18 marca 2017

Swietłana Aleksijewicz - Cynkowi chłopcy

Wydawnictwo: Czarne, 2015
Pierwsze wydanie: Цинковые мальчики, 1991
Stron: 309
Tłumacz: Jerzy Czech

Literacka Nagroda Nobla 2015

Aleksijewicz to jedno z tych nazwisk, które nie wzbudza specjalnych wątpliwości i kontrowersji w kontekście Nagrody Nobla (no może z wyjątkiem udanego utarcia nosa Putina). Tym razem mogę się całkowicie zgodzić z wyborem Akademii, na półce czeka w kolejce Czasy secondhand (kupione rok temu tacie w prezencie), w planach też inne jej książki.
Człowiek ma prawo do niezabijania. Do tego, by się zabijania nie uczyć. Takiego prawa nie ma w żadnej konstytucji. (s. 23)
Wiele pisano o wojnie, a jednak każda z nich, jak i każde jednostkowe ludzkie doświadczenie wojny jest unikalne. Kto doświadczył wojny (choćby i pośrednio jako pracownik zaplecza wojskowego), ten nie ma szans wyjść z tego bez szwanku, bez jakiejś smugi. Człowiek nie jest stworzony do wojny. Może to absurdalne, co napisałam, w kontekście przytoczonych cytatów i tego, co wiemy na temat ludzkiej psychiki, naszej skłonności do przemocy, sadyzmu, okrucieństwa. A jednak, ale o tym później. Autorka podzieliła Cynkowych chłopców na trzy wyraźne części (choć rozdziałów jest więcej). Najpierw prowadziła własne notatki w trakcie zbierania materiałów do książki na temat radzieckiej interwencji w Afganistanie (1979-1989), następnie oddaje głos tym, którzy zdecydowali się opowiedzieć, co przeżyli i widzieli w trakcie konfliktu, a także opowiadający o sobie po powrocie do kraju. Na koniec zebrała różne listy, artykuły i materiały dotyczące swojego procesu: dwie osoby ujęte w książce domagały się sprostowania ich słów, proces odbył się na Białorusi.
Trzeba zacząć od tego, że jesteśmy zwierzętami, a ta zwierzęcość przysłonięta jest cieniutkim nalotem kultury, ciu-ciu-ciu. Ach, ten Rilke! Ach, ten Puszkin! A bydle wyłazi z nas błyskawicznie... Człowiek nawet okiem nie mrugnie... Wystarczy, żeby zląkł się o siebie, o swoje życie. Albo dostał władzę. Choćby niewielką. Malusieńką! (s.93-94, szeregowy, piechota)
Wracając do moich przemyśleń - największe wrażenie zrobiły na mnie nawet nie te okropności wojennej rzeczywistości, ale właśnie relacje osób powracających do rzeczywistości. Właśnie to skłania mnie do wniosku, że człowiek w zasadzie nie jest w stanie poradzić sobie z doświadczeniem wojny, zawsze wyjdzie z tego bardziej lub mniej pokiereszowany. Teraz to już powszechnie zna się termin syndromu stresu pourazowego, aczkolwiek nie jestem przekonana, że to coś zmienia. W każdym razie każda z tych osób dzieliła swoje życie na przed i po Afganistanie, a to po - to było życie na niby, jakby za szybą, często nałogi, niemożność prawdziwej rozmowy z bliskimi, ucieczka od siebie samego. Coś niepojętego. Takie doświadczenia niszczą coś ważnego, czego chyba nie da się już odzyskać, raz utracone nigdy nie wraca. Z tej perspektywy zupełnie inaczej można spojrzeć na żołnierzy wracających współcześnie z Afganistanu i Iraku. Ciekawe jak sobie radzą...

Cynkowi chłopcy to też świetna pozycja dla wszystkich zainteresowanych reżimem radzieckim, bardzo udanie pokazuje jego sztuczki i praktyki. Odnośnie stylu Aleksijewicz to jest bardzo spokojny, wyraźnie inny od męskich reportażystów. Zaimponowała mi swoją pokorą, to duży talent tak bardzo pominąć swoje ego we własnej książce. Jednym słowem: polecam!

Ocena: 5/6

22 lutego 2017

Tylko cytat #5

-Więc co nas tam czeka?
JA.
-Ale poza tobą?
Śmierć spojrzał na niego ze zdziwieniem. SŁUCHAM?
Sztorm nad nimi osiągnął szczyt. Jakaś mewa przeleciała obok nich, tyłem.
- Chciałem powiedzieć -wyjaśnił z goryczą Ipslore - że na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć.
Śmierć zastanowił się przez chwilę. KOTY, stwierdził w końcu. KOTY SĄ MIŁE.

***

Rincewind cofnął się. Nie radził sobie z czarami, ale jak dotąd miał sto procent sukcesów w ratowaniu własnego życia. Nie chciał popsuć sobie wyniku.

