Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iskry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iskry. Pokaż wszystkie posty

27 grudnia 2017

Jack London - Martin Eden

Wydawnictwo: Iskry, 1990
Pierwsze wydanie: 1909
Tłumacz: Zygmunt Glinka
Stron: 319

Jeszcze nie posumowanie, za to pewnie ostatnia w tym roku recenzja :)

Dziwną kolejność sobie wybrałam, jeśli chodzi o Jacka Londona, ponieważ kilka lat temu czytałam tylko jego Kaftan bezpieczeństwa, rok później jego beletryzowaną biografię pióra Stone'a, a dopiero teraz jedną z jego sztandarowych powieści.

Wrzuciłam ją sobie do schowka po zajęciach z literatury amerykańskiej. Niestety, bez spoilerów na wykładzie się nie obyło, bo usłyszałam zakończenie i nie udało mi się przez te lata wymazać go z pamięci... Na szczęście, nie miało to większego wpływu na mój odbiór tej lektury. Martin Eden to zaskoczenie. Nic dziwnego, że trafił w poczet szeroko rozumianej tzw. klasyki, ponieważ jest naprawdę wyjątkową powieścią. Po pierwsze język - odstający od amerykańskiej prozy tamtego okresu, swobodny, przystępny i prostolinijny. Czasem jednak dość pretensjonalny, zwłaszcza, gdy Martin opisuje swoje uwielbienie dla Ruth, potem jednak dostrzegłam, że był to celowy zabieg autora, ponieważ Martin ewoluuje i sam staje się coraz bardziej skomplikowany. Bohaterowie to głównie społeczne niziny, prostolinijne, a czasem i prostackie typy. Nie przebierają w słowach, nie stronią od używek, łatwych kobiet, niskich uciech, mają stwardniałe od pracy ręce. Nie ma tam miejsca na wydumane rozmowy i górnolotne uczucia, ważny jest pieniądz, chciwość i powolne wspinanie się po drabinie społecznej. Na swojej drodze Martin spotyka czasem wyjątki (np. praczkę), ale z reguły los mu rzuca same kłody pod nogi. Trzon opowieści zasadza się na życiu Martina Edena od momentu poznania Ruth, dziewczyny z dobrego domu, w której chłopak zakochuje się wręcz na zabój i od tego momentu chce zmienić swoje życie. Pragnie awansu społecznego, poświęca się swojej edukacji, robi wszystko, aby zostać pisarzem i moc zapewnić godne życie ukochanej kobiecie. 

Martin ma wiele z samego Londona, o czym autor mówił otwarcie "Martin Eden to ja". Mają taki sam głód wiedzy, determinację osła, łatwość nawiązywania kontaktów, skłonność do intelektualnych dysput, mrówczą pracowitość i poczucie odstawania od całego otaczającego ich świata.
O życiu i książkach wiedział więcej od nich i wciąż nie mógł zrozumieć, do jakich skrytek i zakamarków poodkładali ci ludzie nabyte wykształcenie. Nie zdawał sobie sprawy, że ludzi zdolnych do zanurzania się w głębiny i docierania do krańcowych wniosków nie spotyka się w salonach różnych Morse'ów tego świata, i nie marzyło mu się wcale, że tego rodzaju ludzie przypominają królewskie orły, co żeglują samotnie po lazurze niebios wysoko nad ziemią i skłębionym rojowiskiem jej stadnego życia. (s. 191)
Co mnie ujęło w tej opowieści, to solidnie pokazany znój pracy. Te fragmenty były tak wyraziste i plastyczne, że sama czułam się po nich zmęczona, jakbym to ja siedziała całą noc nad książką do trygonometrii lub spędziła kilkanaście godzin nad balią z praniem. Martin/London szanowali ludzi, szanowali ludzki wysiłek. Z każdego wydobywali człowieka, nad każdym potrafili się pochylić, nie poczytywali ludzkich słabości na poczet czegoś złego, za co można kogoś łatwo potępić, nie biorąc pod uwagę całego kontekstu osobistej sytuacji danej osoby. Szczególnie jednak chcę wyróżnić zakończenie (którego nie zdradzę, oczywiście), ale które pozostawiło mnie wręcz oniemiałą. Jest tak piękne, subtelne i poetyckie. Nie do opisania, jak wiatr. Wielki talent, bez dwóch zdań.

Ocena: 5/6

10 maja 2011

Stanisław Lem - Powtórka

Wydawnictwo: Iskry, 1979
Pierwsze wydanie: 1979
Stron: 165

Mój blog powoli staje się małym zagłębiem lemowym :D I dobrze, niech będzie jasność, że to jeden z moich ulubionych pisarzy.

W ogóle tak sobie myślałam, że chyba oszczędziłabym sobie sporo pracy, gdybym przygotowała sobie szablon posta o jego książkach. Czyli na początku, że go uwielbiam, wspaniale pisze, coś o geniuszu, potem wykropkowane, żeby wpisać o czym dany tytuł jest, a na końcu lista pozytywnych przymiotników z gwiazdką "niepotrzebne skreślić", które wyjaśniłyby dlaczego mi się podobało ;)

Lem był wielki? Był. Ok, pierwszy punkt odfajkowany. Jak to się je? Służę uprzejmie. Powtórka jest maleńkim zbiorem opowiadań: tytułowego i dwóch słuchowisk Godzina przyjęć profesora Tarantogi oraz Noc księżycowa. Pierwsze jest zdecydowanie najlepsze, możliwe, że jednym z powodów są znani i lubiani przeze mnie Trurl i Klapaucjusz. Nasi wynalazcy tradycyjnie stają przed zadaniem bojowym. Król Hipolip zostaje nawrócony przez kaznodziei, idea Boga wydaje mu się fascynująca, jednak ma pewne zastrzeżenia do świata jako dzieła stworzenia. Nakazuje więc głównym bohaterom wymyślić taki świat, który naprawiłby pewne niedociągnięcia tego, w którym przyszło nam żyć. Panowie prezentują mu więc kilka prototypów (w skrzyniach!), w których poczynają sobie swobodnie z czasem i przestrzenią. Powtórka nie tylko jest zabawna, ale też unaocznia kilka dość przygnębiających prawd o człowieku (np. głupotę). Czytelnik znajdzie też tu typowe dla Lema neologizmy, zabawę ze staropolskim oraz doprowadzenie akcji do niesamowitej, absurdalnej abstrakcji (wiwat wyobraźnia!). Pierwsze słuchowisko też ma niektóre z tych cech. Śmiałam się w trakcie jego lektury, a jednocześnie byłam pod wielkim wrażeniem jak pisarz doskonale włada piórem, jak dokładnie przekazuje to, co chce i to w tak wspaniałych zdaniach. Jak wskazuje tytuł jest to opis dyżuru profesora, do którego zgłaszają się wszelkiej maści wariaci. Każdy z nich prezentuje jakiś wynalazek lub myśl, najczęściej z chęci zarobku. Profesor musi się z nimi użerać, niemalże rwąc włosy z głowy. Czasem jednak udaje im się profesora zaciekawić:
Wydalniczy układ moczowy został połączony z układem płciowym, bo było to najprostsze i oszczędne materiałowo. Ale jak wiadomo, narzędzia uniwersalne, co to służą wielu czynnościom naraz, są niewiele warte. (...) umiejscowienie narządów rozrodczych niestety zachowało do dnia dzisiejszego charakter publicznego skandalu, żebym nie powiedział wręcz: policzka, wymierzonego dobremu wychowaniu, estetyce oraz wyższym ideałom. Jeszcze święty Augustyn zauważył trafnie, że inter faeces et urinam nascimur. Miejsce, z którego człowiek rzuca pierwsze spojrzenie przychodząc na świat, nie zostało wybrane zbyt szczęśliwie z punktu widzenia estetyki oraz godności naszego gatunku. (s. 118)
Jako ciekawostkę dodam, że opowiadanie pierwsze i drugie zawierają więcej sentencji łacińskich oraz, że niektóre fragmenty są... z pieprzykiem ;) Drugie słuchowisko jest zdecydowanie najpoważniejsze, choć z humorystycznym akcentem w zakończeniu. Noc księżycowa opowiada o dwójce astronautów na Księżycu, którzy czekają właśnie na swoją zmianę przybywającą z Ziemi. Nagle komputer stacji wszczyna alarm o małych zapasach tlenu, który wystarczyłby tylko dla jednego z nich. I tak się między nimi zaczyna gra o przetrwanie...

