Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eseje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eseje. Pokaż wszystkie posty

12 października 2017

Terry Pratchett - Kiksy klawiatury. Eseje i nie tylko

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka,2015
Pierwsze wydanie: A Slip of the Keyboard, 2014
Stron: 328
Tłumacz: Piotr W. Cholewa

Nieodżałowany Pratchett... Przetłumaczony przez jak zawsze idealnie do niego pasującego Piotra Cholewę (w życiu bym nie wpadła na takie fajowe tłumaczenie tytułu!).
Nie zbudowaliśmy bazy księżycowej, ponieważ zdaliśmy sobie sprawę,że cały Wyścig Kosmiczny był tylko szaleńczym atakiem międzynarodowego machania fiutkami. (s. 216)
To świetny zbiór różnych tekstów Pratchetta (eseje, felietony, artykuły, przemówienia, itp.), idealny zwłaszcza dla osób, które skończyły Świat Dysku i nie wiedzą jak żyć ;) Ja, na szczęście, mam jeszcze sporo tytułów z cyklu przed sobą, a i tak przeczytałam Kiksy z wielką przyjemnością.
Fantasy udaje się najlepiej, jeśli traktujemy ją poważnie (może też być wtedy o wiele zabawniejsza, ale to już inna historia). A poważne traktowanie oznacza, że muszą istnieć reguły. Jeśli wszystko może się zdarzyć, nie ma żadnego napięcia Wolno wam sprawić, by świnie latały, ale musicie wziąć pod uwagę zagrożenie miejscowej populacji ptaków oraz konieczność, by w rejonach gęstych lotów ludzie przez cały czas nosili solidne parasole. (s. 99)
Myślę, że ich lektura pozwala docenić tego autora jakby obok jego powieści, po prostu jako człowieka, nie tylko jako pisarza. To był naprawdę wspaniały przedstawiciel naszego gatunku, nie tylko inteligentny, błyskotliwy, o wyjątkowym poczuciu humoru (wierzcie mi, że w głos śmiałam się w tramwaju przy niektórych fragmentach), ale też mądry, przenikliwy i taki po prostu... dobry. Jedną z jego cech, która mnie wręcz urzekła jest jego wyrozumiałość w stosunku do ludzi i ich słabości. Był taki nieoceniający innych. Nawet, gdy nie pałał do kogoś wielką sympatią, to nie pastwił się nad nim, tak zgrabnie potrafił umieścić to w swoich tekstach, bez złośliwości, wręcz jakoś... życzliwie (sic!). Trzeba być wielkim człowiekiem, żeby coś takiego potrafić. Niesamowite jest to, że sława zdawała się nie mieć na niego specjalnego wpływu, nadal był normalny, skromny, wcale nieprzekonany o swojej wyjątkowości. Lubię takich ludzi, szkoda, że już nie będzie można go poznać na spotkaniu autorskim czy konwencie (poniżej koszulka, którą zakładał na konwentach, źródło).

