13 sierpnia 2017

Stanisław Lem - Doskonała próżnia

Wydawnictwo: Biblioteka Gazety Wyborczej, 2008
Pierwsze wydanie: 1971
Stron: 214

Dużo uporu i samozaparcia kosztowała mnie ta książka. W pewnym momencie nawet się poddałam, zakładkę wyjęłam, tom odłożyłam na półkę z rezygnacją. Potem zaczęłam czytać co inni o niej napisali i tam dziwum jakieś: zachwyty, wychwalanie, dyskusje, bardzo wysoka ocena na bnetce. No nic, stwierdziłam, że choćby nie wiem co, to ją skończę (mając w pamięci moją porażkę z Golem XIV, któremu też nie dałam rady). I skończyłam. Faktycznie, było warto, choć na pewno moja ocena tego nie odzwierciedla. Wynika to jednak z tego, że zbiór jest ten dla mnie nierówny i zawiera chyba po równo utwory wybitnie interesujące i stymulujące mózgownice, jak i takie, które mnie jedynie wybitnie nużyły. Zdecydowanie nie jest to pozycja dla początkującego czytelnika Lema, to raczej coś dla kogoś, kto woli inne formy niż powieści i woli Lemowską futurologię i eseje.
Jeśli na Saharze znajduje się czterdzieści ziarenek piasku, od których znalezienia zależy ocalenie świata, to się ich nie odnajdzie tak samo jak czterdziestu zbawicielskich dzieł, które dawno już zostały napisane, lecz utonęły w pokładach makulatury. A te dzieła na pewno zostały napisane,ponieważ poręcza to statystyka prac ducha (...). Tak tedy, zanim napoimy dusze tymi rewelacjami, udławimy je śmieciem, bo tego jest cztery biliony razy więcej. (Joachim Fersengeld: Perycalypsis, s. 70-71)
Zbiór zawiera 16 utworów, które są recenzjami nieistniejących książek. Co ciekawe, pierwszy z nich to recenzja samej Próżni doskonałej. Lem musiał mieć jednak wyrafinowane poczucie humoru :) Z pozostałej 15-stki najbardziej zapała mi w pamięć Alfred Zellermann: Gruppenführer Lous XVI, który jest tak zabawnie absurdalny i tak poważnie napisany, że śledziłam akcję tworzenia mini monarchii w sercu dżungli amazońskiej z wypiekami na twarzy. Z kolei Alistar Waynewright: Being Inc. to historia niczym z filmu "Truman show" na niewyobrażalną wręcz skalę, gdzie korporacje zaczynają kreować nasze życie w dużej części na życzenie klientów. Cezar Kouska: De Impossibilitate Vitae; De Impossibilitate Prognoscendi za to mówi o przypadku właściwie wszystko, co można o nim powiedzieć (Lem tu na serio pozamiatał temat!). Arthur Dobb: Non serviam choć ciężki w czytaniu, pod koniec dał mi ciarki, czułam się przez chwilę, jakbym patrzyła samemu Bogu na kark...

Na koniec jest jeszcze okazja przeczytania utworu Jacka Dukaja Kto napisał Stanisława Lema? 

Ocena: 3,5/6

30 kwietnia 2017

Tylko cytat #6

 
Nie nadawał się do niczego innego. Magia była jedyną ucieczką. Właściwie w magii też sobie nie radził, ale przynajmniej nie radził sobie definitywnie. Zawsze uważał, że ma prawo do roli maga w taki sam sposób, jak zero do roli liczby. Nie można zajmować się poważną matematyką bez zera, które właściwie nie jest żadną liczbą, ale gdyby je zabrać, mnóstwo większych liczb zostałoby w bardzo głupiej sytuacji. Ta niejasna myśl rozgrzewała go w czasie tych okazjonalnych przebudzeń około trzeciej nad ranem, kiedy oceniał swoje życie i stwierdzał, że waży mniej niż obłoczek ciepłego wodoru. Owszem, prawdopodobnie rzeczywiście kilka razy ocalił świat, ale na ogół działo się to przypadkiem, kiedy starał się robić coś innego. I prawie na pewno nie uzyskał za to żadnych punktów karmicznych. Takie rzeczy liczyły się chyba tylko wtedy, kiedy człowiek przystępował do nich, myśląc, najlepiej głośno: „Tam u licha, demonicznie odpowiednia chwila, żeby ocalić świat, i nie ma co się zastanawiać”, a nie: „O szlag, tym razem naprawdę chyba zginę!”.
 
