30 stycznia 2012

Robert Graves - Król Jezus

Wydawnictwo: Rachocki i S-ka, 1995
Pierwsze wydanie: King Jesus, 1946
Stron: 559
Tłumacz: Maciej Świerkocki

To jedna z najbardziej kontrowersyjnych książek, jakie do tej pory czytałam. To znaczy, nie zszokowała mnie, i nie po to ją czytałam, aby szukać jakiejś historycznej prawdy; wiem jednak, że budziła i nadal może budzić niepokój, zwłaszcza w tym naszym małym, zwariowanym kraju.

Graves przedstawia historię Jezusa, jednak robi to, chcąc udowodnić swoją teorię o jego pochodzeniu. Jako wskazówkę potraktować należy tytułowanie Jezusa królem, jednak nie w charakterze religijnym. Autor bowiem stara się udowodnić, że Jezus był prawowitym królem Izraelitów, wnukiem Heroda. Pisząc teraz o tej książce, chciałabym zapomnieć na chwilę o poruszonym temacie, tylko skupić się na tym, na co zwracałam uwagę w czasie lektury. Przede wszystkim oczarował mnie język: gęsty, jak aromatyczny, bulgoczący na ogniu gulasz; pełen przemyślanych zwrotów, staranie wybranych słów, powolny, wymagający uwagi. Jest to powieść historyczna, w której pisarz stara się używać języka właściwego i naturalnego dla swoich bohaterów i  ich czasów, oddać ich mentalność, oddanie prawu Mojżeszowemu, umiejętność prowadzenia wnikliwych dyskusji i odszyfrowywania symboli ukrytych w Prawie. To wszystko zagrało doskonale, niezależnie od piekielnie wysoko zawieszonej poprzeczki. Poległam w wielu momentach, ale nadal ciągnęło mnie do kolejnych stron jak pszczołę do miodu. W sieci znalazłam uwagę, że dopiero od narodzin Jezusa, czyli gdzieś po 130 stronie, książka zaczyna wciągać i wreszcie staje się ciekawsza; jednak moje wrażenia są kompletnie inne. Już od pierwszych stron wpadłam w zachwyt, ciesząc się jak dziecko, gdy tylko kilku Żydów się zbierało i zaczynało dywagować na temat polityki, Jahwe, dawnych proroków czy hierarchii w synagodze. Tak, ten świat może być pięknym miejscem, dopóki chodzą po nim jakieś mądre umysły.
I jest także jasne, że założyciele kościołów pogańskich tak opacznie pojęli jego misję, iż uczynili go centralną postacią nowego kultu, który, gdyby jeszcze żył, sam Jezus z pewnością traktowałby ze wstrętem i przerażeniem. Przedstawiają go jako Żyda niepewnego pochodzenia, renegata, który zniósł Prawo Mojżeszowe, i wraz z greckimi gnostykami uważają, że Jezus był kimś w rodzaju apollińskiego bóstwa, a i to na podstawach, które przyjąć trzeba ze ślepą wiarą (...). (s. 371)
Oczywiście, na pierwszym planie powieści Gravesa jest życie Jezusa, jego rola wśród Żydów, odkrywanie zakamarków ich przedziwnej wiary. Warto też zwrócić uwagę na to, jak autor przemyca do akcji wymieszanie się wszystkich starożytnych wierzeń, starając się pokazać (lub dopiero udowodnić) który bóg pożarł swojego konkurenta z innej części świata, jakie wyznania zostały wchłonięte przez inne, podobieństwo symboli w różnych religiach. Kiedyś już czytałam coś o tej tematyce, mianowicie Antyczne korzenie chrześcijaństwa Danuty Musiał, które zresztą polecam (te kilka lat temu to była dla mnie spora nowość). Naprawdę można odnieść wrażenie, że Graves spędził nad tym tekstem tysiące godzin i przeczytał jeszcze więcej. W nocie historycznej podaje kilka szczegółów na ten temat, próbuje ułagodzić ewentualnych religijnych czytelników (zwłaszcza katolików, jednak robi to, jak napisał jeden recenzent, złośliwie i przewrotnie) i generalnie stara się przekonać, że jego teoria to w sumie nic wielkiego, nie ma się czym emocjonować. No, tego nie byłabym taka pewna, zwłaszcza, że pisarz do końca życia odmawiał podania dokładnych źródeł, zasłaniając się tym, że napisanie czegoś takiego zajęłoby mu wiele lat i wymagałoby kilku tysięcy stron; ograniczał się więc tylko do niektórych z nich. Niemniej jednak, niedawno powstała książka (wcale nie tak pokaźna), która próbuje wypełnić te lukę, a mianowicie Herodian Messiah: Case For Jesus As Grandson of Herod pióra Josepha Raymonda (dostępna na Amazonie). Co ciekawe, jej autor wychował się w rodzinie katolickiej!