Była sadzawka, w której ryba musiała chyba wychodzić na brzeg, żeby zawrócić. (opis angielskiego ogrodu, s. 128)
Eseje te podzielone są na działy dotyczące jego pisarstwa, o nim samym i jego pomysłach (z mnóstwem anegdot) oraz ten, w którym Pratchett pisze o swojej chorobie, eutanazji, swoich poglądach na ten temat. Można zobaczyć wtedy inne jego strony, te bardziej poważne, nagle przestaje być tylko autorem piekielnie inteligentnych i zabawnych książek fantasy, ale też publicystą, który ma dość swojej choroby i dość tego, że ktoś decyduje jak może on umrzeć.
Science fiction z pewnością przewidziała wiek komputerów. Jeśli człowiek pogrzebie dostatecznie głęboko w stosach starych magazynów, prędzej czy później odkryje, że przewidziała mniej więcej wszystko, co chcemy; jeśli rzuci się w tarczę tysiącem strzałek, niektóre muszą trafić w środek. W SF znajdą nawet sugestie czegoś, co przypomina sieć. Ale niespodzianką okazało się to, że komputerów używają nie lśniący nowi ludzie, ale te same głupie ludzkie istoty, jakie żyją tu od zawsze. Nie chcą - na ogół - korzystać z techniki, by poszerzyć swą wiedzę. Chcą oglądać porno, grać w karty, kraść i gadać ze sobą nawzajem. Nie robimy tego dobrze. Dostaliśmy do rąk techniczne cuda, ale do nich nie dorastamy. (s. 218)
Dla fanów - lektura obowiązkowa! Dla nie-fanów: po skończeniu Kiksów zabierzecie się za jego książki, gwarantowane :) I pomyśleć, że sir Terry był kiedyś przeciętnym uczeniem, który nie lubił czytać!
Kupiłem nawet i przeczytałem jednym ciągiem wszystkie tomy Narnii, co było jak przejedzenie się opłatkami komunijnymi. (s. 104)
Ocena: 5-5,5/6

18 marca 2011

Droga do Science Fiction 1. Od Gilgamesza do Wellsa - wybór, przedmowa i tło historyczne James Gunn

Wydawnictwo: Wydawnictwa "ALFA", 1985
Pierwsze wydanie: The Road to Science Fiction: From Gilgamesh to Wells, 1977
Stron: 400
Tłumacz: ? (nie podano...)

James Gunn jest już emerytowanym profesorem anglistyki, wykładał teorię literatury na Uniwersytecie Kansas; w szczególności zajmował się s-f, jego teorią oraz historią. W latach 70. był prezesem SFWA (Stowarzyszenie Amerykańskich Autorów SF). Sam jest również pisarzem oraz laureatem kilku znaczących nagród. Otrzymał np. w 1976r. nagrodę specjalną Światowego Kongresu Science Fiction za książkę Alternate Worlds - ilustrowaną historię literatury s-f (jak nietrudno się domyślić chciałabym ją dorwać;) oraz Nagrodę Hugo za Isaac Asimov: The Foundations of Science Fiction. Można więc w ciemno założyć, że Gunn wie o czym pisze i tym samym staje się moim pierwszym przewodnikiem w świecie literatury s-f, a jego 4-tomowa antologia Droga do Science Fiction moim pierwszym podręcznikiem. Chciałabym na tym blogu wyraźniej zaznaczyć moje zainteresowanie tym gatunkiem, choć jestem dopiero nieopierzonym uczniakiem w szkole fantastyki i powoli rozglądam się w tym świecie. Jeśli ktoś chce porozglądać i pouczyć się ze mną, to zapraszam poniżej.

Część 1 może wydawać się najmniej interesująca, bowiem są tu głównie utwory noszące pierwsze ślady przyszłego nowego gatunku, dopiero potem omawiana jest pierwsza powieść fantastyczna, potem kolejne jaskółki, a kończy się to na Wells'ie, który "wyniósł science fiction na takie wyżyny, których nigdy jeszcze przedtem nie osiągnęła, a później - bardzo rzadko" (s. 374). Nawet z tą pierwszą powieścią wiąże się spór wśród teoretyków literatury. Jedna szkoła uznaje za taką Frankensteina Marry Shelley, druga podaje Verne jako pierwszego autora s-f. Jakby nie było Frankenstein nosi już wyraźne cechy zaliczające go to tego gatunku, przede wszystkim jest jednak słynną powieścią gotycką. Z kolei Verne nie tylko zdobył majątek i sławę pisząc powieści fantastyczne, ale co ważniejsze "to, o czym pisał oraz sposób, w jaki pisał; to wszystko było konieczne do ewolucji i powszechnej akceptacji nowej literatury poświęconej nauce i technice" (s. 257). Wells natomiast jest już niekwestionowanym ojcem współczesnej fantastyki naukowej.

