Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

30 stycznia 2020

Podsumowanie 2019 roku

Witajcie po... roku :) Haha, no ale podsumowanko musi być, nie ma bata, przecież nadal potrafię czytać, choć czytam kilka razy mniej niż kiedyś.

W 2019r. przeczytałam 23 książki. Bez szału, ale nie najgorzej. Od listopada mam trochę więcej czasu i jakoś to idzie nawet. W tym 11 kryminałów, jedna pozycja klasyczna (Pustelnia parmeńska), dwie powtórki, coś z SF, coś z literatury faktu, a nawet dzieło naszej najnowszej noblistki (Bieguni, skończyłam czytać w dniu ogłoszenia nagrody!). Jedna szóstka, więc jest co świętować!

W kategorii planuję przeczytać 218 (bez zmian)
W kategorii biblioteczka 95 (bez zmian zg na prezenty)
Dostałam chyba 3 książki (święta, biblionetkołaj i urodziny).
Kupiłam kilka książek, ale to takie specyficzne pozycje, więc czytam/czytałam je na bieżąco.

Mini-podium, bo tylko (lub aż) jedna szóstkowa ocena

Abraham Kajzer - Za drutami śmierci

Jest to dziennik więźnia obozu Gross-Rosen w Górach Sowich. Natknęłam się na niego zupełnie przypadkowo, na wakacjach. Spędzaliśmy je właśnie w tamtym regionie - Góry Stołowe, Sowie, Kamienne, Wałbrzych, Książ i okolice. Jednym z naszych przystanków była wizyta w Podziemnym Mieście Osówka, w którym bardzo sensowny przewodnik wspominał m. in. o tej książce. Od razu po wyjściu kupiliśmy ją sobie w sklepiku z pamiątkami. Lektura, jak chyba wszystkie dotyczące tego tematu, wstrząsająca. Nie spodziewałam się oczywiście niczego innego, bo też przeczytałam już sporo literatury lagrowej (jak i łagrowej). Kajzer był przerzucany między obozami, których zadaniem było budowanie tajemniczego kompleksu Riese. Na początku trafia nawet do Auschwitz i ku mojemu szokowi uznał pobyt tam za nieporównanie lepszy w stosunku do tego, co przeżył w Górach Sowich... W każdym razie za cud można uznać jego przeżycie, a moja najwyższa ocena to nie tylko efekt niesamowitego wciągnięcia w jego opowieść, ale też wyraz uznania dla jego siły woli, dla  chęci przeżycia, choć stracił rodzinę, zdrowie i przeżył niewyobrażalny rodzaj upodlenia jaki ludzie zaserwowali innym ludziom. Bardzo polecam, lektura stawia mocno do pionu, pozycja obowiązkowa dla zainteresowanych tą tematyką.

Wyróżnień w 2019 roku brak, niestety. 

Plany na 2020? Tylko i wyłącznie marzenie o czasie na książki, nieważne w jakiej liczbie, nieważne jak, moje życie przejdzie kolejną rewolucję i tak bardzo, bardzo chciałabym zachować moje małe poletko zainteresowania czytaniem. Tego proszę mi życzyć i tego życzę Wam, moi drodzy.

26 kwietnia 2014

Janusz Głowacki - Z głowy

Wydawnictwo: Świat Książki, 2004
Stron: 270

Zbiór felietonów/wspomnień (?) dramaturga, prozaika i scenarzysty, Janusza Głowackiego. Przyznaję się, wcześniej w ogóle go nie kojarzyłam, stąd moje zaskoczenie, gdy okazało się, że jest współautorem scenariusza do Rejsu.

Zaczyna od wizyty w Anglii w 1981, gdzie najpierw utknął ze względu na stan wojenny w Polsce, by potem przenieść się do USA i tam ostatecznie osiąść. Głowacki nie prezentuje raczej pisarstwa, które do mnie trafia, pewnie więc dlatego dotąd na niego nie natrafiłam. 

