Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura współczesna zagraniczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura współczesna zagraniczna. Pokaż wszystkie posty

24 marca 2020

Jostein Gaarder - Dziewczyna z pomarańczami

Wydawnictwo: Jacek Santorski & Co, 2007
Pierwsze wydanie: Appelsinpiken, 2003
Stron: 142
Tłumaczka: Iwona Zimnicka

Bardzo lubię Gaardera. Poznałam go w późnej podstawówce, czytając Świat Zofii, książkę, która wprowadziła mnie do filozofii, pokazała zachwyt nią, zachwyt światem myśli. Jestem mu za to wdzięczna. Swój egzemplarz mam do dzisiaj, kiedyś, mam nadzieję, przeczyta go moja córka :) Miło mi stwierdzić, że Gaarder to nie jest pisarz jednej książki, ponieważ Dziewczyna z pomarańczami, to też wapniała pozycja i do tego podszyta nutą filozoficzno - egzystencjalną.

Bohaterem, co może zaskoczyć, jest chłopiec, 15-letni Georg, który niespodziewanie dostaje list napisany do niego przez jego zmarłego wiele lat wcześniej ojca. To list pisany przed śmiercią, którego intencją było dogonić syna w przyszłości i zadać mu fundamentalne pytanie. Ale jakie konkretnie, nie odkryję przed Wami, ponieważ sporo frajdy jest w odkrywaniu tego podczas lektury. Autor listu dąży to tego, opowiadając historię tytułowej dziewczyny z pomarańczami. Dojście do puenty jak i zrozumienie przekazu tej opowieści w powieści dało mi też wiele wzruszeń. 

Nie próbuj mi wmawiać, że natura nie jest cudem. Nie opowiadaj mi, że świat nie jet baśnią. Ktoś, kto jeszcze tego nie zrozumiał, być może pojmie to dopiero wtedy, gdy baśń zacznie się kończyć. Wówczas człowiek ma ostatnią szansę na zerwanie klapek z oczu, ostatnią okazję na to, by przetrzeć oczy ze zdumienia, ostatnią możliwość, by ulec temu cudowi, z którym trzeba się pożegnać i który trzeba opuścić. (s. 109)

Książka ta może skłonić do wielu refleksji, smutnych i nie, według osobistych przemyśleń. Spora jej część dotyczy spraw fundamentalnych, takich jak godzenie się ze śmiercią. Doskonale wpisuje pewne egzystencjalne rozważania w przystępnej formie, która nie jest suchym, akademickim zapisem, tylko odnosi się do naszych indywidualnych przeżyć. Przychodzi moment, gdy czytelnik mimowolnie sam sobie zadaje to samo pytanie, jednak odpowiedź na nie może zająć wiele czasu, jak nie całe życie. Warto podkreślić, że lekki ton tej powieści ani nie narzuca tak zwanej "odpowiedzi prawidłowej", ani nie sprawia, ze odpowiedź jest oczywista dla głównego bohatera, co jest szczególnie godne docenienia, ponieważ Dziewczyna z pomarańczami jest często zaliczana do literatury młodzieżowej. Tak samo odpowiedź każdego czytelnika może nie nasuwać się od razu, a wymagać czasu i autorefleksji.

Ocena: 5,5/6

17 kwietnia 2017

Milan Kundera - Nieznośna lekkość bytu

Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1992
Pierwsze wydanie: Nesnesitelná lehkost byti, 1984
Tłumacz: Agnieszka Holland
Czyta: Marek Barbasiewicz
Audiobook: 8:47:06
Nagranie: Zakładu Nagrań i Wydawnictw Związku Niewidomych w Warszawie, 1997

Nieznośna lekkość bytu od wielu lat widniała na mojej liście "must read". Z 15 lat temu z biblioteki pożyczyłam inną powieść Kundery, Żart, ale lektura mnie nie wciągnęła i książkę oddałam nieskończoną. Obawiałam się, że może ten autor mi nie podejdzie i dlatego tak zwlekałam z jego najsławniejszym dziełem. Odkąd jednak zaczęłam słuchać audiobooków w weekendowe poranki, to tak nie wybrzydzam.

Bez dwóch zdań: Kundera mnie zaskoczył. Opis fabuły był dla mnie mało zachęcający - historia losów czterech osób w czeskiej Pradze, w tle wydarzenia z Praskiej wiosny 1968 roku. Od razu przychodzi mi na myśl Hańba Coetzee, której opis też wydaje się jak zapowiedź nic nieznaczącej nudy. W obu przypadkach autorzy robią psikusa czytelnikowi, ponieważ w książkach zaskakuje wszystko: i język, i poprowadzenie akcji, i przemyślenia autora, i wiele innych elementów.
Tylko to, co konieczne, jest ciężkie, tylko to, co waży, ma wartość.
Nieznośna lekkość bytu skupia się na czterech bohaterach: lekarzu Tomaszu, jego partnerce Teresie, kochance Sabinie i jej kochanku Franzu. Brzmi to wszystko jak wprawki do Mody na sukces, ale zapewniam, książka nie ma w sobie nic powierzchownego. Co mnie zadziwiło w pierwszym z nią kontakcie to pogłębiona psychologia postaci. Odniosłam wrażenie, że Kundera nie opisywał tworów swojej wyobraźni, lepiąc je na swoje podobieństwo lub kształtując według potrzeb, ale po prostu wydobył je z nicości bez żadnych ingerencji, jakby musiał ich przyjąć takimi, jacy już byli, a on ich tylko wpuścił na karty swojej powieści... Nawet Teresa, na którą najbardziej się zżymałam i załamywałam ręce nad jej uległością, ostatecznie okazała się niesztampową kobietą, mającą swoje zainteresowania, swoje zakamarki duszy niezaanektowane przez Tomasza. A ten z kolei to istny kalejdoskop, co przesunie się nieco kąt patrzenia, to Tomasz wydobywał z siebie kolejne pokłady osobowości (choć ogólnie facet z niego dość antypatyczny). Sabina to chodząca tajemnica. Jej kochanek Franz za to zajmuje w książce najmniej miejsca i najmniej zostawia po sobie wrażeń.
Czy wydarzenie nie jest tym bardziej znaczące i wyjątkowe, im więcej potrzeba było przypadków, aby mogło nastąpić? Tylko przypadek może wyglądać jak wysłannik losu. To, co jest nieuchronne, czego się spodziewamy, co powtarza się codziennie, jest nieme. Tylko przypadek do nas przemawia. Staramy się czytać w nim, jak Cyganki odczytują przyszłość z fusów na dnie filiżanki.
Gdy zabierałam się za czytanie (właściwie słuchanie), obawiałam się, że tło polityczne, będzie główną osią fabuły, a wszystko zostanie temu podporządkowane. Zupełnie bezpodstawnie. Kundera bardzo zgrabnie wplótł w całość politykę, wszystko to jest nienachalne, a jednak mające swoją określoną rolę. Wpływa ona na losy bohaterów, nie w stylu ciężkich przeżyć, więzień czy traum, ale jako przyczyna ich różnych decyzji czy lupa, która pokazuje jakiś rys ich osobowości. O wiele ważniejsze są w Nieznośnej lekkości bytu przeróżne rozważania autora czy to o ludzkim życiu, miłości, czy seksie, ale też wiele rozważań w zasadzie filozoficznych, którymi pisarz mnie bardzo ujął. 

Podsumowując, słuchało się wspaniale. Pan Marek Barbasiewicz to lektor idealny. Gorąco książkę polecam.

Ocena: 5,5/6

3 stycznia 2017

Jonathan Littell - Łaskawe

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2008
Pierwsze wydanie: Les Bienveillantes, 2006
Stron: 1039
Tłumacz: Magdalena Kamińska-Maurugeon

Dziwna sprawa z tą książką. Spodziewałam się sama nie wiem wiem czego, jakiegoś objawienia? O Łaskawych mówiło się albo bardzo dobrze, albo bardzo źle. Przezimowała w moim schowku dobre kilka lat, a gdy dołączyłam do DKK dostałam ją do przeczytania i... jako jedyna skończyłam ;) Z poświęceniem, warto dodać, bo choć strasznie na nią psioczyłam, to uparcie czytałam przez całe 9 miesięcy. Coś mnie przy niej trzymało. Może chęć przekonania się jak Littell to zakończył, a może tytuł. No dziw nad dziwy, że się nie poddałam.

Zniechęcało mnie w tej książce dokumentnie wszystko z głównym bohaterem na czele. Łaskawe to przewrotna powieść - fałszywe wspomnienia niemieckiego oficera, szczerego wyznawcy nazizmu, opis jego życia, wojny, przeżyć wewnętrznych i przemyśleń. Historia wyjątkowa sucha, zimna, chrzęszcząca jak piasek w zębach. Moje skojarzenie to mróz, śnieg, zmarznięte pola, gołe drzewa, białe, ciężkie niebo, zapewne dlatego, że sporo wydarzeń dzieje się w takiej właśnie scenerii.