Droga do... liczy 400 stron, nie jest to jednak długi wykład Gunna na temat historii tego gatunku. robi to w atrakcyjnej formie. Najpierw jest krótki wstęp, potem zaczynają się rozdziały, z których każdy poświęcony jest kolejnemu autorowi. Najpierw Gunn opisuje tło historyczne, zwraca uwagę na pierwsze ślady fantastyki w kolejnych utworach, objaśnia czyjś styl, jak dany pisarz przyczynił się do powstania science fiction lub jego rozwoju. Co mi się szczególnie podobało, to wyraźne zaznaczanie kto wzorował się na kim, czerpał inspiracje (X mógł napisać B, ponieważ ktoś wcześniej napisał A itd.). Głównie więc ten tytuł to zbiór opowiadań lub fragmentów powieści, które Gunn uznał za wyjątkowo interesujące lub/i ważne. Nie wszystkie mnie zainteresowały, choćby Prawdziwa historia Lukana, którą czyta się jak po grudzie czy Państwa i cesarstwa Księżyca de Bergerac'a - zestarzałe i nużące. Część już znałam w całości (Utopia i Miasto słońca), inne dopiero przeczytam, bałam się więc czytać ich fragmenty, żeby nie zepsuć sobie zabawy (Frankenstein i 20 000 mil podmorskiej żeglugi). Było jednak kilka nowych dla mnie opowiadań, które szczególnie chciałabym polecić: Fitz-James O'Brien Diamentowa soczewka (1858, otworzył dla s-f nowe rejony - tym razem te mikro), Ambrose Bierce Draństwo (1898, udanie pociągnął motyw niewidzialności, który pojawił się wcześniej o O'Brien'a i de Maupassant'a) oraz Gwiazda Wellsa (1897, dowód, że nikt tak przed nim nie pisał). Ewidentnie są to już nowsze rzeczy, bliższe temu, co nazywamy obecnie fantastyką ,dlatego chciałabym móc już zagłębić się w części 2-4, licząc też, że są podobne pozycje dotyczące współczesnych czasów. Są też w tym zbiorze nazwiska zaskakujące: vide Hawthorne i jego Córka Rapacciniego :]

Książkę już skończyłam, jednak nadal nad nią siedzę i studiuje kanon sf wg Gunna, przeżywając na przemian rozkosz niecierpliwości i czarną rozpacz, ponieważ sporo z podanych przez niego tytułów (dodajmy- arcyciekawych) nie wydano w Polsce. Czy będę w stanie czytać po angielsku książki z tego gatunku? Na ostatnich kartach można też znaleźć listę dzieł o tej literaturze, wszystkie one jednak są niedostępne w Polsce.

Ocena: 4,5/6

17 grudnia 2010

antologia - Historia kina. Wybrane lata

Wydawnictwo: wydanie specjalne miesięcznika KINO, 1998
Liczba stron: 303

Lektura tej książki zajęła mi kilka miesięcy. Raz, że dobra dusza pożyczyła mi to bezterminowo (dziękuję O.!), więc nie musiałam się spieszyć, dwa, w trakcie czytania wypisywałam sobie maczkiem na małych karteluszkach setki tytułów i nazwisk reżyserów. Jest to świetna pozycja na początek: wcześniej nie czytałam jeszcze żadnej historii kina, jedną mam u siebie, inne są też w planach. Taki Płażewski czy Lubelski wydali szczegółowe, opasłe tomiszcza, natomiast czytane przeze mnie Wybrane lata to próba syntezy całej historii tej dziedziny, zwrócenie uwagi na najistotniejsze trendy i zmiany zachodzące w kinie XX wieku, które dają czytelnikowi możliwość ogarnięcia tego wszystkiego w jednej, nie za dużej objętościowo, książce. Dużo się z niej nauczyłam.

