Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1957
Stron: 174
Najpierw skojarzenie: Rok 1984. Otworzyłam książkę, nie mając pojęcia co w niej znajdę, ani na czym będzie zasadzała się fabuła (jak wspominałam - lubię takie eksperymenty). Zakładałam, że będzie działa się współcześnie i może odwoła się do sytuacji Polski. Właściwie dostałam to, tylko że w formie, której w ogóle nie podejrzewałam. Wszystko przez to, że na dzień dobry zostałam wrzucona do Hiszpanii roku 1485 w sam środek złotych czasów Świętej Inkwizycji! W dodatku dwie główne postaci są historyczne: to Wielki Inkwizytor Torquemada oraz dominikanin fray Diego. Ten drugi jest przerażony tym, co się wokół dzieje, sumienie nakazuje mu mówić prawdę. Przypadek (?) sprawia, że ma okazję porozmawiać z ojcem Torquema, a ten - zachwycony jego żarliwością i niewinnością, decyduje się wykorzystać podatnego na wpływy Diega i otwiera przed nim ścieżkę kościelnych awansów.
Skąd więc ten Orwell? Ponieważ to kolejny opis jak totalitaryzm, władza i zaślepienie niszczy wszystko, co napotka. Miałam też silne skojarzenia z rewolucją jako taką, choćby francuską, bo choć brak w tej książce gwałtowności i ewidentnej przemocy, to jednak co rusz powracała do mnie myśl "każda rewolucja szybko zjada swoje własne dzieci", spirala zła nigdy się nie kończy i ubrudzi każdego. W związku z tym trudno nie zauważyć tu jasnych odniesień do ówczesnej sytuacji w Polsce, zwłaszcza że Andrzejewski, jak wyczytałam, w tamtym czasie, zdaje się, przejrzał już na oczy, a w każdym razie zaczynało do niego chyba docierać, że dał się zrobić w balona. Rozstrzygać tego nie będę, w każdym razie Ciemności kryją ziemię są pozycją wartą uwagi, moim zdaniem nie obowiązkową, ale interesującą. A ja po dwóch książkach tego pisarza stwierdzam, że odpowiada mi jego pióro.
Ocena: 4,5/6
