do kraju. Na koniec zebrała różne listy, artykuły i materiały dotyczące swojego procesu: dwie osoby ujęte w książce domagały się sprostowania ich słów, proces odbył się na Białorusi.
Trzeba zacząć od tego, że jesteśmy zwierzętami, a ta zwierzęcość przysłonięta jest cieniutkim nalotem kultury, ciu-ciu-ciu. Ach, ten Rilke! Ach, ten Puszkin! A bydle wyłazi z nas błyskawicznie... Człowiek nawet okiem nie mrugnie... Wystarczy, żeby zląkł się o siebie, o swoje życie. Albo dostał władzę. Choćby niewielką. Malusieńką! (s.93-94, szeregowy, piechota)
Wracając do moich przemyśleń - największe wrażenie zrobiły na mnie nawet nie te okropności wojennej rzeczywistości, ale właśnie relacje osób powracających do rzeczywistości. Właśnie to skłania mnie do wniosku, że człowiek w zasadzie nie jest w stanie poradzić sobie z doświadczeniem wojny, zawsze wyjdzie z tego bardziej lub mniej pokiereszowany. Teraz to już powszechnie zna się termin syndromu stresu pourazowego, aczkolwiek nie jestem przekonana, że to coś zmienia. W każdym razie każda z tych osób dzieliła swoje życie na przed i po Afganistanie, a to po - to było życie na niby, jakby za szybą, często nałogi, niemożność prawdziwej rozmowy z bliskimi, ucieczka od siebie samego. Coś niepojętego. Takie doświadczenia niszczą coś ważnego, czego chyba nie da się już odzyskać, raz utracone nigdy nie wraca. Z tej perspektywy zupełnie inaczej można spojrzeć na żołnierzy wracających współcześnie z Afganistanu i Iraku. Ciekawe jak sobie radzą...

Cynkowi chłopcy to też świetna pozycja dla wszystkich zainteresowanych reżimem radzieckim, bardzo udanie pokazuje jego sztuczki i praktyki. Odnośnie stylu Aleksijewicz to jest bardzo spokojny, wyraźnie inny od męskich reportażystów. Zaimponowała mi swoją pokorą, to duży talent tak bardzo pominąć swoje ego we własnej książce. Jednym słowem: polecam!

Ocena: 5/6

3 maja 2016

Tomasz Mann - Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny

Wydawnictwo: Książka i Wiedza, 1988
Pierwsze wydanie: Boodenbrooks, Verfall einer Familie, 1901
Stron: 285+267=552
Tłumacz: Ewa Librowiczowa

Literacka Nagroda Nobla 1929

Mam zawstydzający wręcz poślizg w pisaniu o książkach. Buddenbrooków skończyłam w styczniu, recenzja teraz... Ideałem byłoby pisać w ciągu tygodnia od zakończenia książek, bo stosik niepokojąco rośnie, a emocje blakną. Czemu tego nie robię?!

Mam osobisty problem z Mannem, bowiem jako nastolatka poległam na Czarodziejskiej górze. To była chyba druga książka w życiu, której nie skończyłam, gdzieś mam nawet zapisane, na której stronie się poddałam, jakoś mi nie szło, termin oddania do biblioteki już dawno minął, wicie, rozumicie. A jednak było/jest mi żal. Ponoć jednak Górę lepiej przeczytać w zupełnie innym wieku, więc może wyjdzie mi to na dobre? Tymczasem sięgnęłam po własny egzemplarz sagi rodzinnej uznanej za znacznie lżejszą pozycję.

Można ją za taką uznać, bowiem nie jest to lektura jakoś wyjątkowo trudna i zawiła, z drugiej strony trudno uznać jej styl za lekki, jakby nie patrzeć to książka jeszcze dość mocno osadzona w XIX wieku (co jest jej zaletą!). Opisuje ona zresztą dzieje tytułowej rodziny na przestrzeni lat 1835-1877. Kolejne pokolenia, ich losy, decyzje, marzenia, ambicje i zasady. Nie jest to pozycja historyczna jednak, bowiem wydarzenia historii Niemiec stanowią zaledwie jej tło. Bardzo ciekawy zabiegiem Manna było umieszczenie w sumie samego zakończenia w tytule. Upadek. Czytelnik ciągle ma to z tyłu z głowy. Nie wiem jak Wy, ale ja długo spodziewałam się, że będzie to coś na kształt dickensowskich zabiegów à la rodzina na bruku, bieda, przeprowadzki do coraz gorszych miejsc itd. i tu mnie noblista przyjemnie zaskoczył, bo chodzi mu o upadek duchowy i poniekąd intelektualny.

Jestem dość prostym czytelnikiem w obsłudze i bardzo lubię, gdy opowieść zawiera w sobie jakiegoś człowieka, z którym może nie tyle chcę się utożsamiać, co jakoś go rozumiem i wydaje mi się choć trochę duchowo bliski. Trudno mi to do końca wyjaśnić. W każdym razie Mann odmalowuje całą paletę bohaterów, w ten typowy dla XIX wieku sposób, a jednak trudno tam zapałać do kogoś sympatią. Choć jest jeden wyjątek - Hanno, najmłodszy przedstawiciel rodziny, taka mameja, ale jednak on jeden ma interesujące przemyślenia, on też ma w książce najlepszą scenę (gdy dopisuje coś w księdze Buddenbrooków). A i tak on razem z całą resztą marnieje na naszych oczach, wszystko w jakiś sposób niszczeje, zamiera, gaśnie, a członkowie rodziny niejako izolują się na własne życzenie i odchodzą w cień. Myślę, że to nadal jest siłą tej książki. Wiem, że autor bardzo wiernie oddał rzeczywistość Lubeki tego okresu i bardzo hołdował zasadzie realizmu, jednak po ponad 100 latach nie to robi największe wrażenie.

I jeszcze jedno, odnośnie mojej oceny. Nie byłam w stanie dobić do oceny 5, ponieważ Mannowi brakuje jakiejś werwy, takiego skoku, cała fabuła to szemrzący strumyczek, żadnej zimnej, wysokiej fali, nawet zwroty akcji są opisane dość bezbarwnie. Może jestem sentymentalna, ale zabrakło mi tam jednak emocji. Z drugiej strony książka cały czas mnie interesowała, zaznaczyłam sobie nawet jej fragment, który chciałam tu wypisać, ale gdzieś mi się ta fiszka zapodziała.

Coś jeszcze mi się przypomniało. W każdym omówieniu tej książki pojawia się konflikt między artyzmem a handlem, między duchową wolnością a mieszczańską mentalnością, między jednostką a powinnością wobec rodziny i społeczeństwa. Fakt, rodzina jest kupiecka, jej interesy to ważna część książki, kilka osób wyznaje jednak zupełnie inne wartości lub wyróżnia się swoimi zainteresowaniami. Ostatecznie jednak taki sam los spada na wszystkich. Jak myślicie czemu? Jaki jest wynik tego "pojedynku"? Może właśnie to, że stawiam sobie takie pytania po lekturze (i to po 4 miesiącach!) tłumaczy nagrodę Nobla. W każdym razie ta kwestia jest niezwykle intrygująca.

Ocena: 4,5/6

16 lutego 2013

Laurowo i jasno: Antologia wierszy laureatów literackiej Nagrody Nobla

Wybrał i opracował: Leszek Żuliński
Wydawnictwo: Wydawnictwo Bohdana Wrocławskiego, 1994
Stron: 487

Przedstawiany zbiór zawiera wybrane wiersze noblistów do 1993r. Co ciekawe, można tu znaleźć też autorów znanych przede wszystkim jako prozaików (np. Faulkner), nie skupiono się więc tylko na tych laureatach nagrodzonych faktycznie za poezję. Doceniłam też fakt, że część wierszy została przetłumaczona  po raz pierwszy na język polski specjalnie dla tej antologii.

Lektura tej książki miała mi dać ogólny pogląd na poezję noblistów - czyich wierszy faktycznie poszukać, kogo sobie odpuścić. Swoją rolę spełniła. Wykreśliłam z listy "poznam" kilka nazwisk, z kolei innym dam jeszcze szansę, ponieważ w planach mam ciągle Poetów noblistów. Upewniłam się co do chęci ponownego spotkania z Miłoszem, niezaprzeczalnie wyróżnia się wśród innych autorów, wręcz przytłacza resztę swoim kunsztem. Te kilka z jego wierszy stanowią jasny punkt całej antologii i od razu zwracają uwagę na powagę podejmowanych tematów. Może to kwestia tego, że część z nich omawiałam jeszcze za czasów liceum, jednak zrobiły na mnie dokładnie takie samo wrażenie, jak wtedy. Na pewno sięgnę po jego tomiki.

Całkowitym objawieniem za to był dla mnie Rabindranath Tagore! Po prostu zakochałam się w jego poezji od pierwszej strofy:

15
Twoja mowa jest prosta, mój Mistrzu, lecz nie tych, co mówią o tobie.
Rozumiem głosy twych gwiazd i milczenie twych drzew. 
Wiem, że serce mi się otwierało jak kwiat, a życie me napełniało się u skrytego źródła.
[Owocobranie (fragmenty), tłum. Leopold Staff]

Jak podaje Żuliński: Pisał w języku bengalskim; niektóre utwory sam przetłumaczył na język angielski, ale pozostawił po sobie tak ogromny dorobek, że do dziś w większości nie przełożony na języki europejskie (s.90). Koniecznie poznam bliżej tego poetę, choćby po angielsku. Wiki podaje, że napisał też osiem powieści, może i nimi kiedyś się zainteresuję. I pomyśleć, że Nobla dostał w 1913r., wiersze przed nim i po nim wydały mi się do siebie tak podobne, z tradycyjnymi rymami, zachwytami nad przyrodą i pastuszkami, zwyczajnie nudne, a Tagore niemalże wyprzedzał swój czas.

