Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o książkach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o książkach. Pokaż wszystkie posty

3 maja 2013

#25 Ulubiona autobiografia/biografia

Napisałabym tu o Pasji życia  Stone'a, ale że już miałam tę okazję, to wybrałam też coś z najwyższej półki.

 Kazimierz Moczarski - Rozmowy z katem

W liceum mieliśmy przeczytać jakieś fragmenty tej książki, ale tak mnie zafascynowała, że te kilkaset stron pochłonęłam w błyskawicznym tempie. Unikalna pozycja, w której tytułowy kat - Jürgen Stroop - pozwala sobie na całkowitą szczerość, z niczym się nie kryje, a wszystko, co mówi wydaje mu się normalne i uzasadnione. Raz, że rozmawiał z innym więźniem skazanym na śmierć, więc nie musiał się bawić w udawanie jak to zazwyczaj robili hitlerowcy przez trybunałem, dwa, nawet nie przypuszczał, że Moczarski przeżyje, zapamięta te rozmowy i wszystko spisze.
Wielka literatura.

1 kwietnia 2013

#24 Książka, która okazała się jednym wielkim oszustwem

Souad - Spalona żywcem

Książka robi wrażenie. Nie tym, jak została napisana, bo język jest prosty, nie ma w niej dużo napięcia czy jakichś zwrotów akcji, a jednak płakałam na niej, gdy autorka opowiadała jak leżała w szpitalu ze spaloną skórą, pies z kulawą nogą się o nią nie zatroszczył, a personel dawał jej do zrozumienia, że najlepiej by było, gdyby umarła. Moje własne problemy spadły wtedy do poziomu zera. 
Gdy przyszedł czas wystawienia oceny na bentce, zobaczyłam to, czego się spodziewałam - recenzje z odmienianym przez wszystkie przypadki słowem "wstrząsające". Tylko jeden komentarz podrzucał linka do dyskusji na temat Spalonej żywcem na Amazonie. Przeczytałam wszystko, poszukałam też innych źródeł. I wtedy szlag mnie trafił normalnie! Cała ta historia jest wyssana z palca... Motywy jakie nią kierowały mnie nie interesują, możliwe, że ona sama nadal w to wierzy, zostało to bardzo dobrze wyjaśnione w różnych tekstach, na pewno mnóstwo czytelników nie da sobie złego powiedzieć o tym tytule. Dla mnie jednak to po prostu kłamstwo.

9 lutego 2013

#23 Ulubiony romans

Emily Brontë - Wichrowe wzgórza

Jedna z moich ulubionych książek, ścisła czołówka. Czytałam ją już tyle razy, że nie jestem w stanie podać liczby, pisałam o niej nawet na maturze próbnej. W sumie gatunek "romans" jest trochę niefortunny w jej przypadku, to raczej melodramat, bo wiadomo jak się to wszytsko kończy, samego romansu to tam niewiele. 
Ta powieść mnie obezwładnia za każdym razem, gdy tylko ją otwieram. Doskonały styl, postaci, irytująca Katarzyna, której ostatecznie głęboko współczułam, oraz niemożliwie wręcz pociągający Heathcliff, jeden z mych ukochanych męskich bohaterów. Ich miłośc jak rozżarzony w nocy węgiel, którego wręcz nie da się dotknąć, jest tak destrukcyjny. Za każdym razem budzi to we mnie falę niepohamowanych emocji, czytam godzinami, w bałaganie, na podłodze... 
Co mnie jeszcze uwiodło to opis przyrody Yorkshire i tamtejsza pogoda. Gdy pierwszy raz zetknęłam się z tą książką myślałam tylko, że właśnie w takim miejscu chciałabym mieszkać.
Jaka szkoda, że to jedyny utwór Emily.


2 lutego 2013

#22 Ulubiona seria wydawnicza

Seria Spectrum Wydawnictwa MUZA należy do tych, które lubię od lat. Każdy nowy tytuł uważnie przeglądam w nadziei, że to coś z mojego obszaru zainteresowań. Nie przeczytałam całości serii i nie zamierzam, zapoznaję się z nią wybiórczo. Ale jak już coś dla siebie wybiorę, rzadko jestem rozczarowana. Cieszę się, że takie duże wydawnictwo, jakim jest MUZA, daje szansę i trochę poważniejszym pozycjom.

20 stycznia 2013

#21 A guilty pleasure book

Jossie Lloyd, Emlyn Rees - Chodźmy razem (cz.1), Znowu razem (cz.2)

Zostawiłam oryginalną nazwę 'guilty pleasure', ponieważ uważam, że nie ma dobrego tłumaczenia polskiego. Nie chodzi tu w sumie o wstyd, tylko bardziej o to, że znamy (zazwyczaj dość niską albo przynajmniej mało ambitną) wartość książki/filmu/muzyki itd., ale i tak nie przeszkadza nam to tego lubić. W każdym razie ja tak to widzę. Przeczytania tych książek się nie wstydzę przecież. To wręcz u mnie rzadkie, żeby jakieś czytadło sprawiło mi przyjemność. Wiecie, to w sumie przeciętne chick-lity, całkiem słodkie, z dreszczykiem niepewności, kilkoma pikantnymi scenami. No, takie nothing special. A jednak jakoś mi podeszły i dobrze się na nich bawiłam :) Co więcej sequel bardziej mi się podobał niż pierwsza część!

12 stycznia 2013

#20 Książka, którą poleciłbyś ignorantowi

Gustaw Herling-Grudziński - Inny świat: Zapiski sowieckie

W wyzwaniu hasło nr 20 pozostawia wybór rekomendacji dla rasisty, ignoranta lub osoby o wąskich horyzontach myślowych. W sumie te osoby mają wiele ze sobą wspólnego, postanowiłam jednak postawić na tą drugą (z kolei prowincjonalna nauczycielka na closed-minded person).
Myślę, że Inny świat to odpowiednia książka dla każdego wielbiciela (że tak to ujmę) Związku Radzieckiego, fascynata systemu komunistycznego/socjalistycznego, osób piejących o konieczności instytucjonalnego wprowadzania sprawiedliwości społecznej i innych osobników, uważających, że człowiek może dostosować się do wyznaczonych ram od-do i nagle całe społeczeństwo padnie sobie w ramiona przy śpiewie zastępów anielskich. Ta lektura zrobiła na mnie ogromne wrażenie w liceum, pozostawiła niezatarty ślad w głowie. Sporo fragmentów sobie z niej wynotowałam. A zakończenie to mistrzostwo świata.

