2 listopada 2012

W telegraficznym skrócie 4

Wojciech Tochman - Schodów się nie pali
Zbiór reportaży ułożonych według czytelnego klucza - tęsknota i poszukiwanie. Początkowo byłam sceptycznie nastawiona do pomysłu; obawiałam się, że będzie jak z Nowakiem i część historii wyda mi się już nieaktualna, tyle że ktoś zatrzymał chwilę, ale taką w sumie bez znaczenia dla czytelnika. Jednak nie. Im dalej się zagłębiałam w tę książkę, tym bardziej uderzała mnie uniwersalność tych ludzkich losów. Skondensowane emocje, niezmienna irracjonalność naszych zachowań i jednocześnie zachwyt, że tacy jesteśmy. Po kilku miesiącach nie jestem już w stanie podać rozdziałów, które najbardziej mi się podobały, jednak w pamięci zachował się jeden (wcale nie najlepszy - Siedem razy siedem). Z czystym sumieniem - polecam. 

Thomas Wharton - Salamandra
Najpierw przyjemne zaskoczenie i ciekawość. Świat mechanicznych wynalazków kojarzył mi się nieco z kultową z grą Syberia. Do tego trochę tajemnic, utracone uczucie, podróże i XIX wiek - dobrze to rokowało. Potem jednak najciekawsze wątki zostały urwane lub potraktowane po macoszemu i Salamandra gdzieś w połowie zaczęła mnie nudzić. Za dużo historyjek poukrywanych w głównej opowieści. Niby miały pełnić rolę rodzynek w aromatycznym cieście, a jednak zepsuły smak całości. Książka jest jednak napisana ładnym językiem, starannie i z pomysłowo, a na szczególną pochwałę zasługuje opis zatrzymania i spowolnienia czasu - nie sądziłam, że da się to zrobić prozą; zakładałam, że tylko film jest w stanie poszaleć na tym gruncie.

Brian Azzarello, Lee Bermejo, Mick Gray - Joker
Nastąpiła wiekopomna chwila - po raz pierwszy od lat, w sumie od czasów dzieciństwa, przeczytałam komiks! W sumie już od paru lat to medium mnie ciekawi, jednak ciągle na przeszkodzie stał brak dostępu do jakiejś wersji papierowej. Kupić - nie kupię (za drogo, w ciemno też się nie zdecyduję), dwa - nie czytam na komputerze, po prostu, nie zmienię tego. A tu nagle kolega zaczyna rozmowę o komiksach i pożycza mi jeden (dzięki Paweł!) :) Faktycznie, mieć w ręku coś tak innego od książek robi wrażenie. Przeczytałam wszystko w 1 wieczór (spora zaleta) i z uwagą obejrzałam co lepsze rysunki. Podobało mi się bliskie spotkanie z komiksem, choć nie podobał mi się sam Joker. Zabrakło w nim treści, pomysłu na opowieść. Wydaje mi się, że autorzy trochę poszpanowali ładną formą, tak jak filmowcy czasem ni w pięć, ni w dziesięć wrzucają scenę w zwolnionym tempie ;) Do tego nie podobało mi się tłumaczenie (porównałam z oryginalnymi dymkami). Mimo to, chciałabym jeszcze poczytać komiksy (zwłaszcza, że ostatnio widziałam ciekawy dokument na temat DC Comics i ogólnie historii komiksów). 

Ian McEwan - Amsterdam
Ależ się zawiodłam! Jednak ocena na biblionetce jest pomocna, moja wina, że nie wzięłam jej pod uwagę. Idiotyczna i absurdalna opowieść o dwóch odrażających mężczyznach, która nawet nie próbuje zachować pozorów prawdopodobieństwa. Wszystko to, co w tej książce miało jakąkolwiek wartość zginęło w imię okropnego, nieprzemyślanego zakończenia. Sama nie wiem jaki był tego ceł? miało mnie totalnie zaskoczyć? zszokować? No cóż, zdecydowanie się to autorowi nie udało. Szkoda, że swój talent marnuje na coś tak miałkiego (pisać potrafi, jednak to jak ze śpiewem, sam głos się nie liczy, jeszcze to, co śpiewasz).

