Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PAX. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PAX. Pokaż wszystkie posty

25 lipca 2011

Melchior Wańkowicz - Ziele na kraterze

Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy PAX, 1957
Pierwsze wydanie: 1950
Stron: 502

Obok zdjęcie pisarza z 1935r. (nie wiem jaką okładkę ma moje wydanie). Jest na nim razem z młodszą córką, Martą. Spędził z nią wakacje, a wynikiem tego jest jego sławna książka Na tropach Smętkach, którą narobił sobie kłopotów.

Wcześniej nie czytałam jego utworów, więc pierwsze co mi się rzuciło w oczy to język: zupełnie inny, bardzo wyróżniający go z tłumu innych polskich pisarzy. Giętki, błyskotliwy, pomysłowy. Niesztampowy, opisujący prozaiczne sytuacje jakby się było świadkiem cudu stworzenia. Pełen  neologizmów i coraz to nowych przydomków dla często tych samych rzeczy. Polszczyzna pierwszej klasy. Przewrotnie bohaterem książki został Domeczek - królestwo Wańkowiczów, jako metafora rodziny i spajających ją więzów. Impulsem do pisania były dzieci: Krystyna i Marta. Wszystko zaczyna się od ich narodzin, rośnięcia, dorastania, dojrzewania. I kończy się też życiem, mimo wszystko. W trakcie lektury przyczaiła mi się w głowie głupawa myśl: toż tę książkę należy rozdawać za darmo coby odwaliła większość polityki prorodzinnej. Wańkowicz rodzinę miał faktycznie nieprzeciętną, a pisze o nich w taki spoosób, że nagle człowiek ma ochotę wyhodować małą kolekcję własnych fasolek.

Odnośnie terminologii hodowlano-botanicznej, to jest ona konsekwentnie używana, poczynając od tytułu. Zielem są dzieci, zielem jest samo życie. Rośnie nawet po katastrofie, po wybuchu wulkanu, na jałowej ziemi, która nie wróży nic dobrego. Pisarz opisuje je z niezachwianą pewnością i wiarą, że jest silne i nie do zatrzymania. Dzieci, opisywanie na pięćset sposobów, obserwowane są jak małe fasolki, a każdy rosnący z nich pęd jest zaskoczeniem, mimo wcześniejszego wyczekiwania. Język buduje tę książkę, jest jej fundamentem. Jednocześnie czasem mi przeszkadzał, chyba ze względu na brak przyzwyczajenia do takiego wypowiadania się. Czasem też nieco mi komplikował zrozumienie niektórych akapitów, wstyd przyznać.

Domeczek był niemalże rajem na ziemi. Otwarty dla gości, z ojcem-dowcipnisiem i matką-strażniczką. Mieli zupełnie inne pomysły na wychowywanie, które nawet czasem trudno pochwalić (np. specyficzny wybór szkół przez mamę lub wyśmiewanie dziecięcej bezradności przez tatę). a jednak wszystko to budziło mój uśmiech, nieraz wręcz śmiech, i niezależnie od poradników prawidłowego wychowywania dało wspaniały efekt: dwie fantastyczne kobiety. Oprócz śmiechu książka wzruszyła mnie częścią poświęconą powstaniu warszawskiemu - aż dziw, że Wańkowicz oddał to tak żywo, jakby to widział na oczy. Inne przemyślenia to te dotyczące kobiet: nasza pozycja tak się zmieniła, że podobne Domeczki są już niemożliwe. Jest w tym więc też jakaś tęsknota za czymś utraconym, kiedy się to czyta w naszych czasach nabiera to innego wymiaru. Jednak wielokrotnie raziło mnie w jaki sposób przedstawiano tam żonę i matkę. Była kochana, uwielbiana i stworzyła cudowny dom, ale za jaką jednak cenę.

Ocena: 5/6
*źródło strony