Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty

10 marca 2016

W telegraficznym skrócie 6

Joyce Carol Oates - Czarna topiel

Trzymałam tę książkę w swojej bibliotece 3 lata, przetrwała każdą ostrą selekcję w tym czasie. Czy było warto? Nie. Miałam przekonanie, wyniesione z innych blogów, że "Oates wielką pisarką jest", a w każdym razie cenioną i warto ją znać, ja się jednak rozczarowałam. Nie jest ona oczywiście grafomanką, piszącą o niczym, warsztat ma jak najbardziej porządny. Jednak 133 strony o tonięciu samochodu to było dla mnie za dużo o jakieś 100... No ile można. Niektórzy chwalili jej budowanie nastroju, stwarzanie dusznej atmosfery, która sprawia, że czytelnikowi też brakuje powietrza, ja tego jednak nie odczułam, czekałam tylko na koniec. Nie męczyłam się za bardzo, w przeciwnym wypadku odłożyłabym lekturę bez żalu, ale skończyłam ją z wyraźną satysfakcją, że to już koniec. Przeciętna pozycja.






Janusz Rudnicki - Śmierć czeskiego psa

Genialne! Owy zbiór opowiadań całe lata (5) siedział sobie w zakładce "planuję przeczytać", ponieważ kiedyś napisały o nim czytanki anki. Złapałam haczyk. Po jakimś czasie zakupiłam nawet własny egzemplarz, ale książka leżakowała. No i wiecie co? Może to wpływa na książki jak na wino, bo byłam zachwycona jej smakiem :) Inteligentne, przekomiczne, absurdalne, do tego kopalnia cytatów. Tylko czytać. Ja akurat oddawałam się tej przyjemności w autobusie i pluję sobie w brodę, że nie wzięłam fiszek do zaznaczania najlepszych fragmentów. Teraz bym całego posta poświeciła temu zbiorowi, bo na serio co chwila miałam ochotę zaznaczyć jakieś zdanie. Są tu oczywiście opowiadania nieco słabsze, jednak na ogólną ocenę wpływa ta oryginalna większość. Nie miałam pojęcia kto to jest Rudnicki, teraz wiem jedno, jest świetny, soczysty, mięsisty (rzadka umiejętność - przeklinać tak, by to nie raziło!), pomysłowy i mam nadzieję, że będzie pisał dalej. Polecam! (Osobne oklaski dla okładki, w przypadku polskiej książki cieszy mnie to podwójnie.)


Krzysztof Czarnota - Niosąca radość

Hm, teoria, aby nie czytać książek, które mają wydrukowaną cenę wielką czcionką na przedniej okładce wydaje się całkiem sensowna. Jednakowoż kiedyś przeczytałam parę takich książek Ludluma i Grishama i były niezłą rozrywką ;) Jeśli chodzi  jednak o Niosącą radość - nawet jej nie otwierajcie. Dałam radę przeczytać 50 stron, uczciwie, zgodnie z moją zasadą. No i nie da się, po prostu się nie da. A co się przy tym naprychałam, naśmiałam i nadenerwowałam to moje. Lektora owa to wysokiej klasy grafomania poziomem zbliżona do szkolnego wypracowania z tezą. Aż zęby bolą... Autor na pewno jest przemiłą osobą, która ceni ważkie wartości w życiu i chciałby zachęcić czytelnika do tego samego. Niestety, nie należy robić tego w taki sposób: dobierając papierowe postacie, które postępują nie tak, jak by normalnie postąpiły, tylko jak autor sobie tego życzy, używając języka zupełnie niepasującego do ich środowiska (np. businessman wyskakuje z "biedactwem", "sunią" czy " to cudownie") itd., itp. Nie, nie i jeszcze raz nie, dawno nie dałam książce jedynki, ale ta zasługuje na nią w całej rozciągłości. To już Klan wydaje się bardziej zbliżony do rzeczywistości.

***

Ostatnio doszłam do wniosku, że mój blogowy szablon jest strasznie przedpotopowy. Chciałabym go zmienić, ale jednocześnie boję się, że mi się tu wszystko posypie. Jakieś propozycje, opinie - użytkownicy bloggera?



11 sierpnia 2013

Lew Tołstoj - Sonata Kreutzerowska

Wydawnictwo: Książka i Wiedza, 1987
Pierwsze wydanie: Крейцерова соната, 1889
Stron: 190
Tłumacz: Eleonora Słobodnikowa (Albert), Maria Leśniewska (Sonata...)


Moje wydanie zawierało też opowiadanie Albert, krótką opowiastkę o skrzypku-alkoholiku. O nim później.

Skandaliczna Sonata Kreutzerowska to relacja o burzliwym małżeństwie Pozdnyszewa. Wszystkiego dowiadujemy się w jego rozmowie z innym pasażerem pociągu. Jego opowieść jest pełna emocji, sączy się z niej zazdrość, nienawiść, pożądanie i pogarda. Człowiek ten wpada w ciąg monologów, w których wyłuszcza swoje poglądy na społeczeństwo, mężczyzn i kobiety, ludzką moralność i różnice między klasami. Co jednak najważniejsze i będące przyczyną całego skandalu wokół Sonaty to atak na instytucję małżeństwa, wieszanie psów na obu płciach i krytykowanie ówczesnego wychowania dziewcząt. Pozdnyszew jest bardzo radykalny i w tym swoim radykalizmie posuwa się bardzo daleko. Czasem zaskakiwał mnie spostrzeżeniami, które są czasem jeszcze prawdziwe i w naszych czasach, np. gdy zwraca uwagę, że młode kobiety uczone są, aby występowały jak na targu, prezentując swoje atuty cielesne, że poddawane są presji znalezienia męża za wszelką cenę. Innym razem podkreślał kwestie charakterystyczne dla XIX w., gdy kobieta nie miała w sumie żadnych praw. Całe szczęście, to już się zmieniło. Nie da się też nie zauważyć, że główny bohater często sobie sam zaprzecza, zapętla się w tym swoim spojrzeniu czarne-białe i nawet tego nie widzi. Składam to na karb jego rozemocjonowania. Z tego co wyczytałam w sieci opowiadanie to prezentuje jednak poglądy samego autora.

Warto było to przeczytać zg na język, jak zawsze u Tołstoja, krystalicznie czysty i ostry jak nóż. Do tego głębokie opisy charakterologiczne, rytm dialogów (a właściwie monologu), który sprawia, że w głowie sama nadawałam słowom ton, tempo, słyszałam czyjąś barwę głosu, akcent w odpowiednim momencie itd. (podobne wrażenie miałam też u Meyrinka i Miltona). To literatura, która dobrze brzmi czytana na głos. Spodobał mi się też pomysł na rozpoczęcie opowiadania: kilka osób w pociągu, zaczyna się kleić rozmowa, wreszcie wybucha dyskusja, potem zostaje dwóch mężczyzn i ten, który siedział wcześniej milczący, nagle się otwiera.

Na koniec parę słów o Albercie. Jest równe i porządne, ale nie zrobiło na mnie aż takiego wrażenia. Jest tam ciekawy opis czegoś na kształt delirium, pokazanie przepaści między tym, co sobie wyobrażamy nt. ludzi, a tym, jacy oni rzeczywście są, plus ta literacka kreska z jaką narysowano postać muzyka. Dobre, ale łba nie urywa :)

Ocena: 4,5/6

29 marca 2013

Virginia Woolf - Nawiedzony dom: Opowiadania zebrane

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2012
Pierwsze wydanie: The complete shorter fiction of Virginia Woolf, 1985
Stron: 462
Tłumacz: Magda Heydel

Niby 45 opowiadań, ale czytałam je dobrych kilka miesięcy. Fakt, nie jestem fanką tej formy literatury, jednak decydujące znaczenie miał tu fakt, iż musiałam się w tym zborze długo naszukać perełek.