7 października 2012

#19 Książka, dzięki której zmieniłeś zdanie na jakiś temat

Elliot Aronson, Timothy Wilson, Robin Akert - Psychologia społeczna: Serce i umysł

W fejsbukowej wersji tego wyzwania do hasła 19-tego dodano, że chodzi o ksiązkę non-fiction, stąd mój wybór. To był podręcznik mojego brata, gdy studiował pedagogikę. Ku mojemu zaskoczeniu z miejsca sie wciągnęłam, ponieważ napisana jest zupełnie inaczej niż nasze polskie odpowiedniki - bardzo przystępnie. Całość pełna jest przykładów z życia, anegdot, opisów fascynujących eksperymentów i wytłumaczona tak, że nawet laik jest w stanie to pojąć. Teorii jest tylko tyle, ile potrzeba, ani słowa więcej. Nauczyłam się z niej mnóstwo, a zdanie zmieniłam co do wrażenia, że psychologia to taka nauka w cudzysłowie, z przymrużeniem oka. Okazało się, że naprawdę sporo już o człowieku możemy powiedzieć, a jednocześnie każda nowość w tej dziedzinie jest zaledwie drzwiami do kolejnych tajemnic. A chyba najdziwniejszy wniosek jaki wypływa z tej książki to ten, iż nie tylko jesteśmy szalenie irracjonalnymi istotami, ale też że naszą rzekomą mądrość można miedzy bajki włożyć.

13 września 2012

Philip K. Dick - Valis

Wydawnictwo: Rebis, 2005
Pierwsze wydanie: Valis, 1981
Stron: 255
Tłumacz: Lech Jęczmyk

Za drugim podejściem sławny Dick wreszcie pokazał mi czemu jest taki ważny dla SF! Zdecydowanie tę książkę powinnam przeczytać jako pierwszą; i pomyśleć, że czekała sobie spokojnie na mojej półce...
Nazywa się to mimesis. Albo mimetyzm. Stosują to niektóre owady. Naśladują inne rzeczy: czasami inne jadowite owady, a czasami gałązki i tym podobne. Niektórzy biolodzy i przyrodnicy spekulowali na temat możliwości istnienia wyższych form mimetyzmu, ponieważ formy niższe - to znaczy takie, które wprowadzają w błąd istoty, na które są ukierunkowane, ale nie na nas - znajdujemy wszędzie wokół siebie. 
A gdyby tak istniała wyższa forma świadomego mimetyzmu, której ludzie (poza nielicznymi wyjątkami) nie byliby w stanie wykryć? I gdyby mogła być wykryta tylko wtedy wówczas, kiedy sama chciałaby być wykryta? A więc właściwie wcale nie wykryta, gdyż w tej sytuacji to ona sama porzucałaby swoje zamaskowanie, żeby się ujawnić."Ujawnienie" może w tym przypadku znaczyć to samo co "teofania". Zdumiona istota ludzka mówiłaby, że widziała Boga, podczas gdy w istocie widziałaby tylko wysoko rozwiniętą formę życia pozaziemskiego (...) (s. 74-75)
Sam opis na okładce jest intrygujący: "Valis" jest pokłosiem przeżyć Dicka z 1974 roku, według jednych oświecenia, innych - załamania. Nie wiem jak było, nie mniej jednak to jedna z ostatnich jego powieści, napisana w sumie na kilka lat przed śmiercią. Naprawdę jestem ciekawa w jakim był wtedy stanie, ponieważ Valis jest mocno autobiograficzny. To zupełnie pokręcona historia, po prostu - totalny odlot!
Parsifal jest jednym z tych spiralnie pokrętnych dzieł kultury, po kontakcie z którym człowiek ma poczucie, że czegoś się dowiedział, czegoś cennego, a może nawet bezcennego, ale po głębszej analizie nagle drapie się po głowie w głowę i powiada: "Chwileczkę, przecież to nie ma sensu". Już widzę, jak Ryszard Wagner stoi przed bramą do Raju. "Wpuśćcie mnie, powiada. Jestem autorem Parsifala. Jest tam o świętym Graalu, Chrystusie, cierpieniu, litości i uzdrowieniu". A oni na to: "Wiemy, czytaliśmy i to się nie trzyma kupy". I TRZASK mu bramę przed nosem Wagner ma rację i oni mają rację. To kolejna chińska pułapka na palec. (s. 140) [mój ulubiony fragment! Dokładnie tak samo jest z Valis :)]
Początkowo nic specjalnego się nie dzieje, ot jakiś wariat, jego przyjaciele, następnie pokazuje się sam Dick jako on sam, niezbyt jeszcze znany pisarz sf. Rozmawiają o jakichś abstrakcyjnych, aczkolwiek interesujących sprawach. I potem nagle widać rysy w narracji: główny bohater Koniolub Grubas stapia się razem z pisarzem, następnie znowu jest osobnym bytem - klasyczny przykład rozdwojenia jaźni. A sama historia zmierza coraz bardziej w stronę pokoju bez klamek, a jednocześnie jest tak fascynująca, że co chwila przyklejałam fiszki przy najlepszych fragmentach. Kurczę! O czym to jest, co by tu napisać. No to może czym jest VALIS? To Vast Active Living Intelligence System. Coś w rodzaju Boga, czasem opisywanego jako sztuczna (?) czy obca inteligencja. Prawdę mówiąc, mam trochę mętlik w głowie.
 - Ale to co innego uznać coś intelektualnie, a co innego przekonać się, że to prawda! (s. 168)
Jakby nie patrzeć Dick przyjemnie mnie zaskoczył swoim oczytaniem i orientacją w różnych systemach religijnych. Valis jest fenomenalnym zlepkiem przemyśleń na temat Boga, boskości, religii, ludzkości. To wręcz książka filozoficzna. Pełno tam odniesień do różnych myślicieli, Biblii, gnozy, kabały i wielu religii. A to wszystko skąpane jest w czystym szaleństwie, jednak zakończenie jest na tyle niejednoznaczne i otwarte, że człowiek zamyka tę książkę z głupią miną i poczuciem, że właściwie nie ma pojęcia co akurat przeczytał! Naprawdę polecam - ja się przekonałam, że faktycznie chcę przeczytać książki tego pisarza, wyławiając z tych sensacyjno-przygodowych (które przeczytam dla rozrywki), te, które dorównują swoim intelektualnym poziomem Lemowi. Valis jest zdecydowanie jedną z nich. Aha, życzyłabym sobie tylko, aby było więcej przypisów od tłumacza.

