Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty

1 lipca 2018

Tylko cytat #10


cz. 2 W cieniu zakwitających dziewcząt


(...) ojciec rodził we mnie dwa straszliwe bolesne podejrzenia. Pierwsze, że (wówczas gdy każdego dnia czułem się jakby na progu jeszcze nie tkniętego życia, mającego się rozpocząć aż jutro rano) moja egzystencja już się zaczęła; a bardziej jeszcze, że to, co w niej nastąpi , nie będzie zbyt różne od tego, co było przedtem. Drugim podejrzeniem, będącym po prawdzie jedynie inną formą pierwszego, było to, że nie znajduję się na zewnątrz Czasu, ale że podlegam jego prawom, zupełnie jak owe figury w powieści, które przez to właśnie pogrążały mnie w takim smutku, kiedym czytał ich życie w Combray (..). Teoretycznie wiemy, że ziemia się obraca, ale faktycznie nie spostrzegamy tego; ziemia, po której chodzimy, nie rusza się , i żyjemy spokojnie. Tak samo jest z Czasem. (s. 66)

***

Spotykałem na wstępie tylko kamerdynera, który, przeprowadziwszy mnie przez kilka salonów,wiódł mnie do malutkiego pustego saloniku,jak gdyby już rozmarzonego błękitnym popołudniem swoich okien. Zostawałem sam w towarzystwie storczyków, róż i fiołków. Podobne osobom czekającym obok nas, ale nieznajomym, kwiaty te zachowywały milczenie, które ich indywidualność rzeczy żywych czyniła tym bardziej przejmującym, i chłonęły ze drżeniem ciepło żarzącego się węgla, troskliwie ułożonego za kryształową szybą, w białej marmurowej misie, w której osypywały się od czasu do czasu jego niebezpieczne rubiny. (s. 118)

***

Franciszka przekazując nam jej zlecenie: "Powiedziała: proszę im pięknie życzyć dobrego połednia", udawała głos pani de Villeparisis myśląc, że powtarza wiernie jej słowa, które zniekształcała nie mniej niż Platon Sokratesa lub święty Jan Jezusa. (s. 315)

***

Pod cienką skórą czuć było śmiałą budowę, feudalną architekturę. Głowa jego przywodziła na myśl owe baszty starożytnych warowni, których nie używane strzelnice są jeszcze widoczne, ale które przerobiono wewnątrz na bibliotekę. (s. 452)

***

Wszystko, co posiadała, idee, dzieła i resztę - które cenił o wiele mniej - oddałby z radością komuś, kto by go rozumiał. Ale z braku znośnego towarzystwa żył samotnie jak odludek, co ludzie światowi nazywali pozą i złym wychowaniem, władze "duchem niepewnym", sąsiedzi bzikiem, rodzina egoizmem i pychą. (s. 461)

***

Rozmawiałem z nią, tak samo nie wiedząc, gdzie padają moje słowa i co się z nimi dzieje, co gdybym rzucał kamyki w otchłań bez dna. Że na ogół osoba, do której je zwracamy, wypełnia je sensem dobytym z własnej jej istoty, bardzo różny od sensu włożonego przez nas w te same słowa, to fakt potwierdzany wciąż przez życie. (s. 521)

[tłum. Tadeusz Boy-Żeleński, wyd. PIW]

27 grudnia 2017

Jack London - Martin Eden

Wydawnictwo: Iskry, 1990
Pierwsze wydanie: 1909
Tłumacz: Zygmunt Glinka
Stron: 319

Jeszcze nie posumowanie, za to pewnie ostatnia w tym roku recenzja :)

Dziwną kolejność sobie wybrałam, jeśli chodzi o Jacka Londona, ponieważ kilka lat temu czytałam tylko jego Kaftan bezpieczeństwa, rok później jego beletryzowaną biografię pióra Stone'a, a dopiero teraz jedną z jego sztandarowych powieści.

Wrzuciłam ją sobie do schowka po zajęciach z literatury amerykańskiej. Niestety, bez spoilerów na wykładzie się nie obyło, bo usłyszałam zakończenie i nie udało mi się przez te lata wymazać go z pamięci... Na szczęście, nie miało to większego wpływu na mój odbiór tej lektury. Martin Eden to zaskoczenie. Nic dziwnego, że trafił w poczet szeroko rozumianej tzw. klasyki, ponieważ jest naprawdę wyjątkową powieścią. Po pierwsze język - odstający od amerykańskiej prozy tamtego okresu, swobodny, przystępny i prostolinijny. Czasem jednak dość pretensjonalny, zwłaszcza, gdy Martin opisuje swoje uwielbienie dla Ruth, potem jednak dostrzegłam, że był to celowy zabieg autora, ponieważ Martin ewoluuje i sam staje się coraz bardziej skomplikowany. Bohaterowie to głównie społeczne niziny, prostolinijne, a czasem i prostackie typy. Nie przebierają w słowach, nie stronią od używek, łatwych kobiet, niskich uciech, mają stwardniałe od pracy ręce. Nie ma tam miejsca na wydumane rozmowy i górnolotne uczucia, ważny jest pieniądz, chciwość i powolne wspinanie się po drabinie społecznej. Na swojej drodze Martin spotyka czasem wyjątki (np. praczkę), ale z reguły los mu rzuca same kłody pod nogi. Trzon opowieści zasadza się na życiu Martina Edena od momentu poznania Ruth, dziewczyny z dobrego domu, w której chłopak zakochuje się wręcz na zabój i od tego momentu chce zmienić swoje życie. Pragnie awansu społecznego, poświęca się swojej edukacji, robi wszystko, aby zostać pisarzem i moc zapewnić godne życie ukochanej kobiecie. 

Martin ma wiele z samego Londona, o czym autor mówił otwarcie "Martin Eden to ja". Mają taki sam głód wiedzy, determinację osła, łatwość nawiązywania kontaktów, skłonność do intelektualnych dysput, mrówczą pracowitość i poczucie odstawania od całego otaczającego ich świata.
O życiu i książkach wiedział więcej od nich i wciąż nie mógł zrozumieć, do jakich skrytek i zakamarków poodkładali ci ludzie nabyte wykształcenie. Nie zdawał sobie sprawy, że ludzi zdolnych do zanurzania się w głębiny i docierania do krańcowych wniosków nie spotyka się w salonach różnych Morse'ów tego świata, i nie marzyło mu się wcale, że tego rodzaju ludzie przypominają królewskie orły, co żeglują samotnie po lazurze niebios wysoko nad ziemią i skłębionym rojowiskiem jej stadnego życia. (s. 191)
Co mnie ujęło w tej opowieści, to solidnie pokazany znój pracy. Te fragmenty były tak wyraziste i plastyczne, że sama czułam się po nich zmęczona, jakbym to ja siedziała całą noc nad książką do trygonometrii lub spędziła kilkanaście godzin nad balią z praniem. Martin/London szanowali ludzi, szanowali ludzki wysiłek. Z każdego wydobywali człowieka, nad każdym potrafili się pochylić, nie poczytywali ludzkich słabości na poczet czegoś złego, za co można kogoś łatwo potępić, nie biorąc pod uwagę całego kontekstu osobistej sytuacji danej osoby. Szczególnie jednak chcę wyróżnić zakończenie (którego nie zdradzę, oczywiście), ale które pozostawiło mnie wręcz oniemiałą. Jest tak piękne, subtelne i poetyckie. Nie do opisania, jak wiatr. Wielki talent, bez dwóch zdań.

Ocena: 5/6

20 sierpnia 2017

Tylko cytat #7





cz. 1 W stronę Swanna

Postaram się napisać coś o całym cyklu, jak już go skończę, czyli za jakieś dwa lata (obecnie czytam cz. 2). Tymczasem - cytaty godne wyróżnienia:

Przyzwyczajenie! - robotnica zręczna, ale bardzo powolna,która zrazu pozwala naszemu duchowi cierpieć całe tygodnie w tymczasowej siedzibie, ale którą mimo wszystko winniśmy błogosławić, bo bez przyzwyczajenia, zdany na własne środki, duch nasz nie byłby zdolny uczynić nam żadnego mieszkania mieszkalnym. (s. 31)

***

Jakże ja lubiłem nasz kościół, jak dobrze go widzę! Stara kruchta, przez którąśmy wchodzili, czarna, podziurawiona jak warzęcha, była krzywa i głęboko wyżłobiona w narożnikach (tak samo kropielnica, do której nas wiodła), jak gdyby lekkie otarcie mantyl wieśniaczek wchodzących do kościoła i ich nieśmiałych palców biorących wodę święconą mogło, powtarzane w ciągu wieków, nabyć siły niszczycielskiej, naruszyć kamień i wyżłobić bruzdy takie, jakie żłobią koła wozów w kamieniu przydrożnym ocierając się o niego co dzień. I płyty grobowe, pod którymi szlachetne prochy spoczywających tam opatów Combray stwarzały dla chóru niby duchową posadzkę, nie były już same martwą i twardą materią, bo czas zmiękczył je i dał im wypłynąć na kształt miodu poza granice włąsnego prostokąta, który przekroczyły złotą falą, rozpuszczając w niej jakąś kwiecistą gotycką literę, zatapiając białe fiołki marmuru; (...). (s. 91)

***
Nawet ta miłość do fazy muzycznej zdawała się na chwilę rodzić w Swannie możliwość jakby odmłodzenia. Od tak dawna przestał zwracać swoje życie do idealnego celu, ograniczając je do pogoni za codzienną przyjemnostką, iż sądził — nie powiadając wprawdzie sobie tego jasno — że to się nie zmieni do śmierci. Co więcej, nie czując już podniosłych idei w sobie, przestawał wierzyć w ich realność, nie mogąc jednak zaprzeczyć całkowicie jej istnieniu. Toteż przywykł chować się w myśli bez znaczenia, które mu pozwalały omijać istotę rzeczy. Tak jak nie pytał siebie, czy nie byłoby lepiej przestać bywać w świecie, ale w zamian wiedział całkiem na pewno, że o ile przyjął jakieś zaproszenie, musi się na nie stawić; że o ile nie oddał potem wizyty, trzeba mu rzucić bilety; tak samo w rozmowie nie silił się nigdy bronić z przejęciem osobistego poglądu, ale dostarczał szczegółów technicznych, które miały poniekąd wartość same w sobie, a pozwalały mu nie angażować się. Był niezmiernie ścisły w przepisie kucharskim, w dacie urodzenia lub śmierci malarza, w nomenklaturze jego dzieł. Czasem mimo wszystko puścił się na sąd o jakim dziele, o sposobie pojmowania życia, ale dawał wówczas własnym słowom ironiczny tonik, jak gdyby nie cały solidaryzował się z tym, co mówił. (s. 264-265)