Na koniec chciałabym wyrazić swój głęboki podziw dla tłumacza, pana Macieja Świerkockiego, który nie tylko podołał tak trudnemu zadaniu, jakim na pewno musiało być przełożenie tej książki na język polski, ale też musiał spędzić wiele godzin wertując różne przekłady Biblii i szukając potrzebnych informacji w innych źródłach. Czytając więc jakiś króciutki przypis co kilkadziesiąt stron, starałam się uświadomić sobie, ile zachodu musiało kosztować tłumacza znalezienie danej informacji. Wydaje się, że takie ciężkie i zagmatwane teksty, jak Król Jezus czy proza McCarthyego (patrz W ciemność), są dla niego wręcz stworzone. Brawo! Tak więc, polecam, z zastrzeżeniem, że osoby niepewne swojej religijnej postawy (?) powinny się chwilę zastanowić czy na pewno są na to gotowe. Gdybym miała abstrahować od tematyki, poleciłabym każdemu entuzjaście wymagającej prozy i mięsistego języka (ach, jaki ubogi mam zasób słów, nie ma dobrego przymiotnika na taki styl!).

Ocena: 5/6


Dalsza lektura dla zainteresowanych:
Spiskowa teoria Jezusa (Magda Hartman)
Books: Old Heresy, New Version
REVIEW OF King Jesus (1946) by Robert Graves strona Josepha Raymonda (tam też poszukaj Additional Thoughts Upon...)

Jak ACTA wejdzie w życie, to chyba nie pójdę siedzieć za te linki? ;)

16 stycznia 2012

200 lat minęło...

Postanowiłam urozmaicić sobie w tym roku życie czytelnicze i uczcić jubileusze dwóch pisarzy: polskiego i zagranicznego. Padło na panów, którym stuknęły 200 urodziny, znaczy się swoje rocznice mają. Zagraniczny jest oczywisty, choć miał wielu konkurentów; natomiast polski autor nawet dla mnie jest niespodzianką, ale już czas dać mu szansę.

CHARLES DICKENS (ur. 7 lutego 1812r.) 
&
JÓZEF IGNACY KRASZEWSKI (ur. 28 lipca 1812r.)


Postanowiłam przeczytać

Dickensa:
Mała Dorrit

Kraszewskiego
Stara baśń
Hrabina Cosel

źródła zdjęć: 1 i 2

15 stycznia 2012

Filmowe podsumowanie 2011 roku

Będzie szybko: dwa filmy dostały ode mnie 10-tkę (i to nowe! może jednak z kinem nie jest tak źle?).