Opowiadania te podzielone są chronologicznie na najwcześniejsze, z lat 1917-1921, 1922-1925 i 1926-1941. Pierwsza część - obiecujący początek, piękne dwa opowiadania Phyllis i Rosamond oraz Tajemniczy przypadek panny V. Potem - równia pochyła. Kawałki albo bardzo słabe, albo przeciętne. Zero wspomnień z ich czytania. Wyglądało to czasem na jakieś próby z modnym wtedy strumieniem świadomości i takie typowe dla tego modernistycznego okresu eksperymenty. Zdecydowanie nieudane i niepasujące do Woolf. 
Ich oczy się spotkały, a raczej zderzyły, bo każde z nich wyczuwało za wzrokiem drugiego, że to samotne stworzenie, które siedzi w ciemności, podczas gdy jego powierzchowny, ruchliwy towarzysz zajmuje się wywijaniem koziołków i kiwaniem ręką, aby teatrzyk się kręcił, nagle się podrywa, odrzuca swą opończę, przeciwstawia się temu drugiemu. To było niepokojące, niesamowite. Oboje niemłodzi i wypolerowani na błysk, tak, że Roderic Serle mógł iść na kilkanaście przyjęć w sezonie i nie doświadczyć niczego nadzwyczajnego, najwyżej sentymentalnego uczucia żalu albo pragnienia pięknych obrazów - takich jak ten z wiśniowym drzewkiem - a przez cały czas towarzyszyło mu niezmienne poczucie, że przewyższa swoje towarzystwo, poczucie niewykorzystanych zasobów, które kazało mu wracać do domu z wrażeniem rozczarowania własnym życiem, samym sobą - człowiekiem rozziewanym, pustym, rozkapryszonym. Ale teraz, całkiem nagle, niczym jasna błyskawica we mgle (...), wróciło to do niego, dawnego, a równocześnie niosącego mu radość i odmłodzenie, coś, co wypełniło mu żyły i nerwy odłamkami lodu i ognia; to było przerażające. (Razem i osobno, s. 301-302)
Gdzieś w środku nagle coś ruszyło, gdy zaczęła pisać o tym, co zapewne było częścią jej świata, co  mogła sama doświadczyć lub zaobserwować. I od Niebieskiej zasłony do Człowieka, który kochał bliźnich wróciła mi nadzieja. Ach, warto było te utwory przeczytać. Cóż za spostrzegawczość, jakie subtelne pióro i jakaż delikatność w tym wszystkim! To właśnie silna strona tej pisarki: opisywanie pierwszych spotkań, małych przyjęć w towarzystwie, kontrast między kobietą i mężczyzną, podzielenie świata na to, co bohaterowie mówią i robią i na to, co sobie faktycznie myślą. Kunsztowna siatka konwenansów, zależności i kindersztuby. Właśnie, dobre wychowanie, które wisi młodym ludziom jak kamień u szyi. Krzywda kobiet i rodzące się rewolucyjne własne przemyślenia w tej kwestii. W cudowny sposób udowadnia Woolf, że te powabne motyle są w rzeczywistości ludźmi z krwi i kości, są mocno zaczepione w świecie, wychodzą poza obraz, w który reszta świata chciałaby je wtłoczyć. Nawet, gdy starają się podążać za tym, co, jak się zdaje, sama natura im nakazuje, to jednak jakoś im to nie wychodzi, ten ograniczony horyzont zaczyna coraz bardziej je uwierać. Opowiadania o tym podobały mi się najbardziej, a zwłaszcza Nowa suknia i Prezentacja, którym dałam szóstki. I znowu Woolf udowodniła mi jak łatwo jej przychodzi wchodzenie w głowy innych ludzi, czytanie z nich jak z książek.
Oczywiście, wiedziała, jakie są zastrzeżenia - pranie, gotowanie, dzieci, ale u podstaw wszystkiego, o czym wszyscy bali się mówić, tkwi fakt, że szczęście jest tanie jak barszcz. Można je mieć za nic. Piękno.(Człowiek, który kochał bliźnich, s. 311-312)
Ostatnie lata to już zdecydowane rozczarowanie i utwory bez siły rażenia. Jakieś odpryski tamtego świata, jednak takie, który moim zdaniem nie przetrwały próby czasu. Szkoda. Aha, bardzo ładne tłumaczenie. 

Ocena: 3/6 (średnia ocen wszystkich opowiadań)

21 lipca 2012

Stanisław Lem - Dzienniki gwiazdowe

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2012
Pierwsze wydanie: 1957
Stron: 385

Jest dużo wydań Dzienników, zawierają też różne opowiadania, od tych najwcześniejszych, z lat 50., do najpóźniejszych - z początku lat 80. Pewnie będę szukać tych, których nie ma w tym wydaniu.

Gdzieś wyczytałam, że to bardzo przystępna pozycja Lema, ale mnie nie czytało się jej łatwo. Jest w niej dużo poważnych, ciężkich gatunkowo spraw opakowanych w celofanik humoru, absurdu jeszcze bardziej pokracznego niż u Monty Pythona. Więc tak, uśmiałam się, choć nie jest to humor łatwy, może czasem przytłaczać neologizmami i pewnym nalotem staroświeckości. A jednak mimo tego śmiechu - ileż powagi tam znalazłam...
(...) w poszukiwaniu nowych oporów, bo ich już ludzie ludziom nie stawiają, odnajduje się je w świecie i w sobie i wybiera się za przeciwnika siebie i świat, żeby z obojgiem walczyć i oboje sobie podporządkować. A kiedy i to się nie udaje, otwiera się otchłań wolności, ponieważ im więcej można czynić, tym mniej się wie, co czynić należy. Zrazu kusi mądrość, lecz z dzbana wody na pustyni staje się ona takim dzbanem wśród jeziora (...). O ile jednak dążenie do mądrości wydaje się dostojne, nie ma dostojnych argumentów na ucieczkę z mądrości, nikt bowiem nie oświadcza wtedy głośno, że pragnie otępienia, a jeśliby, nawet pragnąc, miał tę odwagę wyznań, to dokąd się ma właściwie cofnąć? (...) Straszliwie mądry wśród podobnych sobie, staje się karykaturą mądrości (...). (Podróż dwudziesta pierwsza, s. 178)
Bardzo mi się podobają te wydania Lema, które na końcu mają posłowie Jerzego Jarzębskiego. Wydawnictwo Literackie je zachowało, całe szczęście. On tak prosto a precyzyjnie ujmuje słowami to, co wynosi się z lektury tych książek. Na przykład ten fragment: Zgodnie z poetyką filozoficznej powiastki, Ijon Tichy, lecąc w Kosmos, dociera więc wciąż na Ziemię i z ludzkimi wciąż kłopotami musi się borykać (s. 381). Tytułowe Dzienniki są bowiem zapisem przygód tegoż kosmonauty i obieżyświata. Opisuje on swoje liczne podróże oraz przytacza anegdoty, których akcja dzieje się na Ziemi. Do Pirxa bym go jednak nie przyrównała, ponieważ Tichy równi się od niego charakterem (to odważny optymista, brylujący w towarzystwie), poza tym jego przygody można czytać w dowolnej kolejności, bohater nie ewoluuje, nie dorasta.
W dodatku wyrzucona za burtę wołowina, zamiast ulecieć w dal, nie chciała opuścić pobliża rakiety i krążyła wokół niej jako drugi sztuczny satelita, powodując regularnie co jedenaście minut i cztery sekundy krótkotrwałe zaćmienie Słońca. Aby uspokoić nerwy, obliczałem do wieczora elementy jej ruchu, jak również perturbacje orbity, wywołane krążeniem utraconego klucza. Wypadło mi, że przez najbliższych sześć milionów lat wołowina będzie wyprzedzała klucz, wirując wokół statku po torze kołowym, aby potem go prześcignąć. (Podróż siódma, s. 14) [płakałam na tym ze śmiechu:]
O nawiązaniach do ówczesnych kwestii polityczno-ideologicznych pisać nie będę, chętni sobie to gdzieś znajdą. Bardziej mnie interesuje uniwersalna strona twórczości Lema. W tym zbiorze akurat pisarz bierze na warsztat kilka problemów natury filozoficznej: pisze o Bogu, o granicach wolności i poznania, o subiektywnym postrzeganiu zmysłowym. Nieraz w trakcie lektury przypominały mi się teorie z książki 50 teorii filozofii, które powinieneś znać, a raz czy dwa nawet film Matrix (!). I to zrobiło na mnie ogromnie wrażenie, zwłaszcza bardzo trudna, ale wybitna Podróż dwudziesta pierwsza.

