28 marca 2011

Jacek Dukaj - Król bólu

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2010
Stron: 824

Czytałam Króla prawie 3 miesiące, tym samym przypominając sobie sens i przyjemność jaką daje slow-reading. Statystycznie wychodzi mi około 10 stron dziennie, w praktyce były dni, kiedy nadal nie czułam się gotowa na ciąg dalszy, musiałam przetrawić to, co zdążyłam przeczytać wcześniej. Poza tym między opowiadaniami robiłam kilkudniowe przerwy, nie dało się tego inaczej czytać, zakończenia mnie zawsze wprowadzały w stan całkowitego zdumienia.

Od razu uprzedzę, że to, co napiszę dalej będzie istnym grochem z kapustą. Omawiany zbiór jest tak obszerny, podnoszący tak dużą liczbę wątków, że nie sposób ująć tego zgrabnie. Ta cegła zdominowała na długo mój czytelniczy żywot, wkradając się do snów albo uniemożliwiając zaśnięcie (jak wczorajszej nocy po skończeniu ostatniego opowiadania). Nie zliczę, ile razy myślałam o poszczególnych tytułach, ile czasu spędziłam próbując rozwikłać wszystkie zawiłości. Jedno jest pewne. Dukaj - wielką ręką boga-narratora - bierze czytelnika za kark i zrzuca w sam środek stworzonego przez siebie oceanu powieści. Nie pyta się, czy umiesz pływać. Nie zostawia szalupy, ani koła ratunkowego. Żadnych wskazówek którędy do brzegu. Po prostu odwraca się na pięcie i znika. I między innymi za to niezmiernie go szanuję. Bo i on uszanował czytelnika, pokładając nadzieję w nim i jego intelekcie. Zdecydowanie to nie jest książka dla leniwych.
Szukam odpowiedniego słowa i nie mogę znaleźć. Wiem jedynie, że jakikolwiek hołd przed tym socjerskim pokurczem jest nie do pomyślenia - i, tym bardziej, nie do opowiedzenia jest to obrzydzenie, wstręt zgoła fizyczny, alergia do wszystkiego, co on reprezentuje. Jak wytłumaczyć odmowę, gdy na porcelanowym talerzu podsuwają nam do spożycia parujące gówno? Można jeno kląć. (Crux, s. 591)
Zbiór zawiera 8 opowiadań. Ja, jako nowa dukajowa czytelniczka, nie znałam żadnego z nich (kilka było już wcześniej wydanych), z tego, co wyczytałam w sieci wiem, że różnią się bardzo od innych utworów tego autora. Sama patrzyłam na świeżo. Nie widzę sensu przytaczania fabuły poszczególnych tytułów. Co z tego, że zasygnalizuję jakieś wprowadzenie, kiedy w każdym z nich jest ukryty fabularny klejnot, do którego sami musicie dotrzeć, bo nie będę spoilerować. Taka wisienka na torcie, która ze zwykłego opowiadania robi nagle filozoficzny/metafizyczny traktat i sprawiała, że - zawiedziona, iż to już koniec danego tekstu - tworzyłam w głowie własnej jego wersje, dalszy ciąg, alternatywne dialogi, nowe opisy różnych miejsc (ilu pisarzy jest aż tak inspirujących?). Jako zachętę podam kilka tematów. Prawie każde z nich mówi o tym, co sam pisarz nazywa "szeroko rozumianym transhumanizmem"*. Oznacza to wszystkie zmiany (np. genetyczne, ale nie tylko) jakie zaszły w człowieku w bliżej niesprecyzowanej przyszłości. To one sprawiają, że pytanie "kim jest człowiek?" nabiera nowego znaczenia i znacznie utrudnia stworzenie jakiejś uniwersalnej definicji (Szkoła, Aguerre w świcie). Do tego dochodzi tzw. rzeczywistość wirtualna, w której ludzie dosłownie żyją, a tym samym trudno jest na pierwszy rzut oka odróżnić go od realnego, tak jak chwilę zajmuje uświadomienie sobie, czy bohater fizycznie jest w jakimś miejscu w danej scenie (Linia oporu, Król bólu i pasikonik). Znajdzie