***
 
Każdy pocałunek przyzywa nowy pocałunek. Och, w owych pierwszych czasach, kiedy się kocha, pocałunki rodzą się tak łatwo! Tłoczą się jedne za drugimi; zliczyć pocałunki wymienione w ciągu godziny, to tak jak zliczyć kwiaty na łące w maju. (s. 296)

***

Tak!  — dodał      z owym lekkim wzruszeniem, którego doznajemy, kiedy nawet nie całkiem świadomie mówimy coś nie dlatego, że jest prawdą, ale dlatego, że sprawia nam przyjemność to mówić i kiedy słyszymy własny głos tak, jakby pochodził nie z nas, ale skądinąd — losy są rzucone, pragnę kochać jedynie serca wielkoduszne, żyć w atmosferze wielkoduszności. (s. 308)

***


Oddalił się, przepraszając i wrócił do siebie szczęśliwy, że zadowolenie ciekawości zostawiło ich miłość nietkniętą i że po tak długim maskowaniu się wobec Odety zazdrością swoją nie dostarczył jej dowodu, iż kocha ją za bardzo; który to dowód między dwojgiem kochanków zwalnia drugą stronę na zawsze od kochania dosyć.
(s. 338)

***

Wydaje mi się w gruncie śmieszne, żeby człowiek o jego inteligencji cierpiał dla osoby tego rodzaju, która nie jest nawet interesująca, bo mówią, że to idiotka — dodała z rozsądkiem ludzi niezakochanych, którzy uważają, że człowiek inteligentny powinien by cierpieć tylko dla osoby tego wartej; to mniej więcej to samo, co dziwić się, że ktoś raczy cierpieć na cholerę z powodu istotki tak małej jak bakcyl cholery. (s. 414)

***

I zanim Swann miał czas zrozumieć i powiedzieć sobie: „To faza z sonaty Vinteuila, nie słuchać, nie słuchać!”, wszystkie wspomnienia z czasu, gdy Odeta się w nim kochała, wspomnienia, które zdołał do dziś dnia zachować niewidzialne w głębiach swego jestestwa, oszukane tym nagłym promieniem z czasów jak gdyby wskrzeszonej miłości, obudziły się i jednym rzutem skrzydeł wzbiły się, aby bez litości dla jego obecnej niedoli śpiewać mu co sił zapomniane refreny szczęścia.
Zamiast oderwanych wyrażeń: „czas, kiedy byłem szczęśliwy”, „kiedy byłem kochany”, które często wymawiał dotąd, nie cierpiąc przy tym zbytnio, bo jego inteligencja zamykała w nich tylko oschłe wyciągi z przeszłości, Swann odnalazł wszystko, co utrwaliło na zawsze swoistą i lotną esencję tego utraconego szczęścia.
(s. 416)

[tłum. Tadeusz Boy-Żeleński, wyd. PIW]

3 maja 2016

Tomasz Mann - Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny

Wydawnictwo: Książka i Wiedza, 1988
Pierwsze wydanie: Boodenbrooks, Verfall einer Familie, 1901
Stron: 285+267=552
Tłumacz: Ewa Librowiczowa

Literacka Nagroda Nobla 1929

Mam zawstydzający wręcz poślizg w pisaniu o książkach. Buddenbrooków skończyłam w styczniu, recenzja teraz... Ideałem byłoby pisać w ciągu tygodnia od zakończenia książek, bo stosik niepokojąco rośnie, a emocje blakną. Czemu tego nie robię?!

Mam osobisty problem z Mannem, bowiem jako nastolatka poległam na Czarodziejskiej górze. To była chyba druga książka w życiu, której nie skończyłam, gdzieś mam nawet zapisane, na której stronie się poddałam, jakoś mi nie szło, termin oddania do biblioteki już dawno minął, wicie, rozumicie. A jednak było/jest mi żal. Ponoć jednak Górę lepiej przeczytać w zupełnie innym wieku, więc może wyjdzie mi to na dobre? Tymczasem sięgnęłam po własny egzemplarz sagi rodzinnej uznanej za znacznie lżejszą pozycję.

Można ją za taką uznać, bowiem nie jest to lektura jakoś wyjątkowo trudna i zawiła, z drugiej strony trudno uznać jej styl za lekki, jakby nie patrzeć to książka jeszcze dość mocno osadzona w XIX wieku (co jest jej zaletą!). Opisuje ona zresztą dzieje tytułowej rodziny na przestrzeni lat 1835-1877. Kolejne pokolenia, ich losy, decyzje, marzenia, ambicje i zasady. Nie jest to pozycja historyczna jednak, bowiem wydarzenia historii Niemiec stanowią zaledwie jej tło. Bardzo ciekawy zabiegiem Manna było umieszczenie w sumie samego zakończenia w tytule. Upadek. Czytelnik ciągle ma to z tyłu z głowy. Nie wiem jak Wy, ale ja długo spodziewałam się, że będzie to coś na kształt dickensowskich zabiegów à la rodzina na bruku, bieda, przeprowadzki do coraz gorszych miejsc itd. i tu mnie noblista przyjemnie zaskoczył, bo chodzi mu o upadek duchowy i poniekąd intelektualny.

Jestem dość prostym czytelnikiem w obsłudze i bardzo lubię, gdy opowieść zawiera w sobie jakiegoś człowieka, z którym może nie tyle chcę się utożsamiać, co jakoś go rozumiem i wydaje mi się choć trochę duchowo bliski. Trudno mi to do końca wyjaśnić. W każdym razie Mann odmalowuje całą paletę bohaterów, w ten typowy dla XIX wieku sposób, a jednak trudno tam zapałać do kogoś sympatią. Choć jest jeden wyjątek - Hanno, najmłodszy przedstawiciel rodziny, taka mameja, ale jednak on jeden ma interesujące przemyślenia, on też ma w książce najlepszą scenę (gdy dopisuje coś w księdze Buddenbrooków). A i tak on razem z całą resztą marnieje na naszych oczach, wszystko w jakiś sposób niszczeje, zamiera, gaśnie, a członkowie rodziny niejako izolują się na własne życzenie i odchodzą w cień. Myślę, że to nadal jest siłą tej książki. Wiem, że autor bardzo wiernie oddał rzeczywistość Lubeki tego okresu i bardzo hołdował zasadzie realizmu, jednak po ponad 100 latach nie to robi największe wrażenie.

I jeszcze jedno, odnośnie mojej oceny. Nie byłam w stanie dobić do oceny 5, ponieważ Mannowi brakuje jakiejś werwy, takiego skoku, cała fabuła to szemrzący strumyczek, żadnej zimnej, wysokiej fali, nawet zwroty akcji są opisane dość bezbarwnie. Może jestem sentymentalna, ale zabrakło mi tam jednak emocji. Z drugiej strony książka cały czas mnie interesowała, zaznaczyłam sobie nawet jej fragment, który chciałam tu wypisać, ale gdzieś mi się ta fiszka zapodziała.

Coś jeszcze mi się przypomniało. W każdym omówieniu tej książki pojawia się konflikt między artyzmem a handlem, między duchową wolnością a mieszczańską mentalnością, między jednostką a powinnością wobec rodziny i społeczeństwa. Fakt, rodzina jest kupiecka, jej interesy to ważna część książki, kilka osób wyznaje jednak zupełnie inne wartości lub wyróżnia się swoimi zainteresowaniami. Ostatecznie jednak taki sam los spada na wszystkich. Jak myślicie czemu? Jaki jest wynik tego "pojedynku"? Może właśnie to, że stawiam sobie takie pytania po lekturze (i to po 4 miesiącach!) tłumaczy nagrodę Nobla. W każdym razie ta kwestia jest niezwykle intrygująca.

Ocena: 4,5/6

22 sierpnia 2014

W telegraficznym skrócie 5

Magdalena Grzebałkowska - Beksińscy. Portret podwójny
Pewnego dnia kupiłam tę książkę tak spontanicznie, jak jeszcze mi się nie zdarzyło. Zdzisław Beksiński to od zawsze jeden z moich ulubionych malarzy, więc przeczytanie jego biografii było dla mnie oczywiste. W nastoletnim życiu przeżyłam też epizod pewnej fascynacji Tomkiem - dziennikarzem radiowej Trójki i felietonisty Tylko Rocka. Portret podwójny zaskoczył mnie szczegółami, wręcz ich przesytem, jakby autorka nie mogła się zdecydować na odrzucenie niektórych, nie chcąc nic stracić. Chcę jednak podkreślić, że biografia ta to kawał dobrej roboty. Zaskoczył mnie obraz jaki się z niej wyjaśnia, obraz kilku pokoleń Beksińskich, tego jak członkowie rodziny na siebie wpływają, jak wybory jednych determinują życie innych, a jak czasem jesteśmy bezsilni, sama nie wiem wobec czego, genów? No bo chyba nie fatum? W to już nie wierzę. Jednak jest coś ciężkiego w tej rodzinie, jakaś spirala, która doprowadziła, że wszyscy wymarli, jakby ich nigdy nie było. Brrrr....


Charlotte Brontë - Profesor
Raczej rozczarowanie. Główna postać jest wyjątkowo niewyrazista, wręcz miałka. Podział na bohaterów pozytywnych i negatywnych oczywisty niemal do bólu, no może z wyjątkiem Hunsdena. Do tego fabuła dość szybko stała się dla mnie zbyt oczywista. Niby książka poprawna, nie razi, czytałam ją z umiarkowanym zainteresowaniem, ale bez żadnych myśli o jej porzuceniu, jednak to nie to, po prostu. Dziwne losy Jane Eyre napisała później, więc może stąd moje zastrzeżenia; nie zaczęła najgorzej w każdym razie.




Arthur C. Clarke - Koniec dzieciństwa
To pozycja, która uprzyjemniała mi wyjazd wakacyjny i żal mi było, że tak szybko się skończyła. Pomysł na jej powstanie jest fantastyczny (ta okładka to jednak brzydki spoiler, odebrała mi istotny moment zaskoczenia!!!). Napisana jest swobodnie, fabuła wciąga, czytelnik skręca się z ciekawości, a zakończenie w taki sentymentalny sposób przypomniało mi Wellsa. Clarke to zdecydowanie świetny pisarz, który zaskakuje oryginalnymi pomysłami i wie jak poprowadzić akcję. Czy mogę jeszcze raz to wykrzyczeć: jakże ja lubię science-fiction? :)





Imre Kertész - Los utracony
Literacka Nagroda Nobla 2002
Dawno już nie sięgałam po literaturę związaną z holocaustem. Noblista? Póki co, po tym jednym tytule, Nobel dla Kertésza jest dla mnie raczej zaskoczeniem. Wiem, że to może zabrzmieć arogancko, ale naprawdę czytałam o wiele lepsze książki dotyczące tego tematu. Może czepiam się, bo to powieść? A że oparta na doświadczeniach pisarza to już inna sprawa. Jakoś mnie ten główny bohater nie przekonał, bardziej przypominał manekina. Zwłaszcza jego życie wewnętrzne przed obozem w ogóle nie przypomina nastolatka, na rzeczywistość patrzy jak przez mikroskop, jakby nic nie czuł, żadnych skrajnych, gwałtownych uczuć, wyprany z emocji; całuje się z dziewczyną i nic? Na serio nic? Relacjonuje jakieś wydarzenia jak dziennikarz, nienaturalnie. Kertész chyba już w ogóle nie pamiętał jak może myśleć młody chłopiec, zrobił z niego suchego starca nawet jeszcze przed wszystkimi katastrofalnymi wydarzeniami. Ja tego nie kupuję. Nie jest to zła książka, czytałam ją z zaciekawieniem, jednak moje przemyślenia po jej lekturze nie są zbyt zachęcające, zdaję sobie z tego sprawę. 

11 sierpnia 2013

Lew Tołstoj - Sonata Kreutzerowska

Wydawnictwo: Książka i Wiedza, 1987
Pierwsze wydanie: Крейцерова соната, 1889
Stron: 190
Tłumacz: Eleonora Słobodnikowa (Albert), Maria Leśniewska (Sonata...)


Moje wydanie zawierało też opowiadanie Albert, krótką opowiastkę o skrzypku-alkoholiku. O nim później.

Skandaliczna Sonata Kreutzerowska to relacja o burzliwym małżeństwie Pozdnyszewa. Wszystkiego dowiadujemy się w jego rozmowie z innym pasażerem pociągu. Jego opowieść jest pełna emocji, sączy się z niej zazdrość, nienawiść, pożądanie i pogarda. Człowiek ten wpada w ciąg monologów, w których wyłuszcza swoje poglądy na społeczeństwo, mężczyzn i kobiety, ludzką moralność i różnice między klasami. Co jednak najważniejsze i będące przyczyną całego skandalu wokół Sonaty to atak na instytucję małżeństwa, wieszanie psów na obu płciach i krytykowanie ówczesnego wychowania dziewcząt. Pozdnyszew jest bardzo radykalny i w tym swoim radykalizmie posuwa się bardzo daleko. Czasem zaskakiwał mnie spostrzeżeniami, które są czasem jeszcze prawdziwe i w naszych czasach, np. gdy zwraca uwagę, że młode kobiety uczone są, aby występowały jak na targu, prezentując swoje atuty cielesne, że poddawane są presji znalezienia męża za wszelką cenę. Innym razem podkreślał kwestie charakterystyczne dla XIX w., gdy kobieta nie miała w sumie żadnych praw. Całe szczęście, to już się zmieniło. Nie da się też nie zauważyć, że główny bohater często sobie sam zaprzecza, zapętla się w tym swoim spojrzeniu czarne-białe i nawet tego nie widzi. Składam to na karb jego rozemocjonowania. Z tego co wyczytałam w sieci opowiadanie to prezentuje jednak poglądy samego autora.

Warto było to przeczytać zg na język, jak zawsze u Tołstoja, krystalicznie czysty i ostry jak nóż. Do tego głębokie opisy charakterologiczne, rytm dialogów (a właściwie monologu), który sprawia, że w głowie sama nadawałam słowom ton, tempo, słyszałam czyjąś barwę głosu, akcent w odpowiednim momencie itd. (podobne wrażenie miałam też u Meyrinka i Miltona). To literatura, która dobrze brzmi czytana na głos. Spodobał mi się też pomysł na rozpoczęcie opowiadania: kilka osób w pociągu, zaczyna się kleić rozmowa, wreszcie wybucha dyskusja, potem zostaje dwóch mężczyzn i ten, który siedział wcześniej milczący, nagle się otwiera.

Na koniec parę słów o Albercie. Jest równe i porządne, ale nie zrobiło na mnie aż takiego wrażenia. Jest tam ciekawy opis czegoś na kształt delirium, pokazanie przepaści między tym, co sobie wyobrażamy nt. ludzi, a tym, jacy oni rzeczywście są, plus ta literacka kreska z jaką narysowano postać muzyka. Dobre, ale łba nie urywa :)

Ocena: 4,5/6

22 stycznia 2013

Charles Dickens - Ciężkie czasy

Wydawnictwo: Książka i Wiedza, 1950
Pierwsze wydanie: Hard Times - For These Times, 1854
Liczba stron: 352
Tłumacz: Wanda Gojawiczyńska-Nadzinowa

Obok ilustracja do cz. 1 powieści; wklejam, ponieważ okładka mojego wydania jest typowo biblioteczna.

Jak na Dickensa, to czytałam ją bardzo długo; miałam kilka zastojów. Nie wiem czy to wina książki, czy akurat mojego zapracowania. W każdym razie fabuła nie porywa. Rozczarowało mnie kilka elementów: wolne tempo, jednostronne spojrzenie na robotników, niektóre jednowymiarowe postaci. Autor skupił się na rodzinie Thomasa Gradgrind'a, a także na Stefanie Blackpool'u. Do tego dorzucił kilka innych żywych osobników w rodzaju hipokryty Bounderby'ego oraz wrednej pani Sparsit. Powieść dzieli się na 3 części: najpierw pokazuje styl wychowania dzieci Thomasa (ordnung muss sein itd.), potem one wchodzą w dorosłe życie, wkracza prostolinijny Stefan, aż wszystko bierze w łeb. Miałam wrażenie, że Dickens trochę nie wiedział, gdzie ma położyć ciężar całej historii: czy na tych socjalistycznych dyrdymałach, którymi książka zalatuje, czy na potępieniu zimnego wychowu, czy jeszcze na czymś... To mnie nieco irytowało. 

Generalnie warstwę fabrykanci - robotnicy w ogóle bym sobie odpuściła, wyszło to bardzo niewiarygodnie (tu bym poleciła Germinal Zoli czy Północ Południe Gaskell). Bogaci to mendy nie z tej ziemi, a robotnicy to prostolinijne anioły, które w chwili natchnienia zaczynają mówić językiem osoby podejrzanie dobrze wykształconej. Z drugiej strony przy Ciężkich czasach trzymała mnie relacja ojciec - córka, a dokładnie Thomas - Luiza. Zwłaszcza kobieta była interesująca, jej sposób prowadzenia rozmowy i introwertyczna osobowość. Jest bardzo nietypowa jak na tego pisarza! Z tego też powodu starałam się moją ocenę wyważyć, pamiętając o jej dobrych i złych stronach. Dickens jak zawsze łatwo "rodzi" swoich bohaterów, kilka machnięć i już, są, istnieją, choć czasem, faktycznie, trochę mu się pędzel omsknie i za dużo farby nałoży (Bounderby), jednak łatwość z jaką przychodzi mu ożywianie przeróżnych charakterów jest tradycyjnie godna podziwu. Z drugiej strony pokazał swoją słabość - pisanie o problemach społecznych w mojej opinii nie jest jego mocną stroną.

Ocena: 3,5/6

źródło zdjęcia: klik

20 września 2012

Charles Dickens - Wielkie nadzieje

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2009
Pierwsze wydanie: Great Expectations, 1860-61
Stron: 560
Tłumacz: Karolina Beylin

Dickens z zupełnie innej strony. Wyczytałam, że Wielkie nadzieje uważane są przez krytyków za jego najlepszą książkę i chyba wiem dlaczego. Naprawdę ten tytuł wyróznia się na tle innych. Przede wszystkim mało jest tam postaci z gruntu dobrych, bez skazy. Fabuła jest najmniej przewidywalna w porównaniu z innymi jego książkami. Chyba przez 200 czy 300 stron nadal nie mogłam jej rozgryźć - o co chodziło pisarzowi? Co więcej, po raz pierwszy u Dickensa spotkałam bohaterów, którzy nie tylko zachowują się ekscentrycznie, ale też mogą odrzucać swoim zachowaniem, a ich motywy są bardzo długo ukryte. Wielkie nadzieje, jedna z ostatnich powieści autora, to wyraźny progres, książka najmniej oczywista.

Tradycyjnie bohaterem jest młody chłopiec, Pip, a osią fabuły jest jego dorastanie. Początkowo jego życie wydaje się prostą linią, ma zostać kowalem, jednak los się do niego uśmiecha i nagle staje się panem, do którego inni mówią sir. Pip nie jest ani specjalnie bystry, ani roztropny, trochę uderza mu do głowy woda sodowa. Do tego nie wie nawet komu zawdzięcza zmianę swojej sytuacji życiowej. Zagadki się mnożą, jest nawet wątek kryminalny, rozterki miłosne (na serio niebanalne) i nawet zakończenie jak nie u Dickensa - nie jest opowieścią o pozostałych latach głównego bohatera, gdzie wszystko pięknie mu się układa.
Moja siostra była gospodynią bardzo czystą, ale ta czystość dzięki jej przedziwnemu talentowi dokuczała nam bardziej nż brud. Czystość przypomina pobożność i są ludzie, którzy podobnie obrzydzają religię. (s. 28)
To właśnie mi się bardzo podobało, bo choć książka była dla mnie ciut mniej wciągająca od Davida Copperfielda, to jednak ta niejednoznaczność opowieści zrobiła na mnie wrażenie. Poza tym jak zawsze można sobie poczytać bezcenne opisy Londynu (tym razem kilka dzielnic, kancelarię, życie nad Tamizą i więzienie). Pip nie jest budzącą wielkie emocje postacią, ale za to postaci Joego, Biddy, Jaggersa, Estelli czy miss Havisham bardzo zapadają w pamięć i cieszą swoją nieszablonowością. I jeszcze jedno, uderzyło mnie jak Dickens niezmiennie podkreśla piękno przyjaźni. Często daje swoim bohaterom jakiegoś kompana i opisy ich relacji to wręcz pean na cześć tej wyjątkowej relacji międzyludzkiej (tu akurat jest to pokazane na przykładzie Pipa i Herberta).

Dickens zrehabilitował się w moich oczach po wpadce z Klubem Pickwicka. Wielkie nadzieje co prawda nie przeskoczyły mojego zachwytu nad Davidem Copperfieldem, mają też kilka zgrzytów (np. scena utraty przytomności Pipa, który jako dwudziestoparolatek zanoszony jest na łóżko przez starszego pana!), jednak mogę z czystym sumieniem polecić tę powieść. Aktualny wynik pojedynku Dickens - Kraszewski to 2:2 (runda trzecia nadal trwa).

Ocena: 5/6

P.S Jakieś sugestie co do ekranizacji? (nie widziałam żadnej)

31 sierpnia 2012

Aleksander Dumas (ojciec) - Hrabia Monte Christo

Wydawnictwo: Książnica, 1989
Pierwsze wydanie: Le comte de Monte Christo, 1844
Stron: 363 (Tom I)+329 (Tom II)+337 (Tom III)= 1023
Tłumacz: Julian Rogoziński

[fanfary] Pierwsza recenzja od miesiąca!

Okazuje się, że można napisać czytadło, które przetrwa całe epoki :) Jest duża szansa, że zaraz zlecą się obrońcy Dumas i mi nawrzucają, iż nie dostrzegłam arcydzieła w Hrabim Monte Christo, jednak będę uparta - to jeno XIX-wieczne czytadło, zresztą, naprawdę przyzwoite. Jak na 1844 rok to Dumas naprawdę zadziwiał, jego sława mnie nie dziwi. Nie ma co jednak owijać w bawełnę - to nie poziom przykładowo - Flauberta.

Przyznaję, że naprawdę opowieść mnie wciągnęła, jednak trzeba książce dać spory kredyt zaufania zwłaszcza na początku, ponieważ tak drewnianych dialogów już dawno nie czytałam. W każdym zdaniu Dumas sili się na elegancję, z uporem maniaka opisuje blade lica, falowanie czarnej peleryny czy spuszczone nieśmiało powieki. Dziś to wszystko pachnie kiczem. Próbka mego autorstwa: "X rzucił się z rozpaczą ku jej bladym licom, całując czubki jej jakże już zimnych i pozbawionych nadziei życia dłoni, ukrył twarz tłumiąc łkanie, jego ciałem wstrząsał dreszcz nieopisanych mąk, które wzbudziłyby obojętność tylko u  najniegodziwszych z ludzi...!" Ło matko, no tak to mniej więcej wygląda :) Poza tym jego styl jest jeszcze bardzo teatralny - widać, że pisał wielokrotnie sztuki: bohaterowie nie mają myśli wewnętrznych, jest to zastąpione mówieniem szeptem gdzieś na boku (czego nie słyszą, oczywiście, inni), no i są dość przerysowani. Dobrzy są piękni i szlachetność wręcz bije im z oblicz, a źli nawet w pięknych fatałaszkach nie potrafią ukryć swych robaczywych dusz. Nie dość tego, Francja przedstawiona jest typowo - jako pępek świata, français jest jeszcze językiem uniwersalnym, a Francuzów, jako wybrańców bogów, charakteryzują najwyższej klasy maniery i obycie. Aż dziwne, wiedząc, że Olek był nieco kolorowy po babci niewolnicy, zapewne nie było mu łatwo...

Chyba nie muszę pisać nic o fabule, prawda? Ja sama specjalnie stroniłam od ekranizacji Hrabiego, a moje jedyne skojarzenie o tej powieści dotyczyło zemsty i fragmentu Skazanych na Shawshank, w którym pada zdanie, że tę książkę należy przeznaczyć w bibliotece do działu poradników ;) Podobał mi się pomysł na intrygę, prowadzaną bardzo powoli, co nadawało jej wrażenie prawdopodobieństwa. Z drugiej strony, autor niezbyt umiejętnie podkreślał mijający czas, czasem tylko przypominał, że główny bohater spędził w więzieniu 14 lat, a w chwili przeprowadzania planu zemsty był już po 40-stce, nie zawsze dało się to odczuć w każdym razie. Nie zmienia to jednak faktu, że, jak już wspomniałam, Hrabia wciąga jak należy, co więcej, wygrywał w pewnym momencie o moją uwagę z samym Martinem i jego Nawałnicą mieczy (sic!), więc niech to będzie rekomendacją samą w sobie. Przekombinowany język trzeba przeboleć, za to skupić się należy na najciekawszej postaci tytułowego bohatera. Zmienia się z czasem diametralnie, z raju spada na samo dno piekła by znowu wygrać w karty z losem. Szlifuje swoją wiedzę i inteligencję, uczy się manipulować ludźmi i pociągać za sznurki, planuje na lata do przodu. To wszytko zamienia go w głaz, bez żadnej skazy, ale też i niemal bez uczuć. Zachowuje się czasem jak Mefistofeles, choć przekonany jest, że działa jako ręka sprawiedliwości. No i jeszcze jedno, chyba główną zaletą tej opowieści jest sama zemsta, jej słodko-gorzki smak, który sprawia, że książka nie wydaje się banalna.

Ocena: 4,5/6

*zdjęcie: Nadar, 1855 (zamiast jednolitej bordowej okładki)

1 czerwca 2012

W telegraficznym skrócie 3

Andrzej Sapkowski - Ostatnie życzenie
Muszę czytać Sapkowskiego, wyznaję, z tej prostej przyczyny, że bnetka z uporem maniaka poleca mi chyba każdą jego książkę, ponieważ dawno, dawno temu, w zamierzchłych czasach, gdym miała 16 lat oceniłam sagę o Wiedźminie (każdą część z osobna) na 6. Aby więc usunąć Sapkosia ze strony pierwszej polecanek co kilka miesięcy czytam coś z tego cyklu, a w planach mam powtórkę samej sagi po to tylko, aby w miarę możliwości dać im oceny nieco bardziej stonowane, obiektywniejsze. No, chyba, że znowu byłyby to szóstki ;) Tym razem padło na ten zbiór opowiadań i, choć poprzedni Miecz przeznaczenia uznałam za wyjątkowo przeciętny, tym razem muszę przyznać, że ta pozycja to już insza inszość. Nie tylko da się czytać, ale jest też zabawna i zaskakuje zgrabnymi nawiązaniami do różnych baśni, legend, ale też do współczesności. Wreszcie brak sztampy tak typowej dla fantasy, a Yennefer nawet byłam w stanie przełknąć (nigdy jej nie lubiłam).

Charles Dickens - Klub Pickwicka
Naprawdę próbowałam. Byłam uparta i dalej brnęłam. Chciałam ją skończyć, ale na stronie 167 stwierdziłam - basta! Po prostu miałam już dość, nie będę się poświęcać na polu literatury niczym jakaś siłaczka. Dlaczego Dickens ma dostać fory, gdy innym daję szansę do 50 strony? Przykro mi to stwierdzić, ale tej książki nie da się czytać. Nie przekonują mnie argumenty o jej rzekomym humorze, bo nie rozbawiło mnie tam zupełnie nic. Każdy dowcip jest mdły, bohaterowie ze wszystkimi obchodzą się jak z jajkiem, a autor z nimi. Fabuła topi się w lukrze i wiecznych uprzejmościach, które nie pełnią żadnej istotnej roli. I najgorsza zbrodnia: nie ma w niej kogo lubić, bo główni bohaterowie są nudni, wiecznie naiwni, egzaltowani i przemądrzali. Powiedzieć o tej książce, że się zestarzała to eufemizm. Może Diderot się zestarzał (a nadal da się czytać!), ale Klub Pickwicka wręcz śmierdzi trupem!

Debiuty polskiego kina
Jest to zbiór rozmów z polskimi reżyserami pod redakcją Marka Hendrykowskiego. Każdy z rozmówców pytany jest o swój debiut, ich dobór jest imponujący, a rozmowy prowadzone są w ciekawy sposób świadczący o przygotowaniu. Wiele z nich zapadło mi w pamięć, np. rozmowa z Hasem, Kolskim, Zanussim czy Leszczyńskim. Ponadto ten zbiór nie ogranicza się tylko do samych debiutów, ponieważ rozmowy z reżyserami są często pretekstem do szerszej dyskusji o polskim kinie współczesnym, o historii kinematografii, o kinie na świecie. Są one ułożone chronologicznie (pierwszy debiut jest z 1947, ostatni z 1996) i dzięki temu zarysowuje się przed czytelnikiem subletalna zmiana jaka zachodziła w polskich filmach. Do tego zbiór ten niesie zaskakującą refleksję, że mimo wszystkich absurdów PRLu, mimo całego zła, jakie wyrządzono artystom, miało ono tę dobrą cechę, że nie znało pogoni za słupkami sprzedaży, dlatego wiele filmów miało w ogóle szansę powstać, na co dziś nikt by pieniędzy nie wyłożył...

Jules Verne - Tajemnicza wyspa
Kolejna książka, której nie skończyłam, przerwałam ja jednak po bożemu, na 50 stronie, a następnie pobieżnie przejrzałam do końca. Nuda, ludzie kochani. Papierowe postaci, prowadzące drewniane dialogi i zero napięcia (a to przecież powieść przygodowa). Każdy bohater jest sztuczny i zbyt idealny. Wszystko wiedzą, mają pamięć jak jakieś cyborgi, znają się na wszystkim. Nawet nastolatek jest tam doskonały (a na rysunkach chodzi w marynarskim kapelusiku!). W dodatku Murzyn (były niewolnik) obsesyjnie kocha swojego ex-pana i brakuje jeszcze tylko, żeby zaczął merdać ogonkiem na samą myśl o nim. Nie, dziękuję, postoję. Wolę Robinsona Crusoe.

J.I. Kraszewski - Śniehotowie
Króciutkie opowiadanie, trochę chyba za szybko napisane, ale daje radę! Wydaje mi się, że Kraszewski mógł pisać dobre sążniste powieści i szkoda, że zdecydował się ciekawy temat tak szybko omówić. Rękę do opowieści to on ma - tym razem wziął na warsztat niesnaski między dwoma braćmi Śniehotami. Myślałam nawet, że zaraz wszystko skręci w dobrze mi znanym kierunku, czyli jakieś weselicho, ratowanie panny czy coś w ten deseń, ale tym razem każda postać kobieca (no, może prócz Hanki) jest negatywna. Mam nadzieję, że w kolejnej książce Kraszewskiego będzie mi dane poczytać więcej opisów przyrody i podupadłych dworków. Uwielbiam go za to. Jest wybitnie plastycznym pisarzem i ma smykałkę do odmalowywania bohaterów (ach, ta pierwsza scena przy kominku w karczmie!). W starciu Kraszewski-Dickens po 4 rundzie jest stan 2:1, ponieważ Karol zaliczył wpadkę z Klubem... :) 

Ad. tagów: rozczarowania to nr 2 i 4.