Jeden poeta wyłuskany z antologii to i tak pozytywny rezultat; mam jednak jeszcze dwa wiersze-perełki, które chciałabym wyróżnić.

Miguel Anegl Asturias (Nobel, 1967)
Skarb

Dawać to kochać,
dawać stokrotnie, 
wrócić strumieniem
wszelką wody kroplę.

Takich nas stworzono,
by rzucał z nas każdy
do ziemi nasiona, 
a do morza gwiazdy.
Biada kto zapasów,
Panie, nie wyczerpie,
wróciwszy nie powie:
niby próżna sakwa serce moje.
(tłum. Florian Śmieja)

Jaroslav Seifert (Nobel, 1984)

Morze

Kiedy tęsknimy za dalą,
mówimy sobie:
fale-morze-fale-morze,
miłość swą wyznajemy w różowym liście,
a potem dziewcząt włosy całując w miękkie jedwabiście
mówimy sobie: włosów falo-włosów falo.

Dziewczęta się kąpały w morzu przed południem w niedzielę.
Wody i włosy ich w jedną się falę łączą.
Marynarz w gnieździe bocianim
zacznie śpiewać inaczej, weselej.

Fala-za falą-faluje-falują
i na wybrzeżach się kończą.
(tłum. Józef Czechowicz)

Cóż za rytm! :) Przyjemnie było znowu poczytać poezję, uspokaja mnie to i na chwilę "wywija" mnie do środka.

26 marca 2012

Orhan Pamuk - Czarna księga

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2011
Pierwsze wydanie: Kara Kitap, 1990
Stron: 619
Tłumacz: Anna Akbike Sulimowicz

Literacka Nagroda Nobla 2006

Lubię Pamuka, cenię jego niespieszny styl skupiający się na emocjach bohaterów. Niestety, Czarna księga mnie wymęczyła. Dosłownie, ponieważ czytałam ją dobre pół roku. Pierwsze 150 stron minęło mi przyjemnie, moje zainteresowanie zostało podtrzymane. I potem nagle aż trudno było mi się przekonać, żeby otworzyć tę książkę.

Gdyby ktoś mi powiedział: słuchaj, jest taka książka, mówi o byciu sobą, poszukiwaniu własnej tożsamości, wpadaniu w pułapki pamięci. Która traktuje o cudzych słowach zalewających nasz umysł, o udawaniu, graniu nieskończenie wielu ról. Taka powieść z labiryntami, onirycznym miastem, arabską mistyką i tajemniczymi historiami. Więc gdyby ktoś mi tak ją zareklamował, przyklasnęłabym - świetnie, Czarną księgę raz, poproszę! W try miga! To jest jej jedna strona. Druga natomiast nie przedstawia mi się już tak kusząco. Przede wszystkim jest zwyczajnie za długa. Tu muszę przypomnieć, że uwielbiam grubaśne powieści, jednak liczne kartki mają mnie trzymać za poły i nie pozwalać od siebie odejść, a w tym przypadku, to się nawet nie musiałam wyrywać, odkładam ją bez żalu, niemal z ulgą. Jest za długa, przegadana, przesadzona w każdym calu. Miliony dygresji niewnoszących absolutnie nic, ale to nic, choć wiele historii miało tam swój nieodparty urok, gdyby spojrzeć na nie oddzielnie. Co mnie najbardziej denerwowało, to to, że Pamuk z uporem maniaka stosował przecinki. Nawet podtytuł mógłby brzmieć "Chwała przecinkom". Tych okropnie długich zdań (mających po kilkanaście wersów nawet) nie dało się czasem czytać. Do tego wymienianie rzeczowników, oczywiście okraszonych dodatkowo przymiotnikami, czasem nawet z mini-historyjką ich dotyczącą w nawiasie, czy po średniku. Np. Galip snuje się po ulicy, ogląda wystawę sklepu i tu Pamuk raczy mnie opisem przedmiotów, które leżą za szybą. Ale po co? Tego już nie wiem, bo Galip idzie dalej i 90% rzeczy/miejsc, które mija nie mają większego znaczenia. Jeśli jednak mają, to zwieszę głowę w akcie skruchy.
Jak pan widzi, nadal się czołgamy, wstydzimy się przed Europejczykami, i tylko od czasu do czasu tak oddajemy głos, by gdy przyjadą zagraniczni dziennikarze móc z ulgą przyznać, że jesteśmy do nich podobni. (s. 445)
Jedyne co mogę pochwalić w tej książce to parzyste rozdziały, one są felietonami kuzyna głównego bohatera. Narratorem jest Galip, którego żona nagle znika. Ten zaczyna szukać jej po mieście, szybko dostaje też obsesji na punkcie swojego kuzyna, Celâla, który też nie daje znaku życia. Początkowo człowiek jeszcze myśli, że faktycznie on szuka tej dwójki, jednak im dalej w las, tym bardziej sobie uświadamia, że tak naprawdę Galip szuka czegoś zupełnie innego, czegoś niematerialnego. 

Wracając jednak do tych felietonów - stanowią interesujące urozmaicenie w tej flegmatycznej książce, zawierają nieprawdopodobne wręcz historie, zwracają się niemal wprost do czytelnika. Są po prostu doskonale napisane. I jeszcze jedno się Pamukowi udało: naprawdę potrafi pisać o arabskiej mistyce, poezji, religii, kulturze i tej mentalności. Zawsze jak czytam jego książki, mam ochotę rzucić się na dzieła średniowiecznych mistyków w pierwszej kolejności. Fascynująca jest ta kultura i równie smutne jest to, jak zmarnowano tych fenomenalnych kilkaset lat w tak krótkim czasie.
Opowieści o dziełach zapożyczonych przez Zachód od Wschodu i przez Wschód od Zachodu nieodmiennie przywodzą mi na myśl pewne porównanie: jeśli ta kraina snów, nazywana przez nas światem, jest jak dom, którego próg przekroczylibyśmy nieświadomie niczym lunatycy, literatury poszczególnych tradycji są jak zegary wiszące w pokojach owego domu, który staramy się poznać i oswoić. W takim razie:
1. Nonsensem jest twierdzić, że spośród zegarów tykających w tym domu sennych marzeń jedne pokazują czas właściwy, a inne niewłaściwy.
2. Bzdurą jest też twierdzenie, że jeden zegar śpieszy się o pięć godzin w porównaniu z innym (...).
3. Wyciąganie wniosku, że jakiś zegar naśladuje inny, z tego, iż pokazał godzinę dziewiątą trzydzieści pięć, a nieco później drugi również wskazał tę godzinę, także nie ma sensu. (s. 210)
Aha, po trzeciej książce Pamuka już widzę, że ma bzika na punkcie koloru zielonego, śniegu i jeszcze jednego atrybutu, który teraz jak na złość uciekł mi z "ogrodu mej pamięci". Czy czuję się zniechęcona do pozostałych jego książek? Nie, Lessing mogła mieć wpadkę z Podróżą Bena, to i jemu mogła się przytrafić Czarna księga .On się przynajmniej starał, czego o niej nie mogę powiedzieć.

Ocena: 2/6 (z bólem serca)

2 stycznia 2012

Doris Lessing - Piąte dziecko

Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy, 2005
Pierwsze wydanie: The Fifth Child, 1988
Stron: 142
Tłumacz: Anna Gren

Literacka Nagroda Nobla 2007

Jeszcze w starym roku zdążyłam pochłonąć książkę nr 91. Właśnie pochłonęłam, ponieważ przeczytałam ją w kilka godzin, niemal na wdechu. Dostarczyła mi ekstremalnych emocji: od zaciekawienia, przez oburzenie i zimnego strachu aż do palpitacji serca wywołanego zdenerwowaniem.

Lessing po raz trzeci całkowicie mnie rozbraja. Zupełnie nie rozumiem dlaczego niektórzy kwestionują zasadność przyznania jej Nagrody Nobla! Styl ma dopracowany, pomysły nieprzeciętne, a historie nie zatrzymują się na cienkiej skorupce rzeczywistości, tylko wciągają czytelnika głębiej, jak bagno, ujawniając przed sobą pokłady kolejnych warstw. Stwarza oryginalne postaci, a zwłaszcza subtelnie oddaje skomplikowany charakter swoich bohaterek. Nie karmi czytelników czytadłami, tylko Literaturą. Nie twierdzę, że nie ma słabszych książek (jak chyba każdy pisarz), na pewno też na nie trafię, jednak nieodmiennie zaskakuje mnie jej twórczość, wyróżnia się, a moim zdaniem to raczej rzadka cecha. Tym razem zaserwowała mi, jak by się na pierwszy rzut oka wydawało, powieść obyczajową, a raczej opowiadanie zg na swoje niewielkie rozmiary. Historia wydaje się być do bólu zwyczajna: czytelnik obserwuje proces powstawania jednej angielskiej rodziny. korowód świąt, krewnych i kolejnych nowych dzieci. Aż do tego piątego - Bena, który stanowi punkt graniczny dla rozwoju tego zbiorowiska. Jak tama, zatrzymuje on sobą wszystko i od momentu jego pojawienia się, jeszcze w łonie matki, następuje powolny rozpad. W sieci przeczytałam sobie kilka dyskusji na temat tej książki i już sam fakt, że wzbudza ona takie emocje i sprzeczne opinie sprawia, że warto po nią sięgnąć.