***

Powiedzieć, że był szczupły, to stracić doskonałą okazję do użycia słowa „wychudzony". 

***
Krajobraz wznosił się i opadał niczym kołdra w sypialni nowożeńców.

***
- Nie wiem, co robić - wyznał.
- To nic takiego. Ja też nigdy nie wiem - zapewnił Rincewind ze sztuczną wesołością. - Przez całe życie jestem kompletnie zagubiony. - Zawahał się. — O ile pamiętam, nazywa się to człowieczeństwem czy jakoś tak.

***

Rincewind zastanowił się głęboko.
- Powtórz to jeszcze raz, dobrze? - poprosił. - Kiedy powiedziałaś, że ktoś nas napadnie, coś mi chyba zaczęło dzwonić w uszach.
- No przecież chcemy się spotkać z elementem kryminalnym, prawda?
- Nie dokładnie „chcemy". Nie takiego określenia bym użył.
- A jakiego?
- Wydaje mi się, że zwrot „nie chcemy" dość precyzyjnie oddaje znaczenie.
 
[tłum. Piotr W. Cholewa, wyd. Prószyński i S-ka]

30 stycznia 2017

Podsumowanie roku 2016

Jeszcze mamy styczeń, jeszcze zdążę!

Ostatni rok był dla mnie powrotem do regularnego czytania (w miarę możliwości), powrotem na bloga (pisałam nieco częściej niż w poprzednich latach) oraz rokiem, w którym dołączyłam do jednego z Dyskusyjnych Klubów Książki w moim mieście (ciekawa inicjatywa, fajni ludzie). Przede wszystkim bardzo się cieszę, że wróciła mi miłość do książek, a właściwie przypomniałam sobie jak ważne są one dla mnie i że warto czytać i to czytanie jakoś umiejscowić w swoim życiu. Tym większe znaczenie ma dla mnie fakt, że w 2016 roku postawiłam pierwszą szóstkę od 2013! Hura, nadal mam przed sobą arcydzieła do odkrycia! Czas na konkrety.

Przeczytałam w sumie 32 książki. Nie jest to może (a nawet na pewno) imponujący wynik, zwłaszcza gdy pamiętam lata, gdy czytałam i 90 tytułów rocznie, nie mniej jednak jest to mój wynik, moje własne małe zwycięstwo i odwrócenie tendencji spadkowej poprzednich lat. Wiem, że nie osiągnęłam wyniku 52 książek, o którym marzyłam rok temu, ale i tak się cieszę i uważam, że jest całkiem nieźle. Podoba mi się też to, że czytam wtedy, kiedy sprawia mi to przyjemność, a jeśli jadę busem i nie chce mi się wyjmować książki w danym momencie, to nie robię sobie z tego powodu wyrzutów.
Mój rok został zdominowany przez komiks Żywe trupy (7 zeszytów, ładnie podbiły mój roczny wynik :P), wreszcie poznałam Pratchetta (czemu tak późno!), zaczęłam chodzić do biblioteki po kryminały i czytam serię Mankella, przeczytałam jedną pozycję z klasyki autorstwa Manna. Zaczęłam też czytać ebooki (przed snem, Pratchett) oraz słuchać audiobooków (w weekendy i okres rekonwalescencji). Są przydatne, ale ich minusem jest to, że mniej pamiętam z tych książek.

W kategorii planuję przeczytać 223 (- 1 książka).
W kategorii biblioteczka 113 (-7): obecnie 3 w czytaniu, SUPER WYNIK! :)
Od biblionetkołaja dostałam 2 książki, na święta jedną.

A teraz podium:

Jorge Luis Borges - Alef

Klękajcie narody! Wysłuchałam audiobooka czytanego przez pana Piotra Rowińskiego o hipnotyzującym głosie. Tak to właśnie bywa z książkami gadanymi, że potem trudno zebrać myśli po nich, nie mam zaznaczonych fragmentów, które mnie zachwyciły i nie mam pojęcia co napisać. Postanowiłam przeczytać jeszcze raz, ale po bożemu, w wersji papierowej. I potem jest szansa na recenzję. Alef jest pełen magii, mistycyzmu, duchowości, niespotykanej wręcz głębi. Słuchałam opowiadań Borgesa i czułam się jakby z dawnych lat wołał do mnie przyjaciel, moja bratnia dusza i szeptał mi do ucha rzeczy, których dowiedział się już po śmierci. Jestem pod ogromnym wrażeniem jego talentu, mądrości, wyobraźni, warsztatu i stylu.