Książka ta nie nadaje się raczej dla początkujących lemowców. Obawiam się, że poprzeczkę może zawiesić za wysoko, a nie nazwałabym ją też przesadnie wciągającą (w końcu to opowiadania). To coś dla zagorzałych fanów, dla entuzjastów filozofii, dla ciekawych jak pisarz kpił sobie z cenzury, ale też dla ludzi żądnych śmiechu.
Dzień zapowiadał się kiepsko. Bałagan, panujący w domu od chwili, kiedy dałem służącego do remontu, rósł. Niczego nie mogłem znaleźć. W kolekcji meteorów zalęgły się myszy. (...) Ten elektroniczny bałwan schował ścierki razem z chusteczkami do nosa. Powinienem był dać go do generalki, już kiedy zaczął mi pastować buciki od środka. (Podróż jedenasta, s. 36)
Ocena: 4,5/6

1 czerwca 2012

W telegraficznym skrócie 3

Andrzej Sapkowski - Ostatnie życzenie
Muszę czytać Sapkowskiego, wyznaję, z tej prostej przyczyny, że bnetka z uporem maniaka poleca mi chyba każdą jego książkę, ponieważ dawno, dawno temu, w zamierzchłych czasach, gdym miała 16 lat oceniłam sagę o Wiedźminie (każdą część z osobna) na 6. Aby więc usunąć Sapkosia ze strony pierwszej polecanek co kilka miesięcy czytam coś z tego cyklu, a w planach mam powtórkę samej sagi po to tylko, aby w miarę możliwości dać im oceny nieco bardziej stonowane, obiektywniejsze. No, chyba, że znowu byłyby to szóstki ;) Tym razem padło na ten zbiór opowiadań i, choć poprzedni Miecz przeznaczenia uznałam za wyjątkowo przeciętny, tym razem muszę przyznać, że ta pozycja to już insza inszość. Nie tylko da się czytać, ale jest też zabawna i zaskakuje zgrabnymi nawiązaniami do różnych baśni, legend, ale też do współczesności. Wreszcie brak sztampy tak typowej dla fantasy, a Yennefer nawet byłam w stanie przełknąć (nigdy jej nie lubiłam).

Charles Dickens - Klub Pickwicka
Naprawdę próbowałam. Byłam uparta i dalej brnęłam. Chciałam ją skończyć, ale na stronie 167 stwierdziłam - basta! Po prostu miałam już dość, nie będę się poświęcać na polu literatury niczym jakaś siłaczka. Dlaczego Dickens ma dostać fory, gdy innym daję szansę do 50 strony? Przykro mi to stwierdzić, ale tej książki nie da się czytać. Nie przekonują mnie argumenty o jej rzekomym humorze, bo nie rozbawiło mnie tam zupełnie nic. Każdy dowcip jest mdły, bohaterowie ze wszystkimi obchodzą się jak z jajkiem, a autor z nimi. Fabuła topi się w lukrze i wiecznych uprzejmościach, które nie pełnią żadnej istotnej roli. I najgorsza zbrodnia: nie ma w niej kogo lubić, bo główni bohaterowie są nudni, wiecznie naiwni, egzaltowani i przemądrzali. Powiedzieć o tej książce, że się zestarzała to eufemizm. Może Diderot się zestarzał (a nadal da się czytać!), ale Klub Pickwicka wręcz śmierdzi trupem!

Debiuty polskiego kina
Jest to zbiór rozmów z polskimi reżyserami pod redakcją Marka Hendrykowskiego. Każdy z rozmówców pytany jest o swój debiut, ich dobór jest imponujący, a rozmowy prowadzone są w ciekawy sposób świadczący o przygotowaniu. Wiele z nich zapadło mi w pamięć, np. rozmowa z Hasem, Kolskim, Zanussim czy Leszczyńskim. Ponadto ten zbiór nie ogranicza się tylko do samych debiutów, ponieważ rozmowy z reżyserami są często pretekstem do szerszej dyskusji o polskim kinie współczesnym, o historii kinematografii, o kinie na świecie. Są one ułożone chronologicznie (pierwszy debiut jest z 1947, ostatni z 1996) i dzięki temu zarysowuje się przed czytelnikiem subletalna zmiana jaka zachodziła w polskich filmach. Do tego zbiór ten niesie zaskakującą refleksję, że mimo wszystkich absurdów PRLu, mimo całego zła, jakie wyrządzono artystom, miało ono tę dobrą cechę, że nie znało pogoni za słupkami sprzedaży, dlatego wiele filmów miało w ogóle szansę powstać, na co dziś nikt by pieniędzy nie wyłożył...

Jules Verne - Tajemnicza wyspa
Kolejna książka, której nie skończyłam, przerwałam ja jednak po bożemu, na 50 stronie, a następnie pobieżnie przejrzałam do końca. Nuda, ludzie kochani. Papierowe postaci, prowadzące drewniane dialogi i zero napięcia (a to przecież powieść przygodowa). Każdy bohater jest sztuczny i zbyt idealny. Wszystko wiedzą, mają pamięć jak jakieś cyborgi, znają się na wszystkim. Nawet nastolatek jest tam doskonały (a na rysunkach chodzi w marynarskim kapelusiku!). W dodatku Murzyn (były niewolnik) obsesyjnie kocha swojego ex-pana i brakuje jeszcze tylko, żeby zaczął merdać ogonkiem na samą myśl o nim. Nie, dziękuję, postoję. Wolę Robinsona Crusoe.

J.I. Kraszewski - Śniehotowie
Króciutkie opowiadanie, trochę chyba za szybko napisane, ale daje radę! Wydaje mi się, że Kraszewski mógł pisać dobre sążniste powieści i szkoda, że zdecydował się ciekawy temat tak szybko omówić. Rękę do opowieści to on ma - tym razem wziął na warsztat niesnaski między dwoma braćmi Śniehotami. Myślałam nawet, że zaraz wszystko skręci w dobrze mi znanym kierunku, czyli jakieś weselicho, ratowanie panny czy coś w ten deseń, ale tym razem każda postać kobieca (no, może prócz Hanki) jest negatywna. Mam nadzieję, że w kolejnej książce Kraszewskiego będzie mi dane poczytać więcej opisów przyrody i podupadłych dworków. Uwielbiam go za to. Jest wybitnie plastycznym pisarzem i ma smykałkę do odmalowywania bohaterów (ach, ta pierwsza scena przy kominku w karczmie!). W starciu Kraszewski-Dickens po 4 rundzie jest stan 2:1, ponieważ Karol zaliczył wpadkę z Klubem... :) 

Ad. tagów: rozczarowania to nr 2 i 4.

2 maja 2012

Rakietowe szlaki 1

Wydawnictwo: Czytelnik, 1978
Stron: 213
Tłumacze: Julian Stawiński, Jan Zakrzewski, Krzysztof Zarzecki

Można się ciut pogubić w tym zatrzęsieniu serii Rakietowych szlaków, ale już doszłam co i jak. Najpierw były po prostu Rakietowe szlaki Czytelnika z 1958r. Potem w latach 70. zbiór ten podzielono na dwa tomy (u mnie vol. 1). Natomiast od 2011 roku Solaris wydaje kontynuację tej serii, doszli już do 5 tomu (częstotliwość wydawania trochę zaskakująca).

Do rzeczy. W tej odsłonie znajdziemy 10 opowiadań głównie amerykańskich autorów, z wyjątkiem Brytyjczyka Clarke'a. Pochodzą one z końca lat 40., i samego początku 50., a przyznać im trzeba, że bronią się znakomicie i nie mogę powiedzieć, żeby się zestarzały. No, nie licząc Lilii życia pióra Jamesona, bo to taka propaganda imperialnego myślenia rodem z XIX-wiecznej Anglii, że aż się źle robi. Najniżej je oceniłam, ale nie mogło być inaczej, gdy pisarz tubylców na Wenus (sic!) pokazuje jako tumanów, z których można zrobić darmową siłę roboczą. Za to totalna agitka to Pomocna dłoń Andersona, jednak - uwaga! - choć minęły już czasy w jakich to pisano (realizacja planu Marshalla) jak i okoliczności geopolityczne odeszły do historii, to ta opowieść wydobywa z siebie uniwersalne przesłanie, którym jest ostrzeganie przed amerykanizacją życia i innych kultur :) Oprócz kiepskich Lilii życia zbiór zawiera jeszcze raczej słabe Nadejdą deszcze Bradbury'ego i Skalnego nurka Harrisona. Pierwsze opisuje koniec świata, jednak, choć króciutkie, szybko się nuży; drugie natomiast zawiera błyskotliwy pomysł "pływania" w skałach, skręca jednak w stronę taniego sensacyjniaka. Jest jeszcze Zaczarowane miasto, które świetnie się kończy, jednak na tę ciekawą puentę każe za długo czekać. Za to cała reszta jest wręcz świetna, postawiłam nawet szóstki trzem tytułom! Ale po kolei.