5 marca 2012

Józef Ignacy Kraszewski - Milion posagu

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 1976
Pierwsze wydanie: 1847
Stron: 200

Jakie miłe zaskoczenie! Wreszcie pisarz, którego żadnej książki wcześniej nie czytałam, i który wiecznie mylił mi się z Krasickim, nie tylko zawitał do mojego czytelniczego światka na wieczorek zapoznawczy, ale wygodnie się usadowił, popija herbatkę i ani myśli się żegnać :)

Wrażenia mam jak najbardziej pozytywne. Lekkie pióro i dowcip to pierwsze, co się rzuca w oczy. Rzemiosło pisarza opanowane do perfekcji, to dwa. Kraszewski nie zaskakuje oryginalnością, jednak tak zręcznie żongluje schematami i, ośmielę się napisać, że zachwyca opisami wsi, iż złapałam się na wszystko, z błogim uśmieszkiem pochłaniając każdą stronniczkę. Jednak najważniejszym dla mnie odkryciem było, że Kraszewski to czysty Gogol! Po prostu nie da się tego nie zauważyć. To samo inteligentne poczucie humoru, ta sama łatwość odmalowywania charakterów, podobne zwracanie się do czytelnika gdzieś niemal z boku, między dialogami czy opisem czyjejś facjaty. Pluję sobie w brodę, że nie zaznaczyłam tych kilka momentów, gdy przytakiwałam "panie Józefie, ja też tak myślę!". Cieszę się bardzo, że autor dał mi jednak kogo lubić, ale też wstawił tam kilka kryształowo czystych postaci, wokół których kręci się cała XVII-wieczna historia, a dokładnie Marię, jej ciotkę Scholastykę, krajczego i gentlemana Seweryna. Otacza ich niechęć wszystkich sąsiadów, całej parady Dulskich, jakże polskich w swojej bezinteresownej zawiści. Kraszewski nieźle sobie poczyna z  portretem własnym Polaków. W krzywym zwierciadle pokazuje nasze przekonanie o polskiej gościnności i bezinteresowności. Za to akcentuje naszą niechęć wobec tych, którzy nie stoją prosto w szeregu.

Kraszewski kupił mnie od pierwszych stron jednak czym innym. W życiu bym się nie spodziewała, że tak mnie oczaruje opisami wiejskich krajobrazów; od razu przypomniało mi się ukochane Ogniem i mieczem i Nad Niemnem. Pomyśleć, że coś z gruntu polskiego może mnie doprowadzić do takiego stanu melancholii. No, ale sami pomyślcie: żadnych bilbordów, niebo nieskażone wysokimi budynkami ze szkła i stali, ledwo ubite drogi, nierzadko drewniane domy, zagajniki, spróchniałe płoty, kładka nad strumieniem, wierzby. Konie, powozy, drób i ogródki pod oknami. I tylko wehikuł czasu jeszcze potrzebny... Im dłużej o tym myślę, tym bardziej Mickiewiczem mi to pachnie :) To jest właśnie piękna cecha klasyki, człowiek zaczyna dostrzegać wpływy innych, widzi kto z kogo czerpał, kto kogo poprzedzał, wszystko w ramach tradycji, wynika z siebie prosto i bezpretensjonalnie. Ten rok jest u mnie pod znakiem klasyki, tak jak chciałam; brakowało mi tego, wspaniale jest znów wrócić do tego klimatu. To jak założyć wygodne stare kapcie i odsapnąć, kiedy już hałaśliwe towarzystwo zamknęło za sobą drzwi.

Zdecydowanie wybór tego pisarza na polskiego patrona mojego roku 2012 był dobrą decyzją. Warto było go poznać, jednak człowiek najpierw chwali cudze, a dopiero zachwyci się własnym. A Izie jeszcze raz dziękuję za wygrane książki (w tym tę), bez tego pewnie bym jeszcze zwlekała z sięgnięciem po jego twórczość. W pojedynku Dickens-Kraszewski na razie remis: 1-1. 

Ocena: 5-5,5/6

4 marca 2012

Bolesław Prus - Faraon

Wydawnictwo: Zielona Sowa, 2005
Pierwsze wydanie: 1897
Stron: 446

Ociągałam się z pisaniem o tej książce. Ale to wszystko dlatego, że  choć bardzo cenię Prusa, to Faraon mnie trochę rozczarował. Tzn. innemu autorowi może postawiłabym nawet wyższą ocenę, jednak zg na nazwisko pisarza oczekiwania miałam wielkie i spodziewałam się niemal pewnej szóstki...

Koncepcja była atrakcyjna: napisać książkę o władzy, o procesach zachodzących na jej szczytach. I to się rzeczywiście Prusowi udało. Wziął jedną historyczną postać - arcykapłana Herhora, dorzucił do niego faraona Ramzesa XIII, co do istnienia którego nie wszyscy historycy są zgodni, a następnie wymieszał to z plejadą fikcyjnych postaci: żołnierzy, kapłanów, kobiet, Żydów, Fenicjan i Asyryjczyków. I już we wstępie oznajmia jaki będzie koniec tej historii - Herhor przejmie władzę w Egipcie. Moim zdaniem to był błąd, zwłaszcza, gdy pod koniec tomu 2 rośnie napięcie, jednak nie zostaje to w pełni wykorzystane, kiedy czytelnik dokładnie wie jaki będzie rezultat tych wszystkich intryg. Poza tym wyczytałam, że pod względem historycznym, Prus, oczywiście, korzystał z ówczesnych książek na temat starożytnego Egiptu, jednak poszczególne realia są zlepkiem różnych czasów, a nie opisem konkretnego punktu w historii tego państwa. Sensownym natomiast zabiegiem było wplecenie w tekst autentycznych pieśni, modlitw czy napisów na grobach oraz próba odtworzenia mentalności Egipcjan poprzez opisywanie ich reakcji na widok zaćmienia słońca lub śniegu czy na wieść o dalekich lądach.

Podobało mi się pokazanie władzy i zderzenie naiwnego idealistycznego, spojrzenia na życie z wiekowymi tradycjami i konserwatyzmem starszych, którzy walczyli o swoje niekoniecznie ze szlachetnych pobudek. Ramzes zmienia się i jest wiarygodny najpierw jako porywczy młodzieniec, któremu kobieta czy podległa mu armia są w stanie zawrócić w głowie, potem jako namiestnik, który zaczyna dostrzegać ogrom przedsięwzięcia jakim jest kierowanie tak ogromnym państwem, a na koniec jako energiczny faraon, któremu wydaje się, że może zmienić stare zwyczaje w jeden dzień i to bez żadnych konsekwencji. Nie lubiłam go: był lekkomyślnym człowiekiem, który szybko się rozpraszał i łatwo zapominał o dręczących go problemach. Dopiero pod koniec wykrzesałam dla niego odrobinę sympatii - zaczynał mądrzeć i coraz więcej rozmyślał o sprawach państwa, przestał się też łapać na kuglarskie sztuczki kapłanów. Jednak musiał przegrać. Młodość nie miała szans w starciu z doświadczeniem. Ostatecznie przychodzi taki moment w życiu człowieka, gdy nagle widzi własne ograniczenia i przestaje odrzucać rady starszych tylko dla zasady.

Te plusy nie przesłaniają mi jednak wad Faraona. Mianowicie: niepotrzebny spoiler we wstępie, dłużyzny, mało rozbudowane charaktery postaci (za wyjątkiem Ramzesa), nie zawsze dopracowany język i wtrącanie czasem słów, które nie miały prawa być używane w tamtych czasach (np. automaty). To mi właśnie zgrzytało i nie pozwoliło w pełni cieszyć się tą powieścią.

Ocena: 4/6

18 lutego 2012

Charles Dickens - Dawid Copperfield

Wydawnictwo: Książka i Wiedza, 1989
Pierwsze wydanie: The Personal History and Experience of David Copperfield the Younger of Blundeston Rookery, 1850
Stron: 412 (I tom) + 404 (II tom) = 816
Tłumacz: Karolina Beylin

Założę się, że musi być jakieś prawo Murphy'ego, które mówi, że książka, którą zaczyna się, gdy czas przeznaczony na czytanie jest luksusem, okaże się niezwykle wciągająca! Tak widać musi być, bo jakoś za każdym razem to mi się przytrafia. Siedzę i czytam zamiast robić milion innych rzeczy, które jakby nie było należą do moich obowiązków. Dla mnie jednak czas się zatrzymuje i nagle jestem w stanie wydusić z siebie tylko "za chwilę", "tylko jeszcze ten rozdział" czy "już idę". Za to gdy mam czasu w bród, niby to przypadkiem wybieram te tytuły, które czytam tygodniami, a nawet miesiącami. Ech, życie mola jest takie skomplikowane ;)))

Jak więc nietrudno się domyśleć Dawid Copperfield to okropny złodziej czasu i trudno się od niego oderwać. Ktoś by powiedział, że to tylko zapis życia jednego człowieka, ot jego dzieciństwo, dorastanie, kawałek dorosłych lat. A jednak książka wciąga jak wysmarowana krówką ciągutką. Początkowo obstawiałam, że Copperfield będzie powtórką z Oliviera Twista i z drżeniem serca wypatrywałam momentu, gdy biedne dziecko trafi na ulicę i będzie wybierało jedzenie ze śmietników. David faktycznie sporo przechodzi, gdy w jego życiu pojawia się ojczym, a matka wkrótce umiera, jednak jego problemy raczej nie są natury finansowej. 