Ocena: 4,5-5/6 (średnia ocena 4,8)

22 lutego 2011

Stanisław Lem - Niezwyciężony

Wydawnictwo: Iskry, 1982
Pierwsze wydanie: 1964
Stron: 217

Kryzys, nie kryzys, o Lemie nie sposób nie napisać. W siedmiu przypadkach na osiem jego książki wciągnęły mnie błyskawicznie do swojego świata, zachwyciły pomysłem, powagą stawianych pytań pod pozorem kosmicznej przygody. Ta książka jest dłuższa niż "Solaris", mniej filozoficzna, napisana prostszym językiem, choć zdecydowanie bardziej "techniczna". Lem nie czaruje wyrafinowanym językiem, skomplikowanymi relacjami międzyludzkimi, głębią analizy ludzkich charakterów, a i tak był i nadal jest w moich oczach geniuszem.

"Niezwyciężony" jest klasyczną Lemowską powieścią. Tytuł oznacza krążownika - cud techniki wyładowany nowoczesnym sprzętem, z pełną, około 80-osobową załogą. Jest tu też typowe dla tego autora nazywanie poszczególnych postaci Lekarzem, Fizykiem, Biologiem itp. (pisane tradycyjnie z dużej litery), z tym, że dał im też imiona. Trafiają oni na planetę Regis III. Ich zadaniem jest zbadanie co stało się z ich bliźniaczym statkiem Kondorem. Kilka lat wcześniej słuch o nim zaginął, pozostało tylko kilka tajemniczych meldunków, które zdążył wysłać. Poszukiwania przynoszą wiele sprzecznych wniosków, rodzi się pytanie o stan psychiczny załogi Kondora...
Ile takich niesamowitych, obcych ludzkiemu pojmowaniu zjawisk może taić w sobie kosmos? Czy mamy wszędzie przybywać z niszczącą potęgą na pokładach statków, aby strzaskać to wszystko, co jest sprzeczne z naszym rozumieniem? (s. 169)
Pierwsze strony są ciężkie, dominują techniczne opisy, aktywność automatów, procedura lądowania. Potem jednak opowieść wciąga czytelnika, atmosfera się zagęszcza od zagadek. Ponadto na pierwszy plan wysuwają się dwaj bohaterowie: Rohan, nawigator, druga osoba na statku pod względem ważności, oraz Horpach, dowódca, zwany astrogatorem. Ta dwójka dostała od pisarza rozbudowane osobowości, których cechy są konsekwentnie ujawniane. Reszta jest dla nich tłem.

Po raz pierwszy w trakcie czytania Lema uświadomiłam sobie jak bardzo mnie przyciąga jego szacunek dla nauki. To pisanie dużą literą nazw ich zawodów ("Eden"!), określanie, że tych 19-stu naukowców zebranych na naradzie tworzy mózg strategiczny statku, opisy eksperymentów i badań, dociekliwość bohaterów, kłótnie o swój własny punkt widzenia poparte merytorycznymi argumentami, chłodne analizowanie sytuacji. To kolejna cecha jego twórczości, oprócz pochylania się nad kondycją człowieka, nad stanem naszej cywilizacji, którą tak bardzo cenię.
Nie wszystko i nie wszędzie jest dla nas (...). s. 212
Przytoczone przez mnie cytaty powiedzą Wam jaki jest główny problem "Niezwyciężonego", tylko w nich, zresztą, Lem pisze otwarcie co go nurtowało, motyw ten jednak można wysnuć z całej opowieści. Mnie jednak uderzyło też inne spostrzeżenie, może i dziecinne. To, co czyni człowieka interesującym, to jego mózg (umysł). Pozbawiony tego, co w nim zgromadził przez lata swojego życia, staje się znowu zależnym od innych niemowlęciem, które potrzebuje lat, aby fascynować innych swoją osobowością, aby wykorzystać drzemiący w nim potencjał.

Jedyne co się zestarzało w tej książce to papierowe książki na pokładzie i siatkowa podkoszulka dowódcy ;) Cieszę się, że Lem był tak płodnym pisarzem, bo będę go jeszcze czytała przez całe lata.

Ocena: 5/6

P.S. W książce jest kilka motywów, które nadal wykorzystywane są we współczesnych filmach s-f.