1. Jane Eyre (2011r.)
reż. Cary Fukunaga

Ekranizacja powieści Charlotte Brontë, więc nie muszę przybliżać fabuły. Ten reżyser bardzo mnie zaciekawił, dlatego sięgnęłam potem po jego starszy film, o którym pisałam w wyróżnieniach (Ucieczka z piekła). Jego wizja Jane oczarowała mnie od początku do końca i absolutnie wszystkim: po prostu doskonałe zdjęcia w przepięknym Derbyshire; genialnie dobrana aktorka, która pokazała wielka klasę (nie jest piękna, więc nie ma fałszu, swoją grę oparła na wyrazie oczy, nieznacznych gestach, gra jej strój, jej fryzura, układ rąk, poza, przechylenie głowy, wygięcie szyi - byłam pod wielkim wrażeniem); olśniewające kostiumy, które w tym filmie są kolejnym bohaterem szepczącym o konwenansach epoki wiktoriańskiej; i - montaż (scena, gdy Jane potwierdza swoje doskonałe wykształcenie jest niezapomniana!). I to mężczyzna tak odczytał tę jakże kobiecą książkę o bardzo nietypowej bohaterce tęskniącej za wolnością! Jednocześnie jest to dla mnie najlepszy film z 2011 roku.

2. Walc z Baszirem (2008r.)
  reż. Ari Folman
Oglądałam go latem i ciągle planuję sobie powtórzyć, w związku z tym nie napiszę za wiele. Niemniej jednak zachwycił mnie grafiką, kreską, oddaniem światła i wody. To jednak tylko tło, najlepsza jest sama historia: trzeba być bardzo uczciwym i obiektywnym wobec samego siebie, aby pokazać coś tak osobistego, czyli  wspomnienia izraelskiego żołnierza z wojny libańskiej.  To ciekawy tytuł dla osób zainteresowanych polityką międzynarodową i sytuacją na Bliskim Wschodzie, mimo swojej niewątpliwej kontrowersyjności, o której pełno w sieci. Życzyłabym sobie, aby Polacy potrafili robić takie filmy o swojej historii, ale myślę, że zaraz jakaś banda idiotów podniosłaby larum.

10 stycznia 2012

Mika Waltari - Błąd komisarza Palmu

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2011
Pierwsze wydanie: Komisario Palmun erehdys, 1940
Stron: 297
Tłumaczenie: Sebastian Musielak

Komisarza Palmu oficjalnie uznaję za najzabawniejszego detektywa wśród znaych mi kryminałów :) Dotychczas jakoś mi się to nie łączyło: kryminał i humor, ale u Waltariego jest to tak zgrabnie połączone, że wszytsko wydaje się na swoim miejscu. Szkoda, że napisał tylko 3 części tego cyklu.

Jaki był błąd Palmu, tego Wam napisać nie mogę, jednak tym razem zajmuje się on śmiercią wśród śmietanki towarzyskiej Helsinek. Schemat pisarz zachował, bowiem i tu owa tragedia nosi znamiona zwykłego wypadku, którego potwierdzenie wszystkim by pasowało. Jednak Palmu, jak to on, od razu stwierdza, że coś tu jednak nie gra. W cz. 1 był to pies właścicielki, a w cz. 2 kwestia światła w łazience. No co tu gadać, Waltari miał smykałkę nie tylko do książek historycznych, pisał też pierwszorzędne kryminały, w których wszystko jest jak należy. Tzn. teraz już się tak nie pisze, ale akurat ja tęsknię za takimi staroświeckimi historiami. Oczywiście, mordercy nie odgadłam, do tego czułam się jak pomocnik Palmu, który też kompletnie nie orientuje się o co w tym wszytskim chodzi (to zresztą on jest narratorem i to on wydaje przygody swoje szefa ;)

A już inną sprawą są Helsinki: wypadają tu jak trochę senne małe miasto, otulone nieco mgłą, na uboczu wielkiego świata, co dodatkowo podkreśla kameralny charakter książki.

Ocena: 5/6.