Zachodziłam w głowę po co pisarz napisał tę książkę? Po co tak męczył czytelnika, po co użył tego, czy tamtego zabiegu literackiego... Ciągle miałam nadzieję, że zakończenie i tytuł mi to wyjaśnią, ale wcale tak nie było (Łaskawe to inaczej Erynie). Nie twierdzę, że nie ma w tym żadnego sensu, jednak nadal ta książka to dla mnie zagadka. Najchętniej mocno bym ją okroiła, ponieważ wystarczy o wiele mniej stron, aby pokazać biurokrację, mechanizmy wojny, zrzucanie z siebie odpowiedzialności. Wystarczyłoby o wiele mniej postaci (jest ich chyba kilkaset). Max Aue jest osobliwym wyborem jak na głównego bohatera. Jest oficerem SS, jest gejem, jest wykształcony i inteligentny, zdolny do autorefleksji, zainteresowany filozofią, językoznawstwem i prawem. Mocno pokręcony przez dzieciństwo, trudne relacje z matką, sekretną miłość do własnej siostry. Przekonany o słuszności sprawy. Jednocześnie niemający złudzeń co do wielu rządzących osób, ich zdolności intelektualnych, rozważający wszystko na zimno jakby jego to nie dotyczyło. Angażuje się w działanie machiny śmierci i szaleństwa, ale jakby nie łączył tego z realnym życiem konkretnych osób. Bestialstwo oburza go tylko w indywidualnych konkretnych przypadkach, ale w skali państwowej jest dla niego naturalne i zrozumiałe. 

Obawiałam się, że książka zaleje mnie opisami wojennych okropności: mordowanych Żydów, gwałconych kobiet, dręczeniem dzieci itd. Momentami wstrzymywałam oddech, gdy akcja skręcała w stronę jakiegoś mieszkańca wschodniego miasteczka. Littell zrezygnował z tego. Oczywiście, nie do końca, w końcu przeprowadził nas przez piekło wojny, ale jednak piekło widziane oczami esesmana, a nie ofiary. Jest tam kilka scen, które zapadają w pamięć, jak ta, w której Żydzi idą w kierunku masowego grobu, ulegle, biernie, do ostatnich sekund wierząc, że akurat im uda się uniknąć tego losu. Część poświęcona Leningradowi. Przeprawa z Pomorza do Niemiec. Kiedy jednak wspominam całość, uderza mnie, że najlepiej pamiętam zupełnie inne fragmenty jakby to właśnie je umysł uznawał za najważniejsze. Rozmowy Maxa z przyjacielem, samotny pobyt w domu siostry, praca w bombardowanym Berlinie... 

Ach, gdybym tylko zrozumiała po co to wszystko. Autor ani nie chce przykładnie ukarać swojego bohatera coby czytelnik trochę ulgi zaznał, ani nie chce pastwić się nad Niemcami. Czyżby było to aż tak banalne, że każdy jest zdolny do zła? Że gdy dzieje się ono na taką skalę rozmywa się odpowiedzialność? Że machina rusza napędzana dokumentami, decyzjami, rozkazami, biurokratycznymi przepychankami itd. i toczy się niemal sama? Nie satysfakcjonuje mnie takie rozwiązanie...

Oceniłam tę książkę nisko, naprawdę mnie momentami dobijała. Teraz, kiedy to piszę, wydaje mi się chyba bardziej ciekawa i tajemnicza niż taka faktycznie była, gdy ją czytałam. Oceny nie zmieniam, nawet jeśli dużo można o niej powiedzieć i napisać, to jednak nigdy nie zapomnę tego, jakim wysiłkiem było dla mnie przeczytanie choć kilku stron ciurkiem.

Ocena: 2,5/6

15 sierpnia 2016

W telegraficznym skrócie 7

Odkładałam, odkładałam i tak wyszło. Przed wyjazdem wakacyjnym machnę więc taką notatkę, dzięki której ten mały stosik zniknie mi sprzed oczu i z sumienia.

Larry Niven - Pierścień (cz. 1), Budowniczowie Pierścienia (cz. 2)

Nagroda Nebula 1970
Nagroda Hugo 1971
(nagrody dotyczą cz. 1)


Pierwsza odsłona cyklu wydała mi się intrygująca i oceniłam ją jako solidną porcję SF. Świetny dobór postaci i konsekwencja w opisaniu ich tak odmiennych temperamentów i osobowości. Oś fabularna bardzo pobudza ciekawość: oto w kosmosie znaleziono Pierścień, sztuczny twór "osadzony" wokół ujarzmionego Słońca. Jego badanie przynosi więcej pytań niż odpowiedzi. Nawet jeśli Niven zaliczył jakieś wpadki, których czytelnicy nie omieszkali mu wypomnieć, to jednak całość jest bardzo dobrą powieścią i wyobrażam sobie, że na przełomie lat 60. i 70. całkiem świeżą co zaowocowało nagrodami. 
Druga część, to już jednak rozczarowanie. Napisana dość niechlujnie, brak w niej spójności, zrozumiałych, plastycznych opisów. Irytowały mnie ciągłe wtrącenia dotyczące seksualności Luisa Wu, relacje między bohaterami spadły na dalszy plan ze szkodą dla książki. Cykl liczy 4 tomy, ale zamierzam sobie darować czytanie pozostałych części.


H.P. Lovecraft - Najlepsze opowiadania (Tom 1)

Pierwszy dla mnie kontakt z tym klasykiem SF i to bardzo udany. Zaskoczył mnie poziomem swojego warsztatu. Spodziewałam się czegoś o wiele prostszego. A tymczasem Lovecraft zręcznie operuje językiem, tworzy wyszukane zdania, lubuje się w precyzyjnie wybranych przymiotnikach, jest bardzo wewnętrznie zdyscyplinowany i skrupulatny, po jego twórczości widać, że dużo od siebie wymagał. Poważny stosunek do swojej pracy daje efekt łatwości kreowania atmosfery, np. Na zachód od Arkham wznoszą się dzikie wzgórza, a doliny porastają głębokie lasy, których jeszcze nigdy ne tknęła siekiera. Są tam też mroczne, ciasne wąwozy, a w nich fantastycznie pochylone drzewa i sączące się wąskie strumyki, gdzie nigdy nie dociera słońce. Na łagodnie opadających zboczach przycupnęły farmy - stare, kamienne, omszałe chaty - i pod osłoną ogromnych występów skalnych dumają wieczyście nad prastarymi tajemnicami Nowej Anglii (...). [s.67, Kolor przestworzy]. To opowiadanie spodobało mi się właśnie najbardziej i zdecydowanie czuję się zachęcona do sięgnięcia po więcej. Pisarz ten unika oczywistości i wspaniale żongluje archetypami, a i tak jest niezwykle oryginalny w kontekście rozwiązań fabularnych.
Co mnie jedyne zmęczyło, to zbyt drobiazgowe i długie opisy geometryczne (budynki, rejony itp.).


David Gilmour - Klub filmowy

Książką zainteresowała mnie swego czasu padma. Na jej blogu znajdziecie szerszy opis fabuły, a w skrócie chodzi o to, że ojciec zgadza się, aby 15-letni syn rzucił szkołę pod warunkiem, że będą razem oglądać 3 wybrane filmy tygodniowo, a syn nie będzie brał narkotyków. Jest to powieść, ale oparta na historii samego autora i jego syna! Odwaga, to pierwsze co przychodzi na myśl :) Ojciec często zagryza usta i ma milion rozterek pod tytułem: czy aby nie zmarnowałem własnemu synowi życia... Mnie najbardziej zainteresowały same filmy i ich dyskusje po nich, choć bywa i tak, że syn nawet słowem niczego nie skomentował, za to uwagi ojca, krytyka filmowego, przykuwały moją uwagę. Na końcu książki jest zresztą lista tytułów, obejrzałam ich sporą część, ale trochę  inspiracji na przyszłość też się znalazło. Bardzo podobał mi się brak dydaktyzmu w Klubie filmowym. Historia w ogóle nie wpada w jakieś utarte koleiny, jak w życiu, nastolatek okazuje się wcale nie być plasteliną w rękach rodzica, nie wszystko dzieje się tak, jak może byśmy chcieli, choć jak się okazuje, ani to dobre, ani złe. Naprawdę ciekawa pozycja.

15 marca 2016

Kazuo Ishiguro - Nie opuszczaj mnie

Wydawnictwo: Albatros, 2011
Pierwsze wydanie: Never Let Me Go, 2005
Stron: 320
Tłumacz: Andrzej Szulc

Zaczęłam pisać o tej książce już w telegraficznym skrócie 6, ale, gdy zorientowałam się, że mam jednak nieco więcej do powiedzenia na jej temat od pozostałych książek, zdecydowałam się poświęcić jej osobny post.

Okładka według mojej oceny - okropna, nie dość, że filmowa, to jeszcze z Keirą, której naprawdę nie znoszę. Dopisek "poruszająca utopia" niweluje jednak te niedostatki i zachęca :) Zaczynam czytać i ze wspomnień głównej bohaterki Kathy poznaję wychowanków szkoły z internatem Hailsham. Dziwne dzieciaki, niby zwyczajne, jak wszędzie, ale coś tam się podskórnie dzieje, np. zachęcane są przez nauczycieli do tzw. wolnej miłości, dorastają w atmosferze niedopowiedzeń i tajemnic, jakiegoś celu ich życiu, który jest zaledwie zarysowany, ale bardzo długo nie nazwany po imieniu. Utopia? trochę tak, daleka przyszłość? nie, koniec XX w., science - fiction? powieść ledwo się ociera o ten gatunek, ale nie tu jest jej punkt ciężkości.

