5 stycznia 2012

Filmowe wyróżnienia drugiego półrocza 2011r. (oceny 8-9)

Drugie półrocze przebiegało po hasłem "szmiry i science-fiction" ;) Czyli oglądania durnych filmów ciąg dalszy, jednak potem przerzuciłam się w dużej mierze na SF, chcąc nadrobić swoje zaległości. Jednak w tym morzu niskich ocen 10 filmów zdobyło oceny 8 lub 9 i jako takie są godne polecenia, tworząc okrąglutkie TOP10. O dziwo, dominują w nim filmy nowe! (ale to wina mojego martwego DVD)

10. Nie przeszkadzać (2006r.) aka Lifted, reż. Gary Rydstrom
Na rozgrzewkę króciutka animacja Pixara serwująca wyjaśnienie dlaczego po przebudzeniu bolą nas mięśnie ;) Dostępna jest na tubce, polecam, uśmiejcie się i poćwiczycie mięśnie brzucha.




9. C.R.A.Z.Y. (2005r.), reż. Jean-Marc Vallée
Francuski film, który może nie powala świeżością, jednak cieszy serce bardzo dobrą muzyką, aktorstwem na wysokim poziomie i interesującym tematem: relacje ojciec-syn i co z nimi, jeśli synek daleko odstaje od wyobrażeń tatusia.




8. Milczenie Lorny (2008r.), aka Le Silence de Lorna, reż. Jean-Pierre Dardenne, Luc Dardenne
Historia Lorny, która uwikłana jest w przeróżne zależności, zatraciła poczucie własnej godności, a jednocześnie wierzy, że nic jej nie dotyka, dopóki jej marzenie, że otworzy własna knajpkę jest na horyzoncie. Zachowuje się jak robot, nic jej nie rusza i nagle w tym wszystkim - irracjonalna miłość z najmniej odpowiednim człowiekiem, w najmniej odpowiednim czasie. Do tego ciekawy zabieg - brak sceny morderstwa, na której inny film zostałby zbudowany.

7. Melancholia (2011r.), reż. Lars von Trier
Zwariowany Trier czaruje dobrymi zdjęciami, bawi się konwencją, daje pole do popisu Kirsten Dunst i gdzieniegdzie ukrył doskonałe obrazy. Przede wszystkim jednak uderza w widza depresją i naśmiewa się z przekonania zachodniej cywilizacji, że "wszytko będzie dobrze" i "możesz wszystko".



6. Bumerang (1947r.), aka Boomerang!, reż. Elia Kazan
Jak to u Kazana - przemyślany scenariusz. Oczywiście, jeszcze typowe dla tamtych czasów zbytnie ulizanie bohaterów i za słodkie kobiety, jednak film bardzo ciekawie przedstawił zepsucie amerykańskiego systemu prawnego, w którym można skazać człowieka tylko dlatego, że wszystkim to pasuje. A ten, kto ma odwagę i powie "nie" zostanie zwyczajnie sam.


5. Gran Torino (2008r.), reż. Clint Eastwood
Eastwood przekonywająco w roli starego pryka pełnego uprzedzeń, który już dawno wypiął się na świat i niczego od niego nie chce. Wcale nie niepoprawność polityczna mi się w tym filmie podobała, tylko wybór nieoczywistych bohaterów (Kambodżanie?!) oraz niepolukrowaną końcówkę, tzn. scenarzysta nie uległ pokusie i nie zamienił Walta w słodkiego staruszka, przyjaciela wszystkich imigrantów i bohatera dzielnicy.

4. Aniołowie o brudnych twarzach (1938r.) aka Angels with Dirty Faces, reż. Michael Curtiz
Curtiz to ten od Casablanci, jakby co. Jak to często w starych amerykańskich filmach bywało: świetny scenariusz i wiarygodni aktorzy. Przypadek sprawia, że dwóch kolegów z dzieciństwa ma inny pomysł na życie: jeden jest księdzem, a drugi gangsterem. Kraj przezywa właśnie falę przemocy, korupcji i rozpad systemów wartości. Gangsterzy to celebryci, uwielbiani przez młodych . Ksiądz to frajer i naiwniak. Fabuła czasem trochę zbyt patetyczna, może i nieco ociężała, ale jednak zakończenie robi spore wrażenie.