Staroświecka Czarna walizeczka Kornblutha właściwie zagrała na nosie gatunkowi, bo dzieje się w zwykłej rzeczywistości przez większość czasu. Od razu przypomniał mi się film Idiokracja; widać, że już wcześniej martwiono się, że ludzkość zmierza ku oceanom głupoty. Następnie Zajmujący sąsiedzi Finneya - z miejsca wciągają, bawią, a potem zaskakują pomysłem jak nietypowo ludzie mogliby kiedyś wykorzystać maszyny czasu. Instynkt myśliwski Sheckleya jest przezabawny! Pomysł spojrzenia na człowieka z punktu widzenia obcego przyjął też Clarke w Wyprawie ratunkowej. Dla mnie to opowiadanie to perełka, koniecznie chcę przeczytać jego inne książki, a na półce czeka wyczekana Odyseja kosmiczna 2001. Opisał nie tylko koniec naszego świata, ale też życie w całej galaktyce, zarysował panujący w niej pokój i współpracę różnych ras (w tym najbardziej interesujących Paladoran), a zakończył po prostu WIELKIM BUM! 

A na koniec deser i ostateczna zachęta do lektury: Samotna planeta Leinstera. Po prostu całkowity opad szczęki. Jestem niemal pewna, że to opowiadanie w 1958 roku czytał Lem, a 3 lata później napisał Solaris, bowiem początek historii Leinstera to właśnie koncept żywej, tajemniczej planety! Na tym się jednak wspaniałość tej próbki nie kończy - Alyx potrafi się uczyć, staje się potęgą intelektualną, nawet zmienia swe położenie, a marzy tylko o jednym - by ktoś na niej mieszkał. Nie wiem co trzeba brać, żeby pisać tak niezapomnienie rzeczy :) Jak szkoda, że w Polsce pojawiał się tylko w antologiach.

Jednym słowem: polecam, a sama zaczynam polowanie na cz.2.

Ocena: 5/6

***

Jeszcze małe info. U Zbyszka na blogu W zaciszu biblioteki ruszyła Lista najlepszych książek wg blogerów. Trzeba: przemyśleć jakie książki są dla Ciebie, czytelniku i blogerze, absolutnie najlepsze (z całej historii literatury), następnie dokonać miliona kompromisów (miejsc jest tylko 20), pobić się ze sobą, bezustannie myśleć o trudzie podjęcia decyzji, przesuwać, wyrzucać z listy i dodawać, powstrzymywać się od łez i obgryzania paznokcie i voilà! Lista gotowa i takową należy zamieścić albo w komentarzach u Zbyszekspira, albo wysłać do niego na maila. Zachęcam :)

29 marca 2012

Stanisław Lem - Opowieści o pilocie Pirxie

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2011
Pierwsze wydanie: 1968
Stron: 517

Jestem tym szczęśliwym rocznikiem, który nie przerabiał Lema w szkołach. Nie zmuszano mnie do czytania ani Bajek robotów, ani Opowieści... Jako ok. 12-letni smark nie byłabym w stanie tego docenić, a co dopiero zrozumieć. Wrzucenie Lema do lektur szkoły podstawowej uważam za poroniony pomysł, godny kogoś, kto chyba nigdy nie czytał książek tego autora, i/lub uważa fantastykę jako taką za literaturę niskich lotów, ot, rozrywka dla dziatwy, która musi jeszcze dorosnąć do takiej licealnej Zbrodni i kary czy Medalionów. Bzdura. I to wierutna.

Lem jest wielki, Lem jest do tego wyjątkowy wśród polskich pisarzy. Nikogo nie kopiował, bo i nie miał jak. Niech będzie, że i syfiasty PRL zrodził też dobre owoce, bo kto wie, co by takiego nasz geniusz napisał, gdyby dysponował dostępem do całego ówczesnego kanonu SF, byłby zalewany telewizyjnym chłamem kolorowej telewizji i kiczowatymi reklamami na każdym kroku? Bez chaosu informacyjnego wyobraźnia działa na zwiększonych obrotach.

Wracając jednak do książki. Podoba mi się w niej główny bohater: powściągliwy, zamknięty w sobie Pirx. Niezwykle inteligenty, ale nie mający o sobie zbyt wysokiego mniemania. Siłą rzeczy opowiadania dotyczą jego życia zawodowego, które zasadniczo dotyczyło eksploracji i eksploatacji naszego Układu Słonecznego. Lepiej czuje się w kosmosie, niż na Ziemi, statki kosmiczne są dla niego jak drugi dom. Wreszcie mogłam docenić Lema, jako autora, który potrafi zbudować postać, wręcz nie ucieka od tego. I robi to bardzo konsekwentnie, ponieważ Pirx w każdym z 10 opowiadań jest coraz starszy, bardziej doświadczony, zwraca uwagę na inne problemy i zwyczajnie widzi więcej. Do tego Lem ma rzadką umiejętność wciągania czytelnika w przedstawiony świat bez tych fajerwerków, bez szalonych point i  nieprawdopodobnych zwrotów akcji. Fabuła jest spokojna, narracja przyjemnie, choć wymagająco staroświecka - pełna opisów i długich akapitów, "gęsto" pisana, przy niewielkiej ilości dialogów. 

Nie wiem jak można by coś takiego dać dzieciom w VI klasie podstawówki? Po co ich zniechęcać do czytania? Dla nich przecież jest mnóstwo książek przygodowych, z wartką akcją, zakręconą fabułą i mnóstwem dialogów. Opowieści o przyjaźni i zwyciężaniu zła. Lem nie serwuje przecież dziecięcego spojrzenia na życie. Owszem, w pierwszym opowiadaniu "Test" Pirx jest jeszcze nieopierzonym kadetem, śmiałam się w głos w trakcie lektury, jednak potem zaczyna poważnieć i tak stopniowo wyłania się temat przewodni Opowieści. Mianowicie zderzenie świata człowieka z maszynami, konsekwencje nieuchronnego postępu technicznego i wnikanie kolejnych wynalazków do naszego życia. Co więcej, Lem po mistrzowsku zauważa, że choćbyśmy nie wiem jak poszli daleko w nowoczesność, w gruncie rzeczy i tak będziemy tacy sami. To, że ludzie wkraczają w kosmos, nie sprawia, że nagle zamieniają się w anioły. Dlatego też nie można oczekiwać od tych nowych Kolumbów, że będą szlachetnymi doskonałościami, ponieważ natura ludzka jest niezmienna, a nasze przywary jej częścią. I jeszcze jedno: pisarz w zabawny sposób przeniósł peerelowską biurokrację w przyszłość. Fabuła dowodzi, że ukrócenie papierologii stosowanej nam nie grozi nawet w przypadku wysyłania statków kosmicznych :)

Książka jest świetna - poważna, momentami zabawna, pokazująca ciekawy punkt widzenia na roboty i ludzkie zaufanie do ich nieomylności. W kwestii techniki momentami trąci myszką, jednak nie nadmiernie. Tradycyjnie, Lem przemyca na niemal każdy pokład czy stację kilogramy książek w wersji papierowej ;) A tak na marginesie, sam był średnio zadowolony z tego zbioru (link).

Szczególnie mi się podobały: Test, Patrol, Terminus, Opowiadania Prixa (the best!) i Rozprawa.
Ciekawe spostrzeżenia Ziuty na temat rzekomego nudziarstwa Lema - warto przeczytać

Ocena: 5/6

24 lutego 2012

W telegraficznym skrócie

Chciałabym mieć trochę lepszy ogląd tego, co czytam, więc żeby w tagach był porządek: kilka słów o książkach, które przeczytałam, ale na samodzielnego posta jednak nie zasłużyły.

Marcin Lindstedt - 100 najwybitniejszych postaci w historii muzyki
Ciekawy zbiór, z którego sporo się dowiedziałam. Nietypowy dobór postaci, ale solidnie umotywowany: we wstępie autor wyjaśnia przyjęte kryteria, a przy każdym nazwisku jeszcze dodatkowo podaje co czyni tę osobę tak wybitną. Właśnie to mi się podobało, ponieważ w przeróżnych zestawieniach "naj" często unika się wyjaśnienia dlaczego X zachwyca (skoro nie zachwyca - co poniektórych;) i jak konkretnie wpłynął na rozwój muzyki. Poza tym na liście znaleźli się też wykonawcy muzyki rozrywkowej (np. Pink Floyd).