Ocena: 5/6

***

#18 Twoja ukochana książka, której już nie można kupić

Z ulgą przyznaję, że takiej nie ma. Przejrzałam antykwariaty i książka, o której myślałam (Tarkowski Andrzej - Kompleks Tołstoja ) jest do kupienia, choć przyznaję - cena jest zdecydowanie zbyt wysoka jak na moje możliwości.

7 września 2012

#17 Książka, którą sfilmowano i zrobiono to źle

Andrzej Sapkowski - cykl Saga o wiedźminie
To chyba oczywista oczywistość. Wystarczy spojrzeć na tego filmowego żałosnego smoka, posłuchać wzdychania Wolszczak czy przyjrzeć się tandetnej scenografii. Pominę milczeniem nazwisko reżysera, nie będę tu epatować nawet plakatem. Tak to się kończy, gdy ludzie biorą się za ekranizację fantastyki bez odpowiedniego budżetu. Jedynym jasnym punktem tej produkcji jest Michał Żebrowski, którym moim zdaniem idealnie pasował do roli Geralta. A o samej sadze chyba pisać nie muszę, prawa? ;) Już tysiące stron o tym napisano, dość powiedzieć, że Mozilla mnie poprawia, gdy robię błąd w nazwisku Sapkowskiego! A jeśli są takie rodzynki, które jeszcze nie przeczytały przygód wiedźmina - polecam (a jak ja polecam fantasy to to już chyba coś znaczy;).


***
Z ogłoszeń parafialnych

Nie mam tyle czasu na projekt Rozmowy czytelników, ile bym chciała. Od października tego czasu będę miała jeszcze mniej. W związku z tym moje pytanie: czy ktoś chciałby przejąć opiekę na klubem dyskusyjnym? Z mojej strony nie będzie żadnych warunków, chętny będzie mógł sobie tam pozmieniać jak sobie życzy, wymyślić nowe atrakcje, żeby klub był bardziej ożywiony itp. Ja pozostanę szeregowym członkiem, który będzie brał udział w niektórych dyskusjach.
Zainteresowanych proszę o kontakt na mojego maila: kornwalia małpa gmail.com, abym mogła nadać uprawnienia administratora.

29 sierpnia 2012

#16 Ulubiona książka, którą sfilmowano

Tu mogłabym jeszcze pisać o Pikniku na skraju drogi braci Strugackich i filmie Tarkowskiego Stalker, jednak to tylko krótkie opowiadanie. Poza tym film nie jest ekranizacją, tylko luźno opiera się na samym pomyśle. 

J.R.R. Tolkien - Władca pierścieni
Pamiętam, że skończyłam czytać tę trylogię w dniu, kiedy do kin weszła jej filmowa wersja. Specjalnie się spieszyłam, tym samym wieczorem zasiadłam na widowni z całą historią w głowie. Sama książka mnie zachwyciła, dzięki niej czytam w ogóle fantasy, bo raczej stronię od tego gatunku, jeśli tylko nie znajduję czegoś naprawdę dobrze napisanego (a to wg mnie główna bolączka pisarzy spod znaku magii i przygody). Władca pierścieni zawiesił poprzeczkę naprawdę wysoko. Tolkien, jako filolog, wyniósł fantasy na szczyt, dopracował wszystko do najdrobniejszego szczegółu, tworząc niezapominany świat z jego kulturą, religią, rasami i wierzeniami. Świat kompletny. Myślę, że to zderzenie dobra ze złem, w którym właśnie to pierwsze wydaje się irracjonalne i bez szans, może do dziś fascynować.
A teraz trylogia filmowa wyreżyserowana przez Petera Jacksona. Ma swoje wady: Liv Tyler (na widok której mnie skręca; zresztą, franca, przyznała się, że nie przeczytała nawet 1 rozdziału...), uwypuklony wątek miłosny (który w książce jest zaledwie wspomniany w paru zdaniach rozrzuconych po 3 tomach), no i to zakończenie - długie, przesłodzone, pompatyczne, okropność. Ale cała reszta - oklaski! Wg mnie nawet wszystkie efekty specjalne bronią się do dzisiaj, co jest wręcz ewenementem, choć o ile mnie pamięć nie myli, to LOTR rozpoczął nową erę w tej dziedzinie (chociaż nie, wcześniej był jeszcze Matrix). Co jednak najważniejsze - właściwie tak to sobie wyobrażałam! Niektóre postaci są dokładnie takie, o jakich myślałam w trakcie lektury (mój ulubiony Aragorn, Legolas, Gimli, hobbity). Wybrano wspaniałe miejsca w Nowej Zelandii, które wprost zapierają dech w piersiach. Charakteryzacja to już w ogóle mistrzostwo świata - orki i wszystkie inne stwory wyglądają jak prawdziwe. Do tego Dwie wieże, moja ulubiona część, także w wersji filmowej jest najlepsza. Nie wspomnę już nawet o takich drobiazgach jak ścieżka dźwiękowa czy kostiumy, pokazanie bitew, zamki, elfy, hobbicie domki. Uch, aż mam ochotę powtórzyć sobie wersje reżyserskie :) Nie da się ukryć, że filmowy LOTR wprowadził dzieło Tolkiena do popkultury - wystarczy popatrzeć na niektóre memy, zobaczyć jak eksploatowany jest Smeagol czy sprawdzić szlak wycieczkowy w Nowej Zelandii ze wszystkimi lokacjami.


27 sierpnia 2012

#15 Ulubiona książka traktująca o innych kulturach

Półmetek!

Wyjątkowo interesujące hasło. Mam takie dwa tytuły.