Dla mnie jest tam kilka dominujących aspektów. Po pierwsze inność Bena i związane z tym zaburzenie relacji w rodzinie. Kim on jest? Czytając, nie sposób wydobyć z siebie choćby iskry współczucia dla tego dziecka, odrzuca w nim wszystko. Z drugiej strony bardzo zaskoczyło mnie zasianie ziarna wątpliwości czy aby na pewno Harriet (jego matka) postrzegała go obiektywnie. Gdy spojrzy się na tę książkę z tej strony, całkowicie zmienia się perspektywa. Po drugie, fascynujące jest oglądanie jak z tej rodziny odrywane są, warstwa po warstwie, wszystkie łączące ich wcześniej spoiwa. W pierwszych latach wydaja się być jak stal, grzejący się szczęściem, jak czymś faktycznie osiągalnym i na wyciągnięcie ręki. Jakby było ono kwestią wyboru. Gdy powoli nadchodzi katastrofa, okazuje się jak złudne było to wszystko, prowizoryczne, zależne od każdego ogniwa osobno, trzymające się "na słowo honoru". Zdaje się, że szczęście jest istotnym tematem Piątego dziecka. Po trzecie, opis zmian w angielskim społeczeństwie, ale też jego odwiecznych tarć związanych z jego klasowością. Po lekturze przekopałam się przez angielską historię polityczną, ekonomiczną i społeczną, ponieważ od początku wydawało mi się, że wspomniane lata nie są przypadkowe. I faktycznie, interesująco łączą się kolejne zmiany w tej rodzinie z wypadkami historycznymi. Ostatnią ważną kwestią były dla mnie relacja matka-dziecko i społeczne postrzeganie tej drugiej. Harriet wielokrotnie wspomina o swoim odczuciu bycia wiecznie krytykowaną i obwinianą i wręcz uderzyło mnie to jak idealnie to widać w toczących się dyskusjach o tej książce, skupionych wokół... krytykowania tej kobiety. A to, że nie kochała Bena, więc to jej wina. A to, że w ogóle nie kochała swoich dzieci. A to, że była egoistką. A to, że to ona winna jest temu, co się stało z jej rodziną. A to, że była nieodpowiedzialna. I tak dalej. Myślę, że te zarzuty są dość ironicznym komentarzem do poruszonych przez Lessing tematów, ponieważ i tym razem pisarka zaznacza specyficzną pozycję kobiety w świecie. Patrzenie więc na Piąte dziecko tylko pod kątem tej konkretnej rodziny i tej konkretnej matki wydaje mi się trochę niesprawiedliwe i powierzchowne. 

Ocena: 5,5/6

25 grudnia 2011

Pearl S. Buck - Pałac kobiet

Wydawnictwo: MUZA, 2011
Pierwsze wydanie: The Pavilion of Women, 1946
Stron: 400
Tłumacz: Adam Chmielewski

Literacka Nagroda Nobla 1938

Długo wzbraniałam się przed tą książką, ponieważ Cesarzowa mnie trochę zmęczyła, a styl Buck nieco rozczarował. Obawiałam się, że Pałac kobiet będzie powtórką z rozrywki. Jakiś czas temu natknęłam się jednak na bardzo pozytywną recenzję tej książki i doszłam do wniosku, że nie ma co zwlekać, może jednak warto. I okazało się to prawdą. Okazuje się, że Buck z lat 40. potrafiła napisać coś bardzo dobrego, to jej późniejsza twórczość do mnie nie do końca trafiła.

Pewne wątki tej książki zdają się być charakterystyczne dla stylu autorki. Na pierwszy plan wysunięte są kobiety, ich siła, jakiś boski pierwiastek w nich ukryty. Poza tym rodzina, specyfika chińskiej kultury i jej zderzenie z zachodnia mentalnością. Czytelnik ma okazję zobaczyć to wszystko oczami pani Wu, którą poznaje w dniu jej 40-tych urodzin. Ta wielka dama długo czekała na tę chwilę, gdy wreszcie będzie mogła zmienić swoje życie, gdy będzie mogła być sobą. Inna kwestia jest to, gdzie ją to zaprowadzi. Muszę przyznać, że główna bohaterka to jedna z najciekawszych i najlepiej skonstruowanych postaci kobiecych z jakimi się zetknęłam! Wzbudzała wręcz mój bezgraniczny podziw, choć Buck uniknęła jej idealizowania. Po mistrzowsku pokazała skomplikowaną sytuację tej kobiety: mądrej, pięknej, dobrze zorganizowanej. Mogłoby się wydawać, że panuje ona nad całym swym światem bez żadnego wysiłku, każdy jej plan sam się realizuje, może patrzeć z góry na maluczkich, którzy nie dorastają jej do pięt. Jednak ten wizerunek zaczyna mieć rysy, gdy sama Pani Wu widzi, że nie uwzględniła wszystkich czynników ludzkiego świata w swoim projekcie. Szwy zaczynają puszczać, materiał rozchodzi się w rękach. Jej przemyślenia w tym momencie są szalenie ciekawe i wnikliwe.

Moją uwagę zwrócił też sposób autorki na przemycenie małych elementów codzienności w chińskich domach (akcja ma miejsce głównie  w latach 30. XX wieku, tak na moje oko). Np. plucie i załatwianie się na podłodze (sic!), mycie warzyw w przydomowych sadzawkach, relacje między mężem a żoną. Co ciekawe, tym razem język Buck jest bardziej życiowy: zdarzają się przekleństwa, małżeństwa mają prawdziwe problemy (np. niezgodność charakterów), mężczyźni odwiedzają burdel, kobiety podnoszą głowy i zaczynają nieco okazywać własne potrzeby, Chińczycy ogólnie chcą się uczyć i poszerzać swoje horyzonty. Wszystko to jest sprawiedliwie obdzielone między postacie i dzięki temu brak w tej powieści papierowych ludzi o jednowymiarowych charakterach. Praktycznie każdy został obdarzony głębią, paletą cech dla niego typowych, pragnieniami, rozterkami - po prostu duszą. Dla pisarza musi być to nie lada wyzwanie: porozdzielać własne pomysły, a nawet kawałki siebie samego pomiędzy postacie pierwszo-, drugo- i trzecioplanowe. Jest to też interesująca pozycja dla tych z Was interesujących się feminizmem, ponieważ Pałac kobiet delikatnie, ale też w niezwykły sposób dotyka tego tematu.

Ocena: 5-5,5/6

15 listopada 2011

Doris Lessing - Pamiętnik przetrwania

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2007
Pierwsze wydanie: The Memoirs of a Survivor, 1974
Liczba stron: 297
Tłumacz: Bogdan Baran

Literacka Nagroda Nobla 2007

Coś chyba ma Lessing w sobie takiego, że muszę na początku zacisnąć zęby i brnąć dalej w jej opowieść. Czytając Przed zstąpieniem do piekieł wciągnęłam się ok. 50 strony, tym razem wystarczyło ich czterdzieści kilka (ale już znając tę pisarkę, wiedziałam, że powinno mi się to opłacić).

I faktycznie. Są tacy pisarze, którzy już na początku pokazują, że się wyróżniają. Przychodzą mi do głowy takie nazwiska jak Kafka, McCarthy, Beckett, teraz też Lessing. Otwierasz jakiś ich tytuł i od razu wiadomo, że autor nie pisze jak reszta, że nie wiesz, czego masz się tam spodziewać na każdej następnej stronie, i że jest to coś kompletnie innego, od tego, co czytamy w 99 przypadkach na 100. Ich książki nie są przystępne, często nawet nie są zbyt przyjemne. A jednak wiesz, że właśnie doświadczasz czegoś szczególnego, jakąś cząstkę z chyba nieprzemijalnej literatury, która będzie czytana nawet po twojej śmierci. Wydaje mi się, że Lessing ma szansę być w tym szacownym gronie. Mnie po prostu oszałamia jej mądrość, jestem zbyt mała, żeby zrozumieć wszystko, o czym pisze.

Mam problem z napisaniem o czym traktuje Pamiętnik przetrwania. Nie mam zielonego pojęcia. Na pewno nie jest to sf, jak ją zaliczają, ma tylko jakieś śladowe ilości fantastyki w sobie. Formalnie jest główna bohaterka, starsza kobieta, która opiekuje się nastolatką Emily. Czasy są trudne - opisy Lessing przywodzą na myśl powolne umieranie świata takiego, jak go znamy. Panuje anarchia, ludzie wracają do swoich pierwotnych zachowań, miasto pustoszeje. Tak jak w innej jej książce i tu ważna jest ściana: biała, praktycznie pusta, z przebijającą spod farby tapetą w kwiaty. Ona jest "portalem" do tajemniczego miejsca. Wiem, brzmi to wszystko razem jak sen hippisa. Dorzućcie do tego jeszcze pso-kota Emily - żółtą pokrakę o dziwnie ludzkim zachowaniu - i można już zacząć pukać się w głowę ;) Przede wszystkim nic nie jest w tej książce tym, czym się wydaje i zdecydowanie nie jest to propozycja dla czytelników, którzy wszystko odczytują dosłownie, a słowo abstrakcja przyprawia ich o gęsią skórkę. Sama nie miałam wcale skojarzeń z baśnią, jak próbuje to nazywać okładka. Odebrałam ją raczej jaką powieść o właściwościach terapeutycznych; wydawało mi się, że Lessing próbuje się z czymś uporać. Jest tam sporo o starości, o zmianie perspektywy patrzenia na innych, gdy przekracza się pewną granice wieku. Noblistka wtrąca też przemyślenia dotyczące kobiet, ich historii, więc osoby zainteresowane feminizmem również mogą znaleźć tam interesujące ich fragmenty. 
Rzecz w tym, że każdego, kto znalazł się w jej pobliżu, na linii jej wzroku, odbierała jako zagrożenie. Tak właśnie jej doświadczenia, jakiekolwiek byłby, "ukształtowały" ją. Przyłapywałam się na tym, że usiłuję wejść w jej położenie, stać się nią, zrozumieć, jak to się dzieje, że ludzie muszą przechodzić tak ostro obrysowani jej potrzebą krytyki - czy może obrony - i stwierdzałam, że tak robi każdy, ja też, ale ona wzmacnia tę tendencję, wzmaga ją, wyolbrzymia. Kiedy zbliża się do nas ktoś nowy, stajemy się oczywiście ostrożni, bierzemy miarę z tej osoby, wykonujemy tysiąc niewiarygodnie szybkich pomiarów i oszacowań, sytuując jego lub ją we właściwym im miejscu, by wreszcie zakończyć wydanym bez słów wyrokiem: tak, ten jest dla mnie, nie, nic nas nie łączy, nie, on, ona, zagraża nam...uwaga! Niebezpieczeństwo! I tak dalej. Dopiero jednak, gdy Emily tak mi to uwyraźniła, uświadomiłam sobie, w jakim wszyscy żyjemy więzieniu, jak trudne dla każdego z nas jest dopuszczenie w swoje pobliże mężczyzny, kobiety czy dziecka bez obronnego odruchu badania go, bez owej szybkiej, ostrej, zimnej analizy. Reakcja ta jest tak szybka, tak do niej nawykliśmy - być może jej właśnie nauczyli nas rodzice jak pierwszej - że nie uświadamiamy sobie, jak bardzo jej ulegamy. (s. 44-45)
To, co piszę, brzmi nieskładnie, pewnie też mało zachęcająco. Jednak ta powieść zrobiła na mnie spore wrażenie, do Lessing zaczynam mieć coś w rodzaju nabożnego szacunku. Aż człowiek chciałby już być stary jak ona. Na pewno zapamiętam z Pamiętnika jakiś rodzaj czułego dystansu do Emily i, zdawałoby się, że nieopisywalne, zderzenie starości z młodością. Och, chyba nie sposób pisać o tej książce zrozumiale! Do tego dochodzą wszystkie te "wejścia" przez ścianę. To one wg mnie uzasadniają, że nie można patrzeć na tę fabułę jak na punkty A i B połączone prostą linią. Skłaniałam się nawet do wniosku, że te tajemnicze pokoje wyłaniające się ze ściany są wszystkim, ponieważ całość wydarzeń dzieje się w jednej głowie. Remonty, sceny z ludźmi, ogrody - cokolwiek widzi tam główna bohaterka jest odzwierciedleniem tego, co dzieje się w jej życiu, żywo reagującymi na każdą zmianę w świecie zewnętrznym. Czasem natomiast myślę, że to po prostu metaforyczny opis starości, całego tego procesu. Ech, interpretacja tej książki jest piekielnie trudna...