Każda dekada rozbita jest na kilka wybranych lat (np. lata 60. na 1963, 1966 i 1969 rok) i każda omówiona jest przez inna osobę. Autorzy rozdziałów to np. Alicja Helman, Andrzej Kołodyński, Tadeusz Lubelski, Jerzy Płażewski i Tadeusz Sobolewski; nazwiska zapewne znane każdej osobie interesującej się trochę bardziej kinem. Dany rok omówiony jest najpierw z punktu widzenia ówczesnych wydarzeń historycznych, ich wpływu na tematykę filmów, rodzące się trendy lub losy tych rozpoczętych wcześniej, ewentualne techniczne wynalazki w tej dziedzinie oraz wspomnienie, a czasem tylko wyliczenie tytułów wyróżniających się swoim poziomem w danym roku i powodów tegoż. Do tego dochodzą dwa podrozdziały: autor omawia wybrane arcydzieło tego roku oraz wyjaśnia hasło roku. Hasłem mogło być nazwisko (np. Hitchcock), nurt (neorealizm), gatunek (film noir) lub tendencja w kinie(odnowa westernu). Całość zawiera mnóstwo zdjęć (wszystkie czarno - białe) oraz indeks tytułów. Drogi papier i dobra korekta, która jednak na ostatnich stronach przepuściła kilka rzeczy (w tym błąd ortograficzny). Na minus zaliczyłabym zaledwie wspomnienie o Andrieju Tarkowskim, i to tylko ze dwa razy ;)

Historię kina oceniam bardzo pozytywnie, wyjaśniła mi wiele rzeczy, pozwoliła nawet docenić filmy, których nie lubiłam. I choć nadal ich nie lubię, to teraz rozumiem ich wielkość. Ukazała mi takie poziomy niektórych arcydzieł, których wcześniej, w swoim niedoświadczeniu nie dostrzegałam. Zwłaszcza przystępnie wyjaśnia postmodernizm, wskazuje jego początki i ewolucję aż do stanu na rok 1998 (ostatnia omawiana data). Dla mnie to zawsze był niezrozumiały dziwoląg i dorabianie ideologii, teraz jest to dla mnie zdecydowanie jaśniejsze, nawet jeśli porywa mnie tylko wybiórczo i tylko do pewnego momentu. Chciałabym wyróżnić zwłaszcza ostatni rozdział pióra Tadeusza Sobolewskiego, z którym, jak się okazuje, dzielę sporo poglądów, z tym, że on ma łatwość ubrania w słowa to, co mi się telepie we łbie od paru lat i co jest dla mnie źródłem wielu moich wątpliwości w dziedzinie sztuki i kultury.
(...) Internet sprawia, że najbardziej ezoteryczne przedsięwzięcia nabierają światowego zasięgu lub przynajmniej mają taką szansę. Bycie z boku, poza głównym nurtem, staje się niemal cnotą. Jest to zrozumiała reakcja na telewizyjną nudę, lejącą się z 50 kanałów i zmonopolizowanie światowej dystrybucji filmowej. Ta demokratyzacja niesie z sobą zagrożenie, grozi rozbiciem dotychczasowego universum, zniwelowaniem wszelkich hierarchii. Żyjemy w "kulturze fanów", w której wszystko się podoba, a "każda potwora znajdzie swego amatora". W tej kulturze arcydzieło, którego cechą jest także przystępność, staje się niemożliwe, a samo pojęcie arcydzieła - bezużyteczne; to, co dla mnie jest arcydziełem, nie musi nim być dla ciebie, i nie musimy się na ten temat porozumiewać! (s. 278)
Całe to zakończenie jest dość pesymistyczne i ja ten pesymizm, niestety, podzielam. Kończąc: polecam, warto tej pozycji poszukać, szkoda, że nie można tego już nigdzie kupić.