5 stycznia 2012

Filmowe wyróżnienia drugiego półrocza 2011r. (oceny 8-9)

Drugie półrocze przebiegało po hasłem "szmiry i science-fiction" ;) Czyli oglądania durnych filmów ciąg dalszy, jednak potem przerzuciłam się w dużej mierze na SF, chcąc nadrobić swoje zaległości. Jednak w tym morzu niskich ocen 10 filmów zdobyło oceny 8 lub 9 i jako takie są godne polecenia, tworząc okrąglutkie TOP10. O dziwo, dominują w nim filmy nowe! (ale to wina mojego martwego DVD)

10. Nie przeszkadzać (2006r.) aka Lifted, reż. Gary Rydstrom
Na rozgrzewkę króciutka animacja Pixara serwująca wyjaśnienie dlaczego po przebudzeniu bolą nas mięśnie ;) Dostępna jest na tubce, polecam, uśmiejcie się i poćwiczycie mięśnie brzucha.




9. C.R.A.Z.Y. (2005r.), reż. Jean-Marc Vallée
Francuski film, który może nie powala świeżością, jednak cieszy serce bardzo dobrą muzyką, aktorstwem na wysokim poziomie i interesującym tematem: relacje ojciec-syn i co z nimi, jeśli synek daleko odstaje od wyobrażeń tatusia.




8. Milczenie Lorny (2008r.), aka Le Silence de Lorna, reż. Jean-Pierre Dardenne, Luc Dardenne
Historia Lorny, która uwikłana jest w przeróżne zależności, zatraciła poczucie własnej godności, a jednocześnie wierzy, że nic jej nie dotyka, dopóki jej marzenie, że otworzy własna knajpkę jest na horyzoncie. Zachowuje się jak robot, nic jej nie rusza i nagle w tym wszystkim - irracjonalna miłość z najmniej odpowiednim człowiekiem, w najmniej odpowiednim czasie. Do tego ciekawy zabieg - brak sceny morderstwa, na której inny film zostałby zbudowany.

7. Melancholia (2011r.), reż. Lars von Trier
Zwariowany Trier czaruje dobrymi zdjęciami, bawi się konwencją, daje pole do popisu Kirsten Dunst i gdzieniegdzie ukrył doskonałe obrazy. Przede wszystkim jednak uderza w widza depresją i naśmiewa się z przekonania zachodniej cywilizacji, że "wszytko będzie dobrze" i "możesz wszystko".



6. Bumerang (1947r.), aka Boomerang!, reż. Elia Kazan
Jak to u Kazana - przemyślany scenariusz. Oczywiście, jeszcze typowe dla tamtych czasów zbytnie ulizanie bohaterów i za słodkie kobiety, jednak film bardzo ciekawie przedstawił zepsucie amerykańskiego systemu prawnego, w którym można skazać człowieka tylko dlatego, że wszystkim to pasuje. A ten, kto ma odwagę i powie "nie" zostanie zwyczajnie sam.


5. Gran Torino (2008r.), reż. Clint Eastwood
Eastwood przekonywająco w roli starego pryka pełnego uprzedzeń, który już dawno wypiął się na świat i niczego od niego nie chce. Wcale nie niepoprawność polityczna mi się w tym filmie podobała, tylko wybór nieoczywistych bohaterów (Kambodżanie?!) oraz niepolukrowaną końcówkę, tzn. scenarzysta nie uległ pokusie i nie zamienił Walta w słodkiego staruszka, przyjaciela wszystkich imigrantów i bohatera dzielnicy.

4. Aniołowie o brudnych twarzach (1938r.) aka Angels with Dirty Faces, reż. Michael Curtiz
Curtiz to ten od Casablanci, jakby co. Jak to często w starych amerykańskich filmach bywało: świetny scenariusz i wiarygodni aktorzy. Przypadek sprawia, że dwóch kolegów z dzieciństwa ma inny pomysł na życie: jeden jest księdzem, a drugi gangsterem. Kraj przezywa właśnie falę przemocy, korupcji i rozpad systemów wartości. Gangsterzy to celebryci, uwielbiani przez młodych . Ksiądz to frajer i naiwniak. Fabuła czasem trochę zbyt patetyczna, może i nieco ociężała, ale jednak zakończenie robi spore wrażenie.