W jego felietonach podobała mi się szczerość, nawet jeśli przybierał jakąś pozę, np. mituwisizm, szybko potrafił ją wyśmiać i odrzucić. Nie robił z siebie żadnego anioła, niczego nie ukrywał. Czasem aż przesadzał z opisami swoich i cudzych imprezowo-alkoholowych doświadczeń i te fragmenty interesowały mnie najmniej. Za to w tych dotyczących emigracji miał moją pełną uwagę. Żadnego koloryzowania, zero pozłotki, tylko sama prawda, np. o tym, że jak jest się tam, to każdy Polak codziennie myśli czy może jednak nie wracać i tak stale, niezależnie od stażu na emigracji. No i jeszcze jedno: Z głowy to też skarbnica anegdot i historyjek o znanych artystach; można się niejednego dowiedzieć :)

Ocena: 3,5-4/6

27 lipca 2012

Claude Lanzmann - Zając z Patagonii

Wydawnictwo: Czarne, 2010
Pierwsze wydanie: Le lièvre de Patagonie. Mémoires, 2009
Stron: 511
Tłumacz: Maryna Ochab

Ten tytuł wpadł w moje ręce dość przypadkowo, ponieważ czytała go koleżanka, a że Lanzmann to reżyser znanego mi już Shoah - nie mogłam sobie odmówić takiej pokusy. 

Nie czytam zbyt dużo wspomnień/autobiografii, więc nie wiem na ile ta akurat była typowa lub nie. Autor zasadniczo zaczyna od dzieciństwa, a kończy na XXI wieku, jednak nieraz wybiega w przyszłość, cofa się do jakiegoś okresu, poświęca miejsce osobie, która w danym momencie była dla niego ważna. Sławnych ludzi u niego jest cała paleta, choćby Sartre (przyjaciel), Simone de Beauvoir (przez pewien okres partnerka, do samego końca przyjaciółka), Jean-Pierre Melville czy choćby Rywin (sic!). Zając z Patagonii wspaniale odmalowuje zwłaszcza czasy powojenne, potem 60., 70., specyfikę tamtego okresu. Podróżuje, głównie w celach zawodowych, i to daje mu okazje do śledzenia wielu wydarzeń politycznych. Można przeczytać sporo o polityce francuskiej i międzynarodowej (zwłaszcza o Bliskim Wschodzie). Lanzmann ma pozazdroszczenia godną pamięć, wręcz fotograficzną. Jako doświadczony dziennikarz potrafi pisać tak, że książka w sumie sama się czyta.
(...) brakowało najważniejszego - komór gazowych, śmierci w komorach gazowych, której nikt nigdy nie przeżył, żeby móc ją zrelacjonować. W dniu, kiedy to do mnie dotarło, zrozumiałem, że tematem mojego filmu będzie sama śmierć, śmierć, a nie przetrwanie, radykalna sprzeczność, ponieważ w jakimś sensie potwierdzająca niemożliwość przedsięwzięcia, w które się rzuciłem - umarli nie mogą mówić za umarłych. (s. 402)
Nie ukrywam jednak, że mnie najbardziej interesował okres kręcenia Shoah, słynnego filmu dokumentalnego, który poszerzył formułę tego gatunku, obrazu niezwykle ważnego dla Żydów, uważanego za arcydzieło, niepozostawiającego nikogo obojętnym - można to albo odrzucić, albo przyjąć, nie ma stanów pośrednich. Zwłaszcza w Polsce Shoah już od swojej francuskiej premiery w 1985r. budzi wiele kontrowersji, a najlepszym tego dowodem jest, że pierwszy raz pokazano go w publicznej telewizji bodajże dopiero w 2004 roku. Do teraz wystarczy rzucić okiem na dyskusje w polskim internecie (ale odradzam ten krok). Nie o tym jednak chcę pisać. Realizacji tego dokumentu Lanzmann poświęca sporo miejsca, opisuje kulisy jego powstawania, jak to się stało, że kręcił go około 12 lat, dlaczego jest taki długi (9,5h). Opisywał osoby, które nie trafiły do ostatecznej wersji zg na kiepską jakość nagrania, opowiada jak dotarł do wielu z nich, jakie wrażenie zrobili na nim niemieccy zbrodniarze, a jakie komunistyczna Polska. Ujawnia jak oszukiwał, żeby zdobyć nagranie (w przypadku nazistów), a także jak przyjęto ten obraz na świecie. Wszystko to jest naprawdę godne uwagi.
Pamiętam, jak czytałem Moby Dicka na tarasie hotelu położonego na skalnej ostrodze na południe od Paestum. W dniu naszego wyjazdu nie mogłem się oderwać od opisu sargaskiego morza: "... w nieskończoność błękitne łany na żółtym morzu". Nic nie liczyło się w porównaniu z doskonałością metafory, chciałem czytać dalej, pokłóciliśmy się, zrobiła mi awanturę. (s. 232)
Wspomnienia te są jednak na tyle nieoczywiste i bywa, że przewrotne, iż w trakcie lektury mój stosunek do autora zmieniał się. Owszem, jest ciekawym człowiekiem, choć jeszcze ciekawsze okoliczności stawiał przed nim los. Widział wiele, poznał tak wielu oryginalnych ludzi. A jednak im dalej w las, tym zaczynał tracić moją sympatię. Nie, wcale nie od momentu opisywania Shoah, to w ogóle nie stanowi dla mnie problemu. Po prostu wychodzi z niego, przepraszam, że tak to ujmę, typowy Francuz - przekonany o własnej wyższości nad innymi. Do tego dołączają inne cechy jego charakteru - jest narcyzem i chwalipiętą, nie dostrzega czasem drugiego dna politycznego w podnóżach, które odbywał, nie wznosi się ponad własną ignorancję, no chyba że dotyczy to Izraela czy Algierii, ale to wynik tego, że te kwestie dotykały go osobiście. Czasem nie potrafi spojrzeć dalej niż na długość własnego nosa, do tego zbyt surowo ocenia ludzi, którzy epizodycznie pojawiają się w jego życiu. Jest tak przekonany o własnej wielkości i wręcz geniuszu, że to aż razi momentami. W pewnej chwili złapałam się na myśli "jakież on miał jednak łatwe życie". I kajam się, bo wiem, że to uproszczenie. Lanzmann działał we francuskiej partyzantce, nieraz przeżył chwile grozy, bywało, że klepał biedę. A jednak ukazuje się to, gdy styka się z ludźmi z innych krajów, że on jednak był cholernym szczęściarzem, który nie pojmuje, że nie każdemu trafia się możliwość rozwoju, nie ze względu na brak predyspozycji, ale zg na okoliczności zewnętrzne. Obawiam się, że i ja jestem trochę za surowa wobec niego...biję się w pierś!
Od chwili kiedy przekonałem sam siebie, że nie będzie ani archiwów, ani indywidualnych historii, że żywi ustąpią miejsca zmarłym i będą ich rzecznikami, że nie będzie żadnego "ja", jakkolwiek fantastyczne, pociągające, odbiegające od normy mogłyby być takie czy inne losy, lecz że przeciwnie, film ma mieć rygorystyczną formę (...) która opowie o losie całego narodu i jego heroldowie - niepamiętający o sobie, w najwyższym stopniu świadomi tego, czego wymaga od nich obowiązek przekazu, będą się wypowiadać w imieniu wszystkich, uznając sprawę własnego przetrwania za nieważną, uboga anegdotę, bo przecież oni też powinni byli umrzeć - i dlatego bardziej są dla mnie "duchami" niż ocalonymi - zacząłem walczyć (...). (s. 406)
Ocena: 5/6

9 września 2011

Mark Kurzem - Maskotka. Nazistowski sekret mojego żydowskiego ojca

Wydawnictwo: Replika, 2008
Pierwsze wydanie: The Mascot, 2007
Stron: 431
Tłumacz: Jan S. Zaus

Nie pamiętam już jakim trafem ta książka znalazła się w moim schowku. Czasem znajduję tam naprawdę rożne dziwadła i fajnie po latach mieć jakieś niespodzianki. Maskotka jest jedną z nich.

Mark jest synem Alexa, lat 70. Ale Alex w rzeczywistości nie jest Aleksem. W dowodzie ma Uldis, ale nim też tak właściwie nie jest. Problem jego tożsamości to główny wątek tej książki. To Alex jest chłopcem z okładki, to Alex był tytułową maskotką łotewskiego oddziału  policji, kolaborantów z Niemcami. Przychodzi w jego życiu czas, kiedy zwierza się synowi, ujawnia szokującą prawdę i swoje losy, które są tak nieprawdopodobne, że - wierzcie mi - żaden scenarzysta by na to nie wpadł. 

Był on świadkiem ludobójstwa. Wszystkich Żydów z jego wioski zamordowano i zakopano w w zbiorowej mogile. On ma wtedy jakieś 5 lat. Przeżył zimę w lesie, potem znajduje go wspomniany oddział. Jest Żydem, już-już ma stanąć z innymi pod ścianą, gdy nagle cudem unika egzekucji. Zaopiekował się nim jeden z mężczyzn. Historia nabiera tempa i ostatecznie staje się on właśnie kimś w rodzaju maskotki żołnierzy; ma swoje dopasowane mundury, pomaga im, ale też jest świadkiem przerażających rzeczy, jak to na tej wojnie bywało. Jego główną myślą jest przeżyć. Sytuacja staje się wręcz absurdalna - mały żydowski chłopiec jest tubą dla hitlerowskiej propagandy, mówiącej o czystej rasie: występuje w filmie, robią sobie z nim zdjęcia, piszą artykuły do gazet. To wszystko jest maksymalnie wciągające, zwłaszcza gdy człowiek uświadomi sobie, że Alex z białoruskiej wioseczki trafia do Australii, tam zakłada rodzinę, układa sobie życie. I milczy, przez tyle lat. A miał powody, niestety.

Książka zyskała moje uznanie tym swoim krążeniem wokół kwestii ludzkiej tożsamości oraz konfliktu sumienia ("to byli zbrodniarze, ale jednak mnie uratowali"). Raził mnie natomiast styl Kurzema. Za bardzo próbował zrobić z tego powieść. No i to początkowe zwracanie się "tatusiu" do ojca (serio?). Cieszę się, że obaj panowie na wspomnieniach nie poprzestali, ale próbowali wyjaśnić tajemnicę kim naprawdę był Alex.

Ocena: 4,5/6

25 lipca 2011

Melchior Wańkowicz - Ziele na kraterze

Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy PAX, 1957
Pierwsze wydanie: 1950
Stron: 502

Obok zdjęcie pisarza z 1935r. (nie wiem jaką okładkę ma moje wydanie). Jest na nim razem z młodszą córką, Martą. Spędził z nią wakacje, a wynikiem tego jest jego sławna książka Na tropach Smętkach, którą narobił sobie kłopotów.

Wcześniej nie czytałam jego utworów, więc pierwsze co mi się rzuciło w oczy to język: zupełnie inny, bardzo wyróżniający go z tłumu innych polskich pisarzy. Giętki, błyskotliwy, pomysłowy. Niesztampowy, opisujący prozaiczne sytuacje jakby się było świadkiem cudu stworzenia. Pełen  neologizmów i coraz to nowych przydomków dla często tych samych rzeczy. Polszczyzna pierwszej klasy. Przewrotnie bohaterem książki został Domeczek - królestwo Wańkowiczów, jako metafora rodziny i spajających ją więzów. Impulsem do pisania były dzieci: Krystyna i Marta. Wszystko zaczyna się od ich narodzin, rośnięcia, dorastania, dojrzewania. I kończy się też życiem, mimo wszystko. W trakcie lektury przyczaiła mi się w głowie głupawa myśl: toż tę książkę należy rozdawać za darmo coby odwaliła większość polityki prorodzinnej. Wańkowicz rodzinę miał faktycznie nieprzeciętną, a pisze o nich w taki spoosób, że nagle człowiek ma ochotę wyhodować małą kolekcję własnych fasolek.