Doris Lessing - Podróż Bena
Matko, trzymajcie mnie, co za rozczarowanie!!! Przede wszystkim dlatego, że miałam przyjemność czytać 1 część Piąte dziecko. Jednak ta pseudo-kontynuacja to jakaś kpina. Moje zarzuty: kiepskie pomysły, wtręty z przeszłości i przyszłości pobocznych bohaterów w ogóle niepasujące do narracji i przyjętego tempa oraz fatalne rozwiązanie akcji. To jednak nic w porównaniu z największą wadą tej książki; mianowicie główny bohater, Ben, nie jest tym samym Benem, co w części pierwszej. Nagle ludzie chcą mu pomóc, nikt się go nie boi, chłopak przeprasza wręcz, że żyje. Nikt, absolutnie nikt, nie reaguje na niego tak, jak wcześniej, czyli jak na chodzącego antychrysta... Naprawdę nie wiem, co podkusiło Lessing. Ech, wykrakałam, trafiłam wreszcie na jej słabą książkę.

Gene Wolfe - Pazur Łagodziciela (cz.2), Miecz Liktora (cz.3 cyklu Księgi Nowego Słońca)

Zniechęciłam się na dłuższy czas do fantasy. Nie wiem, co takiego ciekawego ma być w tym cyklu. Początek był całkiem obiecujący. Drugą część jeszcze przeczytałam, choć lepszym słowem byłoby "zmęczyłam". Ale w środku trzeciej stwierdziłam, że właściwie po co? Ciągle mnie trzymała świadomość, że ostatnia odsłona cyklu dostała nagrodę Campbella i chciałam do niej dociągnąć. Niestety, wg mnie ciekawe wątki były szybko porzucane, główny bohater był nudny i taki...letni, w ogóle nie interesował się tym, co nietypowego spotykał na swojej drodze. I, oczywiście, cała ta bzdurna otoczka fantasy, od której mi się robiło mdło. No trudno. Tym bardziej się dziwię pochwałom Dukaja.

August Strindberg - Wybór nowel
Nowele nie były do końca dobrym wyborem, ale też nie z nich autor słynie. Z 12 opowiadań przeczytałam 6 i to z zainteresowaniem. Zdecydowanie lepiej mu wychodzi pisanie o mieszczanach i klasie średniej niż o przedstawicielach niższych stanów. Można wyczuć, że produkował te krótkie formy w pośpiechu i dla pieniędzy, o czym informuje też wstęp (nota bene - tragicznie napisany, intelektualny bełkot). Za to Strindberg zwrócił moją uwagę odwagą w poruszaniu tematów tabu oraz uporczywym wracaniu do motywu walki jednostki ze społecznym naciskiem, szukaniu granicy między ja wewnętrznym a ja społecznym. Do tego ukrywa to wszystko pod płaszczykiem lekkiego stylu i żartobliwego tonu.


Tag "rozczarowywania" tyczy się tylko Wolfe'a i Lessing.

10 maja 2011

Stanisław Lem - Powtórka

Wydawnictwo: Iskry, 1979
Pierwsze wydanie: 1979
Stron: 165

Mój blog powoli staje się małym zagłębiem lemowym :D I dobrze, niech będzie jasność, że to jeden z moich ulubionych pisarzy.

W ogóle tak sobie myślałam, że chyba oszczędziłabym sobie sporo pracy, gdybym przygotowała sobie szablon posta o jego książkach. Czyli na początku, że go uwielbiam, wspaniale pisze, coś o geniuszu, potem wykropkowane, żeby wpisać o czym dany tytuł jest, a na końcu lista pozytywnych przymiotników z gwiazdką "niepotrzebne skreślić", które wyjaśniłyby dlaczego mi się podobało ;)

Lem był wielki? Był. Ok, pierwszy punkt odfajkowany. Jak to się je? Służę uprzejmie. Powtórka jest maleńkim zbiorem opowiadań: tytułowego i dwóch słuchowisk Godzina przyjęć profesora Tarantogi oraz Noc księżycowa. Pierwsze jest zdecydowanie najlepsze, możliwe, że jednym z powodów są znani i lubiani przeze mnie Trurl i Klapaucjusz. Nasi wynalazcy tradycyjnie stają przed zadaniem bojowym. Król Hipolip zostaje nawrócony przez kaznodziei, idea Boga wydaje mu się fascynująca, jednak ma pewne zastrzeżenia do świata jako dzieła stworzenia. Nakazuje więc głównym bohaterom wymyślić taki świat, który naprawiłby pewne niedociągnięcia tego, w którym przyszło nam żyć. Panowie prezentują mu więc kilka prototypów (w skrzyniach!), w których poczynają sobie swobodnie z czasem i przestrzenią. Powtórka nie tylko jest zabawna, ale też unaocznia kilka dość przygnębiających prawd o człowieku (np. głupotę). Czytelnik znajdzie też tu typowe dla Lema neologizmy, zabawę ze staropolskim oraz doprowadzenie akcji do niesamowitej, absurdalnej abstrakcji (wiwat wyobraźnia!). Pierwsze słuchowisko też ma niektóre z tych cech. Śmiałam się w trakcie jego lektury, a jednocześnie byłam pod wielkim wrażeniem jak pisarz doskonale włada piórem, jak dokładnie przekazuje to, co chce i to w tak wspaniałych zdaniach. Jak wskazuje tytuł jest to opis dyżuru profesora, do którego zgłaszają się wszelkiej maści wariaci. Każdy z nich prezentuje jakiś wynalazek lub myśl, najczęściej z chęci zarobku. Profesor musi się z nimi użerać, niemalże rwąc włosy z głowy. Czasem jednak udaje im się profesora zaciekawić:
Wydalniczy układ moczowy został połączony z układem płciowym, bo było to najprostsze i oszczędne materiałowo. Ale jak wiadomo, narzędzia uniwersalne, co to służą wielu czynnościom naraz, są niewiele warte. (...) umiejscowienie narządów rozrodczych niestety zachowało do dnia dzisiejszego charakter publicznego skandalu, żebym nie powiedział wręcz: policzka, wymierzonego dobremu wychowaniu, estetyce oraz wyższym ideałom. Jeszcze święty Augustyn zauważył trafnie, że inter faeces et urinam nascimur. Miejsce, z którego człowiek rzuca pierwsze spojrzenie przychodząc na świat, nie zostało wybrane zbyt szczęśliwie z punktu widzenia estetyki oraz godności naszego gatunku. (s. 118)
Jako ciekawostkę dodam, że opowiadanie pierwsze i drugie zawierają więcej sentencji łacińskich oraz, że niektóre fragmenty są... z pieprzykiem ;) Drugie słuchowisko jest zdecydowanie najpoważniejsze, choć z humorystycznym akcentem w zakończeniu. Noc księżycowa opowiada o dwójce astronautów na Księżycu, którzy czekają właśnie na swoją zmianę przybywającą z Ziemi. Nagle komputer stacji wszczyna alarm o małych zapasach tlenu, który wystarczyłby tylko dla jednego z nich. I tak się między nimi zaczyna gra o przetrwanie...

Ocena: 4,5-5/6 (średnia ocena 4,8)

28 marca 2011

Jacek Dukaj - Król bólu

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2010
Stron: 824

Czytałam Króla prawie 3 miesiące, tym samym przypominając sobie sens i przyjemność jaką daje slow-reading. Statystycznie wychodzi mi około 10 stron dziennie, w praktyce były dni, kiedy nadal nie czułam się gotowa na ciąg dalszy, musiałam przetrawić to, co zdążyłam przeczytać wcześniej. Poza tym między opowiadaniami robiłam kilkudniowe przerwy, nie dało się tego inaczej czytać, zakończenia mnie zawsze wprowadzały w stan całkowitego zdumienia.

Od razu uprzedzę, że to, co napiszę dalej będzie istnym grochem z kapustą. Omawiany zbiór jest tak obszerny, podnoszący tak dużą liczbę wątków, że nie sposób ująć tego zgrabnie. Ta cegła zdominowała na długo mój czytelniczy żywot, wkradając się do snów albo uniemożliwiając zaśnięcie (jak wczorajszej nocy po skończeniu ostatniego opowiadania). Nie zliczę, ile razy myślałam o poszczególnych tytułach, ile czasu spędziłam próbując rozwikłać wszystkie zawiłości. Jedno jest pewne. Dukaj - wielką ręką boga-narratora - bierze czytelnika za kark i zrzuca w sam środek stworzonego przez siebie oceanu powieści. Nie pyta się, czy umiesz pływać. Nie zostawia szalupy, ani koła ratunkowego. Żadnych wskazówek którędy do brzegu. Po prostu odwraca się na pięcie i znika. I między innymi za to niezmiernie go szanuję. Bo i on uszanował czytelnika, pokładając nadzieję w nim i jego intelekcie. Zdecydowanie to nie jest książka dla leniwych.
Szukam odpowiedniego słowa i nie mogę znaleźć. Wiem jedynie, że jakikolwiek hołd przed tym socjerskim pokurczem jest nie do pomyślenia - i, tym bardziej, nie do opowiedzenia jest to obrzydzenie, wstręt zgoła fizyczny, alergia do wszystkiego, co on reprezentuje. Jak wytłumaczyć odmowę, gdy na porcelanowym talerzu podsuwają nam do spożycia parujące gówno? Można jeno kląć. (Crux, s. 591)
Zbiór zawiera 8 opowiadań. Ja, jako nowa dukajowa czytelniczka, nie znałam żadnego z nich (kilka było już wcześniej wydanych), z tego, co wyczytałam w sieci wiem, że różnią się bardzo od innych utworów tego autora. Sama patrzyłam na świeżo. Nie widzę sensu przytaczania fabuły poszczególnych tytułów. Co z tego, że zasygnalizuję jakieś wprowadzenie, kiedy w każdym z nich jest ukryty fabularny klejnot, do którego sami musicie dotrzeć, bo nie będę spoilerować. Taka wisienka na torcie, która ze zwykłego opowiadania robi nagle filozoficzny/metafizyczny traktat i sprawiała, że - zawiedziona, iż to już koniec danego tekstu - tworzyłam w głowie własne jego wersje, dalszy ciąg, alternatywne dialogi, nowe opisy różnych miejsc (ilu pisarzy jest aż tak inspirujących?). Jako zachętę podam kilka tematów. Prawie każde z nich mówi o tym, co sam pisarz nazywa "szeroko rozumianym transhumanizmem"*. Oznacza to wszystkie zmiany (np. genetyczne, ale nie tylko) jakie zaszły w człowieku w bliżej niesprecyzowanej przyszłości. To one sprawiają, że pytanie "kim jest człowiek?" nabiera nowego znaczenia i znacznie utrudnia stworzenie jakiejś uniwersalnej definicji (Szkoła, Aguerre w świcie). Do tego dochodzi tzw. rzeczywistość wirtualna, w której ludzie dosłownie żyją, a tym samym trudno jest na pierwszy rzut oka odróżnić go od realnego, tak jak chwilę zajmuje uświadomienie sobie, czy bohater fizycznie jest w jakimś miejscu w danej scenie (Linia oporu, Król bólu i pasikonik). Znajdzie się też opowiadanie bardzo lemowskie (Oko potwora), co Dukaj sam przyznał*. Są wariacje na temat historii (Crux, Piołunnik) i jest sporo o Polsce. Zwłaszcza w Crux, w którym znaleźć można bardzo trafne spojrzenie na nasze społeczeństwo, na ten pogłębiający się rozdźwięk między czytelnikami Faktu itp., a ludźmi chodzącymi do teatru czy kupującymi książki; oraz w Piołunniku, który za punkt wyjścia bierze wybuch w Czernobylu, łączy to z motywem zombie, by ostatecznie wylądować w... ale to już musicie sami przeczytać. Genialne, zapewniam, zabawne i poważne jednocześnie.
Człowieczeństwo to szeroka fala Gaussowska. I jeden jej kraniec nie przyznaje się do drugiego. A z czasem odpływają jeszcze dalej. (...) Dawniej potrzeba było wieków. Teraz jedno pokolenie nie zobaczy przez lunetę następnego pokolenia. Sąsiad sąsiada. (Linia oporu, s. 78)
Największe wrażenie zrobiła na mnie Linia oporu, żadne tam opowiadanie, tylko regularna powieść (224 strony!). To, co Dukaj tam wyrabia, po prostu w głowie się nie mieści, jest to też najtrudniejszy tekst. Dopiero po 50 stronach załapałam jednej termin, którego ciągle używa! Przebijałam się przez to jak górnik na przodku, ale było warto. Już sam fakt, że w Linii autor pokazuje jak wszechstronny jest jego talent, stawia ten tytuł na podium. Powiedzieć, że udanie wyszedł z próby napisania mini-opowiadania fantasy i historycznego, to za mało. Prawda jest taka, że pomysły w nich zawarte (zwłaszcza ten dotyczący Smoka) powinny były przerodzić się w kolejne powieści; byłam zdruzgotana, kiedy zostały przerwane. Nie mogę wyjść z podziwu, że Dukaj tak łatwo wywołuje w czytelniku myśl "nasza przyszłość na serio może tak wyglądać...". Niemal za każdym razem mam tak, gdy go czytam, a przecież ilość pomysłów w tym zbiorze można by rozdzielić między kilku innych autorów. Numer drugi to bezapelacyjnie tytułowy Król, też opierający się na rzeczywistości wirtualnej i zmianach w naszym DNA. Jak już pisałam po Piołunniku nie mogłam zasnąć, a wcześniej siedziałam kilka minut jak otępiała, bojąc się myśleć o tym, o czym wtedy myślałam. Szkoła czytana w czasie choroby i trawiącej mnie gorączki przyprawiła mnie swoim zakończeniem o wzrost ciśnienia (no bo żeby zakończyć w TAKIM momencie!!! znowu chciałabym wydanej osobno powieści!). Ciekawy był Aguerre, ale też męczyłam się z nim strasznie, chyba najmniej zrozumiałam to opowiadanie, choć jak już doszłam do kulminacyjnego momentu byłam pod ogromnym wrażeniem. Poza tym nazwę xenotyk zapamiętam chyba już do końca życia, bowiem często w trakcie lektury czułam się właśnie jak jeden z nich, spuszczony ze smyczy Stróża, zawieszający się pod wpływem całej reakcji łańcuchowej skojarzeń w mojej głowie. Najsłabsze w zbiorze wydają mi się Oko potwora (zg na brak napięcia, plusem była koncepcja kojarząca mi się dziwnie z 2001: Odyseja kosmiczna), Crux (jakoś nie łączy mi się przyszłość z powrotem do etosu szlachcica, sam pomysł na podzieloną Polskę był wspaniały) oraz Serce mroku (raz, znowu ta zimna wojna, dwa, że koniec był już zbyt absurdalny, aż szkoda tego potencjału jaki tkwił w planecie o nazwie Mrok). Jednak i ta trójka była na tyle dobra, że osobno oceniłabym każde na 4,5!
(...) na antypatię trzeba jednak solidnie zapracować. Tymczasem wystarczy się nie odzywać i trzymać uśmiech. Nie ma leniwych gburów. Odmowa zawsze wymaga pewnego wysiłku. Człowiek lubiany przez wszystkich i człowiek nijaki to zawsze te same osoby. (Linia oporu, s. 80)
Za dużo mam skojarzeń przy tej książce, za dużo. Nie chciałam tyle pisać, a już tyle za mną i nadal wydaje mi się, że nie powiedziałam najważniejszego, a tyle jeszcze przychodzi mi do głowy... Odnośnie stylu Dukaja, oddajmy na chwilę głos samemu zainteresowanemu:
Esencja: Nie boisz się niezrozumienia twoich tekstów przez czytelników?
Jacek Dukaj: (...) jest też spora grupa, już wychowana na „fantastyce empikowej”, dla której stanowię symbol literatury „nie do czytania”: zamiast pisać prosto i przejrzyście, standardową narracją amerykańską, pozwalam sobie, o zgrozo, na gęstą frazę i „eksperymenty językowe”, jasnym więc dla nich jest, że to książki nie dla normalnych czytelników, tylko dla snobów i krytyków, którzy „chwalą, bo nie rozumieją”. Jestem tego wszystkiego świadom, ale sądzę, że najgorszym błędem byłoby ugięcie się pod jakimikolwiek oczekiwaniami czytelniczymi. Psychologicznie zdążyłem się chyba uodpornić, bo to stały leitmotiv – już w recenzjach antologii z pierwszymi moimi opowiadaniami stroskani krytycy przepowiadali, że następnego tekstu Dukaja nikt nie zrozumie. Co oczywiście nie znaczy, że za którymś kolejnym razem nie będą mieli racji – ale widzę wyraźnie, że wszystkie alternatywne strategie pisarskie zawiodłyby mnie w ślepy zaułek. Na dłuższą metę jedynym dobrym kierunkowskazem są szczere przekonania, wręcz fiksacje autora, a nie zimne kalkulacje pod szanse sukcesu. Że to ryzykowne? Jak cholera. Bezpiecznie byłoby trzymać się raz sprawdzonej formuły, najlepiej jednego świata, bohatera i stylu, i wsłuchiwać się w głosy zadowolenia i niezadowolenia, wpatrywać w krzywe sprzedaży. Ale to śmierć literatury. (...) Dlatego jednej rzeczy w tej całej mojej rozpasanej dezynwolturze artystowskiej bardzo pilnuję: żeby być uczciwym wobec czytelników, nie zwodzić ich, nie nabijać w butelkę. Wymyślę to lub tamto, może się sprawdzi literacko, może nie – ale z góry wrzucam w sieć spore darmowe fragmenty (na ile pozwoli wydawca), żeby mogli sobie wyrobić zdanie, zanim wydadzą pieniądze. Ostrzegam też lojalnie, żeby się nie spodziewali „więcej tego samego” – bardziej prawdopodobny jest skok w zupełnie innym kierunku."*
I to jest właśnie godne szacunku. On po prostu zakłada, że pewne nawiązania, skojarzenia, puszczanie oka czytelnik załapie. Czasem wymaga to znajomości jakiegoś filmu (choćby popularnego Czasu apokalipsy), muzyki igreka, filozofii iksa, przynajmniej podstaw angielskiego czy obeznania z terminologią komputerową, że tak to ujmę. A jak tego brak, to trzeba zwyczajnie się ruszyć i poszukać. Najczęściej jednak nie ma żadnego punktu zaczepienia, Dukaj uwielbia gry słowne, i nieraz potrzeba trochę czasu, żeby człowieka oświeciło co to miało znaczyć, ale te chwile i duma z samego siebie (oj tak ;) wynagradzają to wszystko z nawiązką. Czy mój zachwyt Królem Bólu czyni mnie snobem? Nawet nie twierdzę, że zrozumiałam wszystko. Połowę odczytywałam od razu, 1/4 w bólach (o ironio), ostatniej ćwiartki zapewne nie udało mi się ni w ząb rozszyfrować. Prym tu wiedzie Linia i Augerre (w pierwszej sam koncept jest piekielnie skomplikowany, w drugiej poległam w kwestii fizyki). Nic to jednak, już się cieszę na planowaną powtórkę tego zbioru. I mój zamysł przeczytania całej Dukajowej bibliografii nadal obowiązuje!