***
 
Świat miał zbyt wielu bohaterów i na pewno nie potrzebuje następnego. Miał za to tylko jednego Rincewinda, więc Rincewind był światu winien utrzymywanie tego jedynego przy życiu jak najdłużej.
 
***
 
Kiedy ludzie potrafiący czytać i pisać zaczynają walczyć w imieniu tych, którzy nie potrafią, kończy się to inną odmianą głupoty. Jeśli chcecie im pomóc, zbudujcie gdzieś wielką bibliotekę albo co, i zostawcie otwarte drzwi.
 
***
 
- Czemu nie zaprosimy ich na ucztę i nie wyrżniemy wszystkich, jak się upiją?
- Słyszałeś, co mówili. Jest ich siedemset tysięcy.
- Tak? No to trzeba podać coś prostego, makaron albo co...
 
[tłum. Piotr W. Cholewa, wyd. Prószyński i S-ka] 

25 kwietnia 2017

Michel Faber - Księga dziwnych nowych rzeczy

Wydawnictwo: W.A.B.
Pierwsze wydanie: The Book of Straange New Things, 2014
Stron: 589
Tłumacz: Tomasz Kłoszewski

To była uparta książka, ponieważ wywalczyła sobie miejsce na mojej liście "planuję przeczytać". Pamiętam, że kiedy na blogach często ją omawiano, cichy głosik w mojej głowie mówił "nie, nie wrzucaj jej do schowka, za dużo już masz tam książek, skupiasz się teraz na czytaniu swoich". Aż w końcu padma wrzuciła podsumowanie 2015 roku i ugięłam się. A to jej recenzja. Księga tkwiła sobie spokojnie na liście, aż tu nagle mój DKK uszczęśliwił mnie perspektywą jej omawiania.

Nasz klub kręci się wokół fantastyki, a ta książka miała należeć do SF. Nie wiedziałam czego się spodziewać, ponieważ Faber znany jest z innej książki, Szkarłatny płatek i biały, która nota bene też jest w moim schowku (efekt czytania blogów!) i jest zupełnie niepodobna do Księgi. Gdzieś nawet wyczytałam, że autor lubi skakać po gatunkach i z każdego coś uszczknie dla siebie. Tak więc z tym gatunkiem SF też sprawy się komplikują, jako że nie jest to czysta gatunkowo powieść. Owszem, ma wiele elementów sci-fi: inna planeta, obca cywilizacja, przyszłość Ziemi, a jednak jest to jedynie jej tło. Co wybija się na pierwszy plan tej historii to relacje międzyludzkie i religia. Zalążek tego jest taki: chrześcijański pastor, Peter, wyrusza na planetę Oazę, ma nauczać tamtejszych mieszkańców. Jego żona, Bea, zostaje na ziemi. Lecimy razem z Peterem, poznajemy ten nowy dla niego świat, czytamy wymianę listów między małżonkami. I to w tych listach dzieje się najwięcej, a nie na Oazie (sic!). Ten pomysł uważam, że wyjątkowo oryginalny, bo choć opisy przeżyć pastora są bardzo interesujące, a ich głębia przypominała mi czasem skrupulatność stwarzania obcych kultur w stylu Le Guin (oraz szacunek w ich przekazywaniu), to listy Bea były jak kamienie milowe tej powieści. Zżerała mnie czytelnicza ciekawość co się dzieje na Ziemi i najchętniej wysłałabym głównego bohatera do domu, żeby mi to opowiedział! 