Ocena: 5/6

3 września 2011

Pearl S. Buck - Cesarzowa

Wydawnictwo: MUZA, 2011
Pierwsze wydanie: Imperial Woman, 1956
Stron: 495
Tłumacz: Krzysztof Schreyer

Literacka Nagroda Nobla 1938

O Pearl Buck mówiło się, że tak naprawdę nie zasłużyła na tę nagrodę, że jej twórczość nie jest aż na tak wysokim poziomie, jakiego spodziewamy się po noblistach. Niestety, muszę się z tym zgodzić. Tak to jest, kiedy o przyznaniu nagrody decydują względy polityczne (tu miało to oznaczać solidarność z Chinami najechanymi wtedy przez Japonię) lub jakiekolwiek inne niż sama wartość literacka. Nie chciałabym przegiąć w drugą stronę. To jest porządna proza, powieść historyczna, która, jestem pewna, ma szansę spodobać się zwłaszcza kobietom i fan(k)om kobiecej literatury. 

Mnie w cieszeniu się tą książką przeszkadzał jednak język. Jest zdecydowanie zbyt prosty, a często aż się prosiło o wspaniałe pojedynki słowne czy o większy kunszt pisarski opisujący Chiny. Tymczasem Buck przykładała się tylko we fragmentach przedstawiających stroje, materiały, klejnoty, architekturę, ogrody itd. Skupiała się więc bardziej na pewnych detalach niż na całokształcie, co powodowało zaburzenia czasu akcji. Niektóre sceny zostały przez takie pochylanie się nad przedmiotami i ich pięknem niepotrzebnie wyolbrzymione, podczas gdy ważne momenty w historii Chin zostały przez to potraktowane po macoszemu. Dla mnie za mało było tam polityki, za dużo picia herbaty, kąpieli i opisu jej sukien (niektóre już znałam na pamięć; sporo z nich ma w końcu te same cesarskie motywy).

Sam opis cesarzowej za to jest interesujący. A zobaczenie jej jako człowieka z krwi i kości na zdjęciu (poniżej) jest niemal szokujące. Powieść opisuje życie Cixi, która rządziła Chinami w latach 1861-1908 (wg okładki 1862). Na okładce nazwano ją Tz-u Si (ale wiki mówi o Tz'u Hsi). Nie jest to wcale coś naturalnego w Chinach, bowiem kobieta nie mogła być cesarzową, mogła być tylko regentką, jeśli jej charakter i determinacja jej na to pozwalały. A Jehonala (kolejne jej imię) była naprawdę wyjątkowa; właśnie jej charakter wg mnie Buck opisała najlepiej. Cesarzowa jest kobietą wielu talentów, jest inteligentna, niezwykle uprzejma (nie bez celu), ale też okrutna i mściwa. Wydaje mi się, że Buck mogła ją też trochę wybielić, ale zrobiła to w sposób niebudzący sprzeciwu czytelnika. O Jehonali wiadomo z historii, że była bardzo konserwatywna, nie wahała się mordować dla zdobycia władzy, nawet własnego syna! Pisarka nie ukrywa jej żądzy władzy, jej intryg i zabiegów, ale niektóre sytuacje opisuje trochę inaczej niż wyczytałam w sieci. I choć cesarzowa w istocie zgubiła Chiny swoim zachowawczym spojrzeniem na świat, to jednak Buck bardzo dobrze tłumaczy jej motywy i to chciałabym polecić uwadze tych z Was, którzy skuszą się na tę grubaśną książkę.


Sama mam jeszcze do recenzji jej Pałac kobiet, ale poczeka na razie, muszę od niej odpocząć. Potem jeśli będę jeszcze po nią sięgać, to jedynie po Ziemię błogosławioną, ponoć jej najlepszą książkę, wspomnianą w uzasadnieniu Akademii Szwedzkiej.

Ocena: 4/6

3 sierpnia 2011

J.M. Coetzee - Hańba

Wydawnictwo: Znak, 2006
Pierwsze wydanie: Disgrace, 1999
Stron: 266
Tłumacz: Michał Kłobukowski

Literacka Nagroda Nobla 2003
Nagroda Booker'a 1999

Ociągam się z pisaniem o Hańbie. Czuję się po niej jakby ktoś po mnie grabiami przejechał. Raz na kilka lat zdarza mi się przeczytać książkę w jeden dzień (z tych dłuższych) i to jest właśnie jeden z tych nielicznych przypadków. Kilka godzin praktycznie bezustannej lektury, podczas których trudno było mi tę książkę odłożyć. Na co drugiej okładce można przeczytać zachętę z gazetowej recenzji, że trudno się od danej książki oderwać. Na niej też tak napisano (cytat z The New York Times), tyle że tym razem to prawda. Co więcej, jest to chyba jedyna książka, która po przewróceniu ostatniej strony wywołała we mnie dziwny, fizyczny stan. Kręciło mi się w głowie, wzrosło mi ciśnienie, chciało mi się niemożliwie płakać, choć nie byłam w stanie, zaczęła boleć mnie głowa... Nie mogłam potem zasnąć, nie chciało mi się z nikim rozmawiać.

Hańba jest dziwną książką. Nie mogę o niej powiedzieć "podobała mi się" w takim znaczeniu jak np. mówię o Lamparcie. Ciągle miałam wrażenie, że jej nie rozumiem. Właśnie "nie rozumiem", a nie "nie zrozumiałam". Nic tam nie było takie, jakie bym sobie życzyła, a jednak tłukła mi się ciągle myśl, że to jest wielkie, wybitne. A nawet fabuła brzmi cokolwiek niezachęcająco: starzejący się profesor David Lurie i jego życie zawodowe i intymne, po prostu nieprzyjemny typek w Kapsztadzie. W końcu ląduje na farmie swojej córki i tam jego los diametralnie się zmienia. Staram się uniknąć w tym opisie zbyt wielu konkretów, opisanych zresztą na okładce. Nie lubię wiedzieć z góry co się dzieje dopiero na stronie ok. 75, a potem chyba 110 i może ktoś też tak ma; chcę zgadywać rozwój akcji lub zwyczajnie na niego czekać w tempie narzuconym przez pisarza, bo tylko wtedy jestem w stanie ocenić czy było to przewidywalne.
 - Biedna stara Katy [pies], jest w żałobie. Nikt jej nie chce, a ona o tym wie. O ironio, w całej tutejszej okolicy ma pewnie dzieci, które chętnie gościłyby ją u siebie. Niestety, nie mogą jej zaprosić. Same są tylko częścią umeblowania, systemu alarmowego. Robią nam ten zaszczyt, że traktują nas jak bogów, a my w zamian traktujemy je jak przedmioty. (s. 98)
Kiedy dziś czytałam o Hańbie, uderzyło mnie jak wiele jest w tej nie za długiej powieści. Skupiłam się sama na jakichś dwóch najważniejszych wątkach, a przy kolejnych źródłach przytakiwałam: "faktycznie, jeszcze to; no jasne, jeszcze poezja; o nie, zapomniałam o języku; i przecież te zwierzęta; racja, racja, relacje męsko-damskie" itd. Moim zdaniem świadczy to o tym jak bardzo książka została przemyślana, niczego tu Coetzee nie pozostawił przypadkowi, z niczym nie popłynął. Podziwiam taką postawę. Wielkim momentem było też dla mnie tłumaczenie sobie cytatów z włoskiego i łaciny oraz znalezienie odniesienia do mitologii greckiej i Dantego. Co więcej, jeden z tych cytatów podbudowuje moją własną interpretację tego dzieła. Sunt lacrimae rerum et mentem mortalia tangunt (z Wergiliusza) ma kilka pięknych tłumaczeń: polskie - I pamiątki łzy wyciskają i znikome rzeczy duszę rozczulają (Tadeusz Karyłowski?); angielskie - Here are tears of things and mortal things (sufferings) touch the soul; The world is a world of tears, and the burdens of mortality touch the heart (tłum. Roberta Fragles'a); They weep here \ For how the world goes, and our life that passes \ Touches their hearts (tłum. Roberta Fitzgerald'a). W centrum rozważań autora oprócz hańby stoi też kara, wina, odkupienie. Wielu wskazuje też na relacje międzyludzkie, zwłaszcza między kobietą a mężczyzną, między dzieckiem a rodzicem, między białymi a czarnymi. Stąd tak wielki nacisk na słowa, na ich martwotę i niemożność porozumienia czy zrozumienia drugiego człowieka, wejścia w jego skórę. Wspaniały jest fragment, gdy córka Luriego zarzuca mu, że widzi ją tylko jako drugoplanową postać w jego życiu, bowiem centrum wszechświata jest dla każdego umiejscowione w nas samych. Trudno zapomnieć również o warstwie politycznej i hańbie jaka miała miejsce w RPA, a której pokłosie zbierane jest do dziś. Mnie jednak najbardziej poruszył aspekt godzenia się człowieka z własną śmiertelnością i bezsilnością związaną z tym faktem oraz temat zapomnienia i próba odkupienia win. Lurie'go nie polubiłam, zresztą jak żadnego z bohaterów, jednak powoli zaczynałam go rozumieć, stopniowo rozglądałam się po jego głowie i dochodziłam do wniosku, że nie potrafię go potępić, że w sumie nie jestem lepsza od tego egoistycznego dziada. Osobliwe wrażenie czytać wynurzenia podstarzałego gościa, myślącego często o kobietach, oceniającego je. Ten jeden raz można chociaż poczuć przez chwilę jak to jest spojrzeć na swoją płeć oczami kogoś takiego. 