Wybaczcie ten okropnie długi i nieskładny post, składam to na karb mojego amatorskiego podejścia. Na zakończenie dodam tylko, że każdemu autorowi życzę, aby wydawano go/ją tak, jak WL wydaje Dukaja.

Ocena: 5/6 (dokładna średnia ocen wszystkich ośmiu opowiadań)

* Esencja Moc generowania sensów (wywiad z pisarzem)

22 marca 2011

Stanisław Lem - Maska

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 1988
Pierwsze wydanie: 1976
Stron: 40

Wiedziałam, że mam do czynienia z geniuszem, ale Maska mnie zaskoczyła na całej linii. Jest to króciutkie opowiadanko bardzo wyróżniające się na tle twórczości Lema. Po pierwsze główną postacią jest istota płci żeńskiej. Po drugie język jest niezwykle wyrafinowany*, kunsztowny, stylizowany na dawne czasy (ale bez przesady z tą ostatnią cechą), z długimi zdaniami. Po trzecie jest to bardzo nietypowe science - fiction. Brak w nim w zasadzie elementu science, a tym samym opisów technicznych wynalazków ani zagadnień z zakresu fizyki czy astronomii. Po czwarte fabuła umiejscowiona jest... na dworze królewskim. Przypominało mi to XVII wiek tak na oko. Po piąte pomysł jest kosmiczny, wielce oryginalny, wręcz oszałamiający. Po szóste - zakończenie, takie nieoczekiwane. To wszystko przyczynia się do gonitwy myśli i coraz bardziej opadającej szczęki czytającego.

Odnośnie zawiązania akcji powiem Wam tylko co jest na pierwszej stronie. Jest istota, która myśli o sobie w rodzaju nijakim (Lem bawi się językiem i pisze "rozponawałom siebie" itp.). To coś czuje, że jest poddawane jakimś działaniom, powołującym ją do życia. Mój pierwszy trop, aha, lecimy Snergiem, mamy cyborga, który teraz będzie próbował wstać i zorientować się w tym nowym świecie. A figa! Istota nagle czuje "napływ płci" i wtedy zaczyna używać końcówek "-am". Następnie otwiera oczy i... jest na królewskim balu. Rzadko, bardzo rzadko jestem tak zaskakiwana podczas lektury. Każdy akapit wnosił coś nowego, coś absolutnie wykraczającego poza moją wyobraźnię, co wybijało mnie z raz obranego toku myślenia i utartych założeń, których nauczyły mnie poprzednie książki. Chapeaux bas!
(...) musiał być już zmęczony własną inteligencją, zbyt przeszywającą i też po trosze niszczącą jego samego, zapewne zjadał nocami sam siebie, widać było, że mu z tym ciężko i że są godziny, w których rad by się jej pozbyć niczym kalectwa, nie jak przywileju i daru (...) (s. 9)
Maska to dobry sposób, żeby posmakować s-f, bez obawy, że zasypią nas techniczny żargon i niezrozumiałe naukowe wyjaśnienia. Mały 40-stronicowy łyczek tego gatunku, ale jaki, proszę państwa, ale jaki!

Ocena: 5,5/6

* Z jednej strony miałam "Słownik języka polskiego", z drugiej "Słownik wyrazów obcych", z trzeciej słownik Kopalińskiego ;) Nie przerażajcie się, sprawdzałam jedno słowo na 1-2 strony, więc nie przerywałam sobie aż tak często czytania.

17 stycznia 2011

A. B. Strugaccy - Daleka tęcza

Wydawnictwo: ALFA, 1988
Pierwsze wydanie: Далекая Радуга, 1963 i Попытка к бегству, 1962
Stron: 199
Tłumacz: Eligiusz Madejski

Dla młodszych czytelników warto napisać, że inicjały oznaczają Arkadija i Borysa oraz że bracia Strugaccy to bardzo znani rosyjscy pisarze s-f. Moi rówieśnicy+ na pewno ich znają, sporo ich książek i opowiadań zostało wydanych w Polsce, zwłaszcza w latach 80. Ich popularność nie jest przypadkowa. Zaczęłam od ich Pikniku na skraju drogi i już wtedy mnie mocno zaintrygowali. Oczywiście, na moje nimi zainteresowanie wpłynął fakt, że Piknik został sfilmowany przez Tarkowskiego jako Stalker, jeden z moich filmów życia, jednak książka i film nie mają wiele wspólnego, choć scenariusz napisali bracia a Andriej im pomagał i wściekał się, jak nie rozumieli o co mu chodzi.