Książka ta na pewno jest wciągająca, na pewno ciekawa i na pewno aż chce się poznać koniec, ponieważ opowiada interesującą historię. To plusy. Dorzucę do nich, że jest poprawnie napisana, styl nie razi, choć też nie zachwyca, zdania nie zapadają swoim pięknem w pamięć i po kilku miesiącach tego "szczegółu" już się nie pamięta (wybaczcie mi mój snobizm, może jestem językową purystką, ale styl książki ma dla mnie ogromne znaczenie i zawsze wpływa na jej ocenę). Z minusów jestem zmuszona wymienić dziwne zabiegi autora: sili się na przykład na ukrywanie przed czytelnikiem jakiejś wielkiej tajemnicy wśród uczniów szkoły z internatem, ale robi to tak nieumiejętnie, że chyba większość z nas szybko się domyśla o co chodzi, niespodzianki więc brak. Poza tym główna bohaterka jest chodzącą fotograficzną pamięcią, ponieważ wszystko co wspomina (a wspomnienia to większość opowieści) opisane jest z każdą najmniejszą drobnostką, subtelną zmianą nastroju sceny, mimowolnymi gestami i mimiką twarzy. Nie uwierzyłam w to. Najbardziej jednak mnie niemile zdziwiło, że psychologia bohaterów wydała mi się mało logiczna. Nastolatki i zero buntu? Zagrożenie życia i nadal brak reakcji? Nie chciałabym tu za bardzo zdradzać tego, co jest sednem powieści, ale wydało mi się to mało prawdopodobne z psychologicznego punktu widzenia. Moim zdaniem pranie mózgu od małego nie wyjaśnia wszystkiego. A może jestem po prostu naiwna i dziwnie wierzę, że ludzie naturalnie dążą do wolności i samostanowienia wbrew wszystkiemu? 

Wiem, że moja ocena jest pewnie dość surowa, książka bowiem dostawała raczej dobre recenzje i pamiętam, że miała swój szczyt popularności kilka lat temu. Nie zrażajcie się, czytało się ją ciekawie, a ja po prostu jestem skłonna zaniżyć ocenę niż ją niepotrzebnie zawyżyć ;) W końcu jednak dała mi one pewne pole do zastanowienia i stąd ten post. Nie opuszczaj mnie ma też wysoką ocenę na biblionetce.

Cena: 3,5/6

10 marca 2016

W telegraficznym skrócie 6

Joyce Carol Oates - Czarna topiel

Trzymałam tę książkę w swojej bibliotece 3 lata, przetrwała każdą ostrą selekcję w tym czasie. Czy było warto? Nie. Miałam przekonanie, wyniesione z innych blogów, że "Oates wielką pisarką jest", a w każdym razie cenioną i warto ją znać, ja się jednak rozczarowałam. Nie jest ona oczywiście grafomanką, piszącą o niczym, warsztat ma jak najbardziej porządny. Jednak 133 strony o tonięciu samochodu to było dla mnie za dużo o jakieś 100... No ile można. Niektórzy chwalili jej budowanie nastroju, stwarzanie dusznej atmosfery, która sprawia, że czytelnikowi też brakuje powietrza, ja tego jednak nie odczułam, czekałam tylko na koniec. Nie męczyłam się za bardzo, w przeciwnym wypadku odłożyłabym lekturę bez żalu, ale skończyłam ją z wyraźną satysfakcją, że to już koniec. Przeciętna pozycja.






Janusz Rudnicki - Śmierć czeskiego psa

Genialne! Owy zbiór opowiadań całe lata (5) siedział sobie w zakładce "planuję przeczytać", ponieważ kiedyś napisały o nim czytanki anki. Złapałam haczyk. Po jakimś czasie zakupiłam nawet własny egzemplarz, ale książka leżakowała. No i wiecie co? Może to wpływa na książki jak na wino, bo byłam zachwycona jej smakiem :) Inteligentne, przekomiczne, absurdalne, do tego kopalnia cytatów. Tylko czytać. Ja akurat oddawałam się tej przyjemności w autobusie i pluję sobie w brodę, że nie wzięłam fiszek do zaznaczania najlepszych fragmentów. Teraz bym całego posta poświeciła temu zbiorowi, bo na serio co chwila miałam ochotę zaznaczyć jakieś zdanie. Są tu oczywiście opowiadania nieco słabsze, jednak na ogólną ocenę wpływa ta oryginalna większość. Nie miałam pojęcia kto to jest Rudnicki, teraz wiem jedno, jest świetny, soczysty, mięsisty (rzadka umiejętność - przeklinać tak, by to nie raziło!), pomysłowy i mam nadzieję, że będzie pisał dalej. Polecam! (Osobne oklaski dla okładki, w przypadku polskiej książki cieszy mnie to podwójnie.)


Krzysztof Czarnota - Niosąca radość

Hm, teoria, aby nie czytać książek, które mają wydrukowaną cenę wielką czcionką na przedniej okładce wydaje się całkiem sensowna. Jednakowoż kiedyś przeczytałam parę takich książek Ludluma i Grishama i były niezłą rozrywką ;) Jeśli chodzi  jednak o Niosącą radość - nawet jej nie otwierajcie. Dałam radę przeczytać 50 stron, uczciwie, zgodnie z moją zasadą. No i nie da się, po prostu się nie da. A co się przy tym naprychałam, naśmiałam i nadenerwowałam to moje. Lektora owa to wysokiej klasy grafomania poziomem zbliżona do szkolnego wypracowania z tezą. Aż zęby bolą... Autor na pewno jest przemiłą osobą, która ceni ważkie wartości w życiu i chciałby zachęcić czytelnika do tego samego. Niestety, nie należy robić tego w taki sposób: dobierając papierowe postacie, które postępują nie tak, jak by normalnie postąpiły, tylko jak autor sobie tego życzy, używając języka zupełnie niepasującego do ich środowiska (np. businessman wyskakuje z "biedactwem", "sunią" czy " to cudownie") itd., itp. Nie, nie i jeszcze raz nie, dawno nie dałam książce jedynki, ale ta zasługuje na nią w całej rozciągłości. To już Klan wydaje się bardziej zbliżony do rzeczywistości.

***

Ostatnio doszłam do wniosku, że mój blogowy szablon jest strasznie przedpotopowy. Chciałabym go zmienić, ale jednocześnie boję się, że mi się tu wszystko posypie. Jakieś propozycje, opinie - użytkownicy bloggera?



7 kwietnia 2015

Cormac McCarthy - Przeprawa

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2012
Pierwsze wydanie: The Crossing, 1994
Stron: 598
Tłumacz: Jędrzej Polak

Jest to druga część Trylogii Pogranicza. Nie ma tu żadnej ciągłości, jest to bowiem odrębna historia, jednak fabuła oparta jest na właściwie bliźniaczym koncepcie: młodzi Amerykanie w drodze, południowe Stany, Meksyk.
Wieczorem znów usłyszał żurawie lecące wysoko nad chmurami, pod którymi ciągnął się szmat ziemskiej krzywizny, szmat ziemskiej pogody. Metalowe oczy żurawi wwiercały się w drogę wyznaczoną im przez Boga. Ich serca wypełniała radość. (s. 545)
Spotkałam się w sieci z wieloma opiniami, że Przeprawa wyraźnie przewyższa Rącze konie. Ja mam jednak odmienne zdanie. Część pierwszą czytałam oczarowana książką, Przeprawę za to czytałam z przerwami około roku... Owszem, pierwsze 200 stron jest wręcz genialne, na nich to rozgrywa się opowieść o wilczycy z okładki. Ta historia trzymała mnie w napięciu, wciągnęła, wręcz zaszkliły mi się oczy pod koniec w trakcie lektury. Gdyby książka skończyła się wtedy dałabym jakieś 5,5. Reszta to po prostu korowód postaci, które napotyka główny bohater, ich losy, lapidarne dialogi i bardzo typowe, jak na McMarthy'ego przystało, zakończanie. W Przeprawie wszystko skupia się na Billym, nastolatku z południa. To jego decyzje wpływają na całą historię i na życie innych ludzi. Przez jakiś czas w drodze towarzyszy mu młodszy brat, wielokrotnie przechodzi on też przez granicę między Stanami Zjednoczonymi a Meksykiem.
Gdyby ludzie znali swoje przyszłe życie, ilu chciałoby żyć? Ludzie mówią o tym, co ich czeka. A nic ich nie czeka. Każdy dzień składa się z tego, co było wcześniej. Nawet świat musi być zdziwiony kształtem, w jakim się pojawia. Może nawet sam Bóg. (s. 543)
Po tych 200 stronach doszłam do wniosku, że McCarthy...chyba mi się przejadł. Na serio, miałam wrażenie, jakbym czytała w kółko tę samą książkę (i nie mam na myśli tylko podobieństwa Rączych koni i Przeprawy). I choć nadal warsztatowo to jest napisane wybtnie dobrze, to jednak mnie już nużyło momentami. Tak naprawdę to język sprawiał, że i tak skończyłam tę książkę i nawet nie przyszło mi do głowy jej przerwanie. Jest tak plastyczny, całe to pogranicze, natura, góry, drzewa, stawy, opisy ruin, surowych wnętrz, to mnie zawsze ciągnie do tego pisarza. Do tego ciekawie pokazał męskie rozmowy, tak różne od kobiecych:
Jak długo jeszcze miarkujesz się gniewać?
Aż się odgniewam.
(s. 277)
 Można przeczytać Przeprawę, ale nie trzeba, choć inni powiedzą Wam, że Rącze konie już niekoniecznie, ale za to Przeprawę obowiązkowo. W każdym razie mnie się do trzeciej części nie spieszy.