Rozpatrywałam tę tytułową hańbę na dziesiątki sposobów; o tych nawiązujących do fabuły nie chciałabym tu pisać (chyba, że ktoś, kto czytał książkę, poruszy ten temat), mnie natomiast ona kojarzy się z hańbą ludzkiego życia, tym co robimy z nim, ze sobą, ze światem. Ludzkość w tej powieści pełźnie przez świat jak robak, zarażona jakąś niemocą i bezsensem, a wszystko dąży ostatecznie to do tego, co Coetzee zawarł w ostatniej scenie. Zdaję sobie sprawę, że piszę bełkotliwie, ale po takiej dawce emocji na więcej mnie stać i, jak nietrudno się domyśleć, myśli mam po niej mocno niewesołe.
 Ten dzień jeszcze nie skonał, jeszcze żyje. (s. 126)
Książka dla odważnych, warto się z nią zmierzyć, choć tak wiele to kosztuje czytelnika. Pierwszy raz w życiu mogę się też zgodzić z trochę patetycznym cytatem na okładce "Nieuchronnym przeznaczeniem tej powieści jest wpisanie jej do kanonu literatury światowej klasyki" (znowu The New York Times). Chcę ją powtórzyć, gdy będę stara i pomarszczona jak rodzynka, tak w ramach masochizmu.

Ocena: 6/6

12 lipca 2011

Pär Lagerkvist - Karzeł

Wydawnictwo: ITAKA, 1993
Pierwsze wydanie: Dvärgen, 1944
Stron: 197
Tłumacz: Zygmunt Łanowski

Literacka Nagroda Nobla 1951

Przyznaję się, że jest to jeden z pisarzy, których nie dość, że w ogóle nie znałam, to w ogóle nie kojarzyłam z Nagrodą Nobla. Przypadkowo padło na Karła, zakup kiermaszowy za bezcen. W uzasadnieniu Komitetu można przeczytać, że Lagerkvist otrzymał nagrodę za "siłę artystyczną i absolutną niezależność sądów pisarza, który próbował w swej twórczości odnaleźć odpowiedzi na wieczne pytania stojące przed ludzkością". Fakt, wszystko się zgadza. W tej książce na warsztat wziął kwestię zła.
Ludzie lubią przeglądać się w mętnych zwierciadłach. (s. 193)
Warto zauważyć, że Karzeł pisany był w czasie II wojny światowej, wtedy kiedy wynik wojny nie był jeszcze przesądzony, gdy "siły ciemności" zmieniły obraz świat, a człowiek ponownie nie był w stanie ujarzmić w sobie potworów. I właśnie ten brak nadziei w człowieka, to rozczarowanie naszą naturą przebija przez całą tę powieść. Jest ona pamiętnikiem tytułowego karła rezydującego na dworze swojego pana, księcia. Rzecz się dzieje we Włoszech, możliwe że w XV w. (to tylko moje przypuszczenie). Opisuje on kolejne wydarzenia na zamku, zachowanie księcia i jego dworzan, intrygi, miłostki i wojnę. Uważnie obserwuje ludzi, dziwi się ich zachowaniom. Jest wcieleniem zła, jest nim w czystej postaci. Cieszy go wszystko, co nikczemne, ciemne i ukryte. Czasami potrafi w ludziach dostrzec to, czego oni sobie nie uświadamiają, bywa że rzuci trafną uwagę na nasz temat. Innym razem jest wręcz ślepy na tak oczywiste dla każdego rzeczy, nie dostrzega tych dobrych cech, miłość odczytuje tylko jako pożądanie, nie potrafi poprawnie odczytać czyjegoś wyrazu twarzy, nie rozumie ludzkiej potrzeby śmiechu, który dla niego jest odrażający.
Zauważyłem, że czasami wzbudzam w ludziach lęk. Ale boją się samych siebie. Sądzą, że ja ich przerażam, czyni to jednak karzeł kryjący się w nich, człekopodobna istota o małpiej twarzy, wystawiająca głowę z głębi ich duszy. Ogarnia ich strach, bo nie wiedzą, że mają w sobie inną istotę. W ogóle wpadają w lęk, gdy coś wynurzy się na powierzchnię, wychynie z ich wnętrza, z jakiejś kałuży błota w ich duszach, z czegoś, czego nie znają i co nie ma nic wspólnego z ich rzeczywistym życiem. Gdy nic ie widać na powierzchni, nie boją się, nie lękają się tego, cokolwiek by to było. Chodzą wyprostowani i spokojni, pokazując gładkie twarze bez żadnego wyrazu. Ale zawsze jest w nich coś innego, choć udają, że tego nie widzą, żyją nie wiedząc, że prowadzą równocześnie kilka różnych żywotów. Są tak dziwnie skryci i niezharmonizowani. (s. 23)
Początkowo trudno było mi się przebić przez tę historie, faktycznie proza Lagerkvist'a jest przytłaczająca, gęsta jak bagno; chciałam nawet książkę przerwać. Wytrwałam jednak i nie żałuję, ponieważ ostatecznie doceniłam ją (poza tym przerwać dobrego Lagerkvista, a wytrzymać przynudzającego Le Clezio? trochę głupio, nie?), a pomogło mi w tym uświadomienie sobie, że karzeł nie jest człowiekiem, nie istnieje. Kiedy się spojrzy na niego z perspektywy symbolu, powieść od razu wydała mi się czytelniejsza, jakby otworzyła przede mną kolejne drzwi w sobie. Karzeł jest częścią swojego pana, prezentuje sobą tę część naszej osobowości, o której nie chcemy pamiętać. W tym kontekście warto zwracać uwagę, gdzie akurat on przebywa. Wydaje mi się, że gdy działa ze swojej karlej izby z zamkowej wieży, gdy krąży po jego korytarzach lub gdy jedzie z nim na wojnę, ciesząc się krwawymi bitwami jest po prostu częścią osobowości księcia, a gdy trafia do lochu zepchnięty jest do podświadomości. Może istotnie są tu wyraźne odwołania do Freuda czy Junga, trudno mi to stwierdzić, nie jestem znawcą tego tematu.
Nikt nie posiada samego siebie! Co za ohydna myśl! Nikt nie posiada samego siebie! Wszystko należy także do innych. Czyż nie jest się właścicielem nawet swojej własnej twarzy? Czyż staje się ona własnością każdego, kto ją ogląda? A jak jest z ciałem? Mogąż inni posiadać czyjeś ciało? Mierzi mnie okropnie, gdy o tym pomyślę. (s. 41)
Zdecydowanie chciałabym przeczytać Barabasza, po wydaniu którego Lagerkvist dostał właśnie Nobla, ostatecznie udowadniając swoją klasę.
Miłość i śmierć to ulubione tematy ludzi, nad którymi lubią oni sobie popłakać, szczególnie zaś gdy śmierć i miłość połączą się w jedno. (s. 173)
 Ocena: 4,5/6

10 października 2010

Orhan Pamuk - Cevdet Bej i synowie

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2010
Pierwsze wydanie: 1982
Liczba stron: 740
Tłumacz: Anna Polat

Literacka Nagroda Nobla 2006
Debiut Pamuka wielkości cegły. To chyba dowód jego odwagi, kto by się na początek porwał na napisanie sagi rodzinnej? I to rozpisanej na tyle stron.

Pierwszą moją myślą było: widać, że to debiut. Pewnych chwytów literackich Pamuk nie miał jeszcze opanowanych, znanych mi z jego dojrzałej książki Śnieg, odnosiłam wrażenie, że się na niej uczył i udało mu się to. Zwłaszcza pod koniec Cevdeta czułam pewną ledwo wyczuwalną różnicę w sposobie pisania. Widać w niej już typowe Pamukowskie zabiegi: strumień świadomości w zapisie myśli bohaterów, odnotowywanie nawet najmniejszej zmiany ich nastroju, pytania o abstrakcyjne sprawy podczas wykonywania zwykłych czynności oraz pisanie o kompleksach Turków wobec Europy. Natomiast od czasu tej książki wyraźnie nauczył się pisać dialogi i wprowadzania do fabuły pewnych punktów nośnych całej akcji, aby coś ją przerzucało z punktu A do punktu B. Wszystko wydaje się zrozumiałe, kiedy się człowiek dowie, że Pamuk jak zaczął to pisać miał 22 lata (!) i zajęło mu to 4 lata (stąd dopracowanie stylu rzucające się w oczy w ostatniej części).