Odnośnie terminologii hodowlano-botanicznej, to jest ona konsekwentnie używana, poczynając od tytułu. Zielem są dzieci, zielem jest samo życie. Rośnie nawet po katastrofie, po wybuchu wulkanu, na jałowej ziemi, która nie wróży nic dobrego. Pisarz opisuje je z niezachwianą pewnością i wiarą, że jest silne i nie do zatrzymania. Dzieci, opisywanie na pięćset sposobów, obserwowane są jak małe fasolki, a każdy rosnący z nich pęd jest zaskoczeniem, mimo wcześniejszego wyczekiwania. Język buduje tę książkę, jest jej fundamentem. Jednocześnie czasem mi przeszkadzał, chyba ze względu na brak przyzwyczajenia do takiego wypowiadania się. Czasem też nieco mi komplikował zrozumienie niektórych akapitów, wstyd przyznać.

Domeczek był niemalże rajem na ziemi. Otwarty dla gości, z ojcem-dowcipnisiem i matką-strażniczką. Mieli zupełnie inne pomysły na wychowywanie, które nawet czasem trudno pochwalić (np. specyficzny wybór szkół przez mamę lub wyśmiewanie dziecięcej bezradności przez tatę). a jednak wszystko to budziło mój uśmiech, nieraz wręcz śmiech, i niezależnie od poradników prawidłowego wychowywania dało wspaniały efekt: dwie fantastyczne kobiety. Oprócz śmiechu książka wzruszyła mnie częścią poświęconą powstaniu warszawskiemu - aż dziw, że Wańkowicz oddał to tak żywo, jakby to widział na oczy. Inne przemyślenia to te dotyczące kobiet: nasza pozycja tak się zmieniła, że podobne Domeczki są już niemożliwe. Jest w tym więc też jakaś tęsknota za czymś utraconym, kiedy się to czyta w naszych czasach nabiera to innego wymiaru. Jednak wielokrotnie raziło mnie w jaki sposób przedstawiano tam żonę i matkę. Była kochana, uwielbiana i stworzyła cudowny dom, ale za jaką jednak cenę.

Ocena: 5/6
*źródło strony

6 stycznia 2011

Azar Nafisi - Czytając Lolitę w Teheranie

Wydawnictwo: Świat Książki, 2005
Pierwsze wydanie: Reading Lolita in Teheran. A Memoir In Books, 2003
Stron: 440
Tłumacz: Iwona Nowicka, Joanna Pierzchała