Ocena: 4/6


22 sierpnia 2014

W telegraficznym skrócie 5

Magdalena Grzebałkowska - Beksińscy. Portret podwójny
Pewnego dnia kupiłam tę książkę tak spontanicznie, jak jeszcze mi się nie zdarzyło. Zdzisław Beksiński to od zawsze jeden z moich ulubionych malarzy, więc przeczytanie jego biografii było dla mnie oczywiste. W nastoletnim życiu przeżyłam też epizod pewnej fascynacji Tomkiem - dziennikarzem radiowej Trójki i felietonisty Tylko Rocka. Portret podwójny zaskoczył mnie szczegółami, wręcz ich przesytem, jakby autorka nie mogła się zdecydować na odrzucenie niektórych, nie chcąc nic stracić. Chcę jednak podkreślić, że biografia ta to kawał dobrej roboty. Zaskoczył mnie obraz jaki się z niej wyjaśnia, obraz kilku pokoleń Beksińskich, tego jak członkowie rodziny na siebie wpływają, jak wybory jednych determinują życie innych, a jak czasem jesteśmy bezsilni, sama nie wiem wobec czego, genów? No bo chyba nie fatum? W to już nie wierzę. Jednak jest coś ciężkiego w tej rodzinie, jakaś spirala, która doprowadziła, że wszyscy wymarli, jakby ich nigdy nie było. Brrrr....


Charlotte Brontë - Profesor
Raczej rozczarowanie. Główna postać jest wyjątkowo niewyrazista, wręcz miałka. Podział na bohaterów pozytywnych i negatywnych oczywisty niemal do bólu, no może z wyjątkiem Hunsdena. Do tego fabuła dość szybko stała się dla mnie zbyt oczywista. Niby książka poprawna, nie razi, czytałam ją z umiarkowanym zainteresowaniem, ale bez żadnych myśli o jej porzuceniu, jednak to nie to, po prostu. Dziwne losy Jane Eyre napisała później, więc może stąd moje zastrzeżenia; nie zaczęła najgorzej w każdym razie.




Arthur C. Clarke - Koniec dzieciństwa
To pozycja, która uprzyjemniała mi wyjazd wakacyjny i żal mi było, że tak szybko się skończyła. Pomysł na jej powstanie jest fantastyczny (ta okładka to jednak brzydki spoiler, odebrała mi istotny moment zaskoczenia!!!). Napisana jest swobodnie, fabuła wciąga, czytelnik skręca się z ciekawości, a zakończenie w taki sentymentalny sposób przypomniało mi Wellsa. Clarke to zdecydowanie świetny pisarz, który zaskakuje oryginalnymi pomysłami i wie jak poprowadzić akcję. Czy mogę jeszcze raz to wykrzyczeć: jakże ja lubię science-fiction? :)





Imre Kertész - Los utracony
Literacka Nagroda Nobla 2002
Dawno już nie sięgałam po literaturę związaną z holocaustem. Noblista? Póki co, po tym jednym tytule, Nobel dla Kertésza jest dla mnie raczej zaskoczeniem. Wiem, że to może zabrzmieć arogancko, ale naprawdę czytałam o wiele lepsze książki dotyczące tego tematu. Może czepiam się, bo to powieść? A że oparta na doświadczeniach pisarza to już inna sprawa. Jakoś mnie ten główny bohater nie przekonał, bardziej przypominał manekina. Zwłaszcza jego życie wewnętrzne przed obozem w ogóle nie przypomina nastolatka, na rzeczywistość patrzy jak przez mikroskop, jakby nic nie czuł, żadnych skrajnych, gwałtownych uczuć, wyprany z emocji; całuje się z dziewczyną i nic? Na serio nic? Relacjonuje jakieś wydarzenia jak dziennikarz, nienaturalnie. Kertész chyba już w ogóle nie pamiętał jak może myśleć młody chłopiec, zrobił z niego suchego starca nawet jeszcze przed wszystkimi katastrofalnymi wydarzeniami. Ja tego nie kupuję. Nie jest to zła książka, czytałam ją z zaciekawieniem, jednak moje przemyślenia po jej lekturze nie są zbyt zachęcające, zdaję sobie z tego sprawę. 

3 sierpnia 2013

Cormac McCarthy - Rącze konie

Wydawnictwo: Literackie, 2012
Pierwsze wydanie: All the Pretty Horses, 1992
Stron: 423
Tłumacz: Jędrzej Polak

Trylogia McCarthy'ego czekała na półce od początku tego roku. Nota bene WL to niezwykle wyrozumiałe wydawnictwo, bo nigdy mnie nie poganiają z czytaniem i chyba wierzą, że prędzej czy później jednak o danej książce napiszę. Wakacje okazały się właśnie tym czasem, gdy zdecydowałam się sięgnąć po pierwszą część Trylogii Pogranicza i było to bardzo satysfakcjonujące spotkanie.

Coś jest takiego w tym pisarzu, że mnie do niego ciągnie. Nadal nie potrafię tego jakoś rozumowo ogarnąć. Nie prowadzi porywającej fabuły, trudno jest się przywiązać do jego bohaterów, często pisze trudno i jego powieści czytam długo, a jednak! Łapię się na tym, że taki właśnie pisarz należy do grupy najczęściej czytanych przez mnie autorów. Ogromnie się z nim zżyłam...

Tym razem to już w ogóle zawojował moje serce. Najpierw okładka, piękna. Zresztą, wszystkie okładki Cormaca w WL są przecudnej urody, a te od trylogii to już niewymownie wręcz cieszą oko. Tłumaczenie. Jak zawsze u McCarthy'ego na najwyższym poziomie, bardzo o to dbają i chyba muszą dawać dość czasu tłumaczom, bo efekt jest piorunujący. Korekta na bdb-, ze 2-3 błędy stylistyczne pozostały. 

A teraz już sama robota pisarza. Znowu (po Suttree) przyjemny bohater! Jest to szesnastoletni John Grady Cole, Teksańczyk. Razem z kuzynem wyrusza do Meksyku w celu niewiadomym. Powieść jest zapisem ich drogi i dalszych losów. Pod tym względem Rącze konie nawiązują do najlepszych tradycji amerykańskiej literatury. Czas akcji to ok. 1949r. Czyta się to jak western: są konie, ogniska, rzeki, jary i pastwiska, a jednak w tle gdzieś przebija przez ten obraz ślad nowoczesnego świata: samochód, samolot czy telefon. Czasem musiałam sobie przypominać wręcz, że to naprawdę nie dzieje się w XIX wieku. Była w tym wszystkim jakaś melancholia i tęsknota za tym jak ten kraj wyglądał dawniej, a do czego powrotu już nie ma. 

Kolejnym zaskoczeniem była dla mnie absolutna nowość u Cormaca: wątek miłosny. Nie taki jak w Suttree, gdzie jest to takie rynsztokowe, oparte na wymianie handlowej, tylko prawdziwa miłość jak się patrzy. Opisał ją po swojemu, bardzo męsko, ale tak, że serce mi się ściskało... 

Co za talent, po prostu diament. Niby nic się takiego tam nie dzieje, jak zawsze, a jednak pisze tak, że nie da się go pomylić z nikim innym, ma taką siłę wyrazu, że w głowie wyświetla się mi cały film z każdym możliwym szczegółem i to nawet nie 3D, ale z 5D, bo czuję wszystko: zapach, każde drgnienie mięśnia postaci, ich emocje, ból postrzelonej nogi. Do tego McCarthy operuje światłem niczym sam Caravaggio! Z czymś takim to się trzeba jednak urodzić... Osobne oklaski za to jak pisze o koniach. Np. W połowie rzeki konie zaczęły płynąć, parskając i wyciągając szyje ponad wodę, ciągnąc za sobą rozlane na powierzchni ogony (s.63) lub Przed karawaną biegła sfora angielskich chartów. Psy były szczupłe, o srebrzystej maści, i płynęły wśród końskich nóg milcząco i zwinnie niczym rtęć. Konie zdawały się nie zauważać ich obecności (s. 138). Pachnie mi to Capote'm :) 

Czy to jednak nie jest cecha największych? Tak samo pisałam o Marquezie, że jeden jego akapit potrafi oddziaływać na każdy zmysł czytelnika. Jak często się z tym spotykamy w książkach, prawda? Polecam, ja jestem urzeczona.