Ta książka kupiła mnie doborem bohaterów. Dickens wręcz mistrzowsko portretuje ludzi, stwarza niezapomniane typy, wręcz modelowe przykłady różnych charakterów. Oczywiście, po swojemu dzieli ich na dobrych i złych, od tego się nie ucieknie, ale moim zdaniem zrobił postępy od czas Twista i już nie opisuje tych dobrych jako chodzące anioły i niedościgłe wzory (z jednym wyjątkiem). Nie mają oni jakichś brudnych tajemnic, jednak popełniają błędy, mają swoje słabości, a czasem zachowują się dość ekscentrycznie (co przydaje się w momentach humorystycznych). Właśnie to mi się podobało, ponieważ tym samym Dawid, choć pozostaje centralną postacią powieści, nie przytłacza swoja osobą innych, a książka zawiera sporo wątków pobocznych. Jest komu kibicować, można wybrać sobie swojego ulubieńca, a do tego poczytać to, co tak lubią wielbiciele Dickensa, czyli opisy angielskiego społeczeństwa, ich zwyczajów, klasowości i pracy. Dickens opisuje i domy klasy wyższej, i rodziny uboższe. Pojawiają się rzemieślnicy, prawnicy, rybacy. Zaprowadza czytelnika do domu woźnicy, bogatych ludzi, pokazuje szkoły, więzienia, burdel i wspomina o parlamencie. Wyciąga na światło dzienne uwiedzenie dziewczyny, a także zwraca uwagę na emigrantów wyjeżdżających do Australii. Teraz jest już też niepoprawny politycznie, oj zdziwiłby się chyba, gdyby wiedział, że jego stosunek do kobiet, ogólna ksenofobia (Turcy!) i stawianie Anglii na piedestale będą uznawane kiedyś za faux pas :)
Uriasz Heep (autor: Fred Barnard, 1970s), dokładnie TAK  go sobie wyobrażałam! (źródło: wikipedia)
Warto pozytywnie nastawić się na tę książkę, wiedząc, że to ukochane dziecko pisarza, do tego zawierające najwięcej wątków autobiograficznych (np. Dawid pracuje jako dziecko, ale też para się później pisarstwem, a kilku bohaterów trafia za długi do więzienia). W Internecie można znaleźć mnóstwo stron poświęconych tylko tej jednej książce (ta jest godna uwagi - REMEMBER - prowadzona przez 19-letnią Amerykankę!) i jeszcze więcej ciekawostek. Choćby te: rybowaty Heep był ponoć wzorowany na Andersenie, który był gościem Dickensa przez całe 6 tygodni i żadne aluzje do niego nie docierały ;), zresztą kilku innych kandydatów jako pierwowzór jest równie ciekawych. Za to jedną z córek Dickens nazwał Dorą, która w powieści jest kimś w rodzaju głupiej gąski (choć o dobrym sercu). Z kolei postać Micawbera wprowadziła do języka angielskiego nowy przymiotnik "Micawberish", który oznacza biednego optymistę żyjącego wiecznie ponad stan. No, dnia by nie starczyło, żeby zaprezentować tu wszystko.

Jeszcze słów kilka o bohaterach. Przez I tom miałam ochotę potrząsnąć Dawidem i przemówić mu do rozsądku. Jako dziecko był usprawiedliwiony, nie rozumiał tego, co się koło niego działo, i tu też brawa dla autora, który wspaniale oddał świat widziany oczami dziecka, idealnie się wczuł. Za to nastoletni Dawid był niezwykle irytujący, co dla czytelnika jest sporą próbą cierpliwości, choć i tu muszę znowu pochwalić Dickensa: w końcu i my jako młokosy musieliśmy innych denerwować, choć jednak ta naiwność głównego bohatera może doprowadzić do białej gorączki. Jednak, ani młody Dawid, ani obrzydliwy Heep czy  wiecznie narzekająca pani Gummidge tak mnie nie denerwowali jak pustogłowa Dora, którą mogłabym potraktować tępym nożem z piosenką na ustach. Natomiast najbardziej przerażający był dla mnie tandem Edwarda i Jane Murdstone, przy nich to już nawet Heep i przedziwny Littimer wydają się być nie najgorszą alternatywą.
ciotka Betsey Trotwood - kobieta z charakterem :) (autor: Frank Reynolds, 1920s), źródło
Muszę przyznać, że angielskie XIX-wieczne powieści uderzają w jakieś zapomniane we mnie struny, budzą we mnie najlepsze uczucia i wydobywają dobre strony mojego charakteru, dlatego, gdy je kończę, mam od razu chęć znowu starać się być dobrym człowiekiem, pracowitym i obowiązkowym. Zaraz mam ochotę poświęcać się dla innych, zacząć pomagać, zabrać się za  robotę i być wzorem cierpliwości i łagodności :))) Nic, tylko czytać je dalej i utrzymywać się w tym stanie! Nie będę więc oryginalna, gdy przyznam,, że moją ulubioną postacią jest doskonała Agnieszka Wickfield, która może być wzorem do naśladowania. Oj, chciałabym być tak dzielna jak ona. Przypomina ją trochę Melania z Przeminęło z wiatrem, z tym, że Agnieszka ma zdecydowanie więcej życia w sobie. Poza tym polubiłam pełną fantazji Betsey Trotwood, która jako jedyna zawsze mówiła innym, co myśli (nawet Heepowi), a z postaci z trzeciego planu - doktora Chillipa, który był tak nieśmiały, że zdawał się przepraszać gazetę za to, że ośmiela się ją czytać ;) Odnośnie humoru, i tym razem Dickens nie zawodzi, nie raz śmiałam się do rozpuku! Tak więc pozostaje mi jedynie zachęcić do lektury tych z Was, którzy jeszcze po Copperfielda nie sięgnęli. Ja sama jestem pewna, że gdybym żyła w czasach Dickensa, jeszcze na ulicy czytałabym z przejęciem kolejny odcinek tej powieści.
Agnieszka Wickfield - skromny anioł (autor: Frank Reynolds, 1920s) źródło
Na koniec tylko zapytam czy możecie polecić mi którąś z ekranizacji jako szczególnie wartą obejrzenia? Jest ich sporo, a ja nie miałam okazji widzieć ani jednej, rekomendacje są więc mile widziane.

Ocena: 5,5-6/6

***
Moje nowe wyzwanie okazało się dobrym pomysłem i już się cieszę na jeszcze 4 książki Dickensa w tym roku. Jak na razie 1-0 dla niego w pojedynku z Kraszewskim ;)

10 listopada 2011

Elizabeth Gaskell - Północ Południe

Wydawnictwo: Elipsa, 2011
Pierwsze wydanie: North and South, 1855
Stron: 237+189=426
Tłumacz: Magdalena Moltzan-Małkowska

Kilka miesięcy temu wygrałam u Mary tom 1. Niedawno go przeczytałam, zupełnie nie przyjmując do wiadomości, że nie mam tomu drugiego i tym samym zafundowałam sobie bezcenną minę "ale to już koniec? nie, to nie fair!" zaraz po jej skończeniu. Przeszukałam więc sieć i znalazłam informację, że część drugą, całe szczęście, zdążyli już wydać i dwa dni temu poleciałam do Empiku. Ponoć głównie tam, w dziale z prasą, można tę książkę znaleźć (dla chętnych powiem, że tom 1 też był jeszcze dostępny). Nie wiem jak się ma to wydanie do tego niedawnego ze Świata Książki bodajże. Na pewno Elipsa dała lepszą okładkę, można też się natknąć na opinie, że i tłumaczenie jest bliższe oryginałowi.

Jest to na pewno książka dla fanów (zwłaszcza fanek, nie czarujmy się) Jane Austen i sióstr Brönte. Północ Południe to kolejny kąsek z pysznego XIX tortu ze wszystkimi jego wisienkami. Śledzimy losy Margaret Hale, która po pewnych zawirowaniach życiowych przeprowadza się z rodziną z południowej angielskiej wioseczki do przemysłowego miasta Milton. Tam poznaje jego mieszkańców, ale też problemy północnej Anglii. Gaskell pewne schematy koleżanek po piórze zachowuje: jest panna, jest kawaler, a nawet dwóch, problemy finansowe, choroby, rodzinny sekret i proszona kolacja. Wprowadza jednak nowości. Przede wszystkim ważnym wątkiem jest pokazanie przemysłowego miasta, obserwacja kapitalizmu w praktyce, fabrykantów i robotników oraz rodzące się między napięcia i brak zrozumienia. Pachniało mi to trochę Zolą, który kilkadziesiąt lat później podjął te same tematy. Poza tym między głównymi bohaterami jest różnica klasy społecznej. Co ciekawe, jeden z nich, uwaga, oddala się od kościoła (!), choć nie traci samej wiary. Gaskell wchodzi też do dzielnicy robotniczej, zagląda do domów robotników i choć czasem trochę koloryzuje ich język, to jednak przemyca sporo prawdy (choćby o pracy dzieci). Bardzo mi się to podobało, choć, nie ukrywam, największe emocje wzbudził we mnie wątek romantyczny. Pan Thornton jest chyba równie wspaniały co pan Darcy, no może ociupinkę mniej ;) Za to zakończenie jest zdecydowanie lepsze niż w Dumie i uprzedzeniu, w którym zawsze miałam uczucie jakiegoś niedosytu.

Odnośnie stylu pisarki niech mi wolno powiedzieć, że nie przeskoczyła w moim osobistym rankingu Austen, jednak jej bardzo nie ustępuje, a fakt, że przyjaźniła się z Charlotte Brönte, a jej fanem był Dickens niech mówią same za siebie. Elizabeth Gaskell stawia raczej na wewnętrzne myśli bohaterów i rozmowy. Nie przywiązuje dużej wagi do opisów wnętrz pokojów czy krajobrazów, ten aspekt raczej u niej kuleje. Jest u niej sporo dialogów, czasem może odrobinę za sztywnych, ale bez zgrzytów; natomiast coś, co mi się zdecydowanie nie podobało, to obdarzenie postaci niesamowitą wręcz skłonnością do płaczu: wszyscy niemalże potrafią tam nie tylko ronić łzy i płakać, ale też szlochać, wybuchać nim, wpadać w rozpacz i nie raz, nie dwa, ktoś ma twarz mokrą od łez (mężczyźni też!). Jeśli o to chodzi, to zdecydowanie wg mnie przesadziła, w końcu pisała o powściągliwych Anglikach. 

Wydanie: bardzo stylowa okładka i moim zdaniem dobre tłumaczenie. Korekta niezła, choć kilka literówek się znajdzie. Choć książka jest dość tania i też tak wydana, to jednak jej oprawa i papier nie straszą. Mogliby jednak drukować rok wydania. Reklamę na 3 stronie okładki trzeba pominąć milczeniem, no trudno. Ogólnie: naprawdę polecam.

Ocena: 5/6

14 lipca 2011

Mikołaj Gogol - Martwe dusze

Wydawnictwo: Książka i Wiedza, 1949
Pierwsze wydanie: Мёртвые души, 1842
Stron: 288
Tłumacz: Władysław Broniewski

Wreszcie! Zawsze miałam swoje małe molowe kompleksy na punkcie kompletnej nieznajomości sławnego Gogola. W końcu mistrz Dostojewski już twierdził "My wszyscy z niego" i jeśli miał na myśli literaturę rosyjską jako taką, to pozostaje mi tylko przytaknąć, bowiem szybko zauważa się jak ci wielcy (Dostojewski, Tołstoj, Czechow) musieli zaczynać sami od czytania Gogola. Już w nim jest ten specyficzny rosyjski nerw, to specjalne opisanie świata i uważny obserwator Rosjan i ludzkiej natury ogólnie.

