26 grudnia 2009

Filmowe podsumowanie roku 2009

Dziesiątki stawiam rzadko, mała szansa, że przed 31 grudnia jeszcze ją postawię. Było ich 11, odrzucę jeden tytuł.

10. Ludzie w hotelu (1932r.) aka Grand Hotel
reż. Edmund Goulding

Garbo w cudowanie przerysowanej roli primabaleriny. Inteligentny scenariusz, świetne aktorstwo, wyborne dialogi. Elegancja i zadumanie. Żadnego przesłodzenia częstego w amerykańskim kinie tamtych lat.






9. Konopielka (1981r.)
reż. Witold Leszczyński

Dawno nie odczułam tej starej prawdy - historia zatacza koło. Rewolucyjne zmiany pokazane w tak genialny, prosty i sympatyczny sposób! Z całego filmu bije znajomość ludzkiej natury, szacunek dla człowieka i ciepłe pochylenie się nad nim.





8. Męczeństwo Joanny d'Arc (1928r.) aka La Passion de Jeanne d'Arc
reż. Carl Theodor Dreyer

Film wyprzedzający swoje czasy. Zbliżenia twarzy, brak makijażu, naturalność (czyli żadnego strojenia min jak w typowym kinie niemym). Całkowita jedność obrazu i muzyki, z tym że muzyka została napisana w 1994r. przez Richard'a Einhorn'a i jest absolutnie doskonała.




7. Noc i miasto (1950r.) aka Night and the City

reż. Jules Dassin

Scenariusz i reżyseria to istna perełka. Każda scena, postać i dialog jest przemyślana przez reżysera, wszystko się dopełnia i zazębia. Podczas oglądania warto pamiętać nawet najbardziej epizodyczną postać, ponieważ i ona znajdzie swoje istotne miejsce w tej historii.





6.
Sanatorium pod klepsydrą (1973r.)

reż. Wojciech Has

Has i tyle. Za Chiny Ludowe ten film nie powstałby współcześnie. Konia z rzędem, kto ogarnąłby wszystkie możliwe interpretacje po pierwszym seansie, myślę, że sama zmierzę się jeszcze z tym dziełem. Odważny, poetycki obraz z oszałamiającą scenografią. Jak hollywoodzka superprodukcja tylko, że nie pod popcorn ;) Oczywiście, to tylko porównanie, ale chciałam zaznaczyć jak dopracowany jest ten film, jak nie szczędzono na niego pieniędzy.



5. Bunt (1967r.) aka Jôi-uchi: Hairyô tsuma shimatsu

reż. Masaki Kobayashi

Inne podejście do japońskiej tradycji. Jakoś tak to wychodzi tamtejszym reżyserom, że choć starają się pokazać wady dawnego systemu swojego kraju, my, Europejczycy, patrzymy jak urzeczeni w zachwycie. Film o wybieraniu wolności i o prawie do niej. O tym, że kiedy raz się już ją wybierze, zmienia się wszystko, idziemy dalej, bo nie mamy nic do stracenia. Brawa też za napięcie. Uwielbiam tę powolność w japońskich filmach, niespieszne rozmowy, przemyślane zdania, dyskretne układanie materiału ubrań podczas siedzenia. No i jeden z najwspanialszych pojedynków w historii kina.

4. Słodki zapach sukcesu (1957r.) aka Sweet Smell of Success
reż. Alexander Mackendrick

Wspaniałe portrety ludzi (nawet epizodyczne postacie są JAKIEŚ), wartka akcja (wszystko dzieje się w przeciągu 48 h), która skręca co rusz w inną stronę niż zakładałam (także wracając do którejś postaci, którą uznałam wcześniej za nieistotną dla historii), naprawdę inteligentne dialogi (scena rozmowy w restauracji Curtis'a, Lancaster'a i trzech innych bohaterów jest dla mnie jedną z najlepszych scen w historii kina). Coś takiego ogląda się znowu i znowu, żeby wyłapać wszystkie niuanse! Nie zdarzyło mi się wcześniej cofnąć na chwilę, żeby powtórzyć jakąś scenę.

3. Kret (1970r.) aka El Topo
reż. Alejandro Jodorkowsky

Zaczęłam pełna wątpliwości, jeśli mi się nie spodoba czy oglądać obrazy Jodorkowskiego? Pamiętam ten szok. Ludzkość tak obdarta z wszelkich tajemnic, złudzeń, nadziei... I to wszystko podane nam na tacy w jakieś dwie godziny. Trudno to w ogóle postrzegać jako film, to jakiś rodzaj performance'u. Polecam też mały komentarz z filmwebu by niejaki Ronin.




2. Ofiarowanie (1986r.) aka Offret - Sacrificatio

reż. Andriej Tarkowski

Ostatni film mojego guru. Pierwsza scena, o ile pamiętam, trwa ok. 20 minut. Bez montażu. Z ciągłym dialogiem. Czy już samo to nie jest godne najwyższych nagród za odwagę, za umiejętność zrobienia czegoś takiego? Film bliski teatrowi, który pozwala aktorom rozwinąć skrzydła. Niektóre ujęcia rodziny w pięknych strojach wyglądają jak obrazy... Renoir (?). To może głupie, ale jak się skończył stałam przed ekranem (nie mogłam usiedzieć) ze łzami w oczach (z wrażenia).