Ocena: 5-5,5/6

22 marca 2013

Tylko cytat #4

Literacka Nagroda Nobla 1949


Właśnie on tą swoją rolą, tym bogactwem, tą pozycją w świecie zdeprawował Ellen, doprowadził ją do czegoś więcej niż odstępstwo, chociaż trzeba na jego usprawiedliwienie powiedzieć, że tak samo jak ona nie wiedział, że ten jego rozkwit też jest rozkwitem sztucznym i że kiedy on przed publicznoscia jeszcze odgrywa to przepyszne widowisko, za jego plecami Los, przeznaczenie, odwet, ironia - ten inspicjent, zreztą nazwij go sobie, jak chcesz - już zaczyna dekoracje usuwać ze sceny, już zaczyna zza kulis ściągać nowe cienie i formy dekoracji do następnego aktu. (s.63)

***

Za dobrze się Sutpenowi powiodło, rozumiesz, jego udziałem stała się więc owa samotność pełna pogardy i nieufności, owoc sukcesu, jeśli się go odniosło nie dzięki swemu szczęściu, ale po prostu własnymi wytężonymi siłami. (s.90)

[tłum. Zofia Kierszys, wyd. Mediasat Poland] s. 166

7 stycznia 2013

Joseph Gangemi - Pani mego serca

Wydawnictwo: REBIS, 2004
Pierwsze wydanie: Inamorata, 2004
Stron: 298
Tłumacz: Anna Bernaczyk

Jedyna książka w listopadzie, sami widzicie, nie mam za bardzo o czym pisać. W dwóch słowach: udany debiut.
- Ale przecież jesteśmy przyjaciółmi.
- Doprawdy? - spytałem, jakbym nigdy wcześniej o tym ne pomyślał. Odczułem dreszcz podniecenia na widok skrzywionej miny mojej gospodyni. Wstyd się przyznać, ale jeszcze mi nie było. - Cóż, to wszystko zmienia, prawda? Przyjaciółmi? - Wymówiłem to słowo, jakby pochodziło z obcego języka i jakbym pierwszy raz go próbował. Posmakowałem i trąciło spalenizną - niewątpliwie byłem sadystą amatorem. (s.138)
Motywy w sumie ograne: seanse spirytystyczne, USA lat 20., młody człowiek zauroczony jednym z mediów, Miną. Sęk w tym, że jego zadaniem jest udowodnić, iż kobieta oszukuje. Gangemi w sumie ładnie połączył te pomysły w zgrabną całość. Postaci są interesujące i niejednowymiarowe, dialogi chce się czytać, akcja nie stoi w miejscu. Do tego autor wyjątkowo gruntowanie zbadał wcześniej epokę wziętą na warsztat i tak tym ładnie zagrał, że czytelnik nawet nie chwilę nie wątpi w całość. A to jakiś nielegalny klub (prohibicja), a to popularny wtedy specyfik przy okazji wizyty w aptece, cytaty z gazet, obskurne hoteliki, stroje i urządzenie wnętrz. Naprawdę dobra robota, choć czasem wydawało mi się, że ciut na siłę wrzucane są te wstawki, aby "zapunktować" u czytającego. No, ale to moje wrażenie.
Czułem, jak wzbiera we mnie gniew, ale kompletny brak sprytu, jaki wykazywała Mina, czynił mnie bezsilnym jak przewróconego żuka. (s.140)
Nie ma się za bardzo do czego przyczepić, prócz tego, że to książka na raz, ot, taka odskocznia. 

Ocena: 4/6

2 listopada 2012

W telegraficznym skrócie 4

Wojciech Tochman - Schodów się nie pali
Zbiór reportaży ułożonych według czytelnego klucza - tęsknota i poszukiwanie. Początkowo byłam sceptycznie nastawiona do pomysłu; obawiałam się, że będzie jak z Nowakiem i część historii wyda mi się już nieaktualna, tyle że ktoś zatrzymał chwilę, ale taką w sumie bez znaczenia dla czytelnika. Jednak nie. Im dalej się zagłębiałam w tę książkę, tym bardziej uderzała mnie uniwersalność tych ludzkich losów. Skondensowane emocje, niezmienna irracjonalność naszych zachowań i jednocześnie zachwyt, że tacy jesteśmy. Po kilku miesiącach nie jestem już w stanie podać rozdziałów, które najbardziej mi się podobały, jednak w pamięci zachował się jeden (wcale nie najlepszy - Siedem razy siedem). Z czystym sumieniem - polecam. 

Thomas Wharton - Salamandra
Najpierw przyjemne zaskoczenie i ciekawość. Świat mechanicznych wynalazków kojarzył mi się nieco z kultową z grą Syberia. Do tego trochę tajemnic, utracone uczucie, podróże i XIX wiek - dobrze to rokowało. Potem jednak najciekawsze wątki zostały urwane lub potraktowane po macoszemu i Salamandra gdzieś w połowie zaczęła mnie nudzić. Za dużo historyjek poukrywanych w głównej opowieści. Niby miały pełnić rolę rodzynek w aromatycznym cieście, a jednak zepsuły smak całości. Książka jest jednak napisana ładnym językiem, starannie i z pomysłowo, a na szczególną pochwałę zasługuje opis zatrzymania i spowolnienia czasu - nie sądziłam, że da się to zrobić prozą; zakładałam, że tylko film jest w stanie poszaleć na tym gruncie.

Brian Azzarello, Lee Bermejo, Mick Gray - Joker
Nastąpiła wiekopomna chwila - po raz pierwszy od lat, w sumie od czasów dzieciństwa, przeczytałam komiks! W sumie już od paru lat to medium mnie ciekawi, jednak ciągle na przeszkodzie stał brak dostępu do jakiejś wersji papierowej. Kupić - nie kupię (za drogo, w ciemno też się nie zdecyduję), dwa - nie czytam na komputerze, po prostu, nie zmienię tego. A tu nagle kolega zaczyna rozmowę o komiksach i pożycza mi jeden (dzięki Paweł!) :) Faktycznie, mieć w ręku coś tak innego od książek robi wrażenie. Przeczytałam wszystko w 1 wieczór (spora zaleta) i z uwagą obejrzałam co lepsze rysunki. Podobało mi się bliskie spotkanie z komiksem, choć nie podobał mi się sam Joker. Zabrakło w nim treści, pomysłu na opowieść. Wydaje mi się, że autorzy trochę poszpanowali ładną formą, tak jak filmowcy czasem ni w pięć, ni w dziesięć wrzucają scenę w zwolnionym tempie ;) Do tego nie podobało mi się tłumaczenie (porównałam z oryginalnymi dymkami). Mimo to, chciałabym jeszcze poczytać komiksy (zwłaszcza, że ostatnio widziałam ciekawy dokument na temat DC Comics i ogólnie historii komiksów). 

Ian McEwan - Amsterdam
Ależ się zawiodłam! Jednak ocena na biblionetce jest pomocna, moja wina, że nie wzięłam jej pod uwagę. Idiotyczna i absurdalna opowieść o dwóch odrażających mężczyznach, która nawet nie próbuje zachować pozorów prawdopodobieństwa. Wszystko to, co w tej książce miało jakąkolwiek wartość zginęło w imię okropnego, nieprzemyślanego zakończenia. Sama nie wiem jaki był tego ceł? miało mnie totalnie zaskoczyć? zszokować? No cóż, zdecydowanie się to autorowi nie udało. Szkoda, że swój talent marnuje na coś tak miałkiego (pisać potrafi, jednak to jak ze śpiewem, sam głos się nie liczy, jeszcze to, co śpiewasz).

J. I. Kraszewski - Brühl: Powieść historyczna z XVIII wieku
Niestety, Kraszewski, podobnie jak ostatnio Dickens, zaliczył wpadkę. Trudno mi to tłumaczyć, ponieważ ta książka wcale nie jest zła. Ma wiele walorów, o których poczytacie na innych blogach (zwłaszcza na Projekt Kraszewski). Jeśli chodzi o mnie ok. 180 strony poddałam się i przyznałam się przed sobą, że czytanie jej nie sprawia mi żadnej przyjemności, nudzi mnie i czytałam ją z musu. Od razu mi ulżyło, gdy wyjęłam zakładkę... Mam nadzieję, że inne powieści Kraszewskiego bardziej mi podejdą. W tej nie ciekawili mnie bohaterowie, nie emocjonowałam się pojedynkiem dwóch antagonistów, opis dworu mnie odrzucał, do tego wnerwiała mnie maniera autora opisywania ludzi przez zdrobnienia. To sprawiało, że każdy z nich nabierał zniewieściałych cech, jakby stawali się lalkami. Dickens - Kraszewski remis (2-2).

28 września 2012

Cormac McCarthy - Suttree

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2011
Pierwsze wydanie: 1989
Stron: 665
Tłumacz: Maciej Świerkocki

Dostałam tę książkę od WL kawał czasu temu, ale zg na pracę licencjacką czytanie innych książek McCarthy'ego musiałam przesunąć na wakacje. Obawiałam się, żeby mi się wrażenia nie zaczęły na siebie nakładać, a to dlatego, że jego powieści mają to do siebie, że pozwalają całkowicie zatopić się w swojej atmosferze, stwarzają swoją własną rzeczywistość i nastrój; takie okno na inny, ale realny świat.

Pamiętam jak pisałam pierwszy wstępniak uzasadniając wybór tego pisarza: że nie jestem jego wielką wielbicielką, ale jego twórczość ma w sobie coś magnetycznego, co sprawia że regularnie go czytam, pragnę zrozumieć i nie mogę sobie odmówić przyjemności zamówienia kolejnego tytułu.