Wyróżnienia:
#Ryszard Kapuściński - Imperium: za spełnienie moim ogromnych oczekiwań wobec tej sławnej książki
#Terry Pratchett - Czarodzicielstwo: za najwyższej klasy humor, odwagę w łamaniu wszelkich zasad i Czterech Jeźdźców Apokalipsy ;)
#Janusz Rudnicki - Śmierć czeskiego psa: za oryginalność, brawurę i język

W grudniu Mikropolis stuknęło 7 lat, czyli już chodzę do szkoły :)

3 stycznia 2017

Jonathan Littell - Łaskawe

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2008
Pierwsze wydanie: Les Bienveillantes, 2006
Stron: 1039
Tłumacz: Magdalena Kamińska-Maurugeon

Dziwna sprawa z tą książką. Spodziewałam się sama nie wiem wiem czego, jakiegoś objawienia? O Łaskawych mówiło się albo bardzo dobrze, albo bardzo źle. Przezimowała w moim schowku dobre kilka lat, a gdy dołączyłam do DKK dostałam ją do przeczytania i... jako jedyna skończyłam ;) Z poświęceniem, warto dodać, bo choć strasznie na nią psioczyłam, to uparcie czytałam przez całe 9 miesięcy. Coś mnie przy niej trzymało. Może chęć przekonania się jak Littell to zakończył, a może tytuł. No dziw nad dziwy, że się nie poddałam.

Zniechęcało mnie w tej książce dokumentnie wszystko z głównym bohaterem na czele. Łaskawe to przewrotna powieść - fałszywe wspomnienia niemieckiego oficera, szczerego wyznawcy nazizmu, opis jego życia, wojny, przeżyć wewnętrznych i przemyśleń. Historia wyjątkowa sucha, zimna, chrzęszcząca jak piasek w zębach. Moje skojarzenie to mróz, śnieg, zmarznięte pola, gołe drzewa, białe, ciężkie niebo, zapewne dlatego, że sporo wydarzeń dzieje się w takiej właśnie scenerii.

Zachodziłam w głowę po co pisarz napisał tę książkę? Po co tak męczył czytelnika, po co użył tego, czy tamtego zabiegu literackiego... Ciągle miałam nadzieję, że zakończenie i tytuł mi to wyjaśnią, ale wcale tak nie było (Łaskawe to inaczej Erynie). Nie twierdzę, że nie ma w tym żadnego sensu, jednak nadal ta książka to dla mnie zagadka. Najchętniej mocno bym ją okroiła, ponieważ wystarczy o wiele mniej stron, aby pokazać biurokrację, mechanizmy wojny, zrzucanie z siebie odpowiedzialności. Wystarczyłoby o wiele mniej postaci (jest ich chyba kilkaset). Max Aue jest osobliwym wyborem jak na głównego bohatera. Jest oficerem SS, jest gejem, jest wykształcony i inteligentny, zdolny do autorefleksji, zainteresowany filozofią, językoznawstwem i prawem. Mocno pokręcony przez dzieciństwo, trudne relacje z matką, sekretną miłość do własnej siostry. Przekonany o słuszności sprawy. Jednocześnie niemający złudzeń co do wielu rządzących osób, ich zdolności intelektualnych, rozważający wszystko na zimno jakby jego to nie dotyczyło. Angażuje się w działanie machiny śmierci i szaleństwa, ale jakby nie łączył tego z realnym życiem konkretnych osób. Bestialstwo oburza go tylko w indywidualnych konkretnych przypadkach, ale w skali państwowej jest dla niego naturalne i zrozumiałe. 

Obawiałam się, że książka zaleje mnie opisami wojennych okropności: mordowanych Żydów, gwałconych kobiet, dręczeniem dzieci itd. Momentami wstrzymywałam oddech, gdy akcja skręcała w stronę jakiegoś mieszkańca wschodniego miasteczka. Littell zrezygnował z tego. Oczywiście, nie do końca, w końcu przeprowadził nas przez piekło wojny, ale jednak piekło widziane oczami esesmana, a nie ofiary. Jest tam kilka scen, które zapadają w pamięć, jak ta, w której Żydzi idą w kierunku masowego grobu, ulegle, biernie, do ostatnich sekund wierząc, że akurat im uda się uniknąć tego losu. Część poświęcona Leningradowi. Przeprawa z Pomorza do Niemiec. Kiedy jednak wspominam całość, uderza mnie, że najlepiej pamiętam zupełnie inne fragmenty jakby to właśnie je umysł uznawał za najważniejsze. Rozmowy Maxa z przyjacielem, samotny pobyt w domu siostry, praca w bombardowanym Berlinie... 

Ach, gdybym tylko zrozumiała po co to wszystko. Autor ani nie chce przykładnie ukarać swojego bohatera coby czytelnik trochę ulgi zaznał, ani nie chce pastwić się nad Niemcami. Czyżby było to aż tak banalne, że każdy jest zdolny do zła? Że gdy dzieje się ono na taką skalę rozmywa się odpowiedzialność? Że machina rusza napędzana dokumentami, decyzjami, rozkazami, biurokratycznymi przepychankami itd. i toczy się niemal sama? Nie satysfakcjonuje mnie takie rozwiązanie...