1. Cienie zapomnianych przodków (1964r.) aka Tini zabutykh predkiv

reż. Sergiej Paradżanow

Jeden z najpiękniejszych filmów w historii kina, z czymś tak doskonałym mamy do czynienia niezwykle rzadko. To pod nim popełniłam jedną z najgłupszych notek na filmwebie ever. Z jednego powodu - zapowietrzam się jak zaczynam o nim mówić, czuję się jak dziecko specjalnej troski, które kompletnie niczego nie rozumie i jest pierwszy raz w kinie. Cieszę się jednak, że choć trochę go "wypromowałam", jak sama oceniałam miał ok. 30 głosów, teraz coraz więcej ludzi sięga po ten tytuł.

6 komentarzy:

  1. Przypadkiem trafiłem na Twój blog i nie mogłem nie pokusić się o zostawienie komentarza. Przez Twoje wpisy przebija się zachwyt nad twórczością Andrieja Tarkowskiego. Naprawdę miło mi spotkać wyznawczynię tego samego guru.

    Kiedy zobaczyłem "Ofiarowanie" bardzo zapadła mi w pamięć scena, w której główny bohater siedział pod drzewem i snuł rozważania nad kulturą. Padły słowa, że grzech jest czymś, co jest zbędne i że w takim razie cała nasza kultura jest zbudowana na grzechu. Cały czas zdumiewa mnie ta myśl i faktycznie jakbym nawet widział przed oczami, że odkąd człowiek wziął w dłoń patyk, odtąd nieuchronnie wstąpił na drogę samozagłady...
    Końcówka podobna do tej ze "Stalkera". Znowu dziecko zagrało wszystkim i wszystkiemu na nosie i zbliżyło się do absolutu, kiedy inni nie umieli tego w swoim zaślepieniu i rezonerstwie...(?) hmm...

    El Topo - co za wspaniały film! Cały jest jakby nietzscheańska przypowieść. Bolesny jest ten film... Czy na prawdę pokazuje on człowieka? Wolałbym wierzyć, że nie.

    Przechodzień

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytam teraz "Czas utrwalony" Tarkowskiego i to zdanie o grzechu i kulturze mogę teraz zestawić z jego innymi słowami: "Chciałbym jeszcze, już w zupełnym sekrecie, dodać, że niczego - prócz obrazu artystycznego - ludzkość nie wymyśliła bezinteresownie. Może rzeczywisty sens naszej działalności zawiera się właśnie w niedorzecznym i bezinteresownym akcie twórczym, w tworzeniu dzieł sztuki? Może fakt stworzenia człowieka na obraz i podobieństwo Boże znajduje swój wyraz w uczynieniu go zdolnym do twórczości?".
    Zastanawiam się więc co jest zbędne, a więc jest grzechem?

    Oj, Kret, to jak uderzenie w twarz, bez znieczulenia. Ale jakby nie patrzeć, to jednak człowiek jest fascynującym zwierzęciem. Tylko liczę, że finał naszych zmagań to nie jest morał tej opowieści w dosłownym znaczeniu.

    Dziękuję, że nie oparłeś się pokusie.

    OdpowiedzUsuń
  3. "Jakoś tak to wychodzi tamtejszym reżyserom, że choć starają się pokazać wady dawnego systemu swojego kraju, my, Europejczycy, patrzymy jak urzeczeni w zachwycie".

    - Faktycznie. Ja bardzo sobie cenię japońską szkołę filmową. Zawsze jak patrzę na filmy Mizoguchiego, Kurosawy, Kobayashiego, nieodmiennie zachwyca mnie w nich ta estetyka... te wysmakowane kadry... stroje... orientalna muzyka...

    Mogę Ci polecić parę filmów? Może któryś z nich znajdzie miejsce w dziesiątce na rok 2010? ;)
    Idi i smotri - wg mnie jeden z kilku najlepszych filmów o wojnie w historii ludzkości
    Harakiri - podobnie jak Bunt, najwyższej klasy film Kobayashiego
    Un coeur en hiver - wspaniała francuska psychodrama najwyższej klasy... kto nie widział, ten trąba!

    OdpowiedzUsuń
  4. Możesz. Pierwszy - mam na liście do obejrzenia, tak od roku sobie czeka ;)
    Drugi - widziałam w styczniu, oczywiście 10/10!
    Trzeci - widziałam, dałam mu jednak 5, chyba nawet nie zrobił na mnie żadnego wrażenia, seans całkowicie zagubiony w morzu niepamięci.
    Zobaczyłam w sieci screeny, już coś kojarzę, podobała mi się bardzo rola Daniela Auteuil, to dobry aktor, ale film nie wywołał we mnie większych emocji.

    OdpowiedzUsuń
  5. Zdecydowanie trudno byłoby mi podzielić Twoją opinię na temat trzeciego filmu. :) Moim zdaniem ten film jest pełen subtelnego, nienachalnego piękna, które objawia się w szczegółach i współgra z aktorstwem Daniela Auteuil. Jego postać - prezentująca taki minimalistyczny i stoicki stosunek do życia, dystansowania się od wszystkich ludzkich spraw - jest dla mnie bardzo zajmująca. Nie czuję, żeby moja ocena była bardzo wypaczona przez osobisty stosunek do tego filmu.

    OdpowiedzUsuń
  6. Właśnie ze względu na jego rolę obejrzałam go do końca, jego postawa była dla mnie najciekawsza. Reszty - zwyczajnie nie pamiętam.

    OdpowiedzUsuń

Jak powiedział Tuwim "Błogosławiony, który nie mając nic do powiedzenia, nie obleka tego w słowa" :)