Tym razem zaskoczył mnie główną postacią - postawił na kogoś pozytywnego, wręcz ... (nie bójmy się użyć tego słowa) dobrego! Suttree zapowiadana jest jako jedna z najzabawniejszych książek tego pisarza (co sugeruje, że w ogóle pisze zabawne książki ;) i jedno się zgadza - jest kilka momentów pełnych humoru, ale żebym miała ubaw po pachy to nie powiem. Poza tym ma się podobno skupiać na relacji Suttree'ego z jego młodym kompanem Harrogatem. I tu się już zupełnie nie zgodzę, ponieważ ten dzieciak przewija się przez karty powieści tak, jak reszta drugoplanowych postaci. Nie odniosłam wrażenia, że Suttree miał jakoś specjalnie na uwadze właśnie tego chłopaka. Jak by można opisać ten utwór? To parę lat Suttree'go (głównie Knoxville, początek l.50.), jego życie z dnia na dzień jako rybaka na brudnej i ospałej rzece, relacje z innymi mieszkańcami, równie biednymi jak on, przygodne znajomości, podpadanie policji, unikanie rodziny, urwane filmy. Jest coś absolutnie unikatowego w tym, że mnie to nie odrzuciło, a samego Suttreego polubiłam najbardziej ze wszystkich powieści autora. Byłam przekonana, że nic go w moich oczach nie skreśla, czy pochylał się nad słabszymi od siebie, czy wpadał w ciąg alkoholowy, czy kradł, włóczył się, czy naprawiał swą barkę, czy pomagał sąsiadom czy był utrzymankiem - mój stosunek do niego stale był bardzo pozytywny. Stworzył wyjątkową postać - introwertyczny, a jednocześnie otwarty do ludzi; inteligentny, ale nie chcący wykorzystać swoich możliwości; zaradny, ale i nie myślący długofalowo. 

Wspaniale było poobserwować jego powolne życie przez dziurkę od klucza, jaką stała się dla mnie ta książka. Suttree jest jak upadły bóg, który zrezygnował z całą odpowiedzialnością ze wszystkiego, żeby pędzić życie człowieka na marginesie na tym najlepszym ze światów. I zdaje się, że odnalazł tam coś cenniejszego - spokój. Choć wielu nazwałoby go 'zerem', zazdrościłam mu czasem. Zdecydowanie polecam Waszej uwadze tę powieść.

Wydanie bez zarzutu: tłumaczenie jak zawsze u pana Świerkockiego - pierwsza klasa, a korektorki też znają się na swojej robocie :)

Ocena: 5/6

2 stycznia 2012

Doris Lessing - Piąte dziecko

Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy, 2005
Pierwsze wydanie: The Fifth Child, 1988
Stron: 142
Tłumacz: Anna Gren

Literacka Nagroda Nobla 2007

Jeszcze w starym roku zdążyłam pochłonąć książkę nr 91. Właśnie pochłonęłam, ponieważ przeczytałam ją w kilka godzin, niemal na wdechu. Dostarczyła mi ekstremalnych emocji: od zaciekawienia, przez oburzenie i zimnego strachu aż do palpitacji serca wywołanego zdenerwowaniem.

Lessing po raz trzeci całkowicie mnie rozbraja. Zupełnie nie rozumiem dlaczego niektórzy kwestionują zasadność przyznania jej Nagrody Nobla! Styl ma dopracowany, pomysły nieprzeciętne, a historie nie zatrzymują się na cienkiej skorupce rzeczywistości, tylko wciągają czytelnika głębiej, jak bagno, ujawniając przed sobą pokłady kolejnych warstw. Stwarza oryginalne postaci, a zwłaszcza subtelnie oddaje skomplikowany charakter swoich bohaterek. Nie karmi czytelników czytadłami, tylko Literaturą. Nie twierdzę, że nie ma słabszych książek (jak chyba każdy pisarz), na pewno też na nie trafię, jednak nieodmiennie zaskakuje mnie jej twórczość, wyróżnia się, a moim zdaniem to raczej rzadka cecha. Tym razem zaserwowała mi, jak by się na pierwszy rzut oka wydawało, powieść obyczajową, a raczej opowiadanie zg na swoje niewielkie rozmiary. Historia wydaje się być do bólu zwyczajna: czytelnik obserwuje proces powstawania jednej angielskiej rodziny. korowód świąt, krewnych i kolejnych nowych dzieci. Aż do tego piątego - Bena, który stanowi punkt graniczny dla rozwoju tego zbiorowiska. Jak tama, zatrzymuje on sobą wszystko i od momentu jego pojawienia się, jeszcze w łonie matki, następuje powolny rozpad. W sieci przeczytałam sobie kilka dyskusji na temat tej książki i już sam fakt, że wzbudza ona takie emocje i sprzeczne opinie sprawia, że warto po nią sięgnąć.

Dla mnie jest tam kilka dominujących aspektów. Po pierwsze inność Bena i związane z tym zaburzenie relacji w rodzinie. Kim on jest? Czytając, nie sposób wydobyć z siebie choćby iskry współczucia dla tego dziecka, odrzuca w nim wszystko. Z drugiej strony bardzo zaskoczyło mnie zasianie ziarna wątpliwości czy aby na pewno Harriet (jego matka) postrzegała go obiektywnie. Gdy spojrzy się na tę książkę z tej strony, całkowicie zmienia się perspektywa. Po drugie, fascynujące jest oglądanie jak z tej rodziny odrywane są, warstwa po warstwie, wszystkie łączące ich wcześniej spoiwa. W pierwszych latach wydaja się być jak stal, grzejący się szczęściem, jak czymś faktycznie osiągalnym i na wyciągnięcie ręki. Jakby było ono kwestią wyboru. Gdy powoli nadchodzi katastrofa, okazuje się jak złudne było to wszystko, prowizoryczne, zależne od każdego ogniwa osobno, trzymające się "na słowo honoru". Zdaje się, że szczęście jest istotnym tematem Piątego dziecka. Po trzecie, opis zmian w angielskim społeczeństwie, ale też jego odwiecznych tarć związanych z jego klasowością. Po lekturze przekopałam się przez angielską historię polityczną, ekonomiczną i społeczną, ponieważ od początku wydawało mi się, że wspomniane lata nie są przypadkowe. I faktycznie, interesująco łączą się kolejne zmiany w tej rodzinie z wypadkami historycznymi. Ostatnią ważną kwestią były dla mnie relacja matka-dziecko i społeczne postrzeganie tej drugiej. Harriet wielokrotnie wspomina o swoim odczuciu bycia wiecznie krytykowaną i obwinianą i wręcz uderzyło mnie to jak idealnie to widać w toczących się dyskusjach o tej książce, skupionych wokół... krytykowania tej kobiety. A to, że nie kochała Bena, więc to jej wina. A to, że w ogóle nie kochała swoich dzieci. A to, że była egoistką. A to, że to ona winna jest temu, co się stało z jej rodziną. A to, że była nieodpowiedzialna. I tak dalej. Myślę, że te zarzuty są dość ironicznym komentarzem do poruszonych przez Lessing tematów, ponieważ i tym razem pisarka zaznacza specyficzną pozycję kobiety w świecie. Patrzenie więc na Piąte dziecko tylko pod kątem tej konkretnej rodziny i tej konkretnej matki wydaje mi się trochę niesprawiedliwe i powierzchowne. 

Ocena: 5,5/6

25 grudnia 2011

Pearl S. Buck - Pałac kobiet

Wydawnictwo: MUZA, 2011
Pierwsze wydanie: The Pavilion of Women, 1946
Stron: 400
Tłumacz: Adam Chmielewski

Literacka Nagroda Nobla 1938

Długo wzbraniałam się przed tą książką, ponieważ Cesarzowa mnie trochę zmęczyła, a styl Buck nieco rozczarował. Obawiałam się, że Pałac kobiet będzie powtórką z rozrywki. Jakiś czas temu natknęłam się jednak na bardzo pozytywną recenzję tej książki i doszłam do wniosku, że nie ma co zwlekać, może jednak warto. I okazało się to prawdą. Okazuje się, że Buck z lat 40. potrafiła napisać coś bardzo dobrego, to jej późniejsza twórczość do mnie nie do końca trafiła.

Pewne wątki tej książki zdają się być charakterystyczne dla stylu autorki. Na pierwszy plan wysunięte są kobiety, ich siła, jakiś boski pierwiastek w nich ukryty. Poza tym rodzina, specyfika chińskiej kultury i jej zderzenie z zachodnia mentalnością. Czytelnik ma okazję zobaczyć to wszystko oczami pani Wu, którą poznaje w dniu jej 40-tych urodzin. Ta wielka dama długo czekała na tę chwilę, gdy wreszcie będzie mogła zmienić swoje życie, gdy będzie mogła być sobą. Inna kwestia jest to, gdzie ją to zaprowadzi. Muszę przyznać, że główna bohaterka to jedna z najciekawszych i najlepiej skonstruowanych postaci kobiecych z jakimi się zetknęłam! Wzbudzała wręcz mój bezgraniczny podziw, choć Buck uniknęła jej idealizowania. Po mistrzowsku pokazała skomplikowaną sytuację tej kobiety: mądrej, pięknej, dobrze zorganizowanej. Mogłoby się wydawać, że panuje ona nad całym swym światem bez żadnego wysiłku, każdy jej plan sam się realizuje, może patrzeć z góry na maluczkich, którzy nie dorastają jej do pięt. Jednak ten wizerunek zaczyna mieć rysy, gdy sama Pani Wu widzi, że nie uwzględniła wszystkich czynników ludzkiego świata w swoim projekcie. Szwy zaczynają puszczać, materiał rozchodzi się w rękach. Jej przemyślenia w tym momencie są szalenie ciekawe i wnikliwe.