Ocena: 5-5,5/6

18 października 2010

Andriej Tarkowski - trzy książki


To będzie post dla fanów. Jeden z moich ulubionych reżyserów, autor filmów, które należą do mojego Top-ileśtam. Artysta, który zmienił moje postrzeganie kina, i który urzekł mnie swoim postrzeganiem świata, bowiem wiele jego poglądów dzielę. Jego filmy są tak fascynujące, że sam Bergman mówił o nim, iż Tarkowskiemu udało się wejść do pokoju, do drzwi którego on sam tylko pukał. O, a tak na marginesie, po prawej można zobaczyć sympatyczny żarcik podesłany na gronie (kliknij by powiększyć). Ale do rzeczy. W ciągu ostatnich miesięcy miałam okazję przeczytać 3 książki dotyczące tego reżysera. Jedna została napisana przez niego i wydana za jego życia, druga to jego dzienniki (zredagowane przez żonę Łarisę), trzecia to książka o nim. Ku pamięci chciałabym napisać kilka słów o każdej.

Andriej Tarkowski - Dzienniki
Wydawnictwo: Instytut Sztuki Polskiej Akademii Nauk, 1998
pierwsze wydanie: właśnie rok 1998
liczba stron: 560

Właśnie wyczytałam, że to Polacy jako pierwsi zabrali się za wydanie Dzienników. Przełożył je i opracował dr Seweryn Kuśmierczyk, który wykonał kawał dobrej roboty. Książka zawiera solidnie opisane przypisy i tylko mogę sobie wyobrazić ile czasu zajęło dojście czyje jest każde imię i nazwisko wspominane przez Tarkowskiego. Do tego jest kalendarium życia i twórczości, indeks nazwisk i tytułów, filmów, prac twórczych i zamierzeń artystycznych. Pół roku temu licytowałam Dzienniki na allegro. Moje możliwości skończyły się przy 70 zł, ostateczna cena oscylowała gdzieś koło 150zł... Zdaje się, że jeszcze nikt nie wpadł na ponowne ich wydanie, ale kto wie, cała nadzieja w Świecie Literackim, które wypuściło nowe wydanie Czasu utrwalonego. Czy jednak warto wydać aż tyle? Wydaje mi się, że nie. Dzienniki to kopalnia wiedzy o Tarkowskim, ale jednak równie dobrze można wypożyczyć to z biblioteki, wynotować sobie rzeczy nas interesujące (jakieś nazwiska czy tytuły) jak ja to zrobiłam i już. Może kiedyś będę chciała jeszcze do nich zajrzeć, ale na razie nie będzie mi specjalnie żal, że ta pozycja nie uświetni mojej półki. Zapiski z tych 8 lat pełne są problemów reżysera z władzą, zajmuje to jego codzienne myśli i działania w takim stopniu, że musiało to być wykańczające. Niektórym to tylko wiatr w oczy... Jest to też kalejdoskop setek nazwisk, zbieranina cytatów, fragmentów książek, pomysłów, kwot, które trzeba oddać, zamartwiania się o zdrowie swoje i swojej rodziny. I między tym wszystkim są takie niesamowite wyspy. Jednego dnia planuje jak przerobić dom na wsi, by drugiego dnia ni z gruszki, ni z pietruszki omawiać tematy o wielkim...jak to ująć...napięciu metafizycznym! I ciekawa sprawa: Tarkowski nie zna się za bardzo na ludziach, czego ma sam świadomość. Ale jak kogoś polubi, pięknie o nim pisze.
21 września1984, Sztokholm
Dzisiaj była kolacja u Katinki. Było bardzo miło. Poczułem, że Sven jest bardzo samotny, wciąż przezywa, jak sądzę, tę potworność, która wydarzyła się, kiedy jego szesnastoletni syn podciął sobie żyły i umarł. Sven jest bardzo samotny, nie ma przyjaciół. Bardzo chciałbym mieć takiego przyjaciela jak on.(s.404)
Interesująca rzecz, pozwoliła mi nieco lepiej go poznać, nawet biorąc pod uwagę, że część rzeczy Łarisa wycięła, a także dojrzeć w nim normalnego, zwykłego człowieka. Książki tu nie ocenię, w końcu nie ma to sensu w przypadku osobistego dziennika, ale naprawdę polecam fanom.