J. I. Kraszewski - Brühl: Powieść historyczna z XVIII wieku
Niestety, Kraszewski, podobnie jak ostatnio Dickens, zaliczył wpadkę. Trudno mi to tłumaczyć, ponieważ ta książka wcale nie jest zła. Ma wiele walorów, o których poczytacie na innych blogach (zwłaszcza na Projekt Kraszewski). Jeśli chodzi o mnie ok. 180 strony poddałam się i przyznałam się przed sobą, że czytanie jej nie sprawia mi żadnej przyjemności, nudzi mnie i czytałam ją z musu. Od razu mi ulżyło, gdy wyjęłam zakładkę... Mam nadzieję, że inne powieści Kraszewskiego bardziej mi podejdą. W tej nie ciekawili mnie bohaterowie, nie emocjonowałam się pojedynkiem dwóch antagonistów, opis dworu mnie odrzucał, do tego wnerwiała mnie maniera autora opisywania ludzi przez zdrobnienia. To sprawiało, że każdy z nich nabierał zniewieściałych cech, jakby stawali się lalkami. Dickens - Kraszewski remis (2-2).

7 października 2012

#19 Książka, dzięki której zmieniłeś zdanie na jakiś temat

Elliot Aronson, Timothy Wilson, Robin Akert - Psychologia społeczna: Serce i umysł

W fejsbukowej wersji tego wyzwania do hasła 19-tego dodano, że chodzi o ksiązkę non-fiction, stąd mój wybór. To był podręcznik mojego brata, gdy studiował pedagogikę. Ku mojemu zaskoczeniu z miejsca sie wciągnęłam, ponieważ napisana jest zupełnie inaczej niż nasze polskie odpowiedniki - bardzo przystępnie. Całość pełna jest przykładów z życia, anegdot, opisów fascynujących eksperymentów i wytłumaczona tak, że nawet laik jest w stanie to pojąć. Teorii jest tylko tyle, ile potrzeba, ani słowa więcej. Nauczyłam się z niej mnóstwo, a zdanie zmieniłam co do wrażenia, że psychologia to taka nauka w cudzysłowie, z przymrużeniem oka. Okazało się, że naprawdę sporo już o człowieku możemy powiedzieć, a jednocześnie każda nowość w tej dziedzinie jest zaledwie drzwiami do kolejnych tajemnic. A chyba najdziwniejszy wniosek jaki wypływa z tej książki to ten, iż nie tylko jesteśmy szalenie irracjonalnymi istotami, ale też że naszą rzekomą mądrość można miedzy bajki włożyć.

28 września 2012

Cormac McCarthy - Suttree

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2011
Pierwsze wydanie: 1989
Stron: 665
Tłumacz: Maciej Świerkocki

Dostałam tę książkę od WL kawał czasu temu, ale zg na pracę licencjacką czytanie innych książek McCarthy'ego musiałam przesunąć na wakacje. Obawiałam się, żeby mi się wrażenia nie zaczęły na siebie nakładać, a to dlatego, że jego powieści mają to do siebie, że pozwalają całkowicie zatopić się w swojej atmosferze, stwarzają swoją własną rzeczywistość i nastrój; takie okno na inny, ale realny świat.

Pamiętam jak pisałam pierwszy wstępniak uzasadniając wybór tego pisarza: że nie jestem jego wielką wielbicielką, ale jego twórczość ma w sobie coś magnetycznego, co sprawia że regularnie go czytam, pragnę zrozumieć i nie mogę sobie odmówić przyjemności zamówienia kolejnego tytułu.

Tym razem zaskoczył mnie główną postacią - postawił na kogoś pozytywnego, wręcz ... (nie bójmy się użyć tego słowa) dobrego! Suttree zapowiadana jest jako jedna z najzabawniejszych książek tego pisarza (co sugeruje, że w ogóle pisze zabawne książki ;) i jedno się zgadza - jest kilka momentów pełnych humoru, ale żebym miała ubaw po pachy to nie powiem. Poza tym ma się podobno skupiać na relacji Suttree'ego z jego młodym kompanem Harrogatem. I tu się już zupełnie nie zgodzę, ponieważ ten dzieciak przewija się przez karty powieści tak, jak reszta drugoplanowych postaci. Nie odniosłam wrażenia, że Suttree miał jakoś specjalnie na uwadze właśnie tego chłopaka. Jak by można opisać ten utwór? To parę lat Suttree'go (głównie Knoxville, początek l.50.), jego życie z dnia na dzień jako rybaka na brudnej i ospałej rzece, relacje z innymi mieszkańcami, równie biednymi jak on, przygodne znajomości, podpadanie policji, unikanie rodziny, urwane filmy. Jest coś absolutnie unikatowego w tym, że mnie to nie odrzuciło, a samego Suttreego polubiłam najbardziej ze wszystkich powieści autora. Byłam przekonana, że nic go w moich oczach nie skreśla, czy pochylał się nad słabszymi od siebie, czy wpadał w ciąg alkoholowy, czy kradł, włóczył się, czy naprawiał swą barkę, czy pomagał sąsiadom czy był utrzymankiem - mój stosunek do niego stale był bardzo pozytywny. Stworzył wyjątkową postać - introwertyczny, a jednocześnie otwarty do ludzi; inteligentny, ale nie chcący wykorzystać swoich możliwości; zaradny, ale i nie myślący długofalowo. 

Wspaniale było poobserwować jego powolne życie przez dziurkę od klucza, jaką stała się dla mnie ta książka. Suttree jest jak upadły bóg, który zrezygnował z całą odpowiedzialnością ze wszystkiego, żeby pędzić życie człowieka na marginesie na tym najlepszym ze światów. I zdaje się, że odnalazł tam coś cenniejszego - spokój. Choć wielu nazwałoby go 'zerem', zazdrościłam mu czasem. Zdecydowanie polecam Waszej uwadze tę powieść.

Wydanie bez zarzutu: tłumaczenie jak zawsze u pana Świerkockiego - pierwsza klasa, a korektorki też znają się na swojej robocie :)

Ocena: 5/6

20 września 2012

Charles Dickens - Wielkie nadzieje

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2009
Pierwsze wydanie: Great Expectations, 1860-61
Stron: 560
Tłumacz: Karolina Beylin

Dickens z zupełnie innej strony. Wyczytałam, że Wielkie nadzieje uważane są przez krytyków za jego najlepszą książkę i chyba wiem dlaczego. Naprawdę ten tytuł wyróznia się na tle innych. Przede wszystkim mało jest tam postaci z gruntu dobrych, bez skazy. Fabuła jest najmniej przewidywalna w porównaniu z innymi jego książkami. Chyba przez 200 czy 300 stron nadal nie mogłam jej rozgryźć - o co chodziło pisarzowi? Co więcej, po raz pierwszy u Dickensa spotkałam bohaterów, którzy nie tylko zachowują się ekscentrycznie, ale też mogą odrzucać swoim zachowaniem, a ich motywy są bardzo długo ukryte. Wielkie nadzieje, jedna z ostatnich powieści autora, to wyraźny progres, książka najmniej oczywista.

Tradycyjnie bohaterem jest młody chłopiec, Pip, a osią fabuły jest jego dorastanie. Początkowo jego życie wydaje się prostą linią, ma zostać kowalem, jednak los się do niego uśmiecha i nagle staje się panem, do którego inni mówią sir. Pip nie jest ani specjalnie bystry, ani roztropny, trochę uderza mu do głowy woda sodowa. Do tego nie wie nawet komu zawdzięcza zmianę swojej sytuacji życiowej. Zagadki się mnożą, jest nawet wątek kryminalny, rozterki miłosne (na serio niebanalne) i nawet zakończenie jak nie u Dickensa - nie jest opowieścią o pozostałych latach głównego bohatera, gdzie wszystko pięknie mu się układa.
Moja siostra była gospodynią bardzo czystą, ale ta czystość dzięki jej przedziwnemu talentowi dokuczała nam bardziej nż brud. Czystość przypomina pobożność i są ludzie, którzy podobnie obrzydzają religię. (s. 28)
To właśnie mi się bardzo podobało, bo choć książka była dla mnie ciut mniej wciągająca od Davida Copperfielda, to jednak ta niejednoznaczność opowieści zrobiła na mnie wrażenie. Poza tym jak zawsze można sobie poczytać bezcenne opisy Londynu (tym razem kilka dzielnic, kancelarię, życie nad Tamizą i więzienie). Pip nie jest budzącą wielkie emocje postacią, ale za to postaci Joego, Biddy, Jaggersa, Estelli czy miss Havisham bardzo zapadają w pamięć i cieszą swoją nieszablonowością. I jeszcze jedno, uderzyło mnie jak Dickens niezmiennie podkreśla piękno przyjaźni. Często daje swoim bohaterom jakiegoś kompana i opisy ich relacji to wręcz pean na cześć tej wyjątkowej relacji międzyludzkiej (tu akurat jest to pokazane na przykładzie Pipa i Herberta).

Dickens zrehabilitował się w moich oczach po wpadce z Klubem Pickwicka. Wielkie nadzieje co prawda nie przeskoczyły mojego zachwytu nad Davidem Copperfieldem, mają też kilka zgrzytów (np. scena utraty przytomności Pipa, który jako dwudziestoparolatek zanoszony jest na łóżko przez starszego pana!), jednak mogę z czystym sumieniem polecić tę powieść. Aktualny wynik pojedynku Dickens - Kraszewski to 2:2 (runda trzecia nadal trwa).

Ocena: 5/6

P.S Jakieś sugestie co do ekranizacji? (nie widziałam żadnej)