Ujął mnie Faber swoją niespiesznością, wręcz idealnie podporządkował tempo tej spokojnej, delikatnej społeczności Oazjan. Wymyślił ich od podstaw (język, wygląd, zachowanie, gospodarkę, architekturę itp.), odsłaniał ich powolutku, niemal taktownie, jak gdyby naprawdę istnieli i nie chciał ich urazić ;) Również opis planety jest bardzo pomysłowy, żadnych fajerwerków, a jednak wydaje się tak... prawdopodobna! Początkowo byłam bardzo negatywnie nastawiona do pomysłu, że narratorem jest chrześcijański pastor, głęboko wierzący, nawrócony do szpiku kości, z czasem jednak Peter okazał się całkiem interesującą postacią i dobrym rozmówcą dla innych ziemian wysłanych na misję. Z drugiej strony moja sympatia do niego nie była mi dana raz na zawsze, w końcu uznałam go za niebywałego egoistę ukrytego pod płaszczem troskliwego i kochającego męża.

W kwestii religii Księga skłania do wielu rozważań o przekładalności danej wiary na zrozumiały przekaz dla obcej kultury. Czy ich wiara jest prawdziwa? Czy naprawdę rozumieją to, czego są nauczani? O czym to świadczy, jeśli oni wydają się w swej wierze o wiele bardziej szczerzy i autentyczni od chrześcijan na Ziemi? Bardzo interesująca jest ta warstwa, choć z drugiej strony uważam, że sam koncept, aby jakiekolwiek kosmiczne humanoidy miałyby przyjąć jedną z naszych religii jest mocno naciągany.

Wracając na chwilę do gatunku SF - twardogłowych fanów gatunku chyba nie zachęcam do przeczytania, ponieważ będą bardzo psioczyć na brak naukowych podstaw w opisywaniu zasad działań świata przyszłości lub w ogóle na brak wyjaśnienie kilku co bardziej palących kwestii. Mnie to w sumie nie przeszkadzało, ponieważ skupiałam się na czymś innym. Całej reszcie książkę zdecydowanie polecam, jeśli nie lubicie fantastyki, to nic Was w tej lekturze dodatkowo nie zniechęci do tego gatunku, a na pewno docenicie psychologię postaci i pomysłowość autora. To nie jest też czytadło, ale na pewno nie jakaś bardzo wymagająca pozycja.

Ostatnie kilka słów poświęcę okładce - moim zdaniem jest obłędna! U padmy sobie zobaczycie, że to nie jest kolor żółty, tylko złoty. Lubiłam sobie pomacać tę książkę w księgarni, choć z czasem - muszę przyznać - te złocenia się trochę wycierają w tych miejcach, w których naturalnie ręka styka się z okładką.

Ocena: 5-5,5/6

P.S. Wpisałam Wielka Brytania w tagach, ale na zasadzie, żeby jednak coś było, bo sam Faber nie identyfikuje się z żadną narodowością...

17 kwietnia 2017

Milan Kundera - Nieznośna lekkość bytu

Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1992
Pierwsze wydanie: Nesnesitelná lehkost byti, 1984
Tłumacz: Agnieszka Holland
Czyta: Marek Barbasiewicz
Audiobook: 8:47:06
Nagranie: Zakładu Nagrań i Wydawnictw Związku Niewidomych w Warszawie, 1997

Nieznośna lekkość bytu od wielu lat widniała na mojej liście "must read". Z 15 lat temu z biblioteki pożyczyłam inną powieść Kundery, Żart, ale lektura mnie nie wciągnęła i książkę oddałam nieskończoną. Obawiałam się, że może ten autor mi nie podejdzie i dlatego tak zwlekałam z jego najsławniejszym dziełem. Odkąd jednak zaczęłam słuchać audiobooków w weekendowe poranki, to tak nie wybrzydzam.