Moją uwagę zwrócił też sposób autorki na przemycenie małych elementów codzienności w chińskich domach (akcja ma miejsce głównie  w latach 30. XX wieku, tak na moje oko). Np. plucie i załatwianie się na podłodze (sic!), mycie warzyw w przydomowych sadzawkach, relacje między mężem a żoną. Co ciekawe, tym razem język Buck jest bardziej życiowy: zdarzają się przekleństwa, małżeństwa mają prawdziwe problemy (np. niezgodność charakterów), mężczyźni odwiedzają burdel, kobiety podnoszą głowy i zaczynają nieco okazywać własne potrzeby, Chińczycy ogólnie chcą się uczyć i poszerzać swoje horyzonty. Wszystko to jest sprawiedliwie obdzielone między postacie i dzięki temu brak w tej powieści papierowych ludzi o jednowymiarowych charakterach. Praktycznie każdy został obdarzony głębią, paletą cech dla niego typowych, pragnieniami, rozterkami - po prostu duszą. Dla pisarza musi być to nie lada wyzwanie: porozdzielać własne pomysły, a nawet kawałki siebie samego pomiędzy postacie pierwszo-, drugo- i trzecioplanowe. Jest to też interesująca pozycja dla tych z Was interesujących się feminizmem, ponieważ Pałac kobiet delikatnie, ale też w niezwykły sposób dotyka tego tematu.

Ocena: 5-5,5/6

7 września 2011

Tylko cytat #2


Za spuszczonymi żaluzjami, w wysuszonym, spieczonym, zeschniętym ogrodzie, płonęło lato w ostatnim wybuchu furii; było niczym podpalacz, który nim pójdzie w świat, w bezmyślnej wściekłości puszcza z dymem okoliczne pola. (s. 6)

***

Oficer gwardii bardzo uważnie, pochyliwszy się nieco do przodu, wpatrywał się się w przyjaciela syna, jakby teraz zobaczył go po raz pierwszy. Wieczorem, kiedy sam z synem pozostał w palarni, powiedział mu:
- Konrad nigdy nie będzie żołnierzem.
- Dlaczego? - spytał przestraszony chłopak.
Lecz wiedział, że ojciec ma rację. Oficer gwardii wzruszył ramionami. Palił cygaro, siedział przed kominkiem z wyciągniętymi nogami, obserwował dym z cygara. Ze spokojem człowieka, który zna się na rzeczy, z poczuciem wyższości, powiedział:
- Bo to jest człowiek innego rodzaju.
Ojciec już nie żył, minęło wiele lat, kiedy generał zrozumiał to zdanie. (s. 42)

***

Pragnienie bycia kimś innym niż tym, kim jesteśmy; silniejsze pragnienie nie może zapłonąć w ludzkim sercu. Bowiem życia nie można znosić w inny sposób niż ze świadomością, że godzimy się z tym wszystkim, co znaczymy dla siebie i dla świata. Trzeba zgodzić się z tym, że jesteśmy tacy lub inni, i wiedzieć - kiedy się z tym godzimy - że za tę mądrość nie otrzymamy pochwały od życia, nie przypną nam do piersi orderu, kiedy wiemy i znosimy to, że jesteśmy próżni, samolubni albo łysi i brzuchaci - nie, należy wiedzieć, że za nic nie otrzymamy nagrody ani pochwały. Musimy znosić nasz charakter, nasza naturę, ponieważ doświadczenie i zdolność rozumienia nie zmieniają jej wad, samolubstwa, chciwości. Trzeba znosić i to, że nasze pragnienia nie znajdują odzewu w świecie. Że ci, których kochamy, nie kochają nas albo że nie kochają tak, jak się spodziewamy. (s. 104)

***

W życiu wszystko można osiągnąć, wszystko wokół ciebie i na świecie możesz pokonać, życie może dać ci wszystko i ty możesz wziąć z życia wszystko: tylko nie możesz zmienić czyjegoś gustu, skłonności, rytmu życia, właśnie owej odmienności, jaka w pełni charakteryzuje tego człowieka, który jest dla ciebie ważny, który jest ci bliski. (s. 136)

[tłum. Feliks Netz, Czytelnik, 2011]

8 sierpnia 2011

Tylko cytat #1


Pośród miejscowych dzieci dowodem wielkiej dzielności jest zakradnięcie się po zmierzchu do owych mrocznych pokoi i danie znaku płonącą zapałką z okna na najwyższym piętrze. Jednakże ganek jest jeszcze w niezłym stanie i co sobota roztasowują się na nim przebywające ze wsi rodziny.
Nowi ludzie rzadko osiedlają się w Noon City czy na jego przedmieściach, ponieważ bądź co bądź trudno tu dostać zajęcie. Z drugiej strony rzadko się słyszy, aby ktoś się stąd wyniósł, chyba że rusza w samotną wędrówkę na ciemną wyniosłość ponad kościołem baptystów, gdzie między chwastami niby kamienne kwiaty bieleją zapomniane nagrobki. (s. 18)

***

- Zważywszy, że urodziłem się martwy, jakaż to ironia, że w ogóle mam umrzeć! Tak, urodziłem się martwy, dosłownie, jednakże położna była na tyle przewrotna, że klapsem obudziła we mnie życie. A może i nie? - spojrzał na Joela z rozbawieniem. - Odpowiedz mi; może nie?
- Czy co nie? - zapytał Joel, bo jak zwykle nie zrozumiał; zdawało się, że Randolf stale prowadzi jakieś nieprzeniknione, tajemne rozmowy z kimś niewidzialnym. - Randolfie - powiedział. - Proszę cię, nie złość się na mnie, ale to dlatego, że zawsze mówisz w jakiś taki śmieszny sposób.
- Mniejsza z tym - odrzekł Randolf. - Wszelkiej trudnej muzyki należy słuchać kilka razy. I chociaż to, co ci mówię, brzmi bezsensownie, to jednak kiedyś we wspomnieniu wyda ci się to aż nadto jasne. Gdy to się stanie, gdy zwiędną już bezpowrotnie te kwiaty, które masz w swoich oczach, zapłaczę nad tobą, choć mnie samemu niczyje łzy nie dopomogły wydobyć się z kokonu. (s. 124)

[tłum. Bronisław Zieliński, MUZA, 1995]

12 lipca 2011

Pär Lagerkvist - Karzeł

Wydawnictwo: ITAKA, 1993
Pierwsze wydanie: Dvärgen, 1944
Stron: 197
Tłumacz: Zygmunt Łanowski

Literacka Nagroda Nobla 1951

Przyznaję się, że jest to jeden z pisarzy, których nie dość, że w ogóle nie znałam, to w ogóle nie kojarzyłam z Nagrodą Nobla. Przypadkowo padło na Karła, zakup kiermaszowy za bezcen. W uzasadnieniu Komitetu można przeczytać, że Lagerkvist otrzymał nagrodę za "siłę artystyczną i absolutną niezależność sądów pisarza, który próbował w swej twórczości odnaleźć odpowiedzi na wieczne pytania stojące przed ludzkością". Fakt, wszystko się zgadza. W tej książce na warsztat wziął kwestię zła.
Ludzie lubią przeglądać się w mętnych zwierciadłach. (s. 193)
Warto zauważyć, że Karzeł pisany był w czasie II wojny światowej, wtedy kiedy wynik wojny nie był jeszcze przesądzony, gdy "siły ciemności" zmieniły obraz świat, a człowiek ponownie nie był w stanie ujarzmić w sobie potworów. I właśnie ten brak nadziei w człowieka, to rozczarowanie naszą naturą przebija przez całą tę powieść. Jest ona pamiętnikiem tytułowego karła rezydującego na dworze swojego pana, księcia. Rzecz się dzieje we Włoszech, możliwe że w XV w. (to tylko moje przypuszczenie). Opisuje on kolejne wydarzenia na zamku, zachowanie księcia i jego dworzan, intrygi, miłostki i wojnę. Uważnie obserwuje ludzi, dziwi się ich zachowaniom. Jest wcieleniem zła, jest nim w czystej postaci. Cieszy go wszystko, co nikczemne, ciemne i ukryte. Czasami potrafi w ludziach dostrzec to, czego oni sobie nie uświadamiają, bywa że rzuci trafną uwagę na nasz temat. Innym razem jest wręcz ślepy na tak oczywiste dla każdego rzeczy, nie dostrzega tych dobrych cech, miłość odczytuje tylko jako pożądanie, nie potrafi poprawnie odczytać czyjegoś wyrazu twarzy, nie rozumie ludzkiej potrzeby śmiechu, który dla niego jest odrażający.
Zauważyłem, że czasami wzbudzam w ludziach lęk. Ale boją się samych siebie. Sądzą, że ja ich przerażam, czyni to jednak karzeł kryjący się w nich, człekopodobna istota o małpiej twarzy, wystawiająca głowę z głębi ich duszy. Ogarnia ich strach, bo nie wiedzą, że mają w sobie inną istotę. W ogóle wpadają w lęk, gdy coś wynurzy się na powierzchnię, wychynie z ich wnętrza, z jakiejś kałuży błota w ich duszach, z czegoś, czego nie znają i co nie ma nic wspólnego z ich rzeczywistym życiem. Gdy nic ie widać na powierzchni, nie boją się, nie lękają się tego, cokolwiek by to było. Chodzą wyprostowani i spokojni, pokazując gładkie twarze bez żadnego wyrazu. Ale zawsze jest w nich coś innego, choć udają, że tego nie widzą, żyją nie wiedząc, że prowadzą równocześnie kilka różnych żywotów. Są tak dziwnie skryci i niezharmonizowani. (s. 23)
Początkowo trudno było mi się przebić przez tę historie, faktycznie proza Lagerkvist'a jest przytłaczająca, gęsta jak bagno; chciałam nawet książkę przerwać. Wytrwałam jednak i nie żałuję, ponieważ ostatecznie doceniłam ją (poza tym przerwać dobrego Lagerkvista, a wytrzymać przynudzającego Le Clezio? trochę głupio, nie?), a pomogło mi w tym uświadomienie sobie, że karzeł nie jest człowiekiem, nie istnieje. Kiedy się spojrzy na niego z perspektywy symbolu, powieść od razu wydała mi się czytelniejsza, jakby otworzyła przede mną kolejne drzwi w sobie. Karzeł jest częścią swojego pana, prezentuje sobą tę część naszej osobowości, o której nie chcemy pamiętać. W tym kontekście warto zwracać uwagę, gdzie akurat on przebywa. Wydaje mi się, że gdy działa ze swojej karlej izby z zamkowej wieży, gdy krąży po jego korytarzach lub gdy jedzie z nim na wojnę, ciesząc się krwawymi bitwami jest po prostu częścią osobowości księcia, a gdy trafia do lochu zepchnięty jest do podświadomości. Może istotnie są tu wyraźne odwołania do Freuda czy Junga, trudno mi to stwierdzić, nie jestem znawcą tego tematu.
Nikt nie posiada samego siebie! Co za ohydna myśl! Nikt nie posiada samego siebie! Wszystko należy także do innych. Czyż nie jest się właścicielem nawet swojej własnej twarzy? Czyż staje się ona własnością każdego, kto ją ogląda? A jak jest z ciałem? Mogąż inni posiadać czyjeś ciało? Mierzi mnie okropnie, gdy o tym pomyślę. (s. 41)
Zdecydowanie chciałabym przeczytać Barabasza, po wydaniu którego Lagerkvist dostał właśnie Nobla, ostatecznie udowadniając swoją klasę.
Miłość i śmierć to ulubione tematy ludzi, nad którymi lubią oni sobie popłakać, szczególnie zaś gdy śmierć i miłość połączą się w jedno. (s. 173)
 Ocena: 4,5/6