Zupełnie zaskakujące było dla mnie odkrycie, że Gogol napisał Martwe dusze w wieku 32 lat. Napisać w tym wieku powieść wieńczącą pisarską karierę, uznaną później za jego najświetniejsze arcydzieło; książkę zaliczaną do światowego kanonu i czytaną do dzisiaj! A przecież nie raz miałam wrażenie, że napisał to jakiś staruszek, z siwą brodą, opatulony kocem, z pomarszczoną twarzą, pełen gorzkiej wiedzy i rozczarowania ludźmi... Plany były wielkie: miał to być początek trylogii, jak się wydaje, o Rosji. Nikołaj jednak okazał się szalenie wrażliwy na krytykę i po wysłuchaniu serii zarzutów na swój temat jakoby szkalował swoim dziełem mateczkę Rosję i szlachetnych krajan wpadł w depresję. Spalił to, co napisał później i w ogóle skończył marnie: istnieje teoria, że pochowano go żywcem.
(..) nieporównanie bardziej godne uwagi było wrażenie (przedmiot zupełnego podziwu!), jakie wywarł Czyczykow na damach. Żeby trochę wyjaśnić, trzeba by dużo powiedzieć o samych damach, o ich towarzystwie, namalować, jak to się mówi, żywymi barwami ich duchowe zalety; ale to dla autora jest bardzo trudne. Z jednej strony powstrzymuje go bezgraniczny szacunek dla małżonek dygnitarzy, a z drugiej strony... z drugiej strony, po prostu trudno. Damy miasta NN były... nie, nie mogę w żaden sposób, odczuwam po protu onieśmielenie. W damach miasta NN najbardziej godne uwagi było to... To aż dziwne - pióro zupełnie się nie porusza, jakby miało w sobie ołów. Tak więc już być musi: opis ich charakterów trzeba widocznie pozostawić temu, kto posiada żywsze barwy i większą ich ilość na palecie; a nam przypadnie powiedzieć - zaledwie kilka słów o zewnętrznym wyglądzie i o tym, co jest najbardziej powierzchowne. (s. 184)
Na swego bohatera wybrał radcę kolegialnego Pawła Iwanowicza Czyczykowa, człowieka średniego pod każdym względem, tak jakby wziąć setkę zwyczajnych Rosjan i wyciągnąć z nich średnią arytmetyczną - to właśnie byłby Czyczykow. Pojawia się on w mieście NN, wchodzi w jego prowincjonalny światek, wzbudza poruszenie w tamtejszym towarzystwie. Wszystko byłoby bardzo niepozorne, gdyby nie jego cel, bowiem Paweł Iwanowicz skupuje od ziemian martwe dusze, czyli chłopów którym się zeszło, a jednak trzeba za nich płacić podatki aż do następnej rewizji. Czy jednak martwe dusze to tylko mały szczegół w interesach? Oczywiście nie, to w nich jest pies pogrzebany i po pewnym czasie łatwo było mi się zorientować, że w istocie każda postać przewijająca się w tej historii jest własnie taką duszą. Gogol wielokrotnie zwraca się w tekście do czytelnika, wyrażając swoją odrazę jaką ma do pewnych charakterystycznych dla Rosjan zachowań, opisując poszczególne typy odziane w karykaturalne wdzianko, w których niejeden ze wstydem odnajdzie jakiś rys swojego charakteru. Jest doskonałym obserwatorem, subtelnie złośliwym i wbijającym szpile niemalże niechcąco. I choć skupia sie na Rosji, nie da się ukryć, że jego ksiązka ma też walory uniwersalne. Zwłaszcza gdy Gogol rozpisuje się o naturze ludzkiej generalnie, gdy pisze o innych pisarzach lub o krytyce. Miałam wrażenie jakby czasem nie mógł się powstrzymać i popłynął z jakimś tematem, ze słowami skierowanymi nieomal do konkretnych adresatów. To wszystko sprawiało, że jego młody wiek był dla mnie sporą niespodzianką.
I do takiej nędzy, drobiazgowości, brudu mógł upaść człowiek? Mógł się tak zmienić? Czy to prawdopodobne? Wszystko jest prawdopodobne, wszystko może się stać z człowiekiem. Współczesny ognisty młodzieniec odskoczyłby z przerażeniem, gdyby mu pokazano jego portret, kiedy będzie stary. Zabierajcie więc ze sobą na drogę wychodząc z miękkich lat młodości w surowy okrutny wiek męski, zabierajcie ze sobą wszystkie ludzkie drgnienia, nie zgubcie ich po drodze, już ich później nie podniesiecie. Groźna i straszna jest nadchodząca starość i nic już nie wraca. (s. 146)
Jest to dla mnie piękna, typowo rosyjska proza, pełna szczegółowych opisów typów ludzkich, przemycenia w eleganckich zdaniach własnego spojrzenia na daną sprawę, najczęściej mało pochlebnego, ukrywająca krytykę pod powierzchnią komizmu i satyry, napisana rozbudowanymi i wyszukanymi zdaniami. Warto znać, a jak ktoś się zaczytuje literaturą rosyjską (lub ma to w planach), to już wg mnie obowiązkowo, jeśli wolno mi tak napisać. Sama na pewno sięgnę jeszcze po twórczość Gogola, także ponownie po Martwe dusze, ponieważ okazuje się, że tłumaczenie Broniewskiego, choć wspaniałe, to jednak było ocenzurowane przez ówczesną władzę. A poza tym Nikołaj ma rzadką umiejętność ukazywania tego, co w człowieku odpowiada za jego "rdzeń" niby mimochodem, tylko poprzez skupienie uwagi czytelnika na tym, co jest najbardziej powierzchowne.

Ocena: 5/6

10 lipca 2011

Gustav Meyrink - Golem

Wydawnictwo: Zielona Sowa, 2004
Pierwsze wydanie: Der Golem, 1915
Stron: 221
Tłumacz: Antoni Lange

W moim mieście powoli zbiera się na burzę i myślę, że to będzie idealna oprawa dla pisania tej recenzji. Sęk w tym, że nie wiem co napisać. Przede wszystkim jest to piekielnie trudna książka. Teraz już się tak nie pisze, ponieważ czytelnik szybko się nudzi, nie chce mu się szukać jakichś dodatkowych źródeł, które pozwoliłby odszyfrować kilka kolejnych warstw powieści. Wszystko powinno być podane na srebrnej tacy, jasne, wyraźne, nawet jeśli fabuła krąży wokół zagadki. W każdym razie nie przypominam sobie współczesnej powieści, która kryłaby w sobie wiele niewyjaśnionych tajemnic i wręcz broniła się przed ich odkryciem. Golem nie jest bowiem oparty na powiązaniach, motywach i wątkach, możliwych do odczytaniach dla wykształconych, a w każdym razie światłych ludzi. Ta książka wymaga niemalże specjalistycznej wiedzy lub dostępu do niej. A najlepiej przeczytania kilku innych pozycji dotyczących tych tematów!

Zdaję sobie sprawę, że 1/3 z Was właśnie totalnie zniechęciłam. Więc teraz dla Was piszę, dzielni ludzie ;). No to od początku: Golem jest zapisem snu narratora, który przeżywa "przygody" mistrza Pernata. Tenże praski wycinacz kamei otrzymuje od tajemniczego klienta księgę Ibbur... I teraz o niej słów kilka:
Przeczytałem książkę do końca i trzymałem ją jeszcze w rękach, a wówczas było mi tak, jak gdybym badawczo w mózgu własnym kartki przerzucał i to nie w jednej książce!
Wszystko, co mi ten głos powiedział, nosiłem w sobie, odkąd żyję, lecz było to zapomniane i ukryte przed mą świadomością aż do dnia dzisiejszego. (s. 15)
Proza Meyrink'a zaskakuje dosłownie od pierwszej strony i pierwszego zdania (Światło miesiąca spłynęło w nogi mojego łóżka i rozpostarło się jak wielki, jasny, płaski kamień.). Warto sobie o nim samym poczytać, bowiem ten "szatan z Pragi" uznawany jest za prekursora Kafki, surrealizmu, a sam Golem zaliczany jest do najważniejszych książek egzystencjalistycznych i nazywany jest "Biblią kabalistów". I tu zbliżam się do najważniejszego. Powieść ta to obłąkana mieszanka okultyzmu, mistyki, tarota, kabały i filozofii żydowskiej. Stąd właśnie moje słowa o potrzebie specjalistycznej wiedzy (wikipedia to za mało! trzeba tu kolejnych książek, stety/niestety). Pozwolę sobie jednak wkleić zdjęcie poznańskiego pomnika Golema z Wiki, jako że książka roi się wręcz od legend i starych opowieści, a ta jest właśnie kluczowa (a Meyrink podszedł do niej z zupełnie innej strony, rezygnując niemal z wątków sensacyjnych).