się też opowiadanie bardzo lemowskie (Oko potwora), co Dukaj sam przyznał*. Są wariacje na temat historii (Crux, Piołunnik) i jest sporo o Polsce. Zwłaszcza w Crux, w którym znaleźć można bardzo trafne spojrzenie na nasze społeczeństwo, na ten pogłębiający się rozdźwięk między czytelnikami Faktu itp., a ludźmi chodzącymi do teatru czy kupującymi książki; oraz w Piołunniku, który za punkt wyjścia bierze wybuch w Czernobylu, łączy to z motywem zombie, by ostatecznie wylądować w... ale to już musicie sami przeczytać. Genialne, zapewniam, zabawne i poważne jednocześnie.
Człowieczeństwo to szeroka fala Gaussowska. I jeden jej kraniec nie przyznaje się do drugiego. A z czasem odpływają jeszcze dalej. (...) Dawniej potrzeba było wieków. Teraz jedno pokolenie nie zobaczy przez lunetę następnego pokolenia. Sąsiad sąsiada. (Linia oporu, s. 78)
Największe wrażenie zrobiła na mnie Linia oporu, żadne tam opowiadanie, tylko regularna powieść (224 strony!). To, co Dukaj tam wyrabia, po prostu w głowie się nie mieści, jest to też najtrudniejszy tekst. Dopiero po 50 stronach załapałam jednej termin, którego ciągle używa! Przebijałam się przez to jak górnik na przodku, ale było warto. Już sam fakt, że w Linii autor pokazuje jak wszechstronny jest jego talent, stawia ten tytuł na podium. Powiedzieć, że udanie wyszedł z próby napisania mini-opowiadania fantasy i historycznego, to za mało. Prawda jest taka, że pomysły w nich zawarte (zwłaszcza ten dotyczący Smoka) powinny były przerodzić się w kolejne powieści; byłam zdruzgotana, kiedy zostały przerwane. Nie mogę wyjść z podziwu, że Dukaj tak łatwo wywołuje w czytelniku myśl "nasza przyszłość na serio może tak wyglądać...". Niemal za każdym razem mam tak, gdy go czytam, a przecież ilość pomysłów w tym zbiorze można by rozdzielić między kilku innych autorów. Numer drugi to bezapelacyjnie tytułowy Król, też opierający się na rzeczywistości wirtualnej i zmianach w naszym DNA. Jak już pisałam po Piołunniku nie mogłam zasnąć, a wcześniej siedziałam kilka minut jak otępiała, bojąc się myśleć o tym, o czym wtedy myślałam. Szkoła czytana w czasie choroby i trawiącej mnie gorączki przyprawiła mnie swoim zakończeniem o wzrost ciśnienia (no bo żeby zakończyć w TAKIM momencie!!! znowu chciałabym wydanej osobno powieści!). Ciekawy był Aguerre, ale też męczyłam się z nim strasznie, chyba najmniej zrozumiałam to opowiadanie, choć jak już doszłam do kulminacyjnego momentu byłam pod ogromnym wrażeniem. Poza tym nazwę xenotyk zapamiętam chyba już do końca życia, bowiem często w trakcie lektury czułam się właśnie jak jeden z nich, spuszczony ze smyczy Stróża, zawieszający się pod wpływem całej reakcji łańcuchowej skojarzeń w mojej głowie. Najsłabsze w zbiorze wydają mi się Oko potwora (zg na brak napięcia, plusem była koncepcja kojarząca mi się dziwnie z 2001: Odyseja kosmiczna), Crux (jakoś nie łączy mi się przyszłość z powrotem do etosu szlachcica, sam pomysł na podzieloną Polskę był wspaniały) oraz Serce mroku (raz, znowu ta zimna wojna, dwa, że koniec był już zbyt absurdalny, aż szkoda tego potencjału jaki tkwił w planecie o nazwie Mrok). Jednak i ta trójka była na tyle dobra, że osobno oceniłabym każde na 4,5!
(...) na antypatię trzeba jednak solidnie zapracować. Tymczasem wystarczy się nie odzywać i trzymać uśmiech. Nie ma leniwych gburów. Odmowa zawsze wymaga pewnego wysiłku. Człowiek lubiany przez wszystkich i człowiek nijaki to zawsze te same osoby. (Linia oporu, s. 80)
Za dużo mam skojarzeń przy tej książce, za dużo. Nie chciałam tyle pisać, a już tyle za mną i nadal wydaje mi się, że nie powiedziałam najważniejszego, a tyle jeszcze przychodzi mi do głowy... Odnośnie stylu Dukaja, oddajmy na chwilę głos samemu zainteresowanemu:
Esencja: Nie boisz się niezrozumienia twoich tekstów przez czytelników?
Jacek Dukaj: (...) jest też spora grupa, już wychowana na „fantastyce empikowej”, dla której stanowię symbol literatury „nie do czytania”: zamiast pisać prosto i przejrzyście, standardową narracją amerykańską, pozwalam sobie, o zgrozo, na gęstą frazę i „eksperymenty językowe”, jasnym więc dla nich jest, że to książki nie dla normalnych czytelników, tylko dla snobów i krytyków, którzy „chwalą, bo nie rozumieją”. Jestem tego wszystkiego świadom, ale sądzę, że najgorszym błędem byłoby ugięcie się pod jakimikolwiek oczekiwaniami czytelniczymi. Psychologicznie zdążyłem się chyba uodpornić, bo to stały leitmotiv – już w recenzjach antologii z pierwszymi moimi opowiadaniami stroskani krytycy przepowiadali, że następnego tekstu Dukaja nikt nie zrozumie. Co oczywiście nie znaczy, że za którymś kolejnym razem nie będą mieli racji – ale widzę wyraźnie, że wszystkie alternatywne strategie pisarskie zawiodłyby mnie w ślepy zaułek. Na dłuższą metę jedynym dobrym kierunkowskazem są szczere przekonania, wręcz fiksacje autora, a nie zimne kalkulacje pod szanse sukcesu. Że to ryzykowne? Jak cholera. Bezpiecznie byłoby trzymać się raz sprawdzonej formuły, najlepiej jednego świata, bohatera i stylu, i wsłuchiwać się w głosy zadowolenia i niezadowolenia, wpatrywać w krzywe sprzedaży. Ale to śmierć literatury. (...) Dlatego jednej rzeczy w tej całej mojej rozpasanej dezynwolturze artystowskiej bardzo pilnuję: żeby być uczciwym wobec czytelników, nie zwodzić ich, nie nabijać w butelkę. Wymyślę to lub tamto, może się sprawdzi literacko, może nie – ale z góry wrzucam w sieć spore darmowe fragmenty (na ile pozwoli wydawca), żeby mogli sobie wyrobić zdanie, zanim wydadzą pieniądze. Ostrzegam też lojalnie, żeby się nie spodziewali „więcej tego samego” – bardziej prawdopodobny jest skok w zupełnie innym kierunku."*
I to jest właśnie godne szacunku. On po prostu zakłada, że pewne nawiązania, skojarzenia, puszczanie oka czytelnik załapie. Czasem wymaga to znajomości jakiegoś filmu(choćby popularnego Czasu apokalipsy), muzyki igreka, filozofii iksa, przynajmniej podstaw angielskiego czy obeznania z terminologią komputerową, że tak to ujmę. A jak tego brak, to trzeba zwyczajnie się ruszyć i poszukać. Najczęściej jednak nie ma żadnego punktu zaczepienia, Dukaj uwielbia gry słowne, i nieraz potrzeba trochę czasu, żeby człowieka oświeciło co to miało znaczyć, ale te chwile i duma z samego siebie (oj tak ;) wynagradzają to wszystko z nawiązką. Czy mój zachwyt Królem Bólu czyni mnie snobem? Nawet nie twierdzę, że zrozumiałam wszystko. Połowę odczytywałam od razu, 1/4 w bólach (o ironio), ostatniej ćwiartki zapewne nie udało mi się ni w ząb rozszyfrować. Prym tu wiedzie Linia i Augerre (w pierwszej sam koncept jest piekielnie skomplikowany, w drugiej poległam w kwestii fizyki). Nic to jednak, już się cieszę na planowaną powtórkę tego zbioru. I mój zamysł przeczytania całej Dukajowej bibliografii nadal obowiązuje!

Wybaczcie ten okropnie długi i nieskładny post, składam to na karb mojego amatorskiego podejścia. Na zakończenie dodam tylko, że każdemu autorowi życzę, aby wydawano go/ją tak, jak WL wydaje Dukaja.

Ocena: 5/6 (dokładna średnia ocen wszystkich ośmiu opowiadań)

* Esencja Moc generowania sensów (wywiad z pisarzem)

22 marca 2011

Stanisław Lem - Maska

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 1988
Pierwsze wydanie: 1976
Stron: 40

Wiedziałam, że mam do czynienia z geniuszem, ale Maska mnie zaskoczyła na całej linii. Jest to króciutkie opowiadanko bardzo wyróżniające się na tle twórczości Lema. Po pierwsze główną postacią jest istota płci żeńskiej. Po drugie język jest niezwykle wyrafinowany*, kunsztowny, stylizowany na dawne czasy (ale bez przesady z tą ostatnią cechą), z długimi zdaniami. Po trzecie jest to bardzo nietypowe science - fiction. Brak w nim w zasadzie elementu science, a tym samym opisów technicznych wynalazków ani zagadnień z zakresu fizyki czy astronomii. Po czwarte fabuła umiejscowiona jest... na dworze królewskim. Przypominało mi to XVII wiek tak na oko. Po piąte pomysł jest kosmiczny, wielce oryginalny, wręcz oszałamiający. Po szóste - zakończenie, takie nieoczekiwane. To wszystko przyczynia się do gonitwy myśli i coraz bardziej opadającej szczęki czytającego.

Odnośnie zawiązania akcji powiem Wam tylko co jest na pierwszej stronie. Jest istota, która myśli o sobie w rodzaju nijakim (Lem bawi się językiem i pisze "rozponawałom siebie" itp.). To coś czuje, że jest poddawane jakimś działaniom, powołującym ją do życia. Mój pierwszy trop, aha, lecimy Snergiem, mamy cyborga, który teraz będzie próbował wstać i zorientować się w tym nowym świecie. A figa! Istota nagle czuje "napływ płci" i wtedy zaczyna używać końcówek "-am". Następnie otwiera oczy i... jest na królewskim balu. Rzadko, bardzo rzadko jestem tak zaskakiwana podczas lektury. Każdy akapit wnosił coś nowego, coś absolutnie wykraczającego poza moją wyobraźnię, co wybijało mnie z raz obranego toku myślenia i utartych założeń, których nauczyły mnie poprzednie książki. Chapeaux bas!
(...) musiał być już zmęczony własną inteligencją, zbyt przeszywającą i też po trosze niszczącą jego samego, zapewne zjadał nocami sam siebie, widać było, że mu z tym ciężko i że są godziny, w których rad by się jej pozbyć niczym kalectwa, nie jak przywileju i daru (...) (s. 9)
Maska to dobry sposób, żeby posmakować s-f, bez obawy, że zasypią nas techniczny żargon i niezrozumiałe naukowe wyjaśnienia. Mały 40-stronicowy łyczek tego gatunku, ale jaki, proszę państwa, ale jaki!

Ocena: 5,5/6

* Z jednej strony miałam "Słownik języka polskiego", z drugiej "Słownik wyrazów obcych", z trzeciej słownik Kopalińskiego ;) Nie przerażajcie się, sprawdzałam jedno słowo na 1-2 strony, więc nie przerywałam sobie aż tak często czytania.

18 marca 2011

Droga do Science Fiction 1. Od Gilgamesza do Wellsa - wybór, przedmowa i tło historyczne James Gunn

Wydawnictwo: Wydawnictwa "ALFA", 1985
Pierwsze wydanie: The Road to Science Fiction: From Gilgamesh to Wells, 1977
Stron: 400
Tłumacz: ? (nie podano...)

James Gunn jest już emerytowanym profesorem anglistyki, wykładał teorię literatury na Uniwersytecie Kansas; w szczególności zajmował się s-f, jego teorią oraz historią. W latach 70. był prezesem SFWA (Stowarzyszenie Amerykańskich Autorów SF). Sam jest również pisarzem oraz laureatem kilku znaczących nagród. Otrzymał np. w 1976r. nagrodę specjalną Światowego Kongresu Science Fiction za książkę Alternate Worlds - ilustrowaną historię literatury s-f (jak nietrudno się domyślić chciałabym ją dorwać;) oraz Nagrodę Hugo za Isaac Asimov: The Foundations of Science Fiction. Można więc w ciemno założyć, że Gunn wie o czym pisze i tym samym staje się moim pierwszym przewodnikiem w świecie literatury s-f, a jego 4-tomowa antologia Droga do Science Fiction moim pierwszym podręcznikiem. Chciałabym na tym blogu wyraźniej zaznaczyć moje zainteresowanie tym gatunkiem, choć jestem dopiero nieopierzonym uczniakiem w szkole fantastyki i powoli rozglądam się w tym świecie. Jeśli ktoś chce porozglądać i pouczyć się ze mną, to zapraszam poniżej.