Arundhati Roy - Bóg rzeczy małych

Czytałam ją bardzo dawno temu, więc już nie wszystko pamiętam, ale zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Opis Indii był dla mnie całkowitą nowością, wcześniej był to dla mnie świat zamknięty, nieodkryty ląd. Stąd relacja kogoś stamtąd o kastach i  zwyczajach była dla mnie bardzo cenna. Zachowałam z tej książki wspomnienia właśnie o tym, o upale, bliznach na brzuchu głównej bohaterki, o zamiataniu swych własnych śladów przez pariasów, o kolankach dwójki dzieci. I to zakończenie - jak uderzenie młotem w głowę. Wielka szkoda, że Roy napisała tylko jedną powieść...


Jung Chang - Dzikie łabędzie: Trzy córy Chin

Ta książka zdobyła u mnie wyróżnienie w 2009 roku za "lekcję historii na wyciągnięcie ręki". Nauczyłam się dzięki niej nie oceniać łatwo mieszkańców państw totalitarnych czy autokratycznych. Uświadomiłam sobie, że nie można oczekiwać niemożliwego od ludzi wychowanych w danych systemie i nie znających niczego innego. Ta relacja z wnętrza Państwa Środka była dla mnie sporą nauczką. Do tego jest to doskonała opowieść o tym jak kolejne pokolenia wpływają na siebie, jak każdy mały trybik w rodzinie (nie)świadomie działa na rzecz młodszych od siebie. To było dla mnie ważne doświadczenie.

17 sierpnia 2012

#12, #13 i #14 tydzień z książkami

Dziś hurtem.

#12 KSIĄŻKA, KTÓRA TAK WYCIEŃCZYŁA CIĘ EMOCJONALNIE, ŻE MUSIAŁEŚ PRZERWAĆ JEJ CZYTANIE LUB ODŁOŻYĆ NA JAKIŚ CZAS

Tutaj z pamięci mogę wpisać tylko dwa tytuły: Hańba i Brokeback Mountain. O obu pisałam na blogu, więc w sumie nie ma się co powtarzać. Zaznaczę tylko, że obie skończyłam, Hańbę właściwie trudno było mi odłożyć choć na chwilę (czytałam ją ciągiem), jednak to, co poczułam po jej skończeniu do dziś jest dla mnie totalnym ewenementem w moim czytelniczym życiu. Co do drugiego tytułu, to był taki w niej moment, pamiętam to jak dziś, czytałam przed snem i nagle nie mogłam oddychać, musiałam na chwilę przestać czytać, zalała mnie taka fala emocji, że tchu mi zabrakło i musiałam dać sobie chwilę na uspokojenie.

#13 NAJUKOCHAŃSZA KSIĄŻKA Z DZIECIŃSTWA

Alina Korta - Jak połknęłam żabę

Czytałam ją chyba z milion razy. Nie pamiętam kiedy ją odkryłam na własnej półce, ale ja tylko zaczęłam - wsiąkłam. Alina (pozwolę sobie na tę poufałość, w końcu spędziłam z tą książką kopę lat), nie da się ukryć, wpłynęła na moje życie! Zaszczepiła we mnie miłość do zwierząt (fascynację kotami i docenianie psów - nauczyła mnie nawet jak oswajać te drugie), odkryła przede mną góry, wzmocniła moją ciekawość książek, pokazała co jest ważne, jacy ludzie są godni szacunku, a kogo nie należy traktować poważnie. Do tego boki można na niej zrywać :) Ta książka to po prostu szkoła życia podzielona na lekcje-rozdziały, w których autorka przytacza swoje wspomnienia z dzieciństwa, okresu dorastania i wczesnej młodości. Zaczyna od samych urodzin, a kończy na wybuchu II wojny światowej. Polecam (na allegro chodzi za grosze)!

#14 KSIĄŻKA, KTÓRA POWINNA SIĘ ZNALEŹĆ NA OBOWIĄZKOWEJ LIŚCIE LEKTUR W SZKOLE ŚREDNIEJ

Prawdę mówiąc obawiałabym się dodawania jakiejś lubianej przeze mnie książki do tej listy. Ten przymiotnik "obowiązkowa" brzmi jak wyrok; ileż to razy można usłyszeć, że nastolatki coś z góry odrzuciły, bo było to obowiązkowe, bo musieli to omówić wg jakieś klucza, bo polonista się spieszył i w 2 lekcje trzeba było omówić arcydzieło (a kiedy mieli je przeczytać?). Założę więc, że wyznaczam lekturę dla idealnej szkoły, z idealnym nauczycielem i idealnymi uczniami. Gdyby musiało być to coś polskiego, stawiałbym na Olgę Tokarczuk - Prawiek i inne czasy, bo jest krótkie (więc nikt się nie zniechęci), w sumie nie za trudne, wciągające, dające tematy do dyskusji, pozostawiające miejsce na własne przemyślenia i interpretacje. Poza tym wstyd nie znać tej pisarki. Ale ponieważ o tym już u mnie było, przedstawię jeszcze kandydata zagranicznego:

Yann Martel - Życie Pi
Książka nadaje się dla młodych-poszukujących, bo to taki wiek, gdy wszystko kwestionujemy, określamy siebie, podejmujemy bardziej świadomie decyzje, do tego lubimy kontrasty (albo białe, albo czarne), więc jej puenta mogłaby być idealnym przyczynkiem do całych godzin klasowych dyskusji. Dla mnie to taka przystępniejsza wersja Na wschód od Edenu ;), a za to krótsza i bardziej zrozumiała dla młodych ludzi. A nawet jakby wszystkie te plusy olać, to zostaje jeszcze sama fabuła - maksymalnie intrygująca, sprawiająca, że trudno się od książki oderwać. No i nie ma jej ekranizacji*, więc, gdybyś ktoś chciał bardzo oszukać musiałaby wziąć pod uwagę wersję "dla ambitnych" - przeczytanie streszczenia (zawsze to słowo pisane ;P).

W sumie wyszło dłużej niż myślałam, a takiego skrótowca planowałam.

* Matko boska, właśnie widzę, że Ang Lee planuje wersję 3D...

9 sierpnia 2012

#10 i #11 tydzień z książkami

#10 Pierwsza przeczytana powieść

Carlo Collodi - Pinokio
Przed nią czytałam tylko małe książeczki z serii Poczytaj mi mamo itp., Pinokio za to był pierwszą książką większą gabarytowo, do tego jednolitą opowieścią. To wydanie zawiera ilustracje Jana Marcina Szancera (źródło zdjęcia - tam też kilka wybranych obrazków). Pamiętam, że dostałam Pinokia na gwiazdkę, musiałam mieć jakieś 6-7 lat. Była w siatce z katarzynkami, orzechami i pomarańczami - tak w PRLu dostawaliśmy prezenty, ten zapach od zawsze kojarzy mi się ze świętami. Książka jest duża, w twardej oprawie, ma świetne i bogate ilustracje, które studiowałam godzinami; wyglądała przepięknie. Byłam zachwycona :) Mam ją zresztą nadal, od lat ma funkcję podkładki, gdy muszę coś napisać na kartce.