Cevdet Bej i synowie podzieleni są na trzy części odpowiadające losom trzem pokoleniom tej rodziny. Fabuła zaczyna się w 1905 roku, a kończy w 1970. Cevdet jest jeszcze stosunkowo młodym kupcem planującym swój ożenek, który zaczyna dostrzegać pierwsze symptomy nadciągających w Turcji zmian. Potem towarzyszymy jego dorosłym dzieciom, poznajemy ich rozterki, problemy, ich próby znalezienia sobie miejsca w zmieniającym się stale kraju. Ostatnia część to już nowoczesny Istambuł na chwilę przed kolejnym przewrotem wojskowym, która poświęcona jest jednemu z wnuków Cevdeta. Ona mi się zresztą najbardziej podobała.

Przeszkadzało mi natomiast brak burz w dziejach Cevdetów, jakichś punktów kulminacyjnych, zdaje się, że Pamuk postawił na coś innego, na coś, co dostrzegłam dopiero pod koniec lektury i wtedy doceniłam. Mam na myśli to jakim organizmem jest rodzina, jak rozterki jednej osoby są niczym na tle kilkudziesięciu lat. Raziły mnie jednak nieraz sztuczne dialogi, które nie dotyczyły nawet niczego konkretnego lub ważnego, ot ludzie przerzucający się słowami. Wielu bohaterów wydawało mi się do siebie zbyt podobnych, przez co nie byli dla mnie dostatecznie wyraziści. Zwłaszcza kobiety są nijakie, w Śniegu autor nie popełniał już takich błędów. Brakowało mi też szczegółów w tle: nie wiem za bardzo jak oni mieszkali, jak się ubierali, rodzinna firma pojawia się w ich rozmowa jako coś ważnego, ale dla mnie była pustym słowem, trudno było mi wyobrazić sobie budynki, ich codzienne życie. Tego było zdecydowanie za mało. Tak samo zresztą jak przypisów od tłumacza (np. dotyczących ustaw wspominanych w tekście). Co się z kolei Pamukowi udało to pokazanie panoramy Turcji na przestrzeni tych lat: nie wielkie i gwałtowne rewolucje, ale malutkie zmiany przemycane gdzieś na kartach, np. psy, które Turcy zaczęli trzymać w domu jak Europejczycy, minispódniczki u kobiet, większa swoboda młodych w towarzystwie ludzi starszych, zdrada w małżeństwie.

Jest to książka dobra, nie najlepsza i nie porywająca, ale dająca szansę docenienia Pamuka teraz, kiedy osiągnął już pełnię swego talentu. Widać w niej czego się od tego czasu nauczył. No i jakby nie patrzeć: ani razu przez te 700 stron nie miałam ochoty jej przerwać. Czytałam ją cały czas z zainteresowaniem, a najbardziej polubiłam Ahmeta z cz. trzeciej.

Ocena: 4/6

Inne książki tego autora:

29 września 2010

Herta Müller - Głód i jedwab

Wydawnictwo: Czarne, 2008
Pierwsze wydanie: 1997
Liczba stron: 200
Tłumacz: Katarzyna Leszczyńska

Literacka Nagroda Nobla 2009

Ciężka pozycja. Müller ciągle wpadała w moje ręce i za każdym razem nie zdążyłam przeczytać jej książki przed terminem jej zwrotu. Tym razem mi się udało. I dobrze, w końcu wstyd nie znać noblistki, niezależnie co się samemu myśli o decyzjach Komitetu.

W trakcie lektury czułam pewien dysonans. Z jednej strony kobieta, która pisze tylko o strachu, o złości, o krzywdach swoich i innych, z drugiej ze zdjęcia patrzyła na mnie mocno umalowana, roześmiana kobieta. Przeczytałam też notki o pozostałych jej książkach i właściwie wszystkie dotyczą tego samego tematu - dyktatury w Rumunii. Wdaje mi się przez to trochę zasklepiona w swoim smutku, we wspomnieniach, jakby była już złamana na całe życie. Nie wiem czy to prawda, mam po prostu takie wrażenie. A znam ludzi też pokiereszowanych przez los w PRL, którzy zostawili to jednak za sobą. Może Herta traktuje pisanie jako formę autoterapii, próbę przetrawienia tego, co się stało. Za młoda jestem, żeby oceniać jej postawę. I przyznaję, że w porównaniu z tym, co pisze o Rumunii, to PRL po 1956r. jawi się jako państwo, w którym jednak dało się jakoś żyć. A ja to mam z nim wspomnienia co najwyżej powiązane z najfajniejszym okresem mojego dzieciństwa. Zresztą, jako dziecko przyjmowałam jako naturalne puste sklepy i kartki na jedzenie, bo nie byłam jeszcze wtedy w wieku, w którym przychodzi zastanowienie. A Müller wspomnienia ma straszne: codzienny strach, okropne traktowanie kobiet jak fabryki dzieci, pokątne mordowanie ludzi, kłamstwa i kult jednostki.

To nie jest proza dla każdego, myślę, że im ktoś młodszy, tym bardziej bym zalecała poczekanie z jej lekturą. Niby to eseje, ale bardzo pachnące prozą, podejrzewam, że jej książki są właśnie w takim stylu. Zmierzę się jeszcze z "Sercątkiem", ale po dłuższym czasie. Czytanie tego siada kamieniem na sercu i ciąży. Trzeba potem odpocząć.

Ocena: 4/6

P.S. Mam okropny kryzys blogowy, bardziej mnie nie ma niż jestem :(

23 sierpnia 2010

Tomasz Mann - Dostojewski - z umiarem i inne eseje

Wydawnictwo: Muza SA, 2000
Pierwsze wydanie: eseje z lat 1921 - 1954
Liczba stron: 283

Laureat Literackiej Nagrody Nobla - 1929

Obok zdjęcie pisarza, okładki w sieci nie ma, jak zrobię zdjęcie, to wstawię. Książka zawiera tylko niewielki dorobek Manna w dziedzinie esejów, jest ich 9. Wszystkie mówią o innych pisarzach i bardzo często o ich dziełach. I tak noblista zachwyca się Cervantesem, Goethem, Tołstojem, Dostojewskim, Czechowem, Kafką i Strindbergiem. Zwłaszcza widać w tych esejach uwielbienie dla geniuszu Goethego, któremu poświęca chyba najwięcej miejsca. Nieustannie stawia koło niego Tołstoja, a to uwypuklając między nimi podobieństwa, a to zaznaczając dzielące ich różnice. Niewątpliwie zachęcił mnie do przeczytania wielu tytułów, które każdy z nas ma w pamięci, ale nie zawsze zdążył jeszcze je przeczytać. W moim przypadku to będzie Don Kichot, Faust, kilka opowiadań Czechowa i właściwie cały Strindberg, który za mną chodzi od lat i nęka mnie, gdzie tylko zajrzę.
Pewnego dnia Gorki ujrzał Tołstoja siedzącego samotnie nad brzegiem morza - ta scena jest szczytowym punktem jego wspomnień. "Siedzi, podparłszy oburącz głowę, między palcami powiewają srebrne włosy brody, patrzy w dal na morze, a do nóg jego posłusznie się toczą i łaszą zielonkawe fale, jakby opowiadały coś staremu magowi... I on również wydał mi się prastarym kamieniem, który ożył i zna wszystkie przyczyny i cele, myśli o tym, kiedy i jaki będzie koniec kamieni i roślinności, ziemi, wody morskiej i człowieka, i całego świata od kamienia aż do słońca. I morze jest częścią jego duszy, i wszystko wkoło powstało za jego wolą, z niego. Wydało mi się, że w nieruchomym zamyśleniu starca jest coś wieszczego, czarodziejskiego... Brak słów na wyrażenie tego, co odczuwałem wtedy; duszę przejmował zachwyt i niepokój, a później wszystko się zlało w przejmującą szczęściem myśl: Nie jestem sierotą na ziemi, dopóki ten człowiek jest tutaj". I Gorki oddala się "na palcach", aby piasek nie zaskrzypiał i nie przeszkodził myślom starca. (s. 148)
Szczególnie podobał mi się esej Podróż przez ocean z Don Kichotem z 1934r., Anna Karenina ( wstęp do wydania amerykańskiego, 1939r.) i Ku czci pisarza z 1940r. o Kafce. Ten pierwszy jest kwintesencją mannowskiego eseju, który do końca esejem nie jest, ponieważ zawiera wspomnienia z podróży do Ameryki. Drugi ukazał mi znaczenia książki Tołstoja, o których nie myślałam w trakcie lektury. Trzeci wyjaśnił mi dobitnie wielkość Kafki i sprawił, że na jego Zamek spojrzałam z nowej perspektywy. Dodatkowym walorem tego zbioru jest liczba anegdot, które Mann przytacza, np. o tym jak Tołstoj wskakuje swojemu rozmówcy na plecy (sic!;) albo jak Goethe przyzwala gościowi wysiorbać mizerię z sosem z talerza ;) Kilka razy się wręcz uśmiałam w trakcie lektury, co równoważy poważne fragmenty esejów, zwłaszcza obszerny i dość ciężki esej Goethe i Tołstoj. No i w jednym z nich znalazłam nowy cytat dla mojego bloga, autorstwa Goethego.