Andriej Tarkowski - Kompleks Tołstoja. Myśli o życiu, sztuce i filmie
Wydawnictwo: Wydawnictwo Pelikan, 1989
Pierwsze wydanie: 1989
Stron: 314

Z przedstawionych tu przeze mnie pozycji tę polecam najbardziej. i tę bardzo chciałabym mieć na swojej półce. Choć formalnie nie została napisała przez reżysera, jest to zbiór jego wypowiedzi zebranych i opracowanych przez pana Seweryna Kuśmierczyka. Pochodzą one z książek Tarkowskiego i wywiadów z nim (gazetowych i telewizyjnych). Zostały pogrupowane w trzech działach: o sobie i zasadach życia, rzeźbienie w czasie (ogólnie o sztuce reżyserskiej) i o swoich filmach. Każdy z nich ma też mniejsze podrozdziały. Możecie sobie tylko wyobrazić ile czasu zajęło posprawdzanie tego wszystkiego, czasem dochodziło też tłumaczenie z prasy zagranicznej, poukładanie, zdecydowanie co, gdzie się znajdzie. Benedyktyńska praca. Do tego pan Seweryn dodał bardzo sensowny wstęp, którego polecam nie omijać. Jakość jego pracy przesądza, że będę pewnie chciała w przyszłości sięgnąć po jego książkę Pasja według Andrieja.

Z tej pozycji chyba bardziej wychodzi prawda o Tarkowskim niż z jego Dzienników. Staje się żywym człowiekiem, który w młodości mówi jedno, jako dojrzały mężczyzna coś innego. Który ma problem z klarownym przedstawieniem swojego punktu widzenia. Który jest całkowicie subiektywny w swojej percepcji. Który sobie zaprzecza w różnych wywiadach (np. większość czasu odżegnuje się od symbolizmu, by w innym wywiadzie uznać, że to i tamto było symbolem tego i tamtego ;) Raczej pesymista. Przerażony tym, co działo się w czasach mu współczesnych. Wierzący i religijny. Raz mówi naprawdę wielkie rzeczy, by dać się namówić na wypowiadanie jakichś bzdur o... kobietach. Przede wszystkim ta książka pozwala zrozumieć wiele dodatkowych rzeczy w jego filmach oraz zrozumieć w jaki sposób (mi bliski) szanuje on widza.
Według mnie, szacunek dla widza polega na tym, że mogę rozmawiać z nim w swoim własnym języku, nie schlebiając mu i nie robiąc z siebie głupszego aniżeli widz. Jedynym właściwym podejściem jest pozostanie samym sobą. I mówienie do widza jak do równego sobie. W naszych czasach nie można poważnie traktować przypuszczenia, że publiczność jest głupsza lub mniej dojrzała niż sam artysta. (s. 180)
Do tego szczegółowa bibliografia i indeks nazwisk i tytułów. Rzecz warta wznowienia notabene.

Ocena: 5/6

Andriej Tarkowski- Czas utrwalony
Wydawnictwo: Świat Literacki, 2007
Pierwsze wydanie: 1989
Liczba stron: 296
Tłumacz: Seweryn Kuśmierczyk

Ta książka to już zupełnie inna sprawa. Nie tylko napisana przez samego reżysera i to w ciągu 16 lat, ale pisana była też z myślą o wydaniu. Kierowała nim zdaje się potrzeba szerszego wyłożenia własnego spojrzenia na kino jakie takie, na warsztat reżyserski oraz, co typowe dla Tarkowskiego, na kondycję XX-wiecznego społeczeństwa. Dobrze jeśli uznany twórca pisze coś takiego, potem nie ma przynajmniej niedomówień i zbędnych nadinterpretacji jego działalności. Przyznam jednak, że Czas utrwalony czytałam najdłużej. Zapewne dlatego, że to książka własna, nie goniły mnie terminy, często wygrywały z nią inne książki, które musiałam szybko przekazać dalej. No i nie jest to nic rozrywkowego, taka lektura wymaga skupienia, w międzyczasie też oglądałam jego filmy, a to dla przypomnienia, a to te mi wcześniej nieznane.

Część fragmentów możemy znaleźć w Kompleksie... Sporo tu akapitów, które wręcz trudno było mi zrozumieć. Tzn. Tarkowski wznosi się czasem na taki poziom abstrakcji, że albo tylko sam siebie rozumiał, albo jest w stanie to pojąć tylko drugi tak wybitny artysta. Tradycyjnie też czasem sobie zaprzeczał i wynika to z długości procesu pisania; on też się zmieniał przez te lata. Niektóre moje tezy obalił, wiele ze swoich filmów wyjaśnił, niektóre rzeczy uprościł, inne całkowicie zagmatwał. Odwołuje się też do innych reżyserów - ludzi, których podziwiał, czasem omawia wybrane sceny (bywa, że i spoileruje). Pisze nieraz o bardzo konkretnych sprawach jak montaż, scenariusz czy aktor w filmie, a są i rozdziały poświęcone tak ogólnym ideom jak sztuka. Książka zwiera też jego filmografię oraz indeks nazwisk i tytułów, a na końcu jest esej tłumacza i jeśli mnie pamięć nie myli to jest to mniej więcej ten sam, co na początku Kompleksu. Podsumowując: polecam wyznawcom Tarkowskiego i wielbicielom kina radzieckiego.

Ocena: 4/6

29 września 2010

Herta Müller - Głód i jedwab

Wydawnictwo: Czarne, 2008
Pierwsze wydanie: 1997
Liczba stron: 200
Tłumacz: Katarzyna Leszczyńska

Literacka Nagroda Nobla 2009

Ciężka pozycja. Müller ciągle wpadała w moje ręce i za każdym razem nie zdążyłam przeczytać jej książki przed terminem jej zwrotu. Tym razem mi się udało. I dobrze, w końcu wstyd nie znać noblistki, niezależnie co się samemu myśli o decyzjach Komitetu.

W trakcie lektury czułam pewien dysonans. Z jednej strony kobieta, która pisze tylko o strachu, o złości, o krzywdach swoich i innych, z drugiej ze zdjęcia patrzyła na mnie mocno umalowana, roześmiana kobieta. Przeczytałam też notki o pozostałych jej książkach i właściwie wszystkie dotyczą tego samego tematu - dyktatury w Rumunii. Wdaje mi się przez to trochę zasklepiona w swoim smutku, we wspomnieniach, jakby była już złamana na całe życie. Nie wiem czy to prawda, mam po prostu takie wrażenie. A znam ludzi też pokiereszowanych przez los w PRL, którzy zostawili to jednak za sobą. Może Herta traktuje pisanie jako formę autoterapii, próbę przetrawienia tego, co się stało. Za młoda jestem, żeby oceniać jej postawę. I przyznaję, że w porównaniu z tym, co pisze o Rumunii, to PRL po 1956r. jawi się jako państwo, w którym jednak dało się jakoś żyć. A ja to mam z nim wspomnienia co najwyżej powiązane z najfajniejszym okresem mojego dzieciństwa. Zresztą, jako dziecko przyjmowałam jako naturalne puste sklepy i kartki na jedzenie, bo nie byłam jeszcze wtedy w wieku, w którym przychodzi zastanowienie. A Müller wspomnienia ma straszne: codzienny strach, okropne traktowanie kobiet jak fabryki dzieci, pokątne mordowanie ludzi, kłamstwa i kult jednostki.

To nie jest proza dla każdego, myślę, że im ktoś młodszy, tym bardziej bym zalecała poczekanie z jej lekturą. Niby to eseje, ale bardzo pachnące prozą, podejrzewam, że jej książki są właśnie w takim stylu. Zmierzę się jeszcze z "Sercątkiem", ale po dłuższym czasie. Czytanie tego siada kamieniem na sercu i ciąży. Trzeba potem odpocząć.