Jak widać po tytule i tagach są to wspomnienia. Nafisi wykłada literaturę, robiła to i w Iranie, i teraz w Stanach, gdzie mieszka. Okładka obiecywała, że fabuła poświęcona jest głównie jej tajnemu kółku studentek, które zaprosiła do omawiania wybranych lektur w zaciszu jej domu, kiedy już zrezygnowała z pracy na uniwersytecie. Ten wątek jest jednak tylko jednym z wielu. Ogólnie książka przedstawia zmiany w Iranie na przestrzeni jakichś 30 lat oczami autorki. Nie jest to jednak relacja dokładna, chronologiczna, skupiona na wydarzeniach politycznych. To przede wszystkim zapis jej skojarzeń z danym czasem, myśli z owego okresu, opisywanie sposobów życia w dyktaturze. Nafisi udowodniła mi jaką byłam ignorantką w kwestii Iranu. Jako dziecko naszych czasów moją wiedzę czerpałam z podręczników (na studiach), książki Tylko z moją córką i jej ekranizacji oraz ostatnio z Persepolis (komiks i film). Wszystko to razem połączyłam razem w tygielku mojej naiwności. Wstyd i hańba, mówiąc krótko.
Sięgając po ciastko, Mitra mówi, że od jakiegoś już czasu dręczy ją pewna wątpliwość. Dlaczego opowieści takie jak Lolita czy Pani Bovary, tak przecież smutne, tak tragiczne, nas cieszą? Czy to nie grzech, doznawać przyjemności, kiedy się czyta o takich strasznych rzeczach? Czy czułybyśmy się tak samo, gdybyśmy natknęły się na podobną historię w gazecie, gdyby coś takiego przytrafiło się nam samym? Gdybyśmy miały napisać o naszym życiu w Islamskiej Republice Iranu, to czy lektura naszych słów powinna być dla czytników powodem do radości? (s.67)
Autorka ujmująca jest zwłaszcza w charakterystyce znanych jej kobiet i dziewczyn. Nawet te religijne są wspaniałymi, fascynującymi osobami. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że Nafisi obracała się w towarzystwie ludzi ambitnych, inteligentnych, nie popierających reżimu. W epilogu dowiadujemy się tez jakie czekały ich losy i jak wiele z nich poszło w jej ślady. Ujmująca jest ze względu na swoją wrażliwość: potrafi tak subtelnie opisać czyjąś osobowość, zauważa nawet drobne gesty, niepozorne spojrzenie rozszyfrowuje w mig. Coś wspaniałego, nawet najwrażliwszy mężczyzna wydaje mi się przy niej gruboskórnym ślepcem. Z jej opisów zapamiętam zwłaszcza Jaśminę i Mannę, podobne nieco do mnie. Najlepsze fragmenty to dla mnie te, w których przytacza rozmowy dziewcząt. Od razu przypomniało mi się moje niespełnione marzenie: czytanie w grupie tej samej książki/filmu, a potem wymiana myśli na ich temat. Na czwartkowych spotkaniach pisarki widać jak takie rozmowy często są tylko bodźcem do bardziej osobistych wyznań. Rozdziały poświęcone zawirowaniom politycznym natomiast pokazują jak trudno być kobietą w tym kraju. Co ciekawe, rewolucja irańska będzie mi się kojarzyła z Wielkim Gatsbym i procesem jaki odbył się na zajęcia Nafisi. Wojna z Irakiem od razu przypomina mi prozę James'a.
(...) żadne z nas nie może uniknąć skażenia niegodziwościami tego świata; to tylko kwestia, jaką postawę się wobec nich przyjmie. (s. 421)
Byłam pełna podziwu dla sposobu, w jaki autorka omawiała daną książkę. Moje czytanie przy jej jest praktycznie płaskie i jałowe. Ona nawet z kilkuzdaniowego fragmentu Lolity potrafiła wyprowadzić wnioski, na które ja nie wpadłam nawet po przeczytaniu całej książki... Mam wrażenie, że Lolity chyba w ogóle nie zrozumiałam. Na szczęście, Wielki Gatsby okazał się już na moje siły, razem z Jane Austen.

Jedyne, co mogę zarzucić tej pozycji to nieznaczny brak konsekwencji, ona nie jest zbyt przyjazna w czytaniu. I życzyłabym sobie trochę więcej przypisów od tłumaczek.

Ocena: 4,5/6

16 września 2010

Anonim - Kobieta w Berlinie. Zapiski z 1945 roku

Wydawnictwo: Świat Książki, 2004
Pierwsze wydanie: 2003
Liczba stron: 200
Tłumacz: Barbara Tarnas

Ta książka pokazuje najgorszą stronę wojny i jak łatwo dochodzi do powszechnego zezwierzęcenia. Młody chłopak, w swojej wsi, przy rodzinie, jest zwyczajnym, spokojnym człowiekiem. Młoda kobieta zakochuje się, słucha w domu Beethovena, podróżuje po Europie. Przychodzi wojna i zmiata ten stary świat jak śmieci z podłogi. Nikt i nic się tej sile nie może oprzeć.

Wstrząsające zapiski kobiety, która przeżyła zdobycie Berlina wiosną 1945 roku. Jej dziennik opisuje okres kwiecień - czerwiec, jest bardzo szczegółowy, niczego nie zataja, ale nie jest zbyt dosadny, wulgarny. Wydaje się być momentami beznamiętny, ale jednocześnie jest jedynym sposobem, żeby poradzić sobie z bezmiarem tego koszmaru. Mężczyźni zachowują się jak zwierzęta, udowadniając, że to nimi rządzą hormony w większym stopniu niż kobietami. Gwałci też Polak, jest względnie delikatny i się tłumaczy, ale i tak jego popęd jest ważniejszy od godności całej ludzkości świata, a co dopiero jakiejś starszej wdowy. Z drugiej strony sporo kobiet próbuje znaleźć jakiś porządek w tym chaosie, dla własnego bezpieczeństwa. Więc zgadzają się na "ochronę" oficerów w zamian za jedzenie, za możliwość bycia własnością tylko jednego żołnierza. Myślałam, że czegoś takiego nie da się przeżyć, że nie można sobie tego jakoś w głowie poukładać, a potem się otrząsnąć. Da się. Jest to szokujące, ale ten pamiętnik to dowód na to jak nieprawdopodobnie silne są kobiety.
W dawnych wojnach mężczyźni mogli się chełpić, że tylko oni mają przywilej śmierci i bycia zabijanym za ojczyznę. Dziś kobiety też mają w tym swój udział. To nas przeobraża, sprawia, że stajemy się świadome własnej wartości. U schyłku wojny następuje, oprócz wielu innych klęsk świata, także klęska mężczyzn jako płci. (s. 37)
Zastanawiam się jak było w tej części Niemczech zajętej przez Amerykanów. Nie sądzę, żeby ten opis się specjalnie różnił, może byli bardziej cywilizowani, ale zło jest złem. I czy możemy powiedzieć, że im się należało? Nie chcę świata, który tak rozumuje, który chce zniżać się do poziomu oprawcy. W każdym razie w posłowiu są przytoczone słowa autorki: "Żadna z ofiar nie może nosić swoich cierpień niczym cierniowej korony. Ja w każdym razie mam uczucie, że to, co mnie spotkało, wyrównało w pewien sposób rachunek". Straszna książka, wywołała mnie masę przemyśleń, tu jest ich tylko mała część. Polecam lekturę, ale tylko osobom o silnych nerwach i nie w hurra-optymistycznym nastroju, bowiem jest bardzo ponura i dołująca.

Książka została wydana bardzo dobrze, zmieniłabym jednak tę fatalną okładkę, aż się prosi o jakieś historyczne zdjęcie, np. to lub to.

Ocena: 5/6

6 lutego 2010

Tamara Zwierzyńska-Matzke, Sven Matzke - Czasami wołam w niebo

Wydawnictwo: W.A.B.
wydanie pierwsze: 2002
ilość stron: 240

To będzie osobista recenzja. Jestem całkiem rozbita po tej książce i w sumie nie wiem czy to najlepszy moment na jej pisanie, ale na żywca będę pamiętać moje wrażenia.

Na bnetce pod nią rozpętała się dyskusja na temat obiektywnego i subiektywnego oceniania książek. Więc tak: obiektywnie to według mnie książka jest do bólu przeciętna, wręcz nieciekawa. Nie chodzi tylko o język, zgadzam się z tymi, którzy zwracają uwagę, że prywatnych lisów nie piszemy, używając wyszukanych słów, więc mnie to nie przeszkadzało w ogóle. Ale na dobrą sprawę nudne jest to ciągłe czytanie o pogodzie w Brukseli, o drobnych sprawach z życia bohaterki, jej rodziny i przyjaciół, ciągle te same pozdrowienia, pytania itd. To jest interesujące dla nich i dla nikogo więcej, sama staram się unikać tych rzeczy w listach, bo wiem, że po czasie nie będzie to miało żadnej wartości, no, ale ja też milczek jestem. Zadziwiło mnie też wielce w trakcie lektury, że Tamara pisze jakby nie uświadamiała sobie, co się naprawdę dzieje, nawet gdy było już bardzo źle. Miałam ochotę nią potrząsnąć: kobieto, obudź się! Dlaczego nie zastanawiasz się nad jakimiś ostatecznymi sprawami? Odliczałam jej wręcz czas, zostały jej dwa tygodnie życia, tydzień, za 4 dni będziesz martwa... Byłam w komfortowej sytuacji, ja to wiedziałam, ona nie. Teraz ja to ona, przecież. Nie znajdziecie w tej książce jakichś górnolotnych zdań do zapamiętania, wskazówek, dobrych rad. Najciekawsze w niej są jej sny, moim zdaniem im dalej, tym bardziej znaczące i słowa jej męża. Śmierć chyba nie czyni z nas kogoś bardziej interesującego, niż jesteśmy, ignorujemy wszystko wokół tak, jak robiliśmy to dotychczas, nie chcemy wiedzieć.

W trakcie czytania czułam się fatalnie. Było mi przeraźliwie zimno, miałam wrażenie, że jestem chora, w fatalnej formie, niemalże współodczuwałam jej stan. Przede wszystkim z biegiem kartek ogarniał mnie niewyobrażalny strach. Od razu przypomniała mi się Psychologia społeczna Aronson'a. Choćby nie wiadomo jak człowiek udawał i siebie okłamywał jest to stałym atrybutem każdego człowieka - strach przed śmiercią. I dla mnie ta książka była wyobrażaniem sobie jak to będzie. Nie płakałam nad nią na ostatnich stronach, płakałam nad tą obezwładniającą pewnością, że nie ma innego końca. Opadła mnie taka masa osobistych rozmyślań, że dlatego zupełnie nieobiektywnie daję tej książce 5. A teraz potrzebuję jakiejś ciepłej, pozytywnej lektury, bo mam wrażenie, że po Świtaju i Tamarze nie dam rady zmierzyć się z kolejnym dramatem... Nie będzie mi to chyba jednak dane, ponieważ następna w kolejce jest Z zimną krwią.

Ocena: 5/6

24 grudnia 2009

Tomasz Lem "Awantury na tle powszechnego ciążenia"

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2009
ilość stron: 270

Książka o Mistrzu. Zachęcona recenzją na biblionetce by Marylek, zażyczyłam sobie tejże książki jako prezent. I żem przeczytała niemalże jednym tchem.
Życie z geniuszem pod jednym dachem może być różne, różniste, ale jedno trzeba przyznać - przynajmniej jest ciekawie :) Szczerze się uśmiałam, czytając te wspomnienia. Dobrze też wiedzieć, że ktoś, kogo się od lat szanuje, był człowiekiem, który na ten szacunek zasługuje w każdym calu. Do schowka poleciało tez kilka tytułów lemowych i nie, z którymi zamierzam się zapoznać.
Pan Tomasz pisze ciekawie o swoim ojcu, rodzinie i czasach, w których przyszło im żyć, nie jest ckliwy, niczego nie wybiela, a jednocześnie czuć w tym tęsknotę za ojcem.
Dowiedziałam się kilka zaskakujących rzeczy, np. że Lem przez lata nie chciał mieć dzieci i tylko zdolności chyba dyplomatyczne jego żony sprawiły, że pan Tomek pojawił się na świecie. Albo, że nauczycielem autora od pisania był Jonathan Carroll i z tegoż powodu poznał on Lema we własnej osobie. Kto by pomyślał.
Oczywiście, przyczepię się do czegoś. Autor się asekuruje, że mógł powycinać za dużo, fakt, tego jest zwyczajnie za mało, choć książka to dość pokaźna. Przede wszystkim, ku mojej rozpaczy, nie ma NIC, N-I-C, N.I.C (!!!) o książkach, które Stanisław Lem poważał. Wydaje mi się to aż absurdalne, ponieważ co rusz można przeczytać o tych tysiącach książek, który zalegają w jego gabinecie, o jego stosunku do cenzury, co mówił o literaturze sf ogólnie itp., ale nie pojawia się tam ani jeden tytuł :( Na szczęście, napisał coś o filmach, chociaż coś (np. wspomina o jego kłótniach z Tarkowskim). No i jeszcze jedna uwaga natury formalnej - czasem zdania był zwyczajnie za długie, jasne dla autora, ale czytelnik musiał wrócił na chwilkę do początku, coby zwyczajnie przypomnieć sobie podmiot ;)

:D

Ocena: 5/6