#11 Książka, dzięki której zaraziłeś się czytaniem 
 
Henryk Sienkiewicz - W pustyni i w puszczy 
Przed tą książką czytałam i to z wielką przyjemnością, byłam zapisana do biblioteki i właściwie odkąd nauczyłam się czytać książki były one dla mnie ważne. Jednak to właśnie tę powieść (prezent, gdy miałam ok. 8-9 lat) zapamiętałam jaką książkę, która w dzieciństwie jako pierwsza zrobiła na mnie ogromne wrażenie: czytałam ją ciągiem całymi godzinami, co mi się wcześniej nie zdarzało, wyobrażałam sobie każdą scenę, a nawet studiowałam atlas geograficzny. Do dziś pamiętam wiele fragmentów - np. jak Nel "pocą się" oczy, scenę oswajania słonia, wjazd do Chartumu czy wzruszające zakończenie. W pustyni i w puszczy zachwyciła mnie plastycznością, egzotyką, językiem autora. Po prostu wszystko w niej zagrało. Nadal ją mam, pewnych książek się nie pozbywa.

Dzisiejszy wpis był nastawiony wyjątkowo na dzieciństwo. Jakie Wy książki zapamiętaliście z tego okresu?

5 sierpnia 2012

#9 Książka, którą przeczytałeś więcej niż jeden raz

Mogłabym opisać trochę tytułów, o których nigdy na blogu nie wspomniałam. Regularnie zaczytuję Wichrowe wzgórza, Dumę i uprzedzenie, Grę Endera, kryminały Christie czy serię Jeżycjady. Jednak od miesięcy planowałam napisać ponownie o poniższej pozycji, ponieważ nie byłam i nie jestem zadowolona z mojego poprzedniego tekstu o niej, sprzed dwóch lat.

Cormac McCarthy - Krwawy południk

Czytałam ją na razie 4 razy. Pierwszy raz, w 2010 roku, zwyczajnie, bo sobie kupiłam. Drugi, w zeszłe wakacje, bo już wiedziałam, że o niej będę pisać swoją pracę licencjacką. Trzeci, w lutym, bo potrzebowałam bardziej szczegółowych notatek i planu wydarzeń, o których nie pomyślałam wcześniej. Czwarty, w marcu, bo po napisaniu dwóch rozdziałów całkowicie zmieniłam koncepcję, doznałam olśnienia i postanowiłam z własną interpretacją podążyć w innym kierunku niż wcześniej zakładałam. Pierwszy raz czytałam po polsku, potem musiałam już tylko w oryginale (wymiata mówiąc krótko!, a najbardziej mnie zadziwił fakt, że nawet nativi czytają tę książkę ze słownikiem w ręku; faktycznie McCarthy lubuje się w rzadko używanych słowach :).

Przyznaję, że pomysł pisania o Krwawym południku był trochę porywaniem się z motyką na słońce. Myślałam chyba, że się wykpię jakimś omówieniem przemocy, specyficznego systemu wartości bohaterów i pokazaniem kontrastu między ich językiem a narratora. Lipa. Wszystko wzięło w łeb. Moja promotorka, choć książki wcześniej nie czytała, dobrze mnie poprowadziła i wyszło, że nie mogę sobie wybrać trzech różnych rzeczy i myśleć, że magicznym sposobem ułożą się w logiczny tytuł prezentujący spójną pracę. Musiałam ciągle coś odrzucać, zawężać pole, aż w końcu stanęło na jednym - na czym by innym - na Holdenie :] Zaczynałam pisać z myślą, że dzięki temu uda mi się zgłębić tajemnicę tej książki, wyrwę jej trzewia, rozłożę na czynniki pierwsze, policzę każde włókno i wydobędę na światło dzienne każdy ukryty szczegół, symbol i zagadkę. Taaa... Niestety/stety, tak się nie da z tą książką. Nie licząc pierwszego razu, kiedy to nadal byłam jak dziecko we mgle i nie do końca rozumiałam z czym mam do czynienia, to każde kolejne czytanie pokazywało mi co innego, jakby odbicie z innego lustra. Za trzecim razem już coś do mnie docierało, coś tam się ukazywało na horyzoncie. Nawet poukładałam to sobie jakoś w głowie i sądziłam, że na tym oprę moją koncepcję licencjatu. Ale jak tylko zaczęłam czytać ją czwarty raz doszłam do wniosku, że przez cały czas byłam ślepa, spojrzałam na tę postać i całą historię z innego punktu widzenia i widziałam jak poszczególne kawałki układanki zaczynają do siebie pasować. Ale czy dotarłam o prawdy o Krwawym południku? Nie. Właśnie to jest niemożliwe i to mnie tak bardzo fascynuje w tym dziele. Nie wszystko tam trybi tak, jakbym, sobie tego życzyła. Jestem pewna, że czytając to piąty i kolejny raz znowu dostrzegę coś, co wcześniej umknęło mojej uwadze. 