Ocena: 4/6

1 sierpnia 2010

Jean-Marie Gustave Le Clézio - Urania

Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy, 2008
Pierwsze wydanie: 2006
Liczba stron: 239

Literacka Nagroda Nobla 2008

Proszę mi wierzyć, że nauczyłam się nie czytać kiepskich książek do końca i stosuję już od kilku dobrych miesięcy zasadę pierwszych 50 stron. Ale to było wyzwanie. Skoro już mi weszła w ręce z tym wielkim napisem "Nagroda Nobla", to wiedziałam, że trzeba będzie wysmarować recenzję. I jak już ją tak męczyłam, to przyświecała mi też myśl: trzeba ostrzec innych!

Dlaczego? To proste. Wydawca i pisarz robią czytelnika w konia! No bo tak: na okładce naprawdę zachęcająca "zajawka", że będzie o jakiejś utopijnej krainie, ale w naszej rzeczywistości, gdzie ludzie pokazują, że można żyć inaczej. I już byłam pozytywnie nastawiona. Gdybym też Wam dodała, że książka porusza temat (i wcale bym nie skłamała) eksploatacji żyznej meksykańskiej doliny, kontrast między biedotą a bogatymi mieszkańcami, ucieczki do Stanów tych pierwszych, to też można sobie chrząknąć pod nosem "ciekawe, ciekawe, trudne sprawy...". A tu figa! Raz, że autor zalewa nas przeróżnymi wątkami, wcale nie skupiając się nad najciekawszymi. A to jakieś intrygi w akademickim światku, a to związek z niejaką Dalią, a to opis mieszkańców slumsów i bogatej dzielnicy, a to swoją fascynację pewną prostytutką i na okrasę Campos - osadę jakichś neo-hippisów czy Bóg wie kogo. Jakby nie mógł się zdecydować co uwypuklić, a co uczynić tylko tłem głównej opowieści. Poza tym książka jest bezgranicznie nudna, Le Clézio nie jest w stanie zainteresować czytelnika opisywanymi wydarzeniami, nie potrafi przekazać jakichś emocji, które sam pewnie odczuwał. Np. ten związek głównego bohatera, Daniela. Twierdzi, że kocha Dalię, ale ja miałam wrażenie, że jest ona mu całkowicie obojętna, a temperatura tej relacji jest poniżej zera stopni. Do tego jakieś rojenia o biednej prostytutce. A sama Urania (Campos) pojawia się rzadko i niczym nowym nie zaskakuje. Opisy ulic i doliny, które uśpiłyby nawet dziecko z ADHD. Okropność, nie polecam!

Ocena: 2/6

12 lipca 2010

Doris Lessing - Przed zstąpieniem do piekieł

Wydawnictwo: Wydawnictwo W.A.B., 2008
Pierwsze wydanie: 1971
Liczna stron: 331

Literacka Nagroda Nobla 2007

Ta pozycja to nie jest dobry przykład tezy: "przeczytaj pierwsze 50 stron i albo czytaj dalej, albo się dalej nie męcz". Gdybym się poddała, wiele bym straciła. Właśnie ok. 50 strony książka zaczyna wciągać, koło koło 70 już byłam zachwycona, potem mały spadek i 100 ostatnich stron to już z dziką przyjemnością wchłaniałam.

To moje pierwsze spotkanie z tą sławną pisarką i udane, na szczęście (mam tu w pamięci te liczne zachwyty nad jej twórczością). Co tu mówić, Lessing to mądra kobieta, mądrością człowieka pełnego i spełnionego. Tylko pozazdrościć. Jest tak przekonana o tym, co próbuje przekazać czytelnikowi, a jednocześnie robi to w taki subtelny sposób, pozostawiając mu wybór nawet po zamknięciu książki. Bardzo lubię takich nienarzucających się pisarzy.
Tak więc każdy z nas, czy to idąc, czy siedząc, czy śpiąc, przedstawia co najmniej dwie skale czasu opakowane razem jak żółtko i białko w jajku, i kiedy dziecko, któremu dusza daje pierwszy znak istnienia, albo dorosły, który dotychczas miał tylko myśli zwierzęcia, albo zakochany młodzieniec, albo starzec, który stanął wobec śmierci, albo nawet filozof czy człowiek, który mierzy gwiazdy - kiedy ktokolwiek z nich albo ty, albo ja, zada sobie pytanie, które waży dla nich tyle co życie: Czym jestem? Czym jest Czas? Jaki Czas ma dowód na to, że nie jestem śmiertelny jak jesienny jak liść? Wtedy odpowiedzią jest To, co zadaje owo pytanie, znajduje się poza czasem świata... (s. 75)
Książka została porządnie wydana i można bez obaw przeczytać zachętę na okładce, nie zdradza nic, daje tylko wskazówkę. Fabuła krąży wokół losów pewnego profesora, który wylądował w szpitali psychiatrycznym. Nie ma tu opisu jego dni, jakichś specjalnych wydarzeń, dialogów jest raczej mało, trochę listów, które posuwają całą akcję do przodu, a większość rzeczy...jakby to powiedzieć...dzieje się w głowie bohatera lub raczej... no właśnie, tu jest pies pogrzebany. Czytelnik staje przed pytaniem: czy profesor jest szalony, czy nie? Myślę, że odpowiedź na pytanie nie pojawia się po lekturze, tylko już na samym początku czytający ma je w swojej głowie i z takim indywidualnym nastawieniem czytelnik mierzy się z tym tekstem.
Każda jednostka tego gatunku jest zamknięta, albo uważa, że jest zamknięta, w swojej własnej czaszce, w swoim własnym osobistym doświadczeniu, a chociaż wielka część ich systemów etycznych,religijnych i tak dalej zakłada jedność Życia, to nawet ich ostatnia religia, zwana Nauką, która jako najostatniejsza jest najbardziej potężna, rzadko miewa błyski intuicji co do tego, że życie jest Jednością, a i te błyski są słabe. W gruncie rzeczy cechą wyróżniającą tę nową religię oraz powodem, dla którego okazała się niedostateczna,jest nacisk, jaki kładzie na dzielenie, szufladkowanie i segregowanie wszystkiego, a jednym z najbardziej godnych pożałowania jej cech jest podejrzliwość wobec słów i nieudolność posługiwania się nimi. (s. 160)
Co było dla mnie sporym zaskoczeniem to umiejętność Lessing do wypuszczania takich baniek kolejnych opowieści. Jest szaleństwo głównego bohatera, jakiś jego bełkot, potem zaczyna wreszcie wyłaniać się z tego jakaś historia i potem nagle znowu bańka pryska, a my jesteśmy wpuszczani w kolejną bańko - opowieść.
-Więc pan jest również Bogiem?
-Tak samo jak pan.
-Ja nie mierzę tak wysoko, zapewniam pana.
-Głupcze. Nie masz wyboru. (s. 180)
Ocenę obniżyłam tylko za tak długie zwodzenie czytelnika, nie wiem, może mieli skończyć ci cierpliwi ;) Ale męczyłam się bardzo na początku, tylko noblowska rekomendacja skłaniała mnie, żeby dalej w to brnąć. Książkę polecam, stawia ważne pytania i jest, co tu dużo mówić, mądra. Aha, ten tekst z uzasadnienia Akademii "jej epicka proza jest wyrazem kobiecych doświadczeń" to niech se w... znaczy bez komentarza pozostawię.

Ocena: 5/6

2 czerwca 2010

Orhan Pamuk - Śnieg

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2007
Pierwsze wydanie: 2002
Stron: 556

Literacka Nagroda Nobla 2006

Książka z zimą w tle, ale czytelnik nie czuje zimna. Nie czuje też ciepła, w zasadzie. Przez 500 stron jest w jakimś zawieszeniu. Pamiętam swoją myśl, kiedy już czytałam: "chciałabym napisać taką książkę". Ale już po ptakach, napisał ją Pamuk.

Można sobie śmiało przeczytać tekst na tylnej okładce, nic kompletnie nie zdradza i jest dość intrygujący, no, może za bardzo obiecuje jakieś sensacyjne intrygi, zupełnie niepotrzebnie. Ja na pierwszy plan wysunęłabym zderzeniu kultur, co może być dziwne, bo główny bohater też jest Turkiem, tyle że emigrantem, która wraca na jakiś czas do kraju, do mieściny zwanej Kars. Wydaje mi się jednak, że ta książka może wzbudzić takie wrażenie czytana przez osobę z zachodniego kręgu kulturowego. Bo dla mnie to było zmierzenie się z zupełnie inną mentalnością, kulturą, językiem, obyczajowością. Miałam podobne wrażenie, czytając "Bóg rzeczy małych" Arundhati Roy. Po prostu, otwierając te tytuły trzeba przystać na to, że to nie będzie do końca nasz świat, że tam obowiązują inne prawdy i inne zasady. Oczywiście, świat nie staje na głowie, płacz jest płaczem, a gniew jest gniewem. Chodzi mi o warstwę kulturową.