W związku z powyższym zainteresowani powinni wybrać albo wydanie z posłowiem (jak moje), albo po lekturze sięgnięcie po artykuły na temat powieści i/lub wspomnianych przeze mnie kabały i tarota. Bez tego ani rusz, Golem będzie tylko zwariowaną książką grozy z wyraźnymi wpływami Poe'go. Na szczęście, nawet odczytana tylko tak jest wspaniała i zachwyci Was wyrafinowanym, przepięknym językiem, mistrzowsko oddanym przez sławnego Antoniego Lange'a. Nie odbierajcie sobie jednak przyjemności jaka płynie z odkrywania kolejnych symboli, konstrukcji, ukrytych znaczeń (tam nawet zwykła litera "J" ma znaczenie). Dopiero wtedy możliwe jest zobaczenie w tej historii powieści inicjacyjnej, opowiadającej o wiecznej tęsknocie człowieka poszukującego wyższej wiedzy. Zaręczam - coś wspaniałego! I ostrzegam - książka ta wymaga skupienia, nie czyta się ją łatwo, ale w trakcie lektury niejeden raz myślałam "toż to arcydzieło!". Pamiętam, że jak ją skończyłam i przeczytałam posłowie autorstwa Tomasza Maciosa, miałam ochotę zacząć od początku. Zg na brak czasu, ograniczyłam się do fragmentów, np. tego:
Glob świata toczył się z trudem na moich barkach. I Herkules jakiś czas dźwigał na głowie sklepienie niebios - przyszło mi do głowy i utajony sens baśni odsłonił mi się przejrzyście. - I jak się na nowo podstępem wyzwolił, mówiąc do olbrzyma Atlasa: "Pozwól mi jeno wiązką szpagatu głowę obwiązać, aby mi czaszka nie pękła od tego straszliwego ciężaru", tak może byłaby jakaś ciemna droga, którą udałoby mi się zejść z tej stromej skały. (s. 56)
Zielona sowa nie ma dobrej prasy i faktycznie jej tanie wydania często pozostawiają wiele do życzenia. Tu też poprawiłabym kilka rzeczy dość drastycznie, ale chciałabym ten jeden raz oddać im sprawiedliwość i pochwalić. Bronią się więc swoimi posłowiami, zawsze profesjonalnie opracowanymi i pisanymi przez sensownych ludzi. A w przypadku Golema chyba po raz pierwszy dali idealnie dobraną okładkę: fragment obrazu Schielego Eremici z 1912 roku. Powiększcie go sobie, warto. Ponadto sam opis na okładce jest rozsądny (fragment: (...) czytelnik musi przyjąć, że nie dowie się wszystkiego, ponieważ w powieści symbolicznej i okultystycznej ważniejsze okazują się same pytania niż odpowiedzi (...).)


Często wpatrywałam się w ich twarze i te dziwne oczy, kiedy robiłam sobie przerwy w czytaniu. Mam wrażenie, że nic nie powiedziałam o tej książce, nic istotnego przynajmniej. Szczerze zachęcam, mam nadzieję, że ktoś tez odnajdzie (odnajduje) w niej to, co ja. Meyrink to pisarz wart poznania i włożonego wysiłku w jego prozę, chętnie przeczytałabym coś jeszcze jego autorstwa. Zupełnie też niespodziewanie zasiał we mnie ziarno ciekawości odnośnie kabały. Teraz w innym świetle widzę fascynację mistyką żydowską mojego starego kolegi. Solennie tez sobie obiecuję, że gdy tylko będzie to możliwe powtórzę Golema i wtedy zapewne dostanie 6 (poniższa ocena jest na zasadzie motywacji;).

Ocena: 5,5/6

7 stycznia 2011

Ernest Hemingway - 3 opowiadania [w:] 49 opowiadań

Wydawnictwo: Państwowy Instytut wydawniczy, 1974
Pierwsze wydanie: The First Forty-Nine Stories, 1965
Tłumacz: Bronisław Zieliński (tych 3, które czytałam)

Miejmy to już za sobą. Napisać coś muszę, bo za parę tygodni na zajęciach już niewiele będę pamiętać. Jak już pisałam Hemingway'a nie lubię, i kiedy mówię "nie lubię" mam na myśli, że naprawdę nie jestem w stanie go czytać, zwyczajnie się zmuszam. Odrzuca mnie ten pisarz na całej linii. Niech se będzie wybitny, niech będzie wyjątkowy, niech będzie może i najważniejszym pisarzem amerykańskim. Ja tego nie kupuję. Zwłaszcza jego bohaterów: jak facet, to zimny drań, mruk i często szowinista, który z góry patrzy na głupiutkie kobietki i gardzi bardziej wrażliwszymi mężczyznami. Jak kobieta to albo bezwzględna suka, przyprawiająca rogi swojemu mężowi, albo głupia i naiwna gąska. No bożeno, ręce opadają od tej monotonii. I niech se nawet Ernest zmienił sposób pisania jaki uprawiano przez lata. Pan pisarz porzucił opisy przyrody, drwił z przymiotników, ograniczył możliwe rozmowy swoich bohaterów. To nie dla mnie. Może gdyby go nie było, stracilibyśmy coś, zapewne oświecą mnie w tym względzie na zajęciach, przywołując inspiracje Hemingwayem. No i dobrze, kiwnę na to głową. Ale jednak nie będę pisać, że zachwyca, jak nie zachwyca. A Hemingway wielkim pisarzem nie jest, dla mnie rzecz jasna.

Krótkie szczęśliwe życie Franciszka Macombera (stron 38)

Safari. Na pierwszym planie trójkąt: odważny, pozbawiony skrupułów myśliwy-przewodnik (Wilson), "miętki" i tchórzliwy mąż (Franio), niewierna żona łasa na pieniądze męża i przygody z myśliwym (Margot). Wiemy jak to się skończy? W momencie kulminacyjnym nawet zaangażowałam się w całą historię, aczkolwiek całe opowiadanie (patrz ilość stron) czytałam 4 dni. Rekord życiowy. W tle zabijanie zwierząt. Zakończenie pozostawia czytelnika z odrobiną niepewności, co przemawia na plus całej historii.

W Michigan (stron 6)

Jedyny plus tego opowiadania to to, że jest krótkie. Tym razem mamy parkę głównych bohaterów: ona typ głupiutkiej gąski (Liza), on typ robola pozbawionego głębszej myśli (Jim). Fascynujące. Opowiadanie jest pisane z jej punktu widzenia, bowiem dziewczyna zakochuje się w owym kowalu. Koniec, oczywista, brutalny, zimny, nie pozostawiający żadnych złudzeń. No, przyznam jeszcze, że nie przypomina to amerykańskich filmów z tego okresu (1921), więc jako takie jest odważne, niszczące mit American dream.

Wzgórza jak białe słonie (6 stron)

To opowiadanie pozostawiło po sobie chyba najlepsze wrażenie, bowiem kobieta wreszcie wyłamuje się z Hemingway'owskiego schematu: nie jest gąską, nie jest naiwna, ale jest głupia, no dobra, może nie głupia, ale postępuje nierozsądnie i nie chce kierować swoim życiem sama. Oczywiście, robi to za nią jej chłopak, typ manipulatora i emocjonalnego wampira. Imion brak. Całość to w sumie jedna ich rozmowa, przeprowadzona na stacji gdzieś w Hiszpanii, z pozoru bez znaczenia i prozaiczna, w rzeczywistości ukazująca prawdziwy konflikt, brak bliskości między nimi i odzierająca ze złudzeń.

Zakończę jeszcze błyskotliwą uwagą, że czcionka PIW była wspaniała i szkoda, że nikt już takiej nie stosuje. Koniec tej mordęgi z panem H.

30 grudnia 2010

Nathaniel Hawthorne - Szkarłatna litera

Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie, 2005
Pierwsze wydanie: The Scarlet Letter, 1850
Liczba stron: 218
Tłumacz: Bronisława Bałutowa

Zacznę od tego, że gdybym nie musiała tej książki skończyć, to bym rzuciła ją w kąt ok. strony 90. Teraz możecie już przejść do oceny pod recenzją, a wytrwałych czytelników zapraszam dalej na mały blogowy lincz.

Szkarłatną literę można otworzyć na dowolnej stronie, a natychmiast z lewa i prawa zaatakują nas grzech, cnota, odpowiedzialność przed Bogiem i społeczeństwem, sumienie, palące duszę wyrzuty sumienia, wizje piekła, nieba i grzesznicy, którzy całymi dniami jęczą... o czym by innym - dlaczego są tacy źli i potępieni. Na coś takiego mówię nie, nie i jeszcze raz nie. Bo ile można?!

A zaczął tak dobrze: na pierwszej stronie praktycznie nazwał mnie swoim przyjacielem! No sami zobaczcie:
Niekiedy pisarze posuwają się dalej i pozwalają sobie na zwierzenia nader intymnie, nadające się bardziej do opowiedzenia jednej, jedynej osobie, przeznaczone dla jednego serca i umysłu, z którym łączy nas idealne zrozumienie - tak jakby drukowana książka, rzucona w szeroki świat, miała odnaleźć druga połowę rozdwojonej psychiki pisarza i dopełnić kręgu jego egzystencji jako ogniwo we wzajemnym ich obcowaniu. (s. 5)
Po czym takim miał u mnie +10 punktów w kategorii przyjazne nastawienie czytelnika! W ogóle książka ma swoje zalety: dogłębne, szczegółowe opisy charakterów, analiza ich motywów postępowania, namiętności czy łatwość oddania detali codziennego życia - ubrań, różnych przedmiotów, zachowania ludzi, przyrody. Jednak to trzymanie lupy nad małym mrowiskiem purytańskiego społeczeństwo zamieniało się w przytłaczające przegadanie. Zbyt dużo kwiecistych zdań, przy zbyt małej ilości zdarzeń. Takie opowiadanie w stylu Dostojewskiego jak we "Wspomnieniach z domu umarłych", z tym że Rosjanin według mnie jest zdecydowanie bieglejszy w sztuce przykuwania uwagi czytelnika. Taka "Zbrodnia i kara". Napisana 16 lat później, właściwie główny temat ma ten sam, tylko pokazany dosadniej, a jakże lepiej. Nadal się ludzie zaczytują tym, potakują autorowi i zachwycają jego stylem. Tak książki okazują się nieprzemijającymi arcydziełami. Podczas gdy Szkarłatna litera dobijała mnie swoim wymuszonym moralizatorstwem i przez to wydaje mi się, że proza Hathorne'a się zwyczajnie zestarzała przez te lata. Takie samo wrażenie miałam bowiem czytając jego "Dom o siedmiu szczytach". I choć wiem, że był przeciwny purytańskiej obyczajowości, starał się bronić nonkonformistycznych postaw odszczepieńców i wnikać w ich charaktery, to jednak sposób w jaki to czynił, wydaje mi się przewrotny, a obrany styl obecnie już nie do strawienia.

Uwaga końcowa: gdybym miała ocenić tę książkę obiektywniej, myślę, że dostałaby około czwórki. Jakby nie było jest to napisane językiem, którym dziś nikt nie mówi, nikt tak nie pisze i pewnie nawet już tak nie potrafimy. Myślę, że ludziom 150 lat temu spadały skarpetki z wrażenia. Mnie się na przykład podobało to:
Wiemy, że prócz zdobycia upragnionych uczuć kobiety nie ma nic milszego od sympatii, okazanej przez dziecko, spontanicznej i instynktownej, która każde nam wierzyć, że jest w nas coś prawdziwie godnego miłości. (97-98)
Jednak na dłuższą metę tematy grzechu i winy mnie niezmiernie znudziły, w każdym razie podane w sosie tego klasyka. Fabuły nie opisywałam, każdy wie co czym mowa (mam nadzieję).

Ocena: 2,5/6