Ocena: 4/6

P.S. Mam okropny kryzys blogowy, bardziej mnie nie ma niż jestem :(

23 sierpnia 2010

Tomasz Mann - Dostojewski - z umiarem i inne eseje

Wydawnictwo: Muza SA, 2000
Pierwsze wydanie: eseje z lat 1921 - 1954
Liczba stron: 283

Laureat Literackiej Nagrody Nobla - 1929

Obok zdjęcie pisarza, okładki w sieci nie ma, jak zrobię zdjęcie, to wstawię. Książka zawiera tylko niewielki dorobek Manna w dziedzinie esejów, jest ich 9. Wszystkie mówią o innych pisarzach i bardzo często o ich dziełach. I tak noblista zachwyca się Cervantesem, Goethem, Tołstojem, Dostojewskim, Czechowem, Kafką i Strindbergiem. Zwłaszcza widać w tych esejach uwielbienie dla geniuszu Goethego, któremu poświęca chyba najwięcej miejsca. Nieustannie stawia koło niego Tołstoja, a to uwypuklając między nimi podobieństwa, a to zaznaczając dzielące ich różnice. Niewątpliwie zachęcił mnie do przeczytania wielu tytułów, które każdy z nas ma w pamięci, ale nie zawsze zdążył jeszcze je przeczytać. W moim przypadku to będzie Don Kichot, Faust, kilka opowiadań Czechowa i właściwie cały Strindberg, który za mną chodzi od lat i nęka mnie, gdzie tylko zajrzę.
Pewnego dnia Gorki ujrzał Tołstoja siedzącego samotnie nad brzegiem morza - ta scena jest szczytowym punktem jego wspomnień. "Siedzi, podparłszy oburącz głowę, między palcami powiewają srebrne włosy brody, patrzy w dal na morze, a do nóg jego posłusznie się toczą i łaszą zielonkawe fale, jakby opowiadały coś staremu magowi... I on również wydał mi się prastarym kamieniem, który ożył i zna wszystkie przyczyny i cele, myśli o tym, kiedy i jaki będzie koniec kamieni i roślinności, ziemi, wody morskiej i człowieka, i całego świata od kamienia aż do słońca. I morze jest częścią jego duszy, i wszystko wkoło powstało za jego wolą, z niego. Wydało mi się, że w nieruchomym zamyśleniu starca jest coś wieszczego, czarodziejskiego... Brak słów na wyrażenie tego, co odczuwałem wtedy; duszę przejmował zachwyt i niepokój, a później wszystko się zlało w przejmującą szczęściem myśl: Nie jestem sierotą na ziemi, dopóki ten człowiek jest tutaj". I Gorki oddala się "na palcach", aby piasek nie zaskrzypiał i nie przeszkodził myślom starca. (s. 148)
Szczególnie podobał mi się esej Podróż przez ocean z Don Kichotem z 1934r., Anna Karenina ( wstęp do wydania amerykańskiego, 1939r.) i Ku czci pisarza z 1940r. o Kafce. Ten pierwszy jest kwintesencją mannowskiego eseju, który do końca esejem nie jest, ponieważ zawiera wspomnienia z podróży do Ameryki. Drugi ukazał mi znaczenia książki Tołstoja, o których nie myślałam w trakcie lektury. Trzeci wyjaśnił mi dobitnie wielkość Kafki i sprawił, że na jego Zamek spojrzałam z nowej perspektywy. Dodatkowym walorem tego zbioru jest liczba anegdot, które Mann przytacza, np. o tym jak Tołstoj wskakuje swojemu rozmówcy na plecy (sic!;) albo jak Goethe przyzwala gościowi wysiorbać mizerię z sosem z talerza ;) Kilka razy się wręcz uśmiałam w trakcie lektury, co równoważy poważne fragmenty esejów, zwłaszcza obszerny i dość ciężki esej Goethe i Tołstoj. No i w jednym z nich znalazłam nowy cytat dla mojego bloga, autorstwa Goethego.

Ocena: 4/6