Oceniłam tę książkę nisko, naprawdę mnie momentami dobijała. Teraz, kiedy to piszę, wydaje mi się chyba bardziej ciekawa i tajemnicza niż taka faktycznie była, gdy ją czytałam. Oceny nie zmieniam, nawet jeśli dużo można o niej powiedzieć i napisać, to jednak nigdy nie zapomnę tego, jakim wysiłkiem było dla mnie przeczytanie choć kilku stron ciurkiem.

Ocena: 2,5/6

26 grudnia 2016

W telegraficznym skrócie 9

Marcin Szczygielski - Sanato

Moja pierwsza książka przeczytana w ramach DKK. Teoretycznie wybór niezbyt obiecujący, mogłam się do Klubu zniechęcić, bo książkę oceniłam dość nisko, jednak interesujące było to, że wzbudziła na spotkaniu żywą i całkiem długą dyskusję. Było co omawiać i choć miało to miejsce kilka dobrych miesięcy temu, to nadal to pamiętam. To, na co zwróciłam uwagę to dialogi, napisane bardzo ładnym, eleganckim językiem polskim pasującym do bohaterów żyjących w XX-leciu międzywojennym. Pisarz trochę niepotrzebnie szpanował w opisach wyszukanymi słówkami, ale poza tym stanął na wysokości zadania w odmalowaniu tamtych lat. Sama historia nie kupiła mnie swoją absurdalnością, choć trzeba przyznać, że jest oparta na prawdziwych wątkach i to chyba sprawiło, że mimo tak odstręczającej okładki zdecydowałam się ją przeczytać. Jest to też trochę horror i fakt, momentami się nieco bałam. Sam pomysł uważam za ciekawy, może autor porwał się trochę z motyką na słońce, ale doceniam, że chciał zbudować swoją opowieść wokół takiego tajemniczego epizodu, który można znaleźć na Wikipedii. Brawura zaprowadziła go jednak na manowce w momentach, gdy za bardzo popuścił cugle wyobraźni, ponieważ momenty fantastyczne były niestety najsłabsze. Cóż, przeczytać można, rozrywka nadająca się do autobusu i poczekalni u lekarza, ale można też nie czytać bez żadnej straty.

Terry Prachett - Blask fantastyczny
Druga część Świata Dysku. Ku mojemu zaskoczeniu jeszcze bardziej zabawna niż poprzednia! Jestem pod wielkim wrażeniem humoru tego pisarza. Sama jestem zaskoczona, że tak mi przypadły do gustu jego książki, bo zazwyczaj nie lubię aż tak absurdu budowanego na kolejnym absurdzie i na kolejnym i brnięcie  w to aż do końca. Choć z drugiej strony te powieści chyba aż tak nie stoją samym absurdem - owszem - fabuła nie ma żadnych granic, pisarz ma wolną rękę i jeśli ma ochotę, to może wyrzucić bohatera nawet poza kraniec skorupy żółwia, na którym istnieje Dysk :) A jednak historia "trzyma się kupy", wciąga, bawi i chce się więcej. Nie mam pojęcia jak on to robi! W tej części wysuwa się też na czoło moja ulubiona postać Śmierci. Opisuje ją niezwykle oryginalnie. Zdecydowałam się też czytać książki Dysku podążając za cyklem, a nie numerkiem, więc teraz na tapecie mam cz. 5 "Czarodzicielstwo", która kontynuuje wątek magów.

Michal Viewegh - Ekożona
Czeski pisarz. Nie lubię czeskiej literatury - przyznaję z ręką na sercu. Ponoć Viewiegh to popularny czeski pisarz, taka średnia półka, no ale ja się nie znam. Dałam mu szansę na tradycyjne 50 stron i nawet mnie jakoś wciągnęło, bo jednak przykładnie książkę skończyłam. Satyra. Żona susząca głowę mężowi na temat ekologii, feminizmu, new age'u itd. Aczkolwiek tak się w trakcie lektury zakręciłam, że już nie wiedziałam kogo pisarz wyśmiewa: żonę czy męża? Bo on też palant pospolity. Według mojego DKK wyśmiewa jednak żonę i jej postawę, ponieważ popełnił tez powieść z punktu widzenia jej - o mężu - i wtedy wyśmiewa męża. W każdym razie dla mnie to było dla mnie mocno naciągane, śmieszne nie bardzo, przerysowane i karykaturalne. Nie każdy mężczyzna to małe dziecko, które potrzebuje pochwał od żony co 10 minut niczym mały piesek, bo mu się grunt usuwa pod nogami, a nie każda wielbicielka ekologii itd. to wariatka, która zgadza się na zamieszkanie w jej domu położnej...