11 maja 2011

Cormac McCarthy - W ciemność

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2011
Pierwsze wydanie: Outer Dark, 1968
Stron: 269
Tłumacz: Maciej Świerkocki

Ta książka McCarthy'ego zrobiła na mnie najmniejsze wrażenie. Owszem, nadal są to wspaniałe opisy, surowe postaci, totalne odwrócenie świata w stronę ciemności, szaleństwa i potępienia. Jednak czegoś tu brakowało. Pod koniec miałam wrażenie, że do niczego to nie zmierza. No, bo co z tego, że, owszem, są tu pewne nawiązania do Szekspira i tradycyjnie do motywów biblijnych, kiedy ani mnie to nie ruszało, ani nie chciało mi się tego doszukiwać. Może z moim czytelniczym nastawianiem jest coś nie tak, może podeszłam do tej książki zbyt powierzchownie. Jednak zauważyłam, że kiedy sama historia mnie wciąga, tym chętniej zastanawiam się nad znaczeniem każdej sceny, analizuję rozmowy bohaterów, doszukuję się drugiego i trzeciego dna itd. (np. w trakcie lektury Wojny i pokoju czy Traktatu o łuskaniu fasoli). Więc nie mogę powiedzieć, że się "nie przykładam" do czytania powieści. A przy tej mam jakieś wyrzuty sumienia, jakbym czegoś nie dopilnowała, jakbym sobie odpuściła. Jednak nic straconego, z pewnym względów w wakacje będę czytać jeszcze raz Krwawy południk, Strażnik sadu i W ciemność. Chyba.

Jest przełom wieków. W małej, biednej chatynce Rinthy rodzi dziecko, którego ojcem jest jej brat, Holme. Ten wynosi zawiniątko do lasu i porzuca, a siostrze wmawia, że zmarło. Jednak niemowlę ktoś zabrał, druciarz - wędrowny handlarz. A Rinthy, jak tylko dowiaduje się prawdy, rusza za nim w drogę... Nowością stylu McCarhty'ego w tej powieści było dla mnie zaburzenie perspektywy czasu. Czytelnik ma wrażenie, że wszystko dzieje się szybko po sobie, jednak kilkakrotnie w tekście okazuje się, że trwa to wszystko długie miesiące co powoduje dziwne i interesujące wrażenie: jakby to czytelnikowi wycięto pewne wspomnienia z głowy, jakby zapomniał nagle czegoś istotnego, choć przecież wcale o tym nie czytał.

Daję 4, a to sprawia, że Krwawy południk powinnam ocenić tak naprawdę wyżej, w końcu zdecydowanie bardziej mi się podobał i nie da się ukryć, że mnie wciągnął, czego o tej powieści powiedzieć nie mogę. Jednak niżej niż 4 niepodobna ją ocenić.

Ocena: 4/6

2 maja 2011

Sherko Fatah - Czarny statek

Wydawnictwo: Czarne, 2010
Pierwsze wydanie: Das Dunkle Schiff, 2008
Stron: 331
Tłumacz: Elżbieta Kalinowska

Przeczytałam kilka pozytywnych opinii o tej książce w sieci i teraz siedzę i myślę, dlaczego na mnie nie zrobiła wrażenia, zwłaszcza, że cenię Czarne za wydawanie książek, których nigdy inny by u nas nie wydał, i które pozwalają spojrzeć na świat oczami z punktu widzenia tak różnych ludzi.

Problem w tym, że ja w Kerima nie uwierzyłam i chyba tu jest pies pogrzebany. Kerim to młody Irakijczyk, świadek tamtejszego reżimu, który najpierw trafia do grupy terrorystycznej dowodzonej przez duchowego przywódcę - Nauczyciela, a potem ucieka na Zachód, do Niemiec. Jednak nic w tej książce nie wydało mi się jak to opisano w cytatach na okładce. Ani nie była to dla mnie "wstrząsająca, porywająca powieść" [Piotr Ibrahim Kalwas], ani "przejmująca" [Der Spiegel], ani "przerażająca w swej wiarygodności" [Die Zeit]. Właśnie wiarygodność to słowo, które wręcz mnie razi w kontekście Czarnego statku, ponieważ Kerim zachowuje się jak lalka, jak pusta, wydrążona w środku figurka z drewna. Nie wierzyłam mu cokolwiek robił czy mówił. Wszystko w jego życiu dzieje się tak płasko, on płynie przez te fale dni i nie reaguje gdzie go poniesie nurt, nie walczy z niczym, jakby nic nie czuł. Porywają go z drogi terroryści, to nie próbuje uciekać albo chociaż obmyślać takiej możliwości, gardząc swoimi oprawcami. Ku mojemu zaskoczeniu przyłącza się do nich i zaczyna podziwiać Nauczyciela. Potem zjawia się w domu i nagle ucieka, nie oglądając się na swoją rodzinę. W Niemczech kolejny przypadek - poznanie Sonji, jego pierwszej dziewczyny (w sumie ciekawa postać z niej była). Zaczyna zadawać się z innymi arabskimi chłopakami i też daje się wciągnąć bez słowa sprzeciwu w odrażający akt napadu na innych ludzi. Kerim nie zasługuje na szacunek, a tym samym na współczucie. Dlaczego inni blogerzy piszą o jego strasznych przeżyciach i dramatyzmie tej historii, kiedy ja nie czułam kompletnie nic, nawet gdy opisywano podrzynanie gardeł bezbronnym Irakijczykom? Może dlatego, że Kerim wydał mi się sztucznie stworzonym "simem", niby wygląda jak człowiek, niby zachowuje się jak on, ale jest martwy, jest tylko marionetką, narzędziem w rękach pisarza. Miałam takie uczucie zwłaszcza, gdy Fatah burzył konstrukcję narracji. Cała powieść pisana jest z punktu widzenia Kerima, by nagle pod koniec oddać głos kilka razy innym postaciom.
(...) widział jak ludzie trzęsą się do rytmu , jakby wpadali w zbiorową ekstazę. Oni też, pomyślał, znają siłę wspólnoty, oni też jej szukają, a jednak to, co robią nie ma w sobie wiary, żadnego obowiązku. Chyba bardzo ważne były dla nich przy tym te obrazy z plakatów. Ale nikt nie przechodził żadnej metamorfozy, tylko na krótką chwilę zapominał kim jest. (s. 224) [Kerim na koncercie]
Żeby jednak ta recenzja nie była jednostronna dodam, że są w Czarnym statku fragmenty, które mnie ujęły. Przede wszystkim Nauczyciel - jednocześnie fascynujący i groźny, mówiący wielkie słowa, a przy tym manipulator. Także kilka ciekawych spostrzeżeń dotyczących społeczeństw zachodnich. Poza tym opis meczetu, wspólnoty wiernych i przemyśleń Kermima oraz Amira z tym związanych. Fatah powinien więcej pisać o religii, o specyficznym podejściu muzułmanów do ich wiary i islamu, bo nie tylko mu to najlepiej wychodzi, ale też jest to kwestia bardzo interesująca. Na koniec zwracam Waszą uwagę na wuja głównego bohatera - Tarika. To on jest świetnie odmalowaną, żywą postacią, do tego budzącą sympatię swoją troskliwością, doświadczeniem i pokorą.

Ocena: 3,5/6