Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Państwowy Instytut Wydawniczy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Państwowy Instytut Wydawniczy. Pokaż wszystkie posty

1 lipca 2018

Tylko cytat #10


cz. 2 W cieniu zakwitających dziewcząt


(...) ojciec rodził we mnie dwa straszliwe bolesne podejrzenia. Pierwsze, że (wówczas gdy każdego dnia czułem się jakby na progu jeszcze nie tkniętego życia, mającego się rozpocząć aż jutro rano) moja egzystencja już się zaczęła; a bardziej jeszcze, że to, co w niej nastąpi , nie będzie zbyt różne od tego, co było przedtem. Drugim podejrzeniem, będącym po prawdzie jedynie inną formą pierwszego, było to, że nie znajduję się na zewnątrz Czasu, ale że podlegam jego prawom, zupełnie jak owe figury w powieści, które przez to właśnie pogrążały mnie w takim smutku, kiedym czytał ich życie w Combray (..). Teoretycznie wiemy, że ziemia się obraca, ale faktycznie nie spostrzegamy tego; ziemia, po której chodzimy, nie rusza się , i żyjemy spokojnie. Tak samo jest z Czasem. (s. 66)

***

Spotykałem na wstępie tylko kamerdynera, który, przeprowadziwszy mnie przez kilka salonów,wiódł mnie do malutkiego pustego saloniku,jak gdyby już rozmarzonego błękitnym popołudniem swoich okien. Zostawałem sam w towarzystwie storczyków, róż i fiołków. Podobne osobom czekającym obok nas, ale nieznajomym, kwiaty te zachowywały milczenie, które ich indywidualność rzeczy żywych czyniła tym bardziej przejmującym, i chłonęły ze drżeniem ciepło żarzącego się węgla, troskliwie ułożonego za kryształową szybą, w białej marmurowej misie, w której osypywały się od czasu do czasu jego niebezpieczne rubiny. (s. 118)

***

Franciszka przekazując nam jej zlecenie: "Powiedziała: proszę im pięknie życzyć dobrego połednia", udawała głos pani de Villeparisis myśląc, że powtarza wiernie jej słowa, które zniekształcała nie mniej niż Platon Sokratesa lub święty Jan Jezusa. (s. 315)

***

Pod cienką skórą czuć było śmiałą budowę, feudalną architekturę. Głowa jego przywodziła na myśl owe baszty starożytnych warowni, których nie używane strzelnice są jeszcze widoczne, ale które przerobiono wewnątrz na bibliotekę. (s. 452)

***

Wszystko, co posiadała, idee, dzieła i resztę - które cenił o wiele mniej - oddałby z radością komuś, kto by go rozumiał. Ale z braku znośnego towarzystwa żył samotnie jak odludek, co ludzie światowi nazywali pozą i złym wychowaniem, władze "duchem niepewnym", sąsiedzi bzikiem, rodzina egoizmem i pychą. (s. 461)

***

Rozmawiałem z nią, tak samo nie wiedząc, gdzie padają moje słowa i co się z nimi dzieje, co gdybym rzucał kamyki w otchłań bez dna. Że na ogół osoba, do której je zwracamy, wypełnia je sensem dobytym z własnej jej istoty, bardzo różny od sensu włożonego przez nas w te same słowa, to fakt potwierdzany wciąż przez życie. (s. 521)

[tłum. Tadeusz Boy-Żeleński, wyd. PIW]

20 sierpnia 2017

Tylko cytat #7





cz. 1 W stronę Swanna

Postaram się napisać coś o całym cyklu, jak już go skończę, czyli za jakieś dwa lata (obecnie czytam cz. 2). Tymczasem - cytaty godne wyróżnienia:

Przyzwyczajenie! - robotnica zręczna, ale bardzo powolna,która zrazu pozwala naszemu duchowi cierpieć całe tygodnie w tymczasowej siedzibie, ale którą mimo wszystko winniśmy błogosławić, bo bez przyzwyczajenia, zdany na własne środki, duch nasz nie byłby zdolny uczynić nam żadnego mieszkania mieszkalnym. (s. 31)

***

Jakże ja lubiłem nasz kościół, jak dobrze go widzę! Stara kruchta, przez którąśmy wchodzili, czarna, podziurawiona jak warzęcha, była krzywa i głęboko wyżłobiona w narożnikach (tak samo kropielnica, do której nas wiodła), jak gdyby lekkie otarcie mantyl wieśniaczek wchodzących do kościoła i ich nieśmiałych palców biorących wodę święconą mogło, powtarzane w ciągu wieków, nabyć siły niszczycielskiej, naruszyć kamień i wyżłobić bruzdy takie, jakie żłobią koła wozów w kamieniu przydrożnym ocierając się o niego co dzień. I płyty grobowe, pod którymi szlachetne prochy spoczywających tam opatów Combray stwarzały dla chóru niby duchową posadzkę, nie były już same martwą i twardą materią, bo czas zmiękczył je i dał im wypłynąć na kształt miodu poza granice włąsnego prostokąta, który przekroczyły złotą falą, rozpuszczając w niej jakąś kwiecistą gotycką literę, zatapiając białe fiołki marmuru; (...). (s. 91)