3. Ucieczka z piekła (2009r.) aka Sin Nombre, reż. Cary Fukunaga
Na film zwróciłam uwagę zg na reżysera, ale o tym napiszę w rocznym podsumowaniu filmowych niedługo. Film przedstawia rzeczywistość Hondurasu i meksykańską Mara Salvatrucha uznawaną za najniebezpieczniejszy gang świata. Jego członkiem jest Casper, który nagle z dnia dzień staje się wrogiem numer jeden swoich ziomków. Reżyser przeplata wątek jego ucieczki z podróżą Saryi, która chce przedostać się do USA. Ujęły mnie w tym filmie proste gesty bohaterów, bez dramatycznej muzyki w tle i chórów anielskich, tragizm tej historii, pokazanie jak zniszczono Amerykę Środkową, co sprawia, że nie sposób tam normalnie żyć. Poza tym sam gang - trochę mi szczęka opadła, zwłaszcza gdy potem sobie poczytałam o nim w sieci.

2. Człowiek z Ziemi (2007r.) aka The Man from Earth, reż. Richard Schenkman
To była dla mnie niespodzianka roku. Obraz ten zaliczam do podkategorii filmów, które prostymi środkami wciągają widza w swój świat i uruchamiają jego wyobraźnię (jak Dogville i wspominany przeze mnie Filar). Ten film można by równie dobrze wystawiać w teatrze, ponieważ zachowana jest jedność miejsca, czasu i akcji. Grupa przyjaciół, naukowców, żegna swoje kolegę, który rezygnuje ze swojego stanowiska. Decyduje się on ujawnić prawdę o sobie, ale nie napiszę nic więcej, ponieważ odkrywanie tego dostarczyło mi naprawdę sporo frajdy. Cieszę się, że nie czytałam wcześniej opisów tego filmu. No i tak:  faktycznie, może trochę przesadzili z samym wyborem tej postaci, w jego opowieści zapewne znajdą się luki i konieczne niedopowiedzenia, jednak ta historia nadal pozostaje fascynująca, a sama oglądałam ją z wypiekami na twarzy. Filmowi przysłużyło się obsadzenie mało znanych aktorów, ponieważ człowiek skupia się tylko na ich dyskusji, a właściwie każda postać reaguje na tę rewelację inaczej. Niemniej jednak dają oni radę.

1. Świadek oskarżenia (1957r.) aka Witness for the Prosecution, reż. Billy Wilder
Scenariusz - perełka, to pierwsze, co mi przychodzi do głowy. Liczne zwroty akcji, brawurowe aktorstwo, humor i wspaniała Marlena Dietrich oraz jeszcze genialniejszy Charles Laughton w roli adwokata (chcę obejrzeć więcej filmów z nim, 3 mi znane dostały b. wysokie oceny!). Akcja kręci się wokół morderstwa pewnej wdowy, oskarżonym zostaje Leonard Vole, którego żona staje za nim murem, ale... do czasu :) Gorąco polecam, Billy Wilder znowu nie zawodzi! Jego filmy to niedościgniony wzór, a współczesne filmy to często tylko smutna kalka tego, co on miał w małym palcu.

2 stycznia 2012

Doris Lessing - Piąte dziecko

Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy, 2005
Pierwsze wydanie: The Fifth Child, 1988
Stron: 142
Tłumacz: Anna Gren

Literacka Nagroda Nobla 2007

Jeszcze w starym roku zdążyłam pochłonąć książkę nr 91. Właśnie pochłonęłam, ponieważ przeczytałam ją w kilka godzin, niemal na wdechu. Dostarczyła mi ekstremalnych emocji: od zaciekawienia, przez oburzenie i zimnego strachu aż do palpitacji serca wywołanego zdenerwowaniem.