Wracając jednak to właściwego tematu tego postu. Daleka tęcza to tak naprawdę dwa opowiadania: tytułowe oraz Próba ucieczki. Oba to tzw. twarde s-f, z opisem sprzętu, wynalazków, zmienioną strukturą społeczeństwa. Oba zaczynają się niepozornie. Daleka tęcza wcale nie sugeruje jakiegoś optymistycznego zakończenia, wiecie, w tle zalśniła na niebie tęcza, jest więc światełko w tunelu itp. Tęcza okazała się być planetą, jedną z wielu zamieszkaną przez ludzi. Jednak właśnie ona jest rajem dla fizyków, wielkim laboratorium, w którym badają oni materię, eksperymentują z jej przesyłaniem. Akcja rodzi jednak reakcję, bowiem obserwują czasem zjawisko Fali - ogromnej, czarnej ściany, która przechodząc, niszczy wszystko. I tak dzieje się znowu, jednak tym razem jest to Fala nowego, nieznanego typu. Nie chcę zdradzać więcej, dodam tylko, że książka niesamowicie stopniuje napięcie,podnosząc je ostatecznie do punktu, w którym czytelnik niemal wyskakuje ze skóry, żeby wiedzieć co będzie dalej. Porusza tez problem podziału ludzkości na naukowców i na emocjonalistów, czyli tych, którzy są racjonalni i użyteczni, i tych, którzy zajmują się wg części fizyków bzdurami do niczego niepotrzebnymi. Ale czy w sytuacji bez wyjścia naukowcy na pewno zachowują zimną krew?
Nikt go nie lubi. Wszyscy go znają - nie ma na Tęczy człowieka, który nie znałby Kamila - ale nikt, absolutnie nikt go nie lubi. W takiej samotności i ja bym zwariował, a Kamila, zdaje się, to zupełnie nie interesuje. Zawsze jest sam. nie wiadomo, gdzie mieszka. Pojawia się niespodziewanie i niespodziewanie znika. (Daleka Tęcza, s. 18)
Próba ucieczki to zupełnie inna sprawa. Tu mamy dwuosobową drużynę: odpowiedzialnego Antona i kąpanego w gorącej krwi Wadima. Ludzkość zna różne planety, niektóre z nich uczyniła punktami turystycznymi, dotarła już nawet do dwóch innych cywilizacji. Książka zawiera też świetne opisy pół-żywych maszyn. Nasza dwójka zostaje namówiona przez tajemniczego Saula do wyruszenia na nieznaną i bezludną planetę, wybraną w dodatku losowo. Po wylądowaniu okazuje się jednak, że są tam ludzie. To opowiadanie zadaje pytanie jeszcze cięższe gatunkowo, bowiem zastanawia się nad możliwością ingerencji w Historię. Czy dałoby się przyspieszyć rozwój ludzkiej rasy, gdyby postawić ją przed wszystkimi dobrami, jakie zostały wynalezione przez tysiące, setki lat? Czy jednak droga, którą ludzie przeszli była konieczna, żeby osiągnąć nasz poziom? Właściwie zahacza to trochę o Hegla, jak teraz o tym myślę... W każdym razie, ten tekst to kawał dobrej roboty; można mu wybaczyć pewne naleciałości z czasów, w jakich go napisano. Strugaccy to solidna firma i na pewno jeszcze poszukam ich utworów.
Dziwactwa... Nie ma żadnych dziwactw. Są po prostu różnice. Zewnętrzne świadectwa nieodgadnionych procesów tektonicznych w głębi ludzkiej natury, gdzie rozum walczy na śmierć i życie z przesądami, gdzie przyszłość na śmierć na śmierć i życie walczy z przeszłością. A my koniecznie chcemy, żeby wszyscy dokoła byli gładcy, tacy jak ich sobie wymyślamy na miarę naszej skąpej fantazji... aby można było ich opisać elementarnymi funkcjami dziecięcych wyobrażeń: dobry wujek, chciwy wujek, nudny wujek. Straszny wujek. Dureń. (Próba ucieczki, s. 119).
Ocena: 5/6

P.S. Okładka, choć dość ciekawa, nie ma żadnego związku z fabułą obu opowiadań.

7 stycznia 2011

Ernest Hemingway - 3 opowiadania [w:] 49 opowiadań

Wydawnictwo: Państwowy Instytut wydawniczy, 1974
Pierwsze wydanie: The First Forty-Nine Stories, 1965
Tłumacz: Bronisław Zieliński (tych 3, które czytałam)

Miejmy to już za sobą. Napisać coś muszę, bo za parę tygodni na zajęciach już niewiele będę pamiętać. Jak już pisałam Hemingway'a nie lubię, i kiedy mówię "nie lubię" mam na myśli, że naprawdę nie jestem w stanie go czytać, zwyczajnie się zmuszam. Odrzuca mnie ten pisarz na całej linii. Niech se będzie wybitny, niech będzie wyjątkowy, niech będzie może i najważniejszym pisarzem amerykańskim. Ja tego nie kupuję. Zwłaszcza jego bohaterów: jak facet, to zimny drań, mruk i często szowinista, który z góry patrzy na głupiutkie kobietki i gardzi bardziej wrażliwszymi mężczyznami. Jak kobieta to albo bezwzględna suka, przyprawiająca rogi swojemu mężowi, albo głupia i naiwna gąska. No bożeno, ręce opadają od tej monotonii. I niech se nawet Ernest zmienił sposób pisania jaki uprawiano przez lata. Pan pisarz porzucił opisy przyrody, drwił z przymiotników, ograniczył możliwe rozmowy swoich bohaterów. To nie dla mnie. Może gdyby go nie było, stracilibyśmy coś, zapewne oświecą mnie w tym względzie na zajęciach, przywołując inspiracje Hemingwayem. No i dobrze, kiwnę na to głową. Ale jednak nie będę pisać, że zachwyca, jak nie zachwyca. A Hemingway wielkim pisarzem nie jest, dla mnie rzecz jasna.

Krótkie szczęśliwe życie Franciszka Macombera (stron 38)

Safari. Na pierwszym planie trójkąt: odważny, pozbawiony skrupułów myśliwy-przewodnik (Wilson), "miętki" i tchórzliwy mąż (Franio), niewierna żona łasa na pieniądze męża i przygody z myśliwym (Margot). Wiemy jak to się skończy? W momencie kulminacyjnym nawet zaangażowałam się w całą historię, aczkolwiek całe opowiadanie (patrz ilość stron) czytałam 4 dni. Rekord życiowy. W tle zabijanie zwierząt. Zakończenie pozostawia czytelnika z odrobiną niepewności, co przemawia na plus całej historii.

W Michigan (stron 6)

Jedyny plus tego opowiadania to to, że jest krótkie. Tym razem mamy parkę głównych bohaterów: ona typ głupiutkiej gąski (Liza), on typ robola pozbawionego głębszej myśli (Jim). Fascynujące. Opowiadanie jest pisane z jej punktu widzenia, bowiem dziewczyna zakochuje się w owym kowalu. Koniec, oczywista, brutalny, zimny, nie pozostawiający żadnych złudzeń. No, przyznam jeszcze, że nie przypomina to amerykańskich filmów z tego okresu (1921), więc jako takie jest odważne, niszczące mit American dream.

Wzgórza jak białe słonie (6 stron)

To opowiadanie pozostawiło po sobie chyba najlepsze wrażenie, bowiem kobieta wreszcie wyłamuje się z Hemingway'owskiego schematu: nie jest gąską, nie jest naiwna, ale jest głupia, no dobra, może nie głupia, ale postępuje nierozsądnie i nie chce kierować swoim życiem sama. Oczywiście, robi to za nią jej chłopak, typ manipulatora i emocjonalnego wampira. Imion brak. Całość to w sumie jedna ich rozmowa, przeprowadzona na stacji gdzieś w Hiszpanii, z pozoru bez znaczenia i prozaiczna, w rzeczywistości ukazująca prawdziwy konflikt, brak bliskości między nimi i odzierająca ze złudzeń.

Zakończę jeszcze błyskotliwą uwagą, że czcionka PIW była wspaniała i szkoda, że nikt już takiej nie stosuje. Koniec tej mordęgi z panem H.

10 grudnia 2010

Flannery O'Connor - Trudno o dobrego człowieka


A Good Man Is Hard To Find, 1955
Liczba stron: 14

Opowiadanie przeczytane zg na moje obecne zajęcia z literatury amerykańskiej. Będzie się tu można spodziewać kilku recenzji ekstra do końca marca właśnie z tego rejonu; dla mnie to po prostu sposób na zapamiętanie czegoś więcej niż tylko tytułu (jak i cały ten blog, zresztą). Niektóre mnie cieszą (np. Szkarłatna litera już zaczęta; dzięki boo!), perspektywa innych mnie dobija (vide Hemingway). W przypadku O'Connor dobrze się złożyło, że musiałam to przeczytać, bowiem opowiadanie trzyma czytelnika swoimi łapami od początku, zwodząc go i sugerując sielankową opowieść o rodzinnym wyjeździe. Szybko jednak całkowicie nim wstrząsa, pokazując pazury, nabitą broń i sarkazm.

Zaczyna się łagodnie dzięki głównej bohaterce - starszej kobiecie wybierającej się ze swoim synem i jego rodziną na wakacje na Florydę. Po drodze mają jednak wypadek... Relacje między nimi pokazane są w subtelny sposób, ich charaktery wyzierają z krótkich opisów, pewnych ich nieuświadamianych sobie gestów, wyboru ubrań, sposobu mówienia, wreszcie zachowania. Czuć w tym amerykańską prowincję, nostalgię za dawnym porządkiem kultywowanym na Południu. Z drugiej strony jest prąca do przodu młodość, życie nieznoszące próżni i oglądania się za siebie. Zagubienie (?). [Zobaczymy ile z moich refleksji potwierdzi się na wiosennych zajęciach.] Całość okraszona szczyptą gwary, zdaje się południowej, w wykonaniu złych charakterów. Przyznaję, że tekst zrobił na mnie spore wrażenie; obecnie mam lekką fazę na amerykańską historię, którą to opowiadanie umiejętnie podtrzymało.

Ocena: 5/6