26 maja 2011

Uwaga - nowe wyniki dot. "Foczej damy"!

Ponieważ Hiliko nie odezwała się do mnie w ciągu tygodnia, postanowiłam oddać książkę komuś innemu. Ostatecznie (mam nadzieję) trafi ona do: zaczytanej-w-chmurach.


Gratuluję i proszę o kontakt mailowy. Jeśli znowu będzie brak odzewu jak nic się załamię i oddam książkę do biblioteki.

20 maja 2011

Henry Hobhouse - Ziarna bogactwa. Pięć roślin, dzięki którym powstały fortuny

Wydawnictwo: MUZA, 2010
Pierwsze wydanie: Seeds of Wealth. Five Plants That Made Men Rich, 2003
Stron: 412
Tłumacz: Wojciech Górnaś

Nie chciałam tego czytać, ale zostałam w to wmanewrowana. Początkowa niechęć zmieniła się, kiedy przeczytałam recenzje śmietanki i padmy. Nastawiłam się wiec, że po pierwszym nieprzyjaznym czytelnikowi rozdziale będzie zdecydowanie lepiej. I było, ale do czasu.

Hobhouse to erudyta i chodząca encyklopedia. Z tej książki dowiecie się nie tylko wiele o historii upraw i handlu: drewnem, winoroślą, kauczukiem, tytoniem i kawą (bo tego tyczą się poszczególne rozdziały), ale też tysięcy szczegółów i szczególików z kompletnie innych dziedzin. Czasem będzie to szalenie interesujące (np. istnienie wysypiska amfor w Rzymie), a czasem przyprawi Was o stan bliski śpiączki (np. opis długości i budowy drewnianych masztów). Trzeba się też nastawić na mnóstwo dygresji, czasem kompletnie zaskakujących jak wyjaśnianie celu celibatu. Do pewnego stopnia było to wszystko nawet zabawne, a czasem pouczające, naprawdę dużo się dowiedziałam z tej książki. Przyznaję, pochłonęły mnie rozdziały o winorośli i kauczuku, a ich szczegółowość nie miała wtedy dla mnie znaczenia. Jednak moja cierpliwość skończyła się w rozdziale o kawie. Więcej tam historii niż samych właściwych rozważań o tym trunku! I żeby takie wprowadzenia miały akapit, maksymalnie dwa, nie, były wyjątkowo rozwlekłe i to wtedy właśnie miarka się przebrała i ocena Ziaren w moich oczach dramatycznie spadła. Tak więc temu autorowi już chyba podziękuję. Zbyt chaotyczny, zbyt niezdecydowany o czym chce pisać. Trzeba się czasem wynudzić, żeby trafić na naprawdę ciekawy fragment.

Jest to pierwsza i ostatnia książka recenzyjna, którą zgodziłam się przeczytać, choć jej nie zamawiałam. Jednak trzeba szanować własną intuicję. Jak już zapowiedziałam, następnym razem będę takie książki losować między odwiedzających mojego bloga z zastrzeżeniem napisania czegoś po lekturze.

Ocena: 3,5/6

P.S Oklaski dla tłumacza za dotarcie do tych wszystkich technicznych terminów oraz z poprawianie samego autora! Podziwiam.

19 maja 2011

Wyniki

Foczą damę otrzyma: Hiliko
A Niepokorne: madmad


Gratuluję! Dziękuję wszystkim za udział i stay tuned, że tak powiem ;) Dziewczyny proszę o kontakt w sprawie wysyłki.

16 maja 2011

Karin Fossