Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura faktu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura faktu. Pokaż wszystkie posty

18 marca 2017

Swietłana Aleksijewicz - Cynkowi chłopcy

Wydawnictwo: Czarne, 2015
Pierwsze wydanie: Цинковые мальчики, 1991
Stron: 309
Tłumacz: Jerzy Czech

Literacka Nagroda Nobla 2015

Aleksijewicz to jedno z tych nazwisk, które nie wzbudza specjalnych wątpliwości i kontrowersji w kontekście Nagrody Nobla (no może z wyjątkiem udanego utarcia nosa Putina). Tym razem mogę się całkowicie zgodzić z wyborem Akademii, na półce czeka w kolejce Czasy secondhand (kupione rok temu tacie w prezencie), w planach też inne jej książki.
Człowiek ma prawo do niezabijania. Do tego, by się zabijania nie uczyć. Takiego prawa nie ma w żadnej konstytucji. (s. 23)
Wiele pisano o wojnie, a jednak każda z nich, jak i każde jednostkowe ludzkie doświadczenie wojny jest unikalne. Kto doświadczył wojny (choćby i pośrednio jako pracownik zaplecza wojskowego), ten nie ma szans wyjść z tego bez szwanku, bez jakiejś smugi. Człowiek nie jest stworzony do wojny. Może to absurdalne, co napisałam, w kontekście przytoczonych cytatów i tego, co wiemy na temat ludzkiej psychiki, naszej skłonności do przemocy, sadyzmu, okrucieństwa. A jednak, ale o tym później. Autorka podzieliła Cynkowych chłopców na trzy wyraźne części (choć rozdziałów jest więcej). Najpierw prowadziła własne notatki w trakcie zbierania materiałów do książki na temat radzieckiej interwencji w Afganistanie (1979-1989), następnie oddaje głos tym, którzy zdecydowali się opowiedzieć, co przeżyli i widzieli w trakcie konfliktu, a także opowiadający o sobie po powrocie do kraju. Na koniec zebrała różne listy, artykuły i materiały dotyczące swojego procesu: dwie osoby ujęte w książce domagały się sprostowania ich słów, proces odbył się na Białorusi.
Trzeba zacząć od tego, że jesteśmy zwierzętami, a ta zwierzęcość przysłonięta jest cieniutkim nalotem kultury, ciu-ciu-ciu. Ach, ten Rilke! Ach, ten Puszkin! A bydle wyłazi z nas błyskawicznie... Człowiek nawet okiem nie mrugnie... Wystarczy, żeby zląkł się o siebie, o swoje życie. Albo dostał władzę. Choćby niewielką. Malusieńką! (s.93-94, szeregowy, piechota)
Wracając do moich przemyśleń - największe wrażenie zrobiły na mnie nawet nie te okropności wojennej rzeczywistości, ale właśnie relacje osób powracających do rzeczywistości. Właśnie to skłania mnie do wniosku, że człowiek w zasadzie nie jest w stanie poradzić sobie z doświadczeniem wojny, zawsze wyjdzie z tego bardziej lub mniej pokiereszowany. Teraz to już powszechnie zna się termin syndromu stresu pourazowego, aczkolwiek nie jestem przekonana, że to coś zmienia. W każdym razie każda z tych osób dzieliła swoje życie na przed i po Afganistanie, a to po - to było życie na niby, jakby za szybą, często nałogi, niemożność prawdziwej rozmowy z bliskimi, ucieczka od siebie samego. Coś niepojętego. Takie doświadczenia niszczą coś ważnego, czego chyba nie da się już odzyskać, raz utracone nigdy nie wraca. Z tej perspektywy zupełnie inaczej można spojrzeć na żołnierzy wracających współcześnie z Afganistanu i Iraku. Ciekawe jak sobie radzą...

Cynkowi chłopcy to też świetna pozycja dla wszystkich zainteresowanych reżimem radzieckim, bardzo udanie pokazuje jego sztuczki i praktyki. Odnośnie stylu Aleksijewicz to jest bardzo spokojny, wyraźnie inny od męskich reportażystów. Zaimponowała mi swoją pokorą, to duży talent tak bardzo pominąć swoje ego we własnej książce. Jednym słowem: polecam!

Ocena: 5/6

24 lutego 2013

Norbert Lebert, Stephan Lebert - Noszę jego nazwisko. Rozmowy z dziećmi przywódców III Rzeszy

Wydawnictwo: Świat Książki, 2004
Pierwsze wydanie: Denn Du Trägst Meinen Namen, 2000
Stron: 160
Tłumacz: Maria Przybyłowska, Janina Szymańska-Kumaniecka

W końcu! Po 18 miesiącach wreszcie postawiłam książce najwyższą ocenę! Wręcz nie mogę opisać jak się ucieszyłam, gdy w trakcie lektury byłam już pewna, że wystawię tę szóstkę. Jakbym się obawiała, że najlepsze książki już za mną. Teraz wróciła mi wiara, że kolejne diamenty jeszcze gdzieś są na horyzoncie i czekają aż je odkryję.

Kiedy na okładce przeczytałam o Stephanie Labercie "wybitny dziennikarz" trochę się zaniepokoiłam, ponieważ,jeśli wydawnictwo jest zmuszone chwalić autora, to może znaczyć, że próbuje dodać mu wartości. Na szczęście jednak mogę potwierdzić, że jest to wybitnie dobra dziennikarska robota. A było tak: w 1959r. Norbert Lebert przeprowadził wywiady z kilkorgiem dzieci znanych nazistów (Hessa, Bormanna, Franka, Himmlera, Goringa i von Schiracha). Po wielu latach, syn Leberta, Stephan, je znajduje i postanawia spotkać się z tymi ludźmi jeszcze raz. Noszę jego nazwisko jest zbiorem obu części tych wywiadów. Połączył je po mistrzowsku, nie bojąc się napisać też o swoim ojcu, członku Hitlerjugend, który koniec wojny odebrał jako klęskę, a w omawianych wywiadach był raczej łagodny i współczujący dla swoich rozmówców, jakby ich rozumiał. Aż do śmierci męczyła go świadomość, i nie umiał się od niej uwolnić, że człowiek nie może ufać samemu sobie, że jest zdolny do wszystkich możliwych czynów, także złych, jeżeli wymagają tego zewnętrzne okoliczności. Tego wstrząsu, który położył się cieniem na całym jego życiu, nie tłumaczył tym, że ktoś inny sprowadził go na złą drogę. Wiedział jedno, należy strzec się przed uznaniem za powszechnie obowiązującego własnego kodeksu moralnego. (Stephan o ojcu, s. 116). Z kolei Stephan dokonuje wiwisekcji swoich odczuć na bieżąco, co czasem przyprawiało mnie o gęsią skórkę. Np. ten fragment: Idę nabrzeżem i czuję jakiś przerażający ucisk w sercu. Trochę za blisko otarłem się o piekło. (s. 97, po rozmowie z Niklasem Frankiem). Nie ucieka też od pisania o całym społeczeństwie niemieckim, które bez zmrużenia oka wchłonęło swoich obywateli odpowiedzialnych za III Rzeszę i za wojnę i skupiło się na zarabianiu pieniędzy. W którym pokoleniu zacznie więc wychodzić poczucie winy? I co jeśli to nie nastąpi?
(...) Wolfgang Schmidbauer po przeprowadzeniu niezliczonych badań dochodzi do stwierdzenia "wyrażającego najgłębiej niesprawiedliwą" sytuację, że mordercom z kacetów, którzy w okrutny sposób zabijali tysiące ludzi, a także związanym z obozami przedsiębiorcom, którzy czerpali zyski ze śmierci wielu tysięcy bezradnych pracowników, jest o wiele łatwiej zrzucić z siebie winę, zapomnieć o skrupułach i prowadzić normalne życie rodzinne jako szanowani przez swoje dzieci ojcowie, niż ofiarom cierpiącym najczęściej na straszliwe poczucie winy, bo przeżyły. (...) Mówiąc inaczej, bardziej cynicznie: zadawanie cierpienia powoduje o wiele mniej skutków ubocznych niż bycie jego ofiarą. (s. 118) 
Bardzo mnie interesuje temat tzw. winy Niemców; teraz też szczególnie mnie pociąga kwestia wpływu przodków na nas, co do nas wraca, co wychodzi po latach, jaki ciężar ojców nosimy przez resztę życia. Ta książka stała się więc dla mnie kopalnią cennych spostrzeżeń i wywołała we mnie silne emocje. Jest jak mocne uderzenie. Do tego dochodzą przeróżne wątpliwości, które porusza też Stephan, czy możemy obarczać winą dzieci za to co robili ich ojcowie, czy mamy prawo doszukiwać się w ich charakterach skazy przekazanej przez rodzica, zastanawiałam się wręcz nad ich genami, bolałam nad tym, jak ich wychowano. Zżymałam się, czytając, co im wpojono i jak wiele z tego zostało im w głowach. Czułam odrazę do tych, którzy bronili ojców na zasadzie czcij ojca swego i matkę swoją, bo nie mieli odwagi spojrzeć na nich z boku. Rozumiałam ich wstyd, nieraz im współczułam. Niektórzy za to wzbudzali we mnie wręcz obrzydzenie, czytałam i wyzywałam ich w duchu! Silnie przeżyłam te wywiady... Jestem pod ogromnym wrażeniem ciężaru, który nosili przez całe życie. Sprawdziło się jednak dużo z tego, czego dowiedziałam się o wpływie rodziny. Jednocześnie cieszę się, że większość z nich nie przekazała swoich genów dalej... Myślę też, że szczególnie na nich spoczywa obowiązek pamięci. Ten wysiłek podjął syn Bormanna i na swój sposób też Niklas Frank. Reszta potomków zbrodniarzy mnie po prostu przeraziła...
(...) ktoś, kto tak namiętnie ubóstwia ojca oraz własną pewność siebie, czerpie głównie z roli, jaką kiedyś odgrywał ojciec (z jego przebrzmiałej sławy), nie jest po prostu w stanie przyznać, że biografia rodziny stanowi dla niego poważne obciążenie. Jak budując swoje życie na takich podstawach, można przyznać się do podobnej słabości? Trzeba więc skonstruować sobie świat, który będzie miał tak małe okna, że wzrok nasz padnie tylko na to, co najchętniej chcemy codziennie oglądać. (s. 133, o Eddie Göring)
Ich wspomnienia z dzieciństwa są wręcz schizofreniczne: a to kochany tatuś przynoszący prezenty, a to wujek Adolf (czasem ojciec chrzestny!), który dawał pralinki albo trzymał na kolanach (jaki chłód wiał z tej książki w tych momentach! Samo nazwisko Hitlera jeżyło włos na głowie). Z drugiej strony wizyty u taty w pracy i przebłyski z obozów koncentracyjnych. Czy mieli szansę, żeby wyrosnąć na zdrowych ludzi po czymś takim? Jak wielki dysonans musieli odczuwać, słysząc wyroki skazujące na ojców i to, co im udowodniono. Jak wielu z nich poszło w kierunku wyparcia tego, odrzucenia logicznego osądu: (...) niemal każdy z potomków przywódców Trzeciej Rzeszy, z wyjątkiem Martina Bormanna i Niklasa Franka, zbudował sobie własny historyczny portret ojca, zgodnie z dewizą: on był w porządku, może zbyt oddany Führerowi, ale źli, to byli ci inni. (s. 135) Dysonans poznawczy podany na talerzu. I do tego ten szokujący list od zakonnika, który w ostatnich chwilach towarzyszył Hansowi Frankowi: Jestem przekonany, że Twój ojciec poszedł prosto do nieba (s.80) (!!!). Spowiedź, odpuszczenie win, "nawrócenie". Nie wiem kto mu dał prawo, wręcz upoważnienie, żeby takiemu potworowi cokolwiek wybaczać; na pewno nie ofiary...

No i na koniec: wypisałam sobie z tej książki kilka tytułów niemieckich (!). Mam nadzieję, że zostały przetłumaczone chociaż na angielski. A tu jest jeszcze ciekawa dyskusja o tej pozycji, plus kilka innych podobnych publikacji, które wrzucę sobie do schowka.

Ocena: 6/6

Książka wpisuje się w ramy wyzwania "Pod hasłem". Hasło styczniowe: LIST.

17 kwietnia 2012

W telegraficznym skrócie 2

Mało czasu, brak chęci i oto wyniki - blog chwastami zarasta, klub czytelniczy leżał odłogiem, ale się dobre dusze zainteresowały i coś tam ożyło bez mojego udziału. Ech. Lecim ciurkiem:

Jacek Pałkiewicz - Syberia. Wyprawa na biegun zimowy
W książkach trzeba unikać laurek i peanów na własną cześć, a z tego autor nie umiał zrezygnować, więc minus na dzień dobry. Poza tym jak się nie umie pisać, to zleca się to komuś innemu, bo jestem pewna, że jego podróże są świetnym materiałem na książki podróżnicze, jednak Pałkiewicz opisuje je tak drętwo i bez polotu, że prawie nie da się tego czytać. Syberia jest pełna wręcz amatorskich błędów: banalne kolokacje, wyrażenia tak utarte, że już nie robią na czytelniku wrażenia, czasem jakieś durnoty w rodzaju "bogini seksu" czy coś w tym guście. Do tego zalewanie człowieka informacjami, które albo już przyswoił na drodze swojej edukacji (np. czym jest Gułag) albo takimi, które są na wyciągnięcie ręki. A przecież aż się prosiło, żeby suche fakty zastąpić spostrzeżeniami tego, co się widzi, rozmowami z ludźmi, reakcjami członków grupy. Książka warta przejrzenia zg na doskonałe zdjęcia, li tylko.

Jacek Hugo-Bader - Dzienniki kołymskie
Całkiem ciekawa pozycja, choć nieco słabsza od Białej gorączki. Trochę bez myśli przewodniej, trochę chaotyczna, czasem za szybko porzucał jakiegoś interesującego bohatera. A raz, jak piał, że znalazł postać, o której każdy pisarz marzy, to byłam wręcz zaskoczona - ale jako to? Ten pan? Ja bym typowała ludzi z innych rozdziałów!
Jednego bym sobie naprawdę życzyła jeśli chodzi o książki Badera. Mianowicie, żeby napisał dłuższą rzecz o azjatyckich szamanach. Za każdym razem jak coś o nich wplata, jestem wręcz wniebowzięta, dla mnie to jakiś osobny kosmos, wierzę we wszystko, co ci ludzie mu mówią, ja, realistka twardo stojąca na ziemi.


José Carlos Somoza - Przynęta
Książka do recenzji, której nie zamawiałam. Początkowo miałam ją wylosować, jak to robię w takich przypadkach, ale okazało się, że mam inny tytuł tego autora w schowku, więc stwierdziłam - czemu nie. I faktycznie przez pierwsze 150 stron połykałam ją dużymi haustami, wciągnęłam się mocno, jak to z thrillerami bywa. Potem jednak doszłam do wniosku, że pomysł z tymi różnymi pozami, które mają działać na innych na zasadzie reakcji psa Pawłowa wydał mi się tak idiotyczny, że przyjemność czytania powoli mi przechodziła i zaczęłam prychać w trakcie lektury. Koncept równie absurdalny jak w Miłości ponad czasem, język jednak bez zarzutu, no, z wyjątkiem zbyt szczegółowego opisywania strojów bohaterów.
Tamtego drugiego tytułu nie wyrzuciłam ze schowka - jest tam trochę fizyki i matmy, więc nadal liczę, że mnie Somoza oczaruje.


Ewa Białołęcka - Naznaczeni błękitem (księga I) 
Nie dość, że fantasy o genialnych młodych czarodziejach, to jeszcze polskie! I muszę się przyznać - to było dobre! Wiem, że można zarzucić tej książce, iż jest zbiorem opowiadań i nie tworzy całości (póki co, bowiem, jak rozumiem, w cz. 2 bohaterowie się spotykają). Faktycznie, w pewnym momencie to urywanie kolejnych części zaczęło być denerwujące, trudno się żegnało niektóre postaci. Do tego ostatni rozdział jest nużący i właściwie zbyteczny. Okładka obiecywała jeszcze małego czarodzieja od ognia, ale w książce ani widu, ani słychu o nim... W każdym razie polecam tę książkę nie tylko za przepiękny i plastyczny świat, ale też za finezyjny i dopracowany język. Wręcz czuć, ile autorka spędziła czasu wygładzając każde zdanie, tak aby wręcz błyszczało, kupiła mnie tym całkowicie. I do tego książka zawiera pomysłowe, takie kobiece porównania, np.: ślizgał się po szerokim końskim grzebiecie jak kawałek masła po gorącej patelni, cały świat skręcił się dokoła, niczym bielizna w rękach praczki-olbrzymki, czy od tej chwili wszystko zaczęło toczyć się samo, jak jajko po desce :)

John Grisham - Ława przysięgłych
Taka tam sensacja coby chorobę jakoś przeżyć, kiedy łzawią oczy, leżę i dogorywam ;) W sumie sprawdziła się w tej roli, choć Grisham szału nie robi, trochę mnie teraz dziwi jego sława. Pomysły to on ma - weźmie sobie na warsztat autentyczny proces z koncernami tytoniowymi, zrobi kilka fabularnych wygibasów, a potem tylko sprawdza stan konta :) Wciągnęło mnie (choć ostatnie 50 stron, to już ledwo czytałam), jednak irytowała mnie jego zbytnia szczegółowość, wprowadzanie scen bez znaczenia, pewne nielogiczności w charakterach postaci. Z czasem książka zaczęła mnie nużyć, zakończenie stało się szybko przewidywalne, do tego doszłam do wniosku, że ten pisarz chyba nie potrafi pisać o kobietach. wydano to w połowie lat 90., a bohaterki kobiece są tam rodem z lat 60, w porywach do 70. A już wręcz dziwne jest to, że żadnej nie dał pracy powyżej sekretarki parzącej kawę i obsługującej ksero...

Ad tagów: rozczarowania to nr 1 i 3, recenzyjna nr 3.

14 czerwca 2011

Jonathan Littell - Czeczenia. Rok III

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2011
Pierwsze wydanie: Tchétchénie, An III, 2009
Stron: 183
Tłumacz: Małgorzata Kozłowska

Littell'a pewnie wielu kojarzy dzięki równie kontrowersyjnej, co sławnej książce "Łaskawe". Ja tę cegłę mam jeszcze przed sobą, tymaczem pojawiła się okazja, żeby poznać tego pisarza od zupełnie innej strony - jako reportażystę.

Właśnie pytanie: czy to jest reportaż? Wydaje mi się, że nie do końca; to raczej taka próba ogólnego przedstawienia współczesnej Czeczenii z punktu widzenia dziennikarza, który już wcześniej przebywał w tym kraju, pracując dla organizacji humanitarnej Action Against Hunger. Początkowo przyjechał nastawiony do zmian optymistycznie. Owszem, wojna nie przyniosła Czeczenom tego, co chcieli. Jednak teraz jest to wielki plac budowy, ludzie pracują, młodzi myślą o przyszłości. Jest pewna stabilizacja i typowa dla Federacji nie-normalność, do której można się przyzwyczaić. Littell chciał to właśnie opisać. Jego plan uległ zmianie, gdy zaczął rozmawiać z emigrantami, już po powrocie do Europy. Te spotkania plus pewna ich liczba w samej Czeczenii sprawiły, że zmienił perspektywę patrzenia i opisał Czeczenię, nie jako kraj, który zadziwiająco szybko podniósł się po dwóch wyniszczających wojnach, ale jako spory plac zabaw dla Ramzana Kadyrowa (prezydent Czeczenii) i jego ludzi.

To, czego się dowiedziałam od autora było faktycznie dla mnie nowością. Od dawna interesuje mnie ten kraj i pamiętam jak przeżywałam obie te wojny i arogancję Rosji w stosunku do Czeczenów. Littell stara się pokazać obiektywnie, że dzieją się tam i dobre rzeczy (choćby właśnie odbudowa, hojnie finansowana przez Putina). To nie może jednak przesłonić prawdy, czyli wszechobecnej korupcji (nawet większej niż w samej Rosji), polityki Ramzana (można być albo z nim, albo przeciw niemu; niewielu udaje się zachować jako taką neutralność), pazerność władzy, ginących ludzi (torturowani i mordowani), młodych ludzi uciekających do lasu i coraz gorszej sytuacji kobiet (zg na obowiązujące prawo szariatu, stale rozszerzane). A jednocześnie Ramzan jest obecnie jedynym gwarantem spokoju w Czeczenii, i wiedzą to wszyscy: i Rosja, i jego podwładni, i zwykli Czeczenii. Krótko mówiąc: bagno, którego już nic nie zmieni. Nie będzie wcale lepiej. I niepodległa Czeczenia też by sytuacji wcale tak bardzo nie zmieniła... W tym miejscu moich rozmyślań od razu wspominam "Białą gorączkę" Hugo-Badera. To jak Związek Radziecki wpłynął na bieg dziejów milionów ludzi, różnych krajów i rejonów jest aż trudne do ogarnięcia. Jedna udana rewolucja, a zmieniła losy i oblicze sporej części świata. Czeczenia jest tego dobrym przykładem. Świat to nie gra, gdzie można zaorać poletko i zacząć od nowa, gramy tym, co mamy i stale ponosimy konsekwencje za dawne decyzje podejmowane na 5 minut, a nie w perspektywie długofalowej. Tak patrząc na rozwój ludzkości, naprawdę można powątpiewać w prawdziwość twierdzenia, że stoimy na najwyższym szczeblu drabiny rozwoju.

Ocena nie odpowiada w pełni moim refleksjom, bowiem styl i sposób pracy Littell'a odbiega od moich oczekiwań względem reportażysty. Jego relacja jest dość sucha, bardziej pasuje to do rozbudowanego artykułu w jakimś poważnym dzienniku (te 180 stron jest trochę przekłamane: książka jest mała, marginesy i czcionka duże + plus kilka zdjęć). Ponadto autor często usiłował w jednym zdaniu upchnąć zbyt dużo faktów i mało istotnych szczegółów. Co więcej, w książce brakuje rozmów ze zwykłymi Czeczenami. Odnośnie wydania: ta okładka jest chyba najlepszą do tej pory wśród otrzymanych przeze mnie książek do recenzji. Wspaniała. Pomysłowa. Przykuwająca uwagę. Co za oko, żeby tak połączyć wieże minaretów z bronią żołnierzy! Do tego celowe zaciemnienie nieba - jak chmura kłopotów wisząca nad Czeczenią. Oklaski na stojąco (autorem jest Thomas Dworzak)!

Ocena: 4/6

25 lutego 2011

Peter Fröberg Idling - Uśmiech Pol Pota (O pewnej szwedzkiej podróży przez Kambodżę Czerwonych Khmerów)

Wydawnictwo: Czarne, 2010
Pierwsze wydanie: Pol Pots leende : Om en svensk resa genom röda khmerernas Kambodja, 2006
Stron: 293
Tłumacz: Mariusz Kalinowski

Spotykam się najczęściej z reportażami, których autorzy starają się być gdzieś poza tekstem, oni są tylko narzędziami do przekazania nam pewnych wydarzeń, do opisu społeczności lub/i danego miejsca. Idling potraktował ten gatunek znacznie szerzej i napisał książkę osobistą, a wszystko czego doświadczył, co przeczytał lub o czym się dowiedział od innych przefiltrował przez siebie, przez swoją wrażliwość, swoje spojrzenie.

Uśmiech Pol Pota jako główny wątek przyjęło odniesienie się do wizyty szwedzkiej delegacji z 1978 w Kampuczy. Poza tym opowiada o Kambodży przed rządami Czerwonych Khmerów, o jej losach potem i współcześnie. O samym Pol Pocie i innych ludziach reżimu. O podróży autora do tego kraju. Nie chciałabym zamykać moich spostrzeżeń do banalnego "to straszne co zrobiono z tym krajem" itp., w związku z tym napiszę o mojej osobistej refleksji w trakcie lektury, która okazała się też - wraz z odwróceniem ostatnich stron - refleksją Idlinga.
Jedno zdjęcie zostaje w pamięci. Mogę przywołać je w każdej chwili. To fotografia małego chłopca. Nie starszy jak pięć lat. Mały wróg lud. (...) Siadam na schodach prowadzących do jednego z budynków i płaczę. (s. 161)
Sporo miejsca w Uśmiechu zajmuje odmalowanie nastrojów opinii publicznej lat 70. One, zarówno jak losy Kambodży po inwazji Wietnamu, były dla mnie nowością. Z czego to się bierze? I tu po raz drugi pochylę się nad podręcznikami do historii, które z każdym rokiem zawodzą mnie coraz bardziej swoją powierzchownością, a nawet przekłamaniami. Serwuje się młodzieży gładką i prostą historię świata, przemilczając sprawy zbyt skomplikowane, zbyt obszerne lub niepochlebne dla (wstaw jakieś państwo, jakąś kulturę, daną grupę społeczną). Potem człowiek dorasta, a jeśli ma szczęście, trafia na inne źródła i następuje wielkie zdziwienie. Moja książka od historii przekłamała nie tylko wiele faktów z PRL-u, zaserwowała mi też niesprawdzone plotki na temat khmerskiej dyktatury! Słowem też nie wspomniała o dalszych losach Kambodży. Po co, w końcu szybko przestała być istotna dla dwóch głównych mocarstw.
Jeżeli trzy z czterech pogłosek są najwyraźniej nieprawdziwe, to tej czwartej też niezbyt łatwo dać wiarę. A teraz na odwrót: gdy okazało się, że te masowe mordy, w całej swojej grozie, to nie wymysł, lecz prawda, prawdziwe stały się też tamte pozostałe pogłoski. Czarno - biały obraz przysłania koniec końców wszystko. Jak więc wyciągnąć jakąś naukę z historii? (s. 226)
Autor umiejętnie próbuje przekazać jak niewielkie szanse mamy na obiektywizm wobec wydarzeń bieżących. Dopiero po upływie dłuższego czasu zaczyna w nas przeważać trzeźwe spojrzenie, dopiero wtedy jesteśmy racjonalni. Jak więc o czymkolwiek możemy wnioskować? Nie tylko nasze bliskie otoczenie filtrujemy przez własne, subiektywne spojrzenie; nawet codzienne wydarzenia jak kryzys ekonomiczny, wojna tu czy tam, decyzje polityczne; jesteśmy jak dzieci we mgle. Nie wiemy nic, Sokrates miał rację, my naprawdę nie wiemy nic... i ta myśl przypomniała mi moje polemowskie zadumanie nad nauką. Jedynie ona, i tylko w ścisłym zakresie, jest czymś namacalnym już tu i teraz. Ani historia, ani literaturoznawstwo, ani biologia itp. nie załapują się do tego marginesu pewności. Nagle ten cud natury, człowiek, staje się szmacianą, nierozumną lalką i może to jest nasz prawdziwy obraz (?). No dobra, znowu za bardzo odeszłam od tematu! (silly me). Zwrócę jeszcze tylko uwagę na fakt, że czasem znajdzie się ktoś, kto jest w stanie dostrzec prawdę od razu. W tym przypadku był to François Ponchaud, któremu nikt nie wierzył i który przez lata był dyskredytowany w oczach opinii publicznej i wyśmiewany.

Interesujący jest też tu język, czasem faktycznie dość poetycki, na pewno subtelny i oddający wrażliwość Idlinga. Drażnił mnie jednak czasem nadmiar zbyt krótkich zdań, czasem ich równoważniki. No i autor nie ma smykałki do pisania o historii, fragmenty poświęcone na zapoznanie czytelnika z podstawowymi faktami były najsłabsze. Poza tym nie mam żadnych do niego zastrzeżeń. Do wydania też (jedna literówka), z wyjątkiem sceny nr 150 (to błąd czy to jakieś tajemnicze nawiązanie do dadaizmu? ;)

Ocena: 5/6

18 grudnia 2010

Eamon Javers - Agent, handlarz, prawnik, szpieg. Tajemniczy świat korporacyjnego szpiegostwa

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2010
Pierwsze wydanie: Broker, trader, lawyer, spy, 2010
Liczba stron: 409
Tłumacz: Agnieszka Andrzejewska

Zacznę od bzdury, ale bzdury, na którą każdy z nas zwraca uwagę: okładka. Jest absolutnie wyjątkowa! Fajny układ (do wywalenia tylko zachęcający cytat z jakiejś gazety, nie lubię takich robaków na haczyku) i kolor, zawsze zwracam uwagę na czarne okładki. Od tego oka idą promienie, które symbolizują podsłuchiwanie, ale widać je tylko pod odpowiednim kątem i pod naszym dotykiem. Grzbiet książki wyróżnia się na półce: są to różowo - czarne pasy z tym okiem. Na serio, kiedy ją dostałam, pierwsze chwile spędziłam na dokładnym studiowaniu okładki i pomacaniu każdego jej centymetra ;)

Temat korporacyjnego szpiegostwa jest dla mnie pewnym novum; zdawałam sobie sprawę, że firmy się szpiegują, ale nie sądziłam, że ten rynek jest tak duży i wart takich pieniędzy. Brudną robotę odwaliła za mnie nauczycielka, która przekopała internet i potwierdza istnienie tych wszystkich dokumentów online z przypisów. Książka dzieli się na część wstępną (tłumaczącą o co chodzi na przykładzie, na zasadzie przynęty), część historyczną (jak to się wszystko zaczęło, a zaczęło się dawno!) i część opisującą współczesne czasy (do 2008 roku). Znajdziecie tu wiele znanych Wam przynajmniej ze słyszenia korporacji (np. Nestle), zobaczycie jak wygląda komercyjne szpiegostwo w USA, Wielkiej Brytanii, Niemczech i Rosji. Nieraz poczujecie się jakby ktoś Wam czytał scenariusz jakiegoś filmu szpiegowskiego, może nie z Bondem, bo ratowania świata tu nie ma. (Zresztą, nierzadko na podstawie różnych afer powstawały amerykańskie filmy.) Cel tego wszystkiego jest jeden: pieniądze. Szpieguje się więc konkurentów, potencjalnych kontrahentów, firmy, które chce się kupić, własnych pracowników, przyszłych i byłych też, a także rządy. Motywem jest albo możliwość zarobienia pieniędzy (najczęściej na giełdzie, ale też na rynku konsumenckim), albo zminimalizowanie ewentualnych strat. Chyba największe wrażenie zrobił na mnie opis śledzenia jakiejś osoby w Londynie.

Javers zwraca też uwagę na wątpliwości, które pojawiają się z każdym razem, kiedy sektor prywatny działa na styku z sektorem publicznym. Jest to bardzo częste, ponieważ większość pracowników prywatnych agencji wywiadowczych stanowią byli (a czasem i obecni!, działający jako wolni strzelcy i za pozwoleniem swojego kierownictwa) pracownicy służb specjalnych (CIA, byłe KGB, MI6). Unaocznił przypadki wpływu obcych państw (Chiny, Arabia Saudyjska) na tor pewnych wydarzeń w Stanach. Pyta również o lojalność szpiegów w stosunku do ojczyzny, skoro pracują po prostu dla tego, kto płaci i nie interesuje ich, co klient zamierza z daną informacją zrobić. Przede wszystkim cała jego książka jest dowodem na to jak pieniądz rządzi światem, jak zmienia się on, ale niekoniecznie na naszych oczach (bowiem jest to bardzo dyskretny sektor gospodarki) i najważniejsze: że faktycznie informacja to obecnie najdroższe i najbardziej poszukiwane dobro.

Cieszę się, że takie książki są wydawane w Polsce w tym samym roku, w którym miały swoją premierę. Natomiast jej minusem, o którym muszę napisać jest czasem zbytnia szczegółowość. Nie dotycząca samych przypadków szpiegowania, ale prób sztucznego uatrakcyjnienia tekstu, np. opisem pogody, gdy X jechał do biura, potraw, które szpiedzy jedli, podsłuchując czyjąś rozmowę. Warto za to pochwalić tłumaczenie: nie gubiłam się w opisie wielu różnych działań na giełdzie itp.; korekta jednak pod koniec książki się rozleniwiła i przepuściła kilka kwiatków.

Ocena: 4,5/6

18 września 2010

Jacek Hugo-Bader - Biała gorączka

Wydawnictwo: Czarne, 2009
Liczba stron: 391

Nastawiłam się na reportaże napisane w trakcie podróży Badera z Moskwy do Władywostoku. Szybko jednak wpadłam w konsternację, bowiem okazało się, że reportaże te są z różnych lat, nie tylko z Rosji, ale też innych krajów, które kiedyś były częścią ZSRR. Kilka z nich, zresztą, miałam okazję przeczytać już w "Dużym Formacie".

Zastanawiam się czy są jakieś reportaże w konwencji "widziałem szczęśliwych Rosjan", ponieważ Biała gorączka to kolejny kamyczek do ogródka krytyków tego największego państwa świata. Odkąd pamiętam Rosja wzbudzała we mnie pewną niechęć, nie ufam temu krajowi i nie mogę uwierzyć, że można pozwolić na takie zaniedbania i absurdy wśród własnego narodu. A przecież Rosja ma wspaniałe tradycje, literatura rosyjska jest moją ulubioną i jedną z najwybitniejszych na świecie, są tam genialni uczeni i uznane ośrodki badań. Kurczę, i to wszystko można tak (z)marnować! Krew człowieka zalewa, choć to nie mój kraj... Może to są skutki rządzenia za dużym państwem? Ogarnięcie takiej powierzchni i takiej masy ludzi wydaje się wręcz niemożliwe? Wydaje się to szczególnie trudne kiedy nie ma się tradycji demokratycznych. Dobra, dość analiz.

Reportaże Badera mówią najczęściej o ludziach z nizin społecznych, o tych zapomnianych przez państwo, którym nierzadko grozi wyginięcie, biednych (a często żyjących już w nędzy). Jest to morze cierpienia, strasznych biografii, niesamowitych wypadków życiowych, bezradności, alkoholizmu, braku nadziei. Te teksty nie napawają optymizmem na przyszłość. Naprawdę, dalsze losy Rosji widzę w czarnych barwach, jakby tam się nic nie zmieniało. Jest przeżarta korupcją od samego dołu aż po szczyt i jest to powszechnie akceptowane na zasadzie przyzwyczajenia i braku wiary, że można to zmienić.