Nie psuło mi to jednak krwi, ponieważ obok Blood Meridian przeczytałam też kilkanaście książek na jego temat, dziesiątki artykułów i chyba setki dyskusji w sieci (toczonych nawet przez kilka lat!). I wiem jedno, nikt nie zgadza się z nikim, w każdym razie nie do końca :) Ile ludzi, tyle interpretacji, nie tylko sędziego, ale samej opowieści. Nieodmiennie mnie to fascynuje, właśnie takie artystyczne twory lubię najbardziej. Tak więc, nieważne, że McCarthy zmusił mnie do czytania książek o Tarocie z XIX w., do studiowania obrazów z wieku XVII, do wgłębiania się w symbolikę zwierząt, czy do czasochłonnego szukania odpowiednich fragmentów w Boskiej komedii Dantego. Wiem jedno, moja interpretacja jest moja (żaden znany mi krytyk o tym nie pisał! ;), mam do niej święte prawo i nie umniejsza to ani nie niweluje innych spojrzeń na tę powieść*. Jeśli więc ktoś po pierwszym czytaniu tej pozycji miał min "ale o co się rozchodzi?", to zachęcam do zmierzenia się z nią jeszcze raz, i jeszcze raz, i kolejny :) Według mnie zyskuje ona więcej po parokrotnej lekturze, w moim przypadku skutkowało to też podniesieniem jej oceny i przytaknięciem wielkim krytykom - zgadzam się, nawet jeśli nie do końca odzwierciedla ona mój gust, jest to arcydzieło i największa powieść McCarthyego. Co więcej, mam nawet swoje ulubione sceny (np. przemowa Holdena o moralności i jego ostatnie pytanie do Tobina) i cytaty, np. ten:

A ship's light winked in the swells. The colt stood against the horse with its head down and the horse was watching, out there past men's knowing, where the stars are drowning and whales ferry their vast souls through the black and seamless sea. (s.304) 
[Pośród fal zamigotało światło statku. Źrebak stał z opuszczonym łbem obok klaczy, a ona patrzyła hen w dal poza ludzkim pojmowaniem, tam gdzie toną gwiazdy, a wieloryby taszczą swe ogromne dusze przez jednorodne czarne morze.] (s.399, tłum. Robert Sudół)
 
Wielokrotne czytanie tej książki było dla mnie trudne, nieraz żałowałam, że nie wzięłam na warsztat czegoś nie tyle sztampowego, co już tak wszerz i wspak omówionego, że łatwo o tym napisać samemu. Ileż razy zastanawiałam się czy szanowna komisja nie wybuchnie mi w twarz śmiechem, słysząc o mojej interpretacji Holdena albo czy nie zaczną mi wykazywać popełnionych błędów logicznych, naprawdę się przejmowałam :) Myślę jednak, że z tej próby wyszłam zwycięsko, lepiej czyta mi się teraz tego pisarza, więcej wyłapuję, mam nawet małą paranoję z wyszukiwaniem nawiązań do Biblii ;)

* MOŻLIWY SPOILER!!! podświetl na własne ryzyko -> (ja skupiłam się na przedstawieniu sędziego jako śmierci).

25 lipca 2012

#8 Mało znana książka, która powinna być bestsellerem

Chyba właśnie w tym tygodniu dotarło do mnie jak wielkim wyzwaniem jest ta akcja. Coraz trudniej jest mi dokonywać wyboru, zwłaszcza, że staram się szukać tytułów spełniających kilka kryteriów naraz: nie opisywałam ich wcześniej, nie są bardzo popularne, a jeśli są, to należą do klasyki, nie mogą być zbyt specyficzne, bo wtedy pisałabym tylko dla siebie, nie polecając nic innym czytelnikom. Do tego taka książka musi mieć wysoką ocenę (nie licząc haseł negatywnych z wyzwania). Pogodzić to wszystko razem jest karkołomnym zadaniem. Dziś spędziłam dobre pół godziny na znalezieniu tego tytułu:

Legendy chrześcijańskie. Antologia. Wyboru dokonali - Luigi Santucci i Stanisław Klimaszewski.
Wiem, że mój wybór jest trochę kuriozalny, jednak niezależnie od moich osobistych poglądów naprawdę mogę polecić ten zbiór. Dostałam go jako dziecko i zaglądałam do niego regularnie dobre 10 lat, może i dłużej. Podarowano mi go w dobrym momencie, te przypowieści wpłynęły wzmacniająco na mój kręgosłup moralny. Ta książka nie umoralnia na siłę, nie słodzi, nie jest skierowana do świętoszków, nie prawi kazań. Do niczego nie namawia i nie nawraca na siłę. Historie w niej są pełne poezji i lekkości, przynoszą wręcz pocieszenie i przekonanie, że choćby nie wiem co, nie należy się poddawać. To naprawdę niesamowite, że choć przeszłam tak długą drogę światopoglądową, tę książkę nadal odbieram tak pozytywnie i myślę, że gdyby była ona powszechnie czytana, ludzie by tylko na tym skorzystali.

18 lipca 2012

#6 i #7 tydzień z książkami

Trochę tu prowizorkę odstawiam. Trzaskam posty okołoksiążkowe, a recenzji ni ma. Ale najpóźniej w przyszłym tygodniu pojawi się jedna, a może nawet i dwie. Poprawię się. Bo ja czytam, serio, tylko raz, że sporo tytułów wpada do koszyka "w telegraficznym skrócie", a dwa, że pochłania mnie Martin, a ten to, jak wiadomo, machnął takie cegły, że jednak trochę czasu ich przeczytanie zabiera. 

Dziś też będą dwa hasła, bo krótko.

#6 Książka, przy której płaczesz

Henryk Sienkiewicz - Quo vadis
Z reguły nie płaczę nad książkami, zdarzyło mi się to tylko kilka razy w życiu i właśnie to Quo vadis wycisnęła ze mnie łzy jako pierwsza. Muszę przyznać, że czytałam ją jeszcze w wieku, gdy chodziłam na religię i wszystko łykałam jak młody pelikan, jednak uważam, że książka  i tak jest genialnie napisana. Ostatnio 50 stron przeryczałam jak wariatka. Nawet jeśli mawiają, że Sienkiewicz był tylko rzemieślnikiem, pisał z tezą, był zacofany itp., to jednak pisał tak, że życzę nam kolejnych takich pisarzy, bo ten akurat nadal potrafi zaczarować czytelników. Jego książki są recenzowane też na zagranicznych blogach i to entuzjastycznie (a jednak światowej sławy polscy pisarzy nie są zbyt częstym fenomenem w naszej historii). Po lewej okładka niepolska, bo te nasze są jakieś mało estetyczne.