3. Ucieczka z piekła (2009r.) aka Sin Nombre, reż. Cary Fukunaga
Na film zwróciłam uwagę zg na reżysera, ale o tym napiszę w rocznym podsumowaniu filmowych niedługo. Film przedstawia rzeczywistość Hondurasu i meksykańską Mara Salvatrucha uznawaną za najniebezpieczniejszy gang świata. Jego członkiem jest Casper, który nagle z dnia dzień staje się wrogiem numer jeden swoich ziomków. Reżyser przeplata wątek jego ucieczki z podróżą Saryi, która chce przedostać się do USA. Ujęły mnie w tym filmie proste gesty bohaterów, bez dramatycznej muzyki w tle i chórów anielskich, tragizm tej historii, pokazanie jak zniszczono Amerykę Środkową, co sprawia, że nie sposób tam normalnie żyć. Poza tym sam gang - trochę mi szczęka opadła, zwłaszcza gdy potem sobie poczytałam o nim w sieci.

2. Człowiek z Ziemi (2007r.) aka The Man from Earth, reż. Richard Schenkman
To była dla mnie niespodzianka roku. Obraz ten zaliczam do podkategorii filmów, które prostymi środkami wciągają widza w swój świat i uruchamiają jego wyobraźnię (jak Dogville i wspominany przeze mnie Filar). Ten film można by równie dobrze wystawiać w teatrze, ponieważ zachowana jest jedność miejsca, czasu i akcji. Grupa przyjaciół, naukowców, żegna swoje kolegę, który rezygnuje ze swojego stanowiska. Decyduje się on ujawnić prawdę o sobie, ale nie napiszę nic więcej, ponieważ odkrywanie tego dostarczyło mi naprawdę sporo frajdy. Cieszę się, że nie czytałam wcześniej opisów tego filmu. No i tak:  faktycznie, może trochę przesadzili z samym wyborem tej postaci, w jego opowieści zapewne znajdą się luki i konieczne niedopowiedzenia, jednak ta historia nadal pozostaje fascynująca, a sama oglądałam ją z wypiekami na twarzy. Filmowi przysłużyło się obsadzenie mało znanych aktorów, ponieważ człowiek skupia się tylko na ich dyskusji, a właściwie każda postać reaguje na tę rewelację inaczej. Niemniej jednak dają oni radę.

1. Świadek oskarżenia (1957r.) aka Witness for the Prosecution, reż. Billy Wilder
Scenariusz - perełka, to pierwsze, co mi przychodzi do głowy. Liczne zwroty akcji, brawurowe aktorstwo, humor i wspaniała Marlena Dietrich oraz jeszcze genialniejszy Charles Laughton w roli adwokata (chcę obejrzeć więcej filmów z nim, 3 mi znane dostały b. wysokie oceny!). Akcja kręci się wokół morderstwa pewnej wdowy, oskarżonym zostaje Leonard Vole, którego żona staje za nim murem, ale... do czasu :) Gorąco polecam, Billy Wilder znowu nie zawodzi! Jego filmy to niedościgniony wzór, a współczesne filmy to często tylko smutna kalka tego, co on miał w małym palcu.

8 komentarzy:

  1. Moimi faworytami zeszłego roku są: Fobia, Jak działa jamniczek, Płytki grób, Godzina wilka i Młody człowiek z trąbką. Wielki zawód stanowi Milioner z ulicy, wrócić natomiast muszę do Nagiego lunchu.
    Z powyższych znam jedynie te starsze... Pora chyba przywrócić się teraźniejszości.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kojarzę tylko "Melancholię" aczkolwiek mnie znużyła. Wiele aspektów tego filmu mogę opisać jako genialne i świetne, ale jednak całość mi nie przypadła zbytnio do gustu ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. makiwara- tez bardzo nisko oceniłam Milionera, dokładnie na 1 ;) A Nagi lunch lubię, zwłaszcza maszynę do pisania.

    OdpowiedzUsuń
  4. Z Twojej dziesiątki kojarzę zaledwie 20% filmów, ale bardzo dobrze się składa, bo wszystkie opisałaś mocno zachęcająco. Szczególnie się cieszę z tych propozycji trochę starszych niż z ostatniej dekady - mam straszny apetyt na filmy z okolic lat 50., a prócz typów oczywistych, np. oscarowych, nie mam pojęcia które są warte uwagi. Dzięki też za przypomnienie "Melancholii" i "Gran Torino", których obejrzenie planuję sobie już od dawna. Poza tym bardzo intrygująco brzmi ten "Człowiek z Ziemi", lubię takie surowe filmy wymagające uruchomienia wyobraźni - "Dogville" należy do moich ulubionych - więc muszę koniecznie zapamiętać.

    OdpowiedzUsuń
  5. Z wymienionych przez Ciebie filmów kojarzę większość, ale widziałam tylko trzy. C.R.A.Z.Y był jednym z ważniejszych filmów obejrzanych w zeszłym roku. Właśnie takie kino lubię. Ostatnio na Kulturze widziałam po raz drugi i bawiłam się, smuciłam równie mocno jak za pierwszym razem. Milczenie Lorny widziałam kilka dni temu na Ale kino i ma coś w sobie ten obraz magnetycznego, a Melancholia- dobrze mi było w kinie, ale zapomniałam o niej w moim podsumowaniu, widocznie nie zrobiła na mnie większego wrażenia, choć jak teraz jak myślę o filmie, to to było dobre kino:)
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Za mnie myśli filmweb, sprawdzam sobie oceny z danego okresu i od razu widzę jak na doni co zasłużyło na wysoką ocenę, nie polegam za bardzo na mojej pamięci :)
    Smuciłaś się na CRAZY? Mnie ten film zaskoczył pozytywna atmosfera, obawiałam się, że widz będzie się musiał użalać nad smutnym losem głównego bohatera, ale jednak reżyser nie poszedł w tę stronę.
    A Melancholie zapamiętałam, ponieważ podobało mi się jak potem w dyskusjach ludzie nadal nie potrafili zaakceptować stanu bohaterki Dunst, chcieli ja zmieniać na siłę, oskarżać, nie przyznawali jej prawa do bycia właśnie taką i jak tak wyszłam z kina i słuchałam tych opinii, to właśnie o tym myślałam.

    OdpowiedzUsuń
  7. Wyobraź sobie że kilka lat temu o "Człowiek z Ziemi" opowiadał pewien dresiarz ( i dont laj - ryli, na dziwnej imprezie związanej z jakąś robotą mojego kumpla) i pamiętam mniej więcej o co chodzi. Sam pomysł na film wydawał mi się boski bardzo dobrze to zapamiętałem... ale oczywiście wypiłem tam tyle, że zapomniałem jak się ten film nazywał. Jak ten film tu zobaczyłem to od razu załapałem że o ten chodzi. Na dniach zobaczę.

    Mi osobiście Gran Torino się strasznie nie podobał - to jakiś koszmarny film familijny z naciąganym scenariuszem. A z biegiem czasu staje się coraz większym fanem "Estwooda reżysera" więc to mnie strasznie zabolało.

    U mnie w rankingu też by było dość współcześnie. Z mojego ostatniego półrocza wpisz sobie na listę mast si: "Brick" (2005), Żywe tarcze (1968), "Small Town Murder Songs" i "Biały myśliwy, czarne serce" ( też Estwood - ale tu to mi się podobał raczej scenariusz niż reżyseria. Żeby zachęcić - to film o tym jak Huston kręcił "Afrykańską królową").

    Nie ma między tymi tytułami jakiejś awangardy i wszystkie z nich powinny cię zainteresować. Przy "Żywych Tarczach" doczytaj o kontekście (to taki film symbolicznie żegnający starą szkolę grozy - ale to nie jedyna jego wartość i nie jedyny kontekst).

    pzdr

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, ciekawam co powiesz o Man from Earth, przynajmniej wiem, że Twoje uczucie religijne nie zostaną obrażone ;)
      Oglądając Gran Torino stwierdziłam, że Clint wpadł w jakąś kategorię bohaterów, jak Russell Crowe (tyle że w inną) i nie może/nie chce z niej wyjść. On nadal mnie przekonywuje, ale jednak lubię jak aktor pokazuje całą paletę swoich możliwości, bo potem robi się z nich wszystkich nieodżałowany Robert de Niro, który w każdym filmie przekręca tak samo głowę, a kończy w tragicznych komediach. No, Clintowi to nie grozi, ale jak jeszcze raz zagra starego zrzędę gardzącym światem, to już sobie daruję oglądanie.

      U mnie teraz współcześnie, bom się na online przełączyła, więc ostatni rok pierwszy raz w życiu jestem mniej więcej na bieżąco z nowościami.
      Obadam te Twoje tytuły. Pamiętam, że Brick mnie zainteresował.

      Usuń

Jak powiedział Tuwim "Błogosławiony, który nie mając nic do powiedzenia, nie obleka tego w słowa" :)