Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tolkien J.R.R.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tolkien J.R.R.. Pokaż wszystkie posty

29 sierpnia 2012

#16 Ulubiona książka, którą sfilmowano

Tu mogłabym jeszcze pisać o Pikniku na skraju drogi braci Strugackich i filmie Tarkowskiego Stalker, jednak to tylko krótkie opowiadanie. Poza tym film nie jest ekranizacją, tylko luźno opiera się na samym pomyśle. 

J.R.R. Tolkien - Władca pierścieni
Pamiętam, że skończyłam czytać tę trylogię w dniu, kiedy do kin weszła jej filmowa wersja. Specjalnie się spieszyłam, tym samym wieczorem zasiadłam na widowni z całą historią w głowie. Sama książka mnie zachwyciła, dzięki niej czytam w ogóle fantasy, bo raczej stronię od tego gatunku, jeśli tylko nie znajduję czegoś naprawdę dobrze napisanego (a to wg mnie główna bolączka pisarzy spod znaku magii i przygody). Władca pierścieni zawiesił poprzeczkę naprawdę wysoko. Tolkien, jako filolog, wyniósł fantasy na szczyt, dopracował wszystko do najdrobniejszego szczegółu, tworząc niezapominany świat z jego kulturą, religią, rasami i wierzeniami. Świat kompletny. Myślę, że to zderzenie dobra ze złem, w którym właśnie to pierwsze wydaje się irracjonalne i bez szans, może do dziś fascynować.
A teraz trylogia filmowa wyreżyserowana przez Petera Jacksona. Ma swoje wady: Liv Tyler (na widok której mnie skręca; zresztą, franca, przyznała się, że nie przeczytała nawet 1 rozdziału...), uwypuklony wątek miłosny (który w książce jest zaledwie wspomniany w paru zdaniach rozrzuconych po 3 tomach), no i to zakończenie - długie, przesłodzone, pompatyczne, okropność. Ale cała reszta - oklaski! Wg mnie nawet wszystkie efekty specjalne bronią się do dzisiaj, co jest wręcz ewenementem, choć o ile mnie pamięć nie myli, to LOTR rozpoczął nową erę w tej dziedzinie (chociaż nie, wcześniej był jeszcze Matrix). Co jednak najważniejsze - właściwie tak to sobie wyobrażałam! Niektóre postaci są dokładnie takie, o jakich myślałam w trakcie lektury (mój ulubiony Aragorn, Legolas, Gimli, hobbity). Wybrano wspaniałe miejsca w Nowej Zelandii, które wprost zapierają dech w piersiach. Charakteryzacja to już w ogóle mistrzostwo świata - orki i wszystkie inne stwory wyglądają jak prawdziwe. Do tego Dwie wieże, moja ulubiona część, także w wersji filmowej jest najlepsza. Nie wspomnę już nawet o takich drobiazgach jak ścieżka dźwiękowa czy kostiumy, pokazanie bitew, zamki, elfy, hobbicie domki. Uch, aż mam ochotę powtórzyć sobie wersje reżyserskie :) Nie da się ukryć, że filmowy LOTR wprowadził dzieło Tolkiena do popkultury - wystarczy popatrzeć na niektóre memy, zobaczyć jak eksploatowany jest Smeagol czy sprawdzić szlak wycieczkowy w Nowej Zelandii ze wszystkimi lokacjami.


20 października 2011

J.R.R. Tolkien - Dzieci Húrina

Wydawnictwo: Amber, 2007
Pierwsze wydanie: The Children of Húrin, 2007
Stron: 239
Tłumacz: Agnieszka Sylwanowicz

Jako fanka Tolkiena zastanawiałam się niedawno nad kupnem tej książki w jakiejś internetowej księgarni. Mieli promocję, okładkę można zjeść oczami, ten autor, a kartkując książkę natrafia się też na mapę i drzewa genealogiczne. Ślinka cieknie, prawda? Jednak dobrze zrobiłam, nie zamawiając jej.

Wiem, że ta książka ma w sieci wysokie oceny. Wiem, że ludzie pisali entuzjastyczne recenzje. Nie zmienia to jednak faktu, że wg mnie sam Tolkien nie wydałby tej powieści w takiej formie. Trudno było mi się zaangażować w tę historię, nie dlatego, że czegoś jej brakuje, ponieważ losy Húrina i jego dzieci - Túrina i Niënor mają coś w sobie z greckiej tragedii, które jak wiadomo nikogo nie pozostawiają obojętnym. Brakowało mi jednak rozbudowania tej opowieści, wiele lat jest tam opisanych tylko skrótowo, a przecież fabuła rozciągnięta jest na kilka dekad bodajże. Jednak najbardziej uwierał mnie język. Początkowo obwiniałam tłumaczenie. To prawda, Sylwanowicz to nie Skibniewska, delikatnie mówiąc. Sprawdziłam sobie jednak fragmenty oryginału i też mnie to nie przekonało. Władcę pierścieni i Hobbita zapamiętałam najlepiej, jak tylko mogłam. Wszystko tam zagrało, jak należy. Język nie był ani za prosty, ani za trudny, ani za manieryczny, ani przekombinowany. Natomiast bohaterowie Dzieci Húrina mówią z takim patosem, że, niestety muszę to napisać, podśmiewałam się podczas dramatycznej i pełnej emocji rozmowy Túrina z Brandirem! Rozumiem, że jest to inny język niż nasz współczesny, ale to nagromadzenie wyrafinowanych wyrażeń w każdym zdaniu było już przesadą. Przez to książka nie nabrała dla mnie życia, a prawie wszystkie dialogi są drewniane. Nie czułam, że to ten pisarz, raczej wyczuwałam klej jego syna, który łączył różne zapiski ojca, czasem poprawiając je pod względem logiki.

To teraz dobre strony. Sama historia - zupełnie inna od pozostałych znanych mi książek Tolkiena. Każdy fragment zazębia się z resztą. I tak samego Húrina jest tam raczej niewiele; czytelnik dowiaduje się tylko jak doszło do jego uwięzienia i na czym polega klątwa na nim ciążąca (akcja dzieje się tysiące lat wcześniej przed Drużyną Pierścienia). To piętno okryje cieniem życie jego dzieci, które dokonują kolejnych wyborów niczym ślepcy. Powieść skupia się na Túrinie, który zostaje wysłany przez matkę do elfów wobec rozlewającej się fali orków po zwycięstwie Morgotha. Śledzimy tego chłopca, który szybko staje się mężczyzną, pokazuje zdolności przywódcze. Jednak jego los nie jest pasmem zwycięstw. Klątwa ojca sprawia, że ciągle, mając dobre zamiary, szkodzi wszystkim dookoła. Dla tej wielkiej opowieści, której Tolkien poświęcił długie lata (początkowo miał to być poemat) warto zapoznać się z tą książką. Szkoda, że nie doprowadził swojego zamysłu do końca i nie stworzył z tego większego objętościowo dzieła. Nie spodziewajcie się więc takiego zachłyśnięcia jak w przypadku słynnej trylogii.

Ocena: 4/6