#7 Książka, którą ciężko się czyta

Tutaj mogłabym znowu sobie popsioczyć nad niezawodnym w tej kwestii Hemingwayem i jego Komu bije dzwon, ale już to zrobiłam ;) Do tego prowincjonalna nauczycielka ubiegła mnie i napisała o Zamku Kafki (popieram! choć jeden fragment był wręcz wybitny...). Gdybym podeszła do tematu pozytywnie (czyli czytanie jak orka, ale warto), to bym stawiała na Króla bólu Dukaja, ale o nim też już było. Poszukałam, poszperałam i napiszę o tej książce:

Claude Simon - Droga przez Flandrię
Chyba już zapomniany noblista z roku 1985. Przedstawiciel równie zapomnianego (i krótkiego) nurtu Nouveau roman. Czytałam to w czasach, gdy nie przyjmowałam do wiadomości, że książek nie trzeba kończyć :) No i się męczyłam. Nie to, żeby akurat Droga przez Flandrię była totalnym gniotem, tak źle nie jest. Jednak naprawdę ciężko się to czyta, można przysnąć nie raz, nie dwa. Jednak wszystkie te założenia, które przyjął pisarz w praktyce są raczej niestrawne, nie bez powodu tak się nie pisało (i nadal nie pisze) książek. Pisarz musi pójść na kompromis i jednak podrzucić coś czytelnikowi, coś wyrazistego, choćby tylko jedną rzecz z listy: czy to ciekawego bohatera, czy logiczną fabułę, czy wartką akcję, no cokolwiek. Tu tego nie ma. Z tej subiektywnej wizji jednego człowieka zostaje tylko mdły posmak. Jedyne co mogę o niej dobrego powiedzieć to zapadający w pamięć obraz martwego konia przy drodze i opis spadających kropel.

11 lipca 2012

#4 i #5 tydzień z książkami

#4 Książka, która przypomina ci dom

Maria i Bogdan Suchodolscy - Polska. Naród a sztuka
To proste. Ta książka stała w moim domu, w pokoju rodziców odkąd tylko pamiętam. Ileż razy jadłam obiad i przesuwałam wzrokiem po półce z książkami, zawsze w głowie odczytując ten tytuł (to książka - cegła, widać ją "z kilometra")... Wchodziłam do pokoju - ona tam była, musiałam tytuł wymamrotać jakby to był jakiś wewnętrzny nakaz, lekka nerwica natręctw. Jako dziecko kartkowałam Polskę..., to pozycja raczej do oglądania niż czytania. Co ciekawe, ta książka nadal jest w mojej rodzinie. Coś mi się widzi, że pewnie ja ją odziedziczę.


Ponieważ o haśle nr 4 jest trochę mało, będzie jeszcze...

#5 Książka non-ficiton, której czytanie sprawiło ci niekłamaną przyjemność

Ryszard Kapuściński - Heban
Od niej pokochałam tego autora. Czytałam Heban pół roku, dawkowałam sobie ją oszczędnie, po akapicie wręcz. Nie wiem co można o niej powiedzieć poza tym, że biały człowiek nie jest w stanie napisać więcej o Afryce niż zrobił to Kapuściński. Jeśli w ogóle my, ludzie z zewnątrz, jesteśmy w stanie jakoś zrozumieć ten kontynent, to właśnie jemu się to udało i to swoje wnikliwe spojrzenie przekazał na szczęście innym. Najbardziej mi się w Hebanie podoba, że nie jest zbiorem historii, anegdot, właściwie nawet nie ma bohaterów, których śledzi. Ujęła mnie tym, że przybliżając czytelnikom Afrykę, mówi coś uniwersalnego o człowieku w ogóle, ponieważ Kapuściński, jak to on, nie stroni od głębszych i szerszych analiz. Jednocześnie nie mądrzy się, nie poucza i nie uważa, że zjadł wszystkie rozumy. Jest pełen pokory.

* źródło 1 zdjęcia

4 lipca 2012

#3 Książka, która cię najbardziej zaskoczyła

Nad tym hasłem musiałam się już trochę zastanowić. Przejrzałam swoje oceny i postanowiłam skupić się na poszukiwaniach tytułu, który zaskoczył mnie pozytywnie, nie negatywnie, i w sumie szybko ją znalazłam. Co prawda, do tej kategorii zaliczam też i Sto lat samotności, i Hańbę, ale ponieważ o nich już pisałam u siebie, postanowiłam przedstawić tu coś kompletnie innego (mniejszego) kalibru. 

Jonathan Carroll - Na pastwę aniołów
Teraz już nie czytuję tego autora, skończył się dla mnie wraz z Kośćmi księżyca, potem już tylko odcinał kupony. Nawet nie wiem czy teraz wydaje nowe książki... A kiedyś czytałam go taśmowo, bardzo lubię jego wcześniejsze utwory. I właśnie Na pastwę aniołów zaliczam do moich największych zaskoczeń czytelniczych, a nie o wiele bardziej znaną Krainę chichów. Zaczyna jak to on, zwyczajnie, jakąś obyczajową historią, wrzuca do środka postaci nie zwracające specjalnej uwagi. Następnie, też tradycyjnie, wpisuje w to jakieś rysy, pęknięcia, coś niepasującego do rzeczywistości. Ugniata fabułę na stolnicy, coraz bardziej zniekształca prawdziwy obraz tej historii i nagle coś, co jawiło mi się jak opowieść o rodzącym się uczuciu staje się czymś całkowicie innym. Po przeczytaniu finałowej rozmowy dwóch postaci w austriackiej restauracji siedziałam bite 5 minut oniemiała z rozdziawioną paszczęką. Nigdy wcześniej i nigdy później jak dotąd mi się to nie zdarzyło.

27 czerwca 2012

#2 Książka, której najbardziej nie lubisz

No, jak na razie, to wychodzi, że trzaskam posty okołoksiążkowe, a recenzji brak ;) Musicie mi to wybaczyć, mam nadzieje, że się poprawię, jakoś mało czytam ostatnio.

Długo zastanawiałam się na książkami, których nie lubię. Problem z nimi jest taki, że takich pozycji najczęściej nie kończę: rzucam nimi o ścianę (czasem tylko metaforycznie) z jednoznaczną miną wyrażającą moją dezaprobatę. Stwierdziłam, że nie ma sensu pokazywać tu jakiegoś czytadła lub książki kompletnie nieznanej, do której mogłabym niepotrzebnie zniechęcić. To, że mnie się nie podobało, nie znaczy, że książka powinna zostać skreślona na stracie przez innych czytelników. Przejrzałam swoje najniższe oceny i zdecydowałam się wybrać lekturę znaną, przez wielu uznaną wręcz za doskonałą, sławnego i dla niektórych kultowego pisarza, do tego noblisty. Kiedyś już wyrażałam swoją niechęć do niego, więc chyba wielkim zaskoczeniem nie będzie jak powiem, że mowa o...