Najbardziej podobały mi się reportaże, które mówiły o szamanach różnych narodów w Rosji. Jest to fantastyczny element wschodniego folkloru, który zasiewa ziarno zwątpienia w duszach materialistów. Jest to cały kalejdoskop interesujących ludzi i ich losów. Przerażające są natomiast wszystkie rozdziały, gdzie alkoholizm, życiowa nieporadność i upadek wszelkich wartości są głównym tematem. Włosy dęba stają podczas czytania. Wydaje się to zaklętym kołem, w którym zostawione sobie samym lub porzucone dzieci powielają wszystkie błędy rodziców i bezwiednie staczają się na dno.

Ważna lektura, polecam. Też wydana bez zarzutu, zero literówek, trochę zdjęć plus mapa z trasą dziennikarza. Proszę tylko nastawić się na ogarniające czytelnika przygnębienie (nie licząc jednego zabawnego akcentu na poczcie, ale i on pokazuje rosyjską biurokrację, która oplata ten kraj).

Ocena: 5 - 5,5/6

25 sierpnia 2010

Ryszard Kapuściński - Dlaczego zginął Karl von Spreti

Wydawnictwo: Czytelnik, 2010
Pierwsze wydanie: 1970
Liczba stron: 101

Po lekturze takiej książki mam ochotę klęknąć i ucałować tę naszą polską ziemię. Może to i głupio brzmi, ale dziękujmy losowi, a tak, powtarzam się. Ale po prostu często mnie ta myśl nachodzi.

Jest to chyba jedyna książka Kapuścińskiego, której nie kojarzyłam po tytule. Tym razem mówi o Gwatemali. Opowiada jej historię i tym samym wyjaśnia przyczynę zamordowania niemieckiego ambasadora Spreti'ego w 1970r. W czasie lektury włos mi się jeżył na głowie, brak słów by opisać morze zła, które ma miejsce w tym kraju... To wygląda jak urzeczywistnienie orwellowskiej wizji. Jednocześnie Kapuściński robi analogie do innych republik latynoskich. Najgorsza jest w tym rola Stanów Zjednoczonych, które jawią się jako siedlisko chciwości i braku skrupułów. Mierzi mnie ten kraj i to mierzi z każdym rokiem coraz bardziej, im więcej o nim wiem...

Lektura zachęciła mnie do poszukania informacji o współczesnej Gwatemali. Mimo zapewniania o demokracji i wolnych wyborach (ostatnie z 2007r.), nie wierzę, że sytuacja została tam uzdrowiona. Prezydent Álvaro Colom nie wzbudza mojego zaufania. Dość powiedzieć, że średnia wieku w Gwatemali to... ok. 19 lat. Przeżyć tam to prawdziwy wyczyn.

Ocena: 5/6

23 lipca 2010

Artur Domosławski - Ameryka zbuntowana

Wydawnictwo: Świat Książki, 2007
Pierwsze wydanie: 2007
Liczba stron: 285

Część z tych wywiadów (nieco okrojonych) można było przeczytać w "Wybiórczej", tu mamy okazję poznać je wszystkie. Jest to pierwsza książka z mojego schowka na bnetce z kategorii "poszukuję", której faktycznie poszukałam, więc teraz czas na specjalne fanfary! [a jest co świętować zważywszy, że jestem tam już od 5 lat...]

Na wejście i na zakończenie umieszczono dwa najlepsze wywiady (i słusznie): kolejno z Noamem Chomsky'm i Howardem Zinn'em. W ogóle to, co warto pochwalić w tej książce to dobór rozmówców. Oprócz wyżej wspomnianych wypowiadają się np. Benjamin Barber, Philip Zimbardo, Clayborn Carson czy Kevin Philips. Tematy to idea wolności, strach, rasizm, gospodarka, wojsko, polityka wewnętrzna i zagraniczna USA oraz stosunki panujące na światowej arenie politycznej. Część rzeczy będzie wiadoma wielu, cześć nielicznym, część może być nowością. Efekt jest jednak całkiem satysfakcjonujący.

Co mi się nie podobało to, niestety, pytania pana Domosławskiego - tendencyjne, co sprawia wrażenie, że cała książka ma jakąś tezę (prezentującą bądź wcześniejsze poglądy autora, bądź jego opinię, którą wyrobił sobie już w trakcie tych wywiadów i stwierdził, że zrobi z tego książkę). To tego wzajemnego potakiwania sobie mężczyzn, wrzuciłabym jednak jakieś trzy na krzyż rozmowy z drugiej strony barykady, tak dla zachowania równowagi, dla pokazania jakimi (najczęściej miałkimi) argumentami posługują się ci jedyni prawdziwi (jak o sobie myślą) patrioci amerykańscy plus choć jednego rozmówcę-kobietę (naprawdę nie znalazł żadnej publicystki?). Może to by nieco złagodziło wrażenie powtarzania się pewnych zdań w tych siedemnastu rozmowach.

Ocena: 4,5/6