Czytamy o Ka, tureckim poecie, który wraca na jakiś czas do Turcji i jedzie do Karsu w roli dziennikarza. Kars zostaje odcięty od świata przez śnieg na trzy dni. W tym czasie wiele rzeczy się wydarzy... I o tym wszystkim autor zdecydował się napisać książkę po śmierci swojego przyjaciela, Ka, która nastąpiła kilka lat później (ta informacja przewija się przez cały tekst, więc nic nie zdradzam). Miesza się tu polityka, wiara i miłość (a może tylko zauroczenie).
Po raz pierwszy w życiu był tak swobodny. Zapomniał o pragnieniach, których nauczyły go pornograficzne filmy i gazety, obrazach, które kiedyś trzymał na podorędziu wyobraźni, kochając się z innymi kobietami. Przy każdym zbliżeniu z Ipek jego ciało odnajdowało nie znaną wcześniej muzykę, poruszało się w jej rytmie. Co jakiś czas drzemał. We śnie, przesiąkniętym rajską atmosferą letnich wakacji, biegł gdzieś co tchu, był nieśmiertelny, jadł niekończące się jabłko w samolocie, który właśnie spadał na ziemię. I budził się od pachnącej jabłkiem ciepłej skóry ukochanej, patrzył z bliska w jej oczy oświetlone wpadającym przez okno delikatnym miodowym blaskiem latarni i śniegową poświatą. A widzą, że ona także nie śpi i ukradkiem spogląda na niego, czuł że oboje są jak dwa wieloryby odpoczywające na płyciźnie. (s. 393)
Ważny jest w Karsie (całej Turcji?) przede wszystkim stosunek do Boga. My, Europejczycy, nie zdajemy sobie nawet sprawy jak bardzo. Tam nie ma szarości, jest tylko czerń i biel, albo się wierzy, albo nie. Nasza odpowiedź na tę kwestię determinuje wszystko wokół nas. To mi przypomina jedną z książek Ryszarda Kapuścińskiego, już teraz nie pomnę którą. Wspomina, że jest to świat (jakieś państwo Trzeciego Świata), w którym szybko na wstępie znajomości ludzie pytają obcego "czy wierzysz w Boga?" i on wielokrotnie był o to pytany. I nas może to dziwić, dla nas to już kwestia osobista, wręcz intymna, ale dla dużej części świata to nie jest sprawa prywatna, tylko konieczna do ustalenia. Bardzo, bardzo podobało mi się jak Pamuk do pokazał, i to tak, żebym ja, z Europy, to dobrze zrozumiała.
Wyrównaj z obu stron
Podczas lektury przypomniały się mi też te debaty ze studiów dotyczące tego, czy Turcja powinna zostać przyjęta do Unii Europejskiej. Ta książka w żadnym razie nie odpowiada na to pytanie, pozwala jednak zastanowić się jak bardzo ten kraj odbiega jednak od kultury judeo-chrześcijańskiej. Jakie są istotne różnice między nami. Jest taki moment w Śniegu, w którym fikcja miesza się z rzeczywistością (autor sugeruje, ze wszystko zdarzyło się naprawdę, ale nie mam pojęcia jaka jest prawda), gdy jeden z bohaterów przemawia do Europejczyków, żeby nie czuli się tacy pewni, że znają Turków, żeby nie czuli do nich litości, nie wyobrażali sobie, że mieszkańcy Karsu są ciepłymi, miłymi ludźmi, bo w rzeczywistości ich nie znają i nie mogą nic o nich powiedzieć. Ja jednak ani przez chwilę nie udawałam przed sobą, że wiem coś więcej o Turcji, niż faktycznie wiem. Różnice kulturowe fascynują mnie, uwielbiam czytać o nich, bo nie są ani dobre, ani złe. Po prostu są i ich istnienie powinno być dla ludzi naturalne. Cieszę się, że usłyszeliśmy głos Turka piszącego w ten sposób o swoim narodzie, o ich stosunku do nich samych, o ich kompleksach jakby nie patrzeć i dumie.
Kiedy ci tam, w Europie, piszą wiersze albo śpiewają piosenki, oni są ludźmi, a my tylko mułzumanami. Jeśli my napiszemy, to będzie to poezja etniczna. (s. 359)
Szczerość uznałabym chyba za główną cechę tej książki. Od razu rzuca się w oczy całkowita zgoda autora na ujawnianie stanów emocjonalnych głównego bohatera i swojego, kiedy już wkracza na scenę. Nie pamiętam, żebym czytała coś takiego. Odnotowana jest każda, choćby najdelikatniejsza, zmiana nastroju, cała paleta jego odcieni, nic nie kryje się przed oczami czytelnika. Wydawało mi się, że może kobieta mogłaby tak pisać, a tu niespodzianka... Pamuk pisze ładnym językiem, mimo wiosny, łatwo było mi wyobrazić sobie to miasteczko otulone śniegiem, zabiedzone budyneczki, kryjówki islamistów, herbaciarnie i czarnego psa pałętającego się na dworcu. Pół oceny w dół poszło tylko za nieco siadającą końcówkę.
Co ja robię na tym świecie? - pomyślał Ka. - Jaki ten śnieg jest marny z oddali i jaki ja jestem marny. Człowiek żyje, starzeje się, znika.
Czuł, że istniał tylko w połowie, że druga połowa ulotniła się gdzieś, obumarła - mimo to wciąż kochał siebie, wciąż z troską patrzył na drogę, jaką wytyczało mu życie. Jakby sam był płatkiem śniegu. (s. 111)
I jeszcze jedno. Poezja. Poeta w Karsie napisał 18 wierszy, o których duże pisze narrator i to w taki sposób, że mamy już ochotę sprzedać własną matkę, byleby tylko dane nam było je przeczytać! Ech, może znajdę kiedyś ten zielony zeszyt Ka...
Zatytułował go Śnieg. Później, rozmyślając o tym, jak powstał, skojarzył go z płatkiem śniegu, który w jakiś niezwykły sposób stał się odzwierciedleniem jego życia. Jeśli istotnie tak było, wiersz ten powinien się znajdować jak najbliżej środka śniegowego płatka, punktu objaśniającego logikę całego istnienia. I tak jak trudno jest teraz rozstrzygnąć, co powodowało Ka, gdy pisał ten wiersz, tak trudno jest stwierdzić, czy do owego wniosku doszedł nagle, czy też wniosek ów był następstwem tajemnej symetrii życia. (s. 113-114)
Ocena: 5,5/6

Inne książki tego autora:

13 kwietnia 2010

Projekt Nobliści

W związku z dokooptowaniem mojej osoby do tego ciekawego wyzwania, melduję, że dotychczas przeczytałam książki 22 autorów. Postawiłam im 6 szóstek i wyróżniłam je kolorem zielonym. Fioletowy kolor oznacza, że jeszcze przeczytam i/lub dokończę coś tych autorów. I tak:

  • Henryk Sienkiewicz: Janko Muzykant, Latarnik, Krzyżacy (oceny: 4) oraz Ogniem i mieczem, Quo vadis i W pustyni i w puszczy (oceny 6). Bardzo lubię tego autora, wielki talent, nawet kiedy pisze z tezą, robi to wyśmienicie. Quo Vadis to była pierwsza książka, nad którą wylewałam łzy.
  • Knut Hamsun: Błogosławieństwo ziemi (5) i Głód (3), świetny pisarz, polecam się zapoznać. Historię rolników czytałam od deski do deski, ja mieszczuch, nie wiedzieć czemu.
  • Sigrid Undset: Krystyna, córka Lawransa (5,5) Wspaniały styl, wciągająca książka, oddanie realiów historycznych.
  • Thomas Mann: Czarodziejska góra (nie skończyłam, chcę powtórzyć) Ciężka pozycja, chyba byłam za młoda na to wtedy.
  • Herman Hesse: Demian (2), Baśnie (3) i Wilk stepowy (6) "Must read" w wieku -nastu lat.
  • André Gide: Lochów Watykanu (4) Solidne, ale bez większych wrażeń.
  • Thomas Stearns Eliot: Ziemia jałowa (chcę powtórzyć) Byłam za młoda!
  • William Faulkner: Światłość w sierpniu (4) Gorące, lepkie, ciężkie południe Stanów Zjednoczonych, byłam wykończona po lekturze.
  • François Mauriac: Kłębowisko żmij (4) i kłębowisko emocji, na pewno coś przeczytam jeszcze tego pana.
  • Ernest Hemingway: Komu bije dzwon (nie skończyłam), Stary człowiek i morze (2) Nie znoszę tego pisarza, książki dla mężczyzn, mnie taki minimalizm w powieściach razi, nie potrafiłam utożsamić się z żadnym bohaterem ani nikogo choć trochę polubić.
  • Albert Camus: Obcy (5), Dżuma, Upadek (oceny 4) Powieść i filozofia w jednym.
  • John Steinbeck: Na wschód od Edenu (5) Wspaniała książka z jeszcze lepszą filozoficzną końcówką.
  • Samuel Beckett: Czekając na Godota (4), Końcówka (4,5) Dobre, męczące, ale dobre.
  • Aleksander Sołżenicyn: Jeden dzień Iwana Denisowicza (4,5), Odział chorych na raka (6) Geniusz...
  • Saul Bellow: Herzog (1) Nigdy więcej nie sięgnę po książkę tego autora, wynudziłam się strasznie, wydumane do bólu to było według mnie.
  • Czesław Miłosz: trochę tomików, ale ich nazwy zatarły mi się w pamięci (zamierzam go jeszcze poczytać) Nagroda w pełni zasłużona.
  • Gabriel García Márquez: Szarańcza, Nie ma kto pisać do pułkownika (oceny 4), Zła godzina (5), Sto lat samotności (6), Kronika zapowiedzianej śmierci (4,5), Generał w labiryncie (3,5), O miłości i innych demonach (5) Realizm magiczny bardzo mi odpowiada.
  • William Golding: Władca much (5) Polecam, książka się w ogóle nie zestarzała.
  • Claude Simon: Droga przez Flandrię (2,5) Strasznie męczyłam się przy tej książce, bardzo wymagająca literatura. Jednak coś we mnie zostawiła, do dziś pamiętam obraz martwego konia, spadających kropel i to przygnębienie...
  • Wisława Szymborska: sporo tomików, ale ich nazwy zatarły mi się w pamięci (zamierzam ją jeszcze poczytać) Nagroda w pełni zasłużona.
  • José Saramago: Miasto ślepców (5) Duży talent.
  • Günter Grass: Blaszany bębenek (2) Oj nie, Grass mi wyjątkowo nie leży.
Listy do przeczytania jako takiej nie robię. Chciałabym przeczytać choć jedną książkę każdego autora, czasem też przeczytać inne książki pisarzy już mi znanych (dlatego też brak ograniczenia czasowego w tym przypadku jest świetnym pomysłem!).

* obraz: Hugo Simberg Garden of Death