Ernest Hemingway i jego Komu bije dzwon
To właśnie ten tytuł sprawił, że znielubiłam Hemingwaya. Była to też pierwsza książka w moim życiu, której nie skończyłam. I nie to, że się szybko poddałam, o nie, męczyłam ją chyba przez 250 czy 300 stron (a końca nie było widać). Przede wszystkim dobijały mnie lapidarne dialogi, jakby bohaterowie zmuszali się wręcz do mówienia. I ten główny bohater... w ogóle się nie nadawał dla tej roli, bo dla niego książki się nie chciało czytać, tylko właśnie przez niego marzyłam, żeby wreszcie ją skończyć. Bardzo rozczarowała mnie kobieca bohaterka - noż taka gąska, że można by ją ubezwłasnowolnić i by nie zaprotestowała. Ledwo koleś wymamrotał jakieś słowo, już mu wskoczyła do śpiwora, nawet palcem nie kiwnął. Ogólnie wybór tej książki nie był najszczęśliwszy - czego ja się mogłam spodziewać  jako nastolatka po fabule osadzonej w ogarniętej wojną domową Hiszpanii? Oczekiwałam po tej powieści nie wiadomo czego, więc moje rozczarowanie było tym większe, że nie znalazłam w nim choćby odprysku absolutu. Jeśli czytają to jacyś fani Hemingwaya - za co go lubcie? Co czyni go wyjątkowym w Waszych oczach? (dla mnie to zagadka, ale czytelnicy są różni, niektórzy Schmitta lubią, to i Hemingwaya pewnie sporo ludzi uwielbia)

A jakie są Wasze znielubione książki? Proszę się nie krępować ;)

20 czerwca 2012

30 tygodni z książkami #1 Twoja ulubiona książka

Pomysł 30 dni z książkami podpatrzyłam u Zbyszka, jednak pierwsza była zdaje się  prowincjonalna nauczycielka, która wypatrzyła wyzwanie na facebooku. Chodzi o ustosunkowanie się do 30 kwestii dotyczących naszego czytelniczego życia. Brzmi ciekawie, co więcej stanowi wręcz wyzwanie, ponieważ nad wieloma pytaniami będę się musiała poważnie zastanowić. Sam koncept postanowiłam trochę zmodyfikować i dopasować do własnych możliwości, stąd u mnie są tygodnie, a nie dni, co oznacza, że najpóźniej powinnam skończyć 9 stycznia 2013 ;) Ale może nastąpić pewna nieregularność wpisów, w jedną i drugą stronę, więc czas pokaże. Założenie jest takie, aby pisać co środę, plan jednak może ulec zmianie.

***
#1 Twoja ulubiona książka
Pierwsze pytanie wydaje mi się zdecydowanie najtrudniejsze. Znam sporo osób, które bez zająknięcia i wahania są w stanie od razu podać swoją ukochaną książkę, często nazywaną książką życia. Podobno jest to coś w rodzaju objawienia, która spływa na czytelnika w trakcie lektury. Hm, ja tak nie mam :| Mam dwie ulubione książki. Zachwyciły mnie, ale nie na zasadzie uderzenia pioruna - na to czekałam tyle lat. Po prostu po setkach przeczytanych książek i od czasu, który upłynął od ich przeczytania nadal są dla mnie najwyższej próby arcydziełami i nadal mnie zadziwiają. Wymienię je według chronologii czytania, ponieważ obie są u mnie na miejscu pierwszym.

Gabriel García Márquez - Sto lat samotności 
Przeczytałam ją jeszcze w liceum i była to doskonała decyzja. Dzięki tej książce stałam się zdecydowanie odważniejsza w wyborze lektur. Wcześniej czytałam dużo  klasyki, a moim światem był XIX wiek, ale to właśnie Marquez otworzył mi oczy na współczesną literaturę. Pokazał mi, że dobry pisarz, to niekoniecznie martwy pisarz ;) Oczarował mnie tym sławnym realizmem magicznym i dzięki niemu zaczęłam sięgać po pozycje, w których fabuła nie zawsze była liniowa. Nauczyłam się czytać rzeczy, które nieraz bawiły się formą, w których autorzy nie stawiali sobie za wzór motta Stendhala (powieść to jest zwierciadło przechadzające się po gościńcu). Nie bali się sięgać dalej i wyznaczać nowe granice. Myślę nawet, że to Marquez przygotował mnie psychicznie na fascynację science-fiction! 
Oczywiście Sto lat samotności jest też wartością samą w sobie - to książka, która po prostu zachwyca. I przekonałam się dzięki niej do literatury iberoamerykańskiej. Do tego Marquez ma jedną unikalną cechę - nie znam drugiego takiego pisarza - gdy otwieram jego książki czuję jak bucha z nich gorące, parne powietrze, słyszę śpiew dzikich ptaków, czuje na skórze krople spadające z liści amazońskich drzew. To jest magia, tylko prawdziwi magicy literatury są w stanie wyczarować takie rzeczy na kartce papieru.

Lew Tołstoj - Wojna i pokój
Za to dzieło z kolei zabrałam się w czasie studiów. Cztery tomy absolutnego upojenia czytelniczego. Pożerałam oczami każdą stronniczkę, a każda scena wzbudzała mój bezgraniczny podziw. Pamiętam, że w  swoim sekretnym dzienniku piałam z zachwytu nad jej doskonałością i kunsztem Tołstoja. Nie ma co ukrywać - Wojna i pokój rozłożyły mnie na łopatki i do tej pory mam do tej powieści nabożny stosunek. Nie ma czego już do niej dodać, nie można nic odjąć, to czysta, skończona i idealna forma piękna. Gdy mnie o nią pytają, mam natłok emocji, więc zazwyczaj kończy się na moim koronnym argumencie: gdybyśmy mieli w kosmos wysłać jedną, jedyną książkę, którą mówi wszystko o człowieku, to wcale nie byłaby to Biblia tylko Wojna i pokój. Nie da się więcej napisać i wymyślić o naszym rodzaju ponad to, co napisał o nas Tołstoj. Koniec i kropka. Aha, włos mi się jeży na głowie, gdy słyszę jak ktoś mówi, że omijał opisy bitew! To jak jeść pieguski, wypluwając kawałki czekolady...