Część 1 może wydawać się najmniej interesująca, bowiem są tu głównie utwory noszące pierwsze ślady przyszłego nowego gatunku, dopiero potem omawiana jest pierwsza powieść fantastyczna, potem kolejne jaskółki, a kończy się to na Wells'ie, który "wyniósł science fiction na takie wyżyny, których nigdy jeszcze przedtem nie osiągnęła, a później - bardzo rzadko" (s. 374). Nawet z tą pierwszą powieścią wiąże się spór wśród teoretyków literatury. Jedna szkoła uznaje za taką Frankensteina Marry Shelley, druga podaje Verne jako pierwszego autora s-f. Jakby nie było Frankenstein nosi już wyraźne cechy zaliczające go to tego gatunku, przede wszystkim jest jednak słynną powieścią gotycką. Z kolei Verne nie tylko zdobył majątek i sławę pisząc powieści fantastyczne, ale co ważniejsze "to, o czym pisał oraz sposób, w jaki pisał; to wszystko było konieczne do ewolucji i powszechnej akceptacji nowej literatury poświęconej nauce i technice" (s. 257). Wells natomiast jest już niekwestionowanym ojcem współczesnej fantastyki naukowej.

Droga do... liczy 400 stron, nie jest to jednak długi wykład Gunna na temat historii tego gatunku. robi to w atrakcyjnej formie. Najpierw jest krótki wstęp, potem zaczynają się rozdziały, z których każdy poświęcony jest kolejnemu autorowi. Najpierw Gunn opisuje tło historyczne, zwraca uwagę na pierwsze ślady fantastyki w kolejnych utworach, objaśnia czyjś styl, jak dany pisarz przyczynił się do powstania science fiction lub jego rozwoju. Co mi się szczególnie podobało, to wyraźne zaznaczanie kto wzorował się na kim, czerpał inspiracje (X mógł napisać B, ponieważ ktoś wcześniej napisał A itd.). Głównie więc ten tytuł to zbiór opowiadań lub fragmentów powieści, które Gunn uznał za wyjątkowo interesujące lub/i ważne. Nie wszystkie mnie zainteresowały, choćby Prawdziwa historia Lukana, którą czyta się jak po grudzie czy Państwa i cesarstwa Księżyca de Bergerac'a - zestarzałe i nużące. Część już znałam w całości (Utopia i Miasto słońca), inne dopiero przeczytam, bałam się więc czytać ich fragmenty, żeby nie zepsuć sobie zabawy (Frankenstein i 20 000 mil podmorskiej żeglugi). Było jednak kilka nowych dla mnie opowiadań, które szczególnie chciałabym polecić: Fitz-James O'Brien Diamentowa soczewka (1858, otworzył dla s-f nowe rejony - tym razem te mikro), Ambrose Bierce Draństwo (1898, udanie pociągnął motyw niewidzialności, który pojawił się wcześniej o O'Brien'a i de Maupassant'a) oraz Gwiazda Wellsa (1897, dowód, że nikt tak przed nim nie pisał). Ewidentnie są to już nowsze rzeczy, bliższe temu, co nazywamy obecnie fantastyką ,dlatego chciałabym móc już zagłębić się w części 2-4, licząc też, że są podobne pozycje dotyczące współczesnych czasów. Są też w tym zbiorze nazwiska zaskakujące: vide Hawthorne i jego Córka Rapacciniego :]

Książkę już skończyłam, jednak nadal nad nią siedzę i studiuje kanon sf wg Gunna, przeżywając na przemian rozkosz niecierpliwości i czarną rozpacz, ponieważ sporo z podanych przez niego tytułów (dodajmy- arcyciekawych) nie wydano w Polsce. Czy będę w stanie czytać po angielsku książki z tego gatunku? Na ostatnich kartach można też znaleźć listę dzieł o tej literaturze, wszystkie one jednak są niedostępne w Polsce.

Ocena: 4,5/6

15 marca 2011

Virginia Woolf - Noc i dzień

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2010
Pierwsze wydanie: Night and Day, 1919
Stron: 591
Tłumacz: Anna Kołyszko, Magda Heydel

Cieszę się, że moją znajomość z tą pisarką rozpoczęłam od książki wydanej po raz pierwszy w Polsce. Dzięki temu ominęły mnie wszystkie opinie o niej, tak jak czasem trafia się na jakąś wzmiankę o Do latarni morskiej, Pani Dalloway czy jej Dziennikach. Już się cieszę na dalsze poznawanie jej twórczości.

Styl Woolf, przynajmniej w Nocy i dniu, jest niespieszny, subtelny, pełen rozbudowanych, wręcz kwiecistych zdań. Czasem musiałam przeczytać coś dwa razy, wolniej i uważniej, aby zrozumieć jej tok myślenia. Podobało mi się to; jakby wstrzymywała mnie ręką, hej, powoli, zastanów się, to nie działa w ten sposób. Wyraźnie stawia na estetykę, na otulenie czytelnika jakąś mgłą, izolującą go od świata poza kartami książki. Robi to udanie i ma w tym swój cel, bowiem miałam uczucie, że potrafię wejść w umysł jednej z głównych bohaterek (i jednocześnie mojej ulubionej) - Katharine. Jakbym oglądała obrazy stworzone przez jej wyobraźnię, które są w istocie konstrukcjami Woolf.
Powinnam zamknąć to w swojej głowie. Tak, tego się właśnie boję. Życia z głową nabitą myślami cały czas, niezmienny czas. Tak trudno mi cokolwiek zmienić. (s. 314)
Fabuła bazuje na relacjach kilku młodych Anglików: trzech kobiet i dwóch mężczyzn. Między nimi wiją się nici wzajemnych powiązań, które ewoluują i są źródłem ich nieustannych wewnętrznych rozterek i przemyśleń. Tytułowy dzień jest dla mnie symbolem tego, jak postrzega ich otoczenie, oplecionych konwenansami, powszechnym rozumieniem tego co normalne i pożądane przez społeczeństwo. Z kolei noc to ich prawdziwe ja, z którym często walczą, nie chcą go ujawniać, które nieraz nie odpowiada akceptowanym standardom. Jest to też, a dla niektórych pewnie przede wszystkim, historia miłosna. Jej interesującą cechą jest pokazanie tego w wykonaniu bohaterów z krwi i kości, z ich wadami i zaletami. Zakochanie bez romantycznej otoczki, miłość bez gruchających gołąbków. Raczej mozolne zmaganie się z własną potrzebą samotności i odosobnienia, a irracjonalną chęcią otwarcia się przed drugim człowiekiem, przyznania się do braku samowystarczalności. Zmagania udane i nie, warto dodać. Ujęła mnie Woolf umiejętnością kreowania swoich bohaterów, ludzi skomplikowanych, niezależnych, znających swoją wartość. Każdy z nich jest szczególny, każdy ma swój własny, wewnętrzny świat, mają różne cechy. Do tego pisarka zaskakuje: dany rozdział opisywany jest z punktu widzenia powiedzmy Williama, by nagle podczas jego spaceru z Ralphem, perspektywa została zmieniona na tego drugiego. Dwa, całkowicie niezależne od siebie spojrzenia na bieżące wydarzenia, a czytelnik się nie gubi. Woolf ma w pogardzie wartką akcję, za to takie przeskoki udanie ją zastępują.
Teraz całe swoje życie postrzegał jako widoczną, prostą, wąską ścieżkę, która niebawem się skończy. (...) Szukał w sobie zakamarków nietkniętych przez tę katastrofę, ale lawina spustoszenia nie oszczędziła niczego, nic, co posiadał, nie było teraz bezpieczne. (s. 178-179)
Chciałabym pochwalić też wydawnictwo za okładkę, jest wyjątkowo urocze i dopracowane (jedynie tę kobietę bym chyba jednak usunęła). Książka nie zawiera literówek. Polecam czytelnikom wrażliwym, umiejącym docenić język autora i nie poszukujących ciągłych zwrotów akcji. Gdyby było wydanie w twardej oprawie, podejrzewam, że lepiej sprawdziłoby się w czytaniu, jako szyte. To z klejonym grzbietem notorycznie mi się sama zamykało.

Ocena: 5-5,5/6