Bez dwóch zdań: Kundera mnie zaskoczył. Opis fabuły był dla mnie mało zachęcający - historia losów czterech osób w czeskiej Pradze, w tle wydarzenia z Praskiej wiosny 1968 roku. Od razu przychodzi mi na myśl Hańba Coetzee, której opis też wydaje się jak zapowiedź nic nieznaczącej nudy. W obu przypadkach autorzy robią psikusa czytelnikowi, ponieważ, w książkach zaskakuje wszystko: i język, i poprowadzenie akcji, i przemyślenia autora, i wiele innych elementów.
Tylko to, co konieczne, jest ciężkie, tylko to, co waży, ma wartość.
Nieznośna lekkość bytu skupia się na czterech bohaterach: lekarzu Tomaszu, jego partnerce Teresie, kochance Sabinie i jej kochanku Franzu. Brzmi to wszystko jak wprawki do Mody na sukces, ale zapewniam, książka nie ma w sobie nic powierzchownego. Co mnie zadziwiło w pierwszym z nią kontakcie to pogłębiona psychologia postaci. Odniosłam wrażenie, że Kundera nie opisywał tworów swojej wyobraźni, lepiąc je na swoje podobieństwo lub kształtując według potrzeb, ale po prostu wydobył je z nicości bez żadnych ingerencji, jakby musiał ich przyjąć takimi, jacy już byli, a on ich tylko wpuścił na karty swojej powieści... Nawet Teresa, na którą najbardziej się zżymałam i załamywałam ręce nad jej uległością, ostatecznie okazała się niesztampową kobietą, mającą swoje zainteresowania, swoje zakamarki duszy niezaanektowane przez Tomasza. A ten z kolei to istny kalejdoskop, co przesunie się nieco kąt patrzenia, to Tomasz wydobywał z siebie kolejne pokłady osobowości (choć ogólnie facet z niego dość antypatyczny). Sabina to chodząca tajemnica. Jej kochanek Franz za to zajmuje w książce najmniej miejsca i najmniej zostawia po sobie wrażeń.
Czy wydarzenie nie jest tym bardziej znaczące i wyjątkowe, im więcej potrzeba było przypadków, aby mogło nastąpić? Tylko przypadek może wyglądać jak wysłannik losu. To, co jest nieuchronne, czego się spodziewamy, co powtarza się codziennie, jest nieme. Tylko przypadek do nas przemawia. Staramy się czytać w nim, jak Cyganki odczytują przyszłość z fusów na dnie filiżanki.
Gdy zabierałam się za czytanie (właściwie słuchanie), obawiałam się, że tło polityczne, będzie główną osią fabuły, a wszystko zostanie temu podporządkowane. Zupełnie bezpodstawnie. Kundera bardzo zgrabnie wplótł w całość politykę, wszystko to jest nienachalne, a jednak mające swoją określoną rolę. Wpływa ona na losy bohaterów, nie w stylu ciężkich przeżyć, więzień czy traum, ale jako przyczyna ich różnych decyzji czy lupa, która pokazuje jakiś rys ich osobowości. O wiele ważniejsze są w Nieznośnej lekkości bytu przeróżne rozważania autora czy to ludzkim życiu, miłości, czy seksie, ale też wiele rozważań w zasadzie filozoficznych, którymi pisarz mnie bardzo ujął. 

Podsumowując, słuchało się wspaniale. Pan Marek Barbasiewicz to lektor idealny. Gorąco książkę polecam.

Ocena: 5,5/6

18 marca 2017

Swietłana Aleksijewicz - Cynkowi chłopcy

Wydawnictwo: Czarne, 2015
Pierwsze wydanie: Цинковые мальчики, 1991
Stron: 309
Tłumacz: Jerzy Czech

Literacka Nagroda Nobla 2015

Aleksijewicz to jedno z tych nazwisk, które nie wzbudza specjalnych wątpliwości i kontrowersji w kontekście Nagrody Nobla (no może z wyjątkiem udanego utarcia nosa Putina). Tym razem mogę się całkowicie zgodzić z wyborem Akademii, na półce czeka w kolejce Czasy secondhand (kupione rok temu tacie w prezencie), w planach też inne jej książki.
Człowiek ma prawo do niezabijania. Do tego, by się zabijania nie uczyć. Takiego prawa nie ma w żadnej konstytucji. (s. 23)
Wiele pisano o wojnie, a jednak każda z nich, jak i każde jednostkowe ludzkie doświadczenie wojny jest unikalne. Kto doświadczył wojny (choćby i pośrednio jako pracownik zaplecza wojskowego), ten nie ma szans wyjść z tego bez szwanku, bez jakiejś smugi. Człowiek nie jest stworzony do wojny. Może to absurdalne, co napisałam, w kontekście przytoczonych cytatów i tego, co wiemy na temat ludzkiej psychiki, naszej skłonności do przemocy, sadyzmu, okrucieństwa. A jednak, ale o tym później. Autorka podzieliła Cynkowych chłopców na trzy wyraźne części (choć rozdziałów jest więcej). Najpierw prowadziła własne notatki w trakcie zbierania materiałów do książki na temat radzieckiej interwencji w Afganistanie (1979-1989), następnie oddaje głos tym, którzy zdecydowali się opowiedzieć, co przeżyli i widzieli w trakcie konfliktu, a także opowiadający o sobie po powrocie do kraju. Na koniec zebrała różne listy, artykuły i materiały dotyczące swojego procesu: dwie osoby ujęte w książce domagały się sprostowania ich słów, proces odbył się na Białorusi.
Trzeba zacząć od tego, że jesteśmy zwierzętami, a ta zwierzęcość przysłonięta jest cieniutkim nalotem kultury, ciu-ciu-ciu. Ach, ten Rilke! Ach, ten Puszkin! A bydle wyłazi z nas błyskawicznie... Człowiek nawet okiem nie mrugnie... Wystarczy, żeby zląkł się o siebie, o swoje życie. Albo dostał władzę. Choćby niewielką. Malusieńką! (s.93-94, szeregowy, piechota)
Wracając do moich przemyśleń - największe wrażenie zrobiły na mnie nawet nie te okropności wojennej rzeczywistości, ale właśnie relacje osób powracających do rzeczywistości. Właśnie to skłania mnie do wniosku, że człowiek w zasadzie nie jest w stanie poradzić sobie z doświadczeniem wojny, zawsze wyjdzie z tego bardziej lub mniej pokiereszowany. Teraz to już powszechnie zna się termin syndromu stresu pourazowego, aczkolwiek nie jestem przekonana, że to coś zmienia. W każdym razie każda z tych osób dzieliła swoje życie na przed i po Afganistanie, a to po - to było życie na niby, jakby za szybą, często nałogi, niemożność prawdziwej rozmowy z bliskimi, ucieczka od siebie samego. Coś niepojętego. Takie doświadczenia niszczą coś ważnego, czego chyba nie da się już odzyskać, raz utracone nigdy nie wraca. Z tej perspektywy zupełnie inaczej można spojrzeć na żołnierzy wracających współcześnie z Afganistanu i Iraku. Ciekawe jak sobie radzą...

Cynkowi chłopcy to też świetna pozycja dla wszystkich zainteresowanych reżimem radzieckim, bardzo udanie pokazuje jego sztuczki i praktyki. Odnośnie stylu Aleksijewicz to jest bardzo spokojny, wyraźnie inny od męskich reportażystów. Zaimponowała mi swoją pokorą, to duży talent tak bardzo pominąć swoje ego we własnej książce. Jednym słowem: polecam!

Ocena: 5/6