Lessing po raz trzeci całkowicie mnie rozbraja. Zupełnie nie rozumiem dlaczego niektórzy kwestionują zasadność przyznania jej Nagrody Nobla! Styl ma dopracowany, pomysły nieprzeciętne, a historie nie zatrzymują się na cienkiej skorupce rzeczywistości, tylko wciągają czytelnika głębiej, jak bagno, ujawniając przed sobą pokłady kolejnych warstw. Stwarza oryginalne postaci, a zwłaszcza subtelnie oddaje skomplikowany charakter swoich bohaterek. Nie karmi czytelników czytadłami, tylko Literaturą. Nie twierdzę, że nie ma słabszych książek (jak chyba każdy pisarz), na pewno też na nie trafię, jednak nieodmiennie zaskakuje mnie jej twórczość, wyróżnia się, a moim zdaniem to raczej rzadka cecha. Tym razem zaserwowała mi, jak by się na pierwszy rzut oka wydawało, powieść obyczajową, a raczej opowiadanie zg na swoje niewielkie rozmiary. Historia wydaje się być do bólu zwyczajna: czytelnik obserwuje proces powstawania jednej angielskiej rodziny. korowód świąt, krewnych i kolejnych nowych dzieci. Aż do tego piątego - Bena, który stanowi punkt graniczny dla rozwoju tego zbiorowiska. Jak tama, zatrzymuje on sobą wszystko i od momentu jego pojawienia się, jeszcze w łonie matki, następuje powolny rozpad. W sieci przeczytałam sobie kilka dyskusji na temat tej książki i już sam fakt, że wzbudza ona takie emocje i sprzeczne opinie sprawia, że warto po nią sięgnąć.

Dla mnie jest tam kilka dominujących aspektów. Po pierwsze inność Bena i związane z tym zaburzenie relacji w rodzinie. Kim on jest? Czytając, nie sposób wydobyć z siebie choćby iskry współczucia dla tego dziecka, odrzuca w nim wszystko. Z drugiej strony bardzo zaskoczyło mnie zasianie ziarna wątpliwości czy aby na pewno Harriet (jego matka) postrzegała go obiektywnie. Gdy spojrzy się na tę książkę z tej strony, całkowicie zmienia się perspektywa. Po drugie, fascynujące jest oglądanie jak z tej rodziny odrywane są, warstwa po warstwie, wszystkie łączące ich wcześniej spoiwa. W pierwszych latach wydaja się być jak stal, grzejący się szczęściem, jak czymś faktycznie osiągalnym i na wyciągnięcie ręki. Jakby było ono kwestią wyboru. Gdy powoli nadchodzi katastrofa, okazuje się jak złudne było to wszystko, prowizoryczne, zależne od każdego ogniwa osobno, trzymające się "na słowo honoru". Zdaje się, że szczęście jest istotnym tematem Piątego dziecka. Po trzecie, opis zmian w angielskim społeczeństwie, ale też jego odwiecznych tarć związanych z jego klasowością. Po lekturze przekopałam się przez angielską historię polityczną, ekonomiczną i społeczną, ponieważ od początku wydawało mi się, że wspomniane lata nie są przypadkowe. I faktycznie, interesująco łączą się kolejne zmiany w tej rodzinie z wypadkami historycznymi. Ostatnią ważną kwestią były dla mnie relacja matka-dziecko i społeczne postrzeganie tej drugiej. Harriet wielokrotnie wspomina o swoim odczuciu bycia wiecznie krytykowaną i obwinianą i wręcz uderzyło mnie to jak idealnie to widać w toczących się dyskusjach o tej książce, skupionych wokół... krytykowania tej kobiety. A to, że nie kochała Bena, więc to jej wina. A to, że w ogóle nie kochała swoich dzieci. A to, że była egoistką. A to, że to ona winna jest temu, co się stało z jej rodziną. A to, że była nieodpowiedzialna. I tak dalej. Myślę, że te zarzuty są dość ironicznym komentarzem do poruszonych przez Lessing tematów, ponieważ i tym razem pisarka zaznacza specyficzną pozycję kobiety w świecie. Patrzenie więc na Piąte dziecko tylko pod kątem tej konkretnej rodziny i tej konkretnej matki wydaje mi się trochę niesprawiedliwe i powierzchowne. 

Ocena: 5,5/6