***
Nawet ta miłość do fazy muzycznej zdawała się na chwilę rodzić w Swannie możliwość jakby odmłodzenia. Od tak dawna przestał zwracać swoje życie do idealnego celu, ograniczając je do pogoni za codzienną przyjemnostką, iż sądził — nie powiadając wprawdzie sobie tego jasno — że to się nie zmieni do śmierci. Co więcej, nie czując już podniosłych idei w sobie, przestawał wierzyć w ich realność, nie mogąc jednak zaprzeczyć całkowicie jej istnieniu. Toteż przywykł chować się w myśli bez znaczenia, które mu pozwalały omijać istotę rzeczy. Tak jak nie pytał siebie, czy nie byłoby lepiej przestać bywać w świecie, ale w zamian wiedział całkiem na pewno, że o ile przyjął jakieś zaproszenie, musi się na nie stawić; że o ile nie oddał potem wizyty, trzeba mu rzucić bilety; tak samo w rozmowie nie silił się nigdy bronić z przejęciem osobistego poglądu, ale dostarczał szczegółów technicznych, które miały poniekąd wartość same w sobie, a pozwalały mu nie angażować się. Był niezmiernie ścisły w przepisie kucharskim, w dacie urodzenia lub śmierci malarza, w nomenklaturze jego dzieł. Czasem mimo wszystko puścił się na sąd o jakim dziele, o sposobie pojmowania życia, ale dawał wówczas własnym słowom ironiczny tonik, jak gdyby nie cały solidaryzował się z tym, co mówił. (s. 264-265)

***
 
Każdy pocałunek przyzywa nowy pocałunek. Och, w owych pierwszych czasach, kiedy się kocha, pocałunki rodzą się tak łatwo! Tłoczą się jedne za drugimi; zliczyć pocałunki wymienione w ciągu godziny, to tak jak zliczyć kwiaty na łące w maju. (s. 296)

***

Tak!  — dodał      z owym lekkim wzruszeniem, którego doznajemy, kiedy nawet nie całkiem świadomie mówimy coś nie dlatego, że jest prawdą, ale dlatego, że sprawia nam przyjemność to mówić i kiedy słyszymy własny głos tak, jakby pochodził nie z nas, ale skądinąd — losy są rzucone, pragnę kochać jedynie serca wielkoduszne, żyć w atmosferze wielkoduszności. (s. 308)

***


Oddalił się, przepraszając i wrócił do siebie szczęśliwy, że zadowolenie ciekawości zostawiło ich miłość nietkniętą i że po tak długim maskowaniu się wobec Odety zazdrością swoją nie dostarczył jej dowodu, iż kocha ją za bardzo; który to dowód między dwojgiem kochanków zwalnia drugą stronę na zawsze od kochania dosyć.
(s. 338)

***

Wydaje mi się w gruncie śmieszne, żeby człowiek o jego inteligencji cierpiał dla osoby tego rodzaju, która nie jest nawet interesująca, bo mówią, że to idiotka — dodała z rozsądkiem ludzi niezakochanych, którzy uważają, że człowiek inteligentny powinien by cierpieć tylko dla osoby tego wartej; to mniej więcej to samo, co dziwić się, że ktoś raczy cierpieć na cholerę z powodu istotki tak małej jak bakcyl cholery. (s. 414)

***

I zanim Swann miał czas zrozumieć i powiedzieć sobie: „To faza z sonaty Vinteuila, nie słuchać, nie słuchać!”, wszystkie wspomnienia z czasu, gdy Odeta się w nim kochała, wspomnienia, które zdołał do dziś dnia zachować niewidzialne w głębiach swego jestestwa, oszukane tym nagłym promieniem z czasów jak gdyby wskrzeszonej miłości, obudziły się i jednym rzutem skrzydeł wzbiły się, aby bez litości dla jego obecnej niedoli śpiewać mu co sił zapomniane refreny szczęścia.
Zamiast oderwanych wyrażeń: „czas, kiedy byłem szczęśliwy”, „kiedy byłem kochany”, które często wymawiał dotąd, nie cierpiąc przy tym zbytnio, bo jego inteligencja zamykała w nich tylko oschłe wyciągi z przeszłości, Swann odnalazł wszystko, co utrwaliło na zawsze swoistą i lotną esencję tego utraconego szczęścia.
(s. 416)

[tłum. Tadeusz Boy-Żeleński, wyd. PIW]

17 kwietnia 2017

Milan Kundera - Nieznośna lekkość bytu

Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1992
Pierwsze wydanie: Nesnesitelná lehkost byti, 1984
Tłumacz: Agnieszka Holland
Czyta: Marek Barbasiewicz
Audiobook: 8:47:06
Nagranie: Zakładu Nagrań i Wydawnictw Związku Niewidomych w Warszawie, 1997

Nieznośna lekkość bytu od wielu lat widniała na mojej liście "must read". Z 15 lat temu z biblioteki pożyczyłam inną powieść Kundery, Żart, ale lektura mnie nie wciągnęła i książkę oddałam nieskończoną. Obawiałam się, że może ten autor mi nie podejdzie i dlatego tak zwlekałam z jego najsławniejszym dziełem. Odkąd jednak zaczęłam słuchać audiobooków w weekendowe poranki, to tak nie wybrzydzam.

Bez dwóch zdań: Kundera mnie zaskoczył. Opis fabuły był dla mnie mało zachęcający - historia losów czterech osób w czeskiej Pradze, w tle wydarzenia z Praskiej wiosny 1968 roku. Od razu przychodzi mi na myśl Hańba Coetzee, której opis też wydaje się jak zapowiedź nic nieznaczącej nudy. W obu przypadkach autorzy robią psikusa czytelnikowi, ponieważ w książkach zaskakuje wszystko: i język, i poprowadzenie akcji, i przemyślenia autora, i wiele innych elementów.
Tylko to, co konieczne, jest ciężkie, tylko to, co waży, ma wartość.
Nieznośna lekkość bytu skupia się na czterech bohaterach: lekarzu Tomaszu, jego partnerce Teresie, kochance Sabinie i jej kochanku Franzu. Brzmi to wszystko jak wprawki do Mody na sukces, ale zapewniam, książka nie ma w sobie nic powierzchownego. Co mnie zadziwiło w pierwszym z nią kontakcie to pogłębiona psychologia postaci. Odniosłam wrażenie, że Kundera nie opisywał tworów swojej wyobraźni, lepiąc je na swoje podobieństwo lub kształtując według potrzeb, ale po prostu wydobył je z nicości bez żadnych ingerencji, jakby musiał ich przyjąć takimi, jacy już byli, a on ich tylko wpuścił na karty swojej powieści... Nawet Teresa, na którą najbardziej się zżymałam i załamywałam ręce nad jej uległością, ostatecznie okazała się niesztampową kobietą, mającą swoje zainteresowania, swoje zakamarki duszy niezaanektowane przez Tomasza. A ten z kolei to istny kalejdoskop, co przesunie się nieco kąt patrzenia, to Tomasz wydobywał z siebie kolejne pokłady osobowości (choć ogólnie facet z niego dość antypatyczny). Sabina to chodząca tajemnica. Jej kochanek Franz za to zajmuje w książce najmniej miejsca i najmniej zostawia po sobie wrażeń.
Czy wydarzenie nie jest tym bardziej znaczące i wyjątkowe, im więcej potrzeba było przypadków, aby mogło nastąpić? Tylko przypadek może wyglądać jak wysłannik losu. To, co jest nieuchronne, czego się spodziewamy, co powtarza się codziennie, jest nieme. Tylko przypadek do nas przemawia. Staramy się czytać w nim, jak Cyganki odczytują przyszłość z fusów na dnie filiżanki.
Gdy zabierałam się za czytanie (właściwie słuchanie), obawiałam się, że tło polityczne, będzie główną osią fabuły, a wszystko zostanie temu podporządkowane. Zupełnie bezpodstawnie. Kundera bardzo zgrabnie wplótł w całość politykę, wszystko to jest nienachalne, a jednak mające swoją określoną rolę. Wpływa ona na losy bohaterów, nie w stylu ciężkich przeżyć, więzień czy traum, ale jako przyczyna ich różnych decyzji czy lupa, która pokazuje jakiś rys ich osobowości. O wiele ważniejsze są w Nieznośnej lekkości bytu przeróżne rozważania autora czy to o ludzkim życiu, miłości, czy seksie, ale też wiele rozważań w zasadzie filozoficznych, którymi pisarz mnie bardzo ujął. 

Podsumowując, słuchało się wspaniale. Pan Marek Barbasiewicz to lektor idealny. Gorąco książkę polecam.

Ocena: 5,5/6

2 stycznia 2012

Doris Lessing - Piąte dziecko

Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy, 2005
Pierwsze wydanie: The Fifth Child, 1988
Stron: 142
Tłumacz: Anna Gren

Literacka Nagroda Nobla 2007

Jeszcze w starym roku zdążyłam pochłonąć książkę nr 91. Właśnie pochłonęłam, ponieważ przeczytałam ją w kilka godzin, niemal na wdechu. Dostarczyła mi ekstremalnych emocji: od zaciekawienia, przez oburzenie i zimnego strachu aż do palpitacji serca wywołanego zdenerwowaniem.

Lessing po raz trzeci całkowicie mnie rozbraja. Zupełnie nie rozumiem dlaczego niektórzy kwestionują zasadność przyznania jej Nagrody Nobla! Styl ma dopracowany, pomysły nieprzeciętne, a historie nie zatrzymują się na cienkiej skorupce rzeczywistości, tylko wciągają czytelnika głębiej, jak bagno, ujawniając przed sobą pokłady kolejnych warstw. Stwarza oryginalne postaci, a zwłaszcza subtelnie oddaje skomplikowany charakter swoich bohaterek. Nie karmi czytelników czytadłami, tylko Literaturą. Nie twierdzę, że nie ma słabszych książek (jak chyba każdy pisarz), na pewno też na nie trafię, jednak nieodmiennie zaskakuje mnie jej twórczość, wyróżnia się, a moim zdaniem to raczej rzadka cecha. Tym razem zaserwowała mi, jak by się na pierwszy rzut oka wydawało, powieść obyczajową, a raczej opowiadanie zg na swoje niewielkie rozmiary. Historia wydaje się być do bólu zwyczajna: czytelnik obserwuje proces powstawania jednej angielskiej rodziny. korowód świąt, krewnych i kolejnych nowych dzieci. Aż do tego piątego - Bena, który stanowi punkt graniczny dla rozwoju tego zbiorowiska. Jak tama, zatrzymuje on sobą wszystko i od momentu jego pojawienia się, jeszcze w łonie matki, następuje powolny rozpad. W sieci przeczytałam sobie kilka dyskusji na temat tej książki i już sam fakt, że wzbudza ona takie emocje i sprzeczne opinie sprawia, że warto po nią sięgnąć.

Dla mnie jest tam kilka dominujących aspektów. Po pierwsze inność Bena i związane z tym zaburzenie relacji w rodzinie. Kim on jest? Czytając, nie sposób wydobyć z siebie choćby iskry współczucia dla tego dziecka, odrzuca w nim wszystko. Z drugiej strony bardzo zaskoczyło mnie zasianie ziarna wątpliwości czy aby na pewno Harriet (jego matka) postrzegała go obiektywnie. Gdy spojrzy się na tę książkę z tej strony, całkowicie zmienia się perspektywa. Po drugie, fascynujące jest oglądanie jak z tej rodziny odrywane są, warstwa po warstwie, wszystkie łączące ich wcześniej spoiwa. W pierwszych latach wydaja się być jak stal, grzejący się szczęściem, jak czymś faktycznie osiągalnym i na wyciągnięcie ręki. Jakby było ono kwestią wyboru. Gdy powoli nadchodzi katastrofa, okazuje się jak złudne było to wszystko, prowizoryczne, zależne od każdego ogniwa osobno, trzymające się "na słowo honoru". Zdaje się, że szczęście jest istotnym tematem Piątego dziecka. Po trzecie, opis zmian w angielskim społeczeństwie, ale też jego odwiecznych tarć związanych z jego klasowością. Po lekturze przekopałam się przez angielską historię polityczną, ekonomiczną i społeczną, ponieważ od początku wydawało mi się, że wspomniane lata nie są przypadkowe. I faktycznie, interesująco łączą się kolejne zmiany w tej rodzinie z wypadkami historycznymi. Ostatnią ważną kwestią były dla mnie relacja matka-dziecko i społeczne postrzeganie tej drugiej. Harriet wielokrotnie wspomina o swoim odczuciu bycia wiecznie krytykowaną i obwinianą i wręcz uderzyło mnie to jak idealnie to widać w toczących się dyskusjach o tej książce, skupionych wokół... krytykowania tej kobiety. A to, że nie kochała Bena, więc to jej wina. A to, że w ogóle nie kochała swoich dzieci. A to, że była egoistką. A to, że to ona winna jest temu, co się stało z jej rodziną. A to, że była nieodpowiedzialna. I tak dalej. Myślę, że te zarzuty są dość ironicznym komentarzem do poruszonych przez Lessing tematów, ponieważ i tym razem pisarka zaznacza specyficzną pozycję kobiety w świecie. Patrzenie więc na Piąte dziecko tylko pod kątem tej konkretnej rodziny i tej konkretnej matki wydaje mi się trochę niesprawiedliwe i powierzchowne. 

Ocena: 5,5/6

31 lipca 2011

Jerzy Andrzejewski - Ciemności kryją ziemię

Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1957
Stron: 174

Najpierw skojarzenie: Rok 1984. Otworzyłam książkę, nie mając pojęcia co w niej znajdę, ani na czym będzie zasadzała się fabuła (jak wspominałam - lubię takie eksperymenty). Zakładałam, że będzie działa się współcześnie i może odwoła się do sytuacji Polski. Właściwie dostałam to, tylko że w formie, której w ogóle nie podejrzewałam. Wszystko przez to, że na dzień dobry zostałam wrzucona do Hiszpanii roku 1485 w sam środek złotych czasów Świętej Inkwizycji! W dodatku dwie główne postaci są historyczne: to Wielki Inkwizytor Torquemada oraz dominikanin fray Diego. Ten drugi jest przerażony tym, co się wokół dzieje, sumienie nakazuje mu mówić prawdę. Przypadek (?) sprawia, że ma okazję porozmawiać z ojcem Torquema, a ten - zachwycony jego żarliwością i niewinnością, decyduje się wykorzystać podatnego na wpływy Diega i otwiera przed nim ścieżkę kościelnych awansów.

Skąd więc ten Orwell? Ponieważ to kolejny opis jak totalitaryzm, władza i zaślepienie niszczy wszystko, co napotka. Miałam też silne skojarzenia z rewolucją jako taką, choćby francuską, bo choć brak w tej książce gwałtowności i ewidentnej przemocy, to jednak co rusz powracała do mnie myśl "każda rewolucja szybko zjada swoje własne dzieci", spirala zła nigdy się nie kończy i ubrudzi każdego. W związku z tym trudno nie zauważyć tu jasnych odniesień do ówczesnej sytuacji w Polsce, zwłaszcza że Andrzejewski, jak wyczytałam, w tamtym czasie, zdaje się, przejrzał już na oczy, a w każdym razie zaczynało do niego chyba docierać, że dał się zrobić w balona. Rozstrzygać tego nie będę, w każdym razie Ciemności kryją ziemię są pozycją wartą uwagi, moim zdaniem nie obowiązkową, ale interesującą. A ja po dwóch książkach tego pisarza stwierdzam, że odpowiada mi jego pióro.

Ocena: 4,5/6

28 stycznia 2011

Ken Kesey - Lot nad kukułczym gniazdem

Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1991
Pierwsze wydanie: One Flew Over The Cuckoo's Nest, 1962
Stron: 295
Tłumacz: Tomasz Mirkowicz

Należę do szkoły twierdzącej, że są książki, które "należy" przeczytać. Wiem, że jest też druga szkoła, która się na to oburza, jednak jej członkowie tracą możliwość załapania pewnych nawiązań do danego tytułu w rozmowie, filmie, innej książce, sztuce itd. ;) Wg mnie Lot nad kukułczym gniazdem jest jedną z takich książek. Nie jest to jednak talerz szpinaku z dziecięcych koszmarów, to prawdziwa uczta!

Najpierw składniki: wariaci plus personel szpitala. Ci pierwsi to marionetki i kukiełki, ci drudzy trzymają sznurki przytwierdzone do rąk i nóg pacjentów. Kucharzem jest Kesey, a narratorem Indianin Bromden. Świat widziany jego oczami staje się maszyną, a ludzie posiadający władzę - cyborgami. W ścianach ukryte są tysiące kabli, w mózgi pacjentów wmontowuje się małe urządzenia, uderzenie kogoś skutkuje wysypem śrubek i sprężyn na podłogę. Potrawę przyprawiono sproszkowanym charakterem głównego bohatera - McMurphy'ego, będzie więc pikantnie. Talerz w białe wieloryby przybrano Ludźmi-Roślinami. Podano do stołu, smacznego!

Najbardziej fascynująca jest wielość interpretacji pierwszej (!) powieści 27-letniego autora. Nawet najmniej spostrzegawczy czytelnik będzie usatysfakcjonowany odczytaniem jej dosłownie - jako historii o szpitalu psychiatrycznym. To jednak tylko czubek góry lodowej. Odczytać ją można i jako krytykę totalitaryzmu, powieść o wolności, gloryfikację buntu i nonkonformistycznych postaw, powieść psychologiczną, rozliczenie z amerykańskimi winami, walkę między kobietami a mężczyznami, parabolę losu Jezusa. Pewnie znalazłoby się jeszcze kilka pomysłów do kolekcji.

Bardzo Ważna Książka! Must read i kolejny dowód, że kino nie ma szans, próbując przenosić literaturę na swoje podwórko. Tłumaczenie jest mistrzowskie, a posłowie tłumacza niezwykle pomocne.

Ocena: 6/6

7 stycznia 2011

Ernest Hemingway - 3 opowiadania [w:] 49 opowiadań

Wydawnictwo: Państwowy Instytut wydawniczy, 1974
Pierwsze wydanie: The First Forty-Nine Stories, 1965
Tłumacz: Bronisław Zieliński (tych 3, które czytałam)

Miejmy to już za sobą. Napisać coś muszę, bo za parę tygodni na zajęciach już niewiele będę pamiętać. Jak już pisałam Hemingway'a nie lubię, i kiedy mówię "nie lubię" mam na myśli, że naprawdę nie jestem w stanie go czytać, zwyczajnie się zmuszam. Odrzuca mnie ten pisarz na całej linii. Niech se będzie wybitny, niech będzie wyjątkowy, niech będzie może i najważniejszym pisarzem amerykańskim. Ja tego nie kupuję. Zwłaszcza jego bohaterów: jak facet, to zimny drań, mruk i często szowinista, który z góry patrzy na głupiutkie kobietki i gardzi bardziej wrażliwszymi mężczyznami. Jak kobieta to albo bezwzględna suka, przyprawiająca rogi swojemu mężowi, albo głupia i naiwna gąska. No bożeno, ręce opadają od tej monotonii. I niech se nawet Ernest zmienił sposób pisania jaki uprawiano przez lata. Pan pisarz porzucił opisy przyrody, drwił z przymiotników, ograniczył możliwe rozmowy swoich bohaterów. To nie dla mnie. Może gdyby go nie było, stracilibyśmy coś, zapewne oświecą mnie w tym względzie na zajęciach, przywołując inspiracje Hemingwayem. No i dobrze, kiwnę na to głową. Ale jednak nie będę pisać, że zachwyca, jak nie zachwyca. A Hemingway wielkim pisarzem nie jest, dla mnie rzecz jasna.

Krótkie szczęśliwe życie Franciszka Macombera (stron 38)

Safari. Na pierwszym planie trójkąt: odważny, pozbawiony skrupułów myśliwy-przewodnik (Wilson), "miętki" i tchórzliwy mąż (Franio), niewierna żona łasa na pieniądze męża i przygody z myśliwym (Margot). Wiemy jak to się skończy? W momencie kulminacyjnym nawet zaangażowałam się w całą historię, aczkolwiek całe opowiadanie (patrz ilość stron) czytałam 4 dni. Rekord życiowy. W tle zabijanie zwierząt. Zakończenie pozostawia czytelnika z odrobiną niepewności, co przemawia na plus całej historii.

W Michigan (stron 6)

Jedyny plus tego opowiadania to to, że jest krótkie. Tym razem mamy parkę głównych bohaterów: ona typ głupiutkiej gąski (Liza), on typ robola pozbawionego głębszej myśli (Jim). Fascynujące. Opowiadanie jest pisane z jej punktu widzenia, bowiem dziewczyna zakochuje się w owym kowalu. Koniec, oczywista, brutalny, zimny, nie pozostawiający żadnych złudzeń. No, przyznam jeszcze, że nie przypomina to amerykańskich filmów z tego okresu (1921), więc jako takie jest odważne, niszczące mit American dream.

Wzgórza jak białe słonie (6 stron)

To opowiadanie pozostawiło po sobie chyba najlepsze wrażenie, bowiem kobieta wreszcie wyłamuje się z Hemingway'owskiego schematu: nie jest gąską, nie jest naiwna, ale jest głupia, no dobra, może nie głupia, ale postępuje nierozsądnie i nie chce kierować swoim życiem sama. Oczywiście, robi to za nią jej chłopak, typ manipulatora i emocjonalnego wampira. Imion brak. Całość to w sumie jedna ich rozmowa, przeprowadzona na stacji gdzieś w Hiszpanii, z pozoru bez znaczenia i prozaiczna, w rzeczywistości ukazująca prawdziwy konflikt, brak bliskości między nimi i odzierająca ze złudzeń.

Zakończę jeszcze błyskotliwą uwagą, że czcionka PIW była wspaniała i szkoda, że nikt już takiej nie stosuje. Koniec tej mordęgi z panem H.

1 sierpnia 2010

Jean-Marie Gustave Le Clézio - Urania

Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy, 2008
Pierwsze wydanie: 2006
Liczba stron: 239

Literacka Nagroda Nobla 2008

Proszę mi wierzyć, że nauczyłam się nie czytać kiepskich książek do końca i stosuję już od kilku dobrych miesięcy zasadę pierwszych 50 stron. Ale to było wyzwanie. Skoro już mi weszła w ręce z tym wielkim napisem "Nagroda Nobla", to wiedziałam, że trzeba będzie wysmarować recenzję. I jak już ją tak męczyłam, to przyświecała mi też myśl: trzeba ostrzec innych!

Dlaczego? To proste. Wydawca i pisarz robią czytelnika w konia! No bo tak: na okładce naprawdę zachęcająca "zajawka", że będzie o jakiejś utopijnej krainie, ale w naszej rzeczywistości, gdzie ludzie pokazują, że można żyć inaczej. I już byłam pozytywnie nastawiona. Gdybym też Wam dodała, że książka porusza temat (i wcale bym nie skłamała) eksploatacji żyznej meksykańskiej doliny, kontrast między biedotą a bogatymi mieszkańcami, ucieczki do Stanów tych pierwszych, to też można sobie chrząknąć pod nosem "ciekawe, ciekawe, trudne sprawy...". A tu figa! Raz, że autor zalewa nas przeróżnymi wątkami, wcale nie skupiając się nad najciekawszymi. A to jakieś intrygi w akademickim światku, a to związek z niejaką Dalią, a to opis mieszkańców slumsów i bogatej dzielnicy, a to swoją fascynację pewną prostytutką i na okrasę Campos - osadę jakichś neo-hippisów czy Bóg wie kogo. Jakby nie mógł się zdecydować co uwypuklić, a co uczynić tylko tłem głównej opowieści. Poza tym książka jest bezgranicznie nudna, Le Clézio nie jest w stanie zainteresować czytelnika opisywanymi wydarzeniami, nie potrafi przekazać jakichś emocji, które sam pewnie odczuwał. Np. ten związek głównego bohatera, Daniela. Twierdzi, że kocha Dalię, ale ja miałam wrażenie, że jest ona mu całkowicie obojętna, a temperatura tej relacji jest poniżej zera stopni. Do tego jakieś rojenia o biednej prostytutce. A sama Urania (Campos) pojawia się rzadko i niczym nowym nie zaskakuje. Opisy ulic i doliny, które uśpiłyby nawet dziecko z ADHD. Okropność, nie polecam!

Ocena: 2/6

19 lutego 2010

John Milton - Raj utracony

Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
pierwsze wydanie: 1667
ilość stron: 415
tłumacz: Maciej Słomczyński

Pewnie zaskoczyłam co poniektórych? Tak, przeczytałam to, z własnej woli i z przyjemnością. Ale najpierw słowo o okładce: mam książkę biblioteczną z typową szarą okładką, ale wiem, że pod nią jest ukryta właśnie ta ilustracja autorstwa William'a Blake'a Szatan spogląda na Adama i Ewę w raju (ilustracja do księgi IV). Te rysunki można znaleźć w sieci (patrz tu), późniejsze wydania też przykuwają uwagę.

Lekturę polecam czytelnikom wytrwałym i chcącym zapoznać się z tzw. kanonem. Nie będę kłamać, że czyta się to łatwo i lekko, zwłaszcza środek jest trudny do przejścia, ale pierwsze chyba 4 księgi są moimi ulubionymi. Trzeba się też przyzwyczaić do mieszania przez Miltona przeszłości, teraźniejszości i przyszłości w jednym tygielku. Nierzadko zdarzało mi się jednak zatrzymywać nad danym fragmentem i wzdychać "jakie to piękne i genialne"... Warto też to przeczytać z innych powodów. Raz, wydaje mi się, że wreszcie rozumiem ludzi tamtych czasów. Np. w tekście jest wiele niepochlebnych rzeczy o kobietach i początkowo to denerwuje, ale kiedy pamięta się, że napisano to w XVIIw. wszystko staje się jasne i oczywiste. Ale nie chodzi tylko o to, chodzi o samą świadomość jak wcześniej ludzie tłumaczyli sobie świat, dlaczego dla społeczeństwa religia była tak istotnym elementem, pozwala pojąć ich stosunek do Kościoła, grzechu, kultury. Raj utracony jest dowodem jak bardzo europejska tradycja i kultura osadzona jest w chrześcijaństwie (niezależnie od wyznawanych poglądów jednostek). Wokół nas jest tyle odniesień do Biblii, Szekspira i właśnie Miltona, teraz wiem, że warto ten poemat znać, aby móc dekodować te symbole. Dwa, poemat jest inspiracją do stawiania sobie pytań na temat natury człowieka, pochodzenia zła, wiary, Boga, śmierci i tego co po niej. Księga II, wers 612-622:
O hańba ludziom! Gdy diabeł przeklęty
Z diabłem żyć może w zgodzie doskonałej,
Człowiek jedyny wśród istot rozumnych
Żyje w niezgodzie, lecz w ciągłej nadziei
Na łaskę niebios; a choć Bóg obwieścił
Pokój, lecz ludzie tkwią w zawiści, w złości,
I nienawiści, a wojny okrutne
Wiodą i niszczą przy tym ziemię, pragnąć
Zniszczyć się wzajem, jakby ie miał Człowiek
Wrogów piekielnych, którzy dniem i nocą
Czyhają tylko na jego zniszczenie.
Milton te 400 stron właściwie podyktował, był już wtedy niewidomy. Całe życie chciał napisać genialny, wielki, poemat, chciał nie zmarnować danego mu talentu. I udało mu się. Jest dla nas przykładem jak kształceni byli wtedy ludzie zamożni, kompletnie nie przystaje to do naszej rzeczywistości. Nie musimy znać mitów, Biblii, Dantego, Szekspira, dzieł filozofów starożytnych i średniowiecznych. Nas się uczy fragmentami, po łebkach. Oni znali to na wyrywki niemalże ( a Milton był wyjątkowo oczytany). Ilość porównań i bardzo skomplikowanych, ukrytych metafor jest przeogromna, bez czytania przypisów nie da rady, niestety. Milton mieli to wszystko własnym umysłem i przedstawia z wielkim artyzmem.

Ciekawe jest również to jak inaczej odczytujemy to dzieło dzisiaj, a jak było odczytywane za  swoich czasów. Jednocześnie już po pierwszej publikacji poemat Miltona uznano za kontrowersyjny. Najpierw ze względu na język i sposób napisania poematu. Potem zarzucano mu, że... gloryfikuje Szatana, solidaryzuje się z nim i mu współczuje (choć częściej nazywa się go "nieświadomym satanistą"). Przyznaję, że i w oryginale, i w tłumaczeniu polskim Szatan jest najciekawszą postacią, najżywszą, najbardziej interesującą. To z nim człowiek może się utożsamiać jakby był stałą częścią jego osobowości. Adam jest dość nudny, typ niewolnika, Ewa próżna i niestała, ale Szatan... ho ho, to na jego monologi się czeka i to jego się właśnie rozumie! Milton o Szatanie (Księga IV, wers 25-34):
Myśl skołataną zmąciło zwątpienie
I lęk, a piekło w głębi piersi płonie,
Gdyż piekło jest w nim, otacza go wokół,
A nie oddalił się o krok od piekła
Miejsce zmieniając, jako i od siebie
Nie mógłby odejść: a oto sumienie
Budzi uśpioną rozpacz, budzi gorzkie
Wspomnienie tego, czym był, jest i musi
Być, a być musi gorszym, gdyż po gorszych
czynach cierpienia gorsze muszą nadejść.

Wielkość Miltona przejawia się też w tym, że do dziś używamy zwrotów przez niego wymyślonych, np. ognie piekielne. Nigdy wcześniej nikt nie zabrał się za temat tego, co było przed stworzeniem człowieka, nikt tego też nie malował, stąd wyobraźnia i odwaga autora budzi podziw. Chyba najpiękniejsza część to monolog Szatana obserwującego Raj (księga IV): pełen rozpaczy, bezsilności, ciężaru wiedzy, którą ma na swój temat, ostatecznej walki dobra w nim samym. A oto chyba najsławniejszy fragment (Księga I, wersy 297-303) omawiany na wszystkich wykładach dotyczących Miltona, mówi Szatan:
Umysł jest dla siebie
Siedzibą, może sam w sobie przemienić
Piekło w niebiosa, a niebiosa w piekło.
Mniejsza, gdzie będę, skoro będę sobą,
Bo kimże mam być, jeśli niemal równy
Jestem zwycięzcy zbrojnemu w pioruny?
Tutaj wolnymi będziemy przynajmniej;

Oryginał (nie da się ukryć, że sto razy lepszy;):
One who brings
A mind not to be chang'd by Place or Time.
The mind is its own place, and in it self
Can make a Heav'n of Hell, a Hell of Heav'n.
What matter where, if I be still the same,
And what I should be, all but less then he
Whom Thunder hath made greater? Here at least
We shall be free;
Chrześcijanie muszą mieć chyba problem z tą książką, według mnie po niej wiara zamiast się umacniać, niebezpiecznie chwieje się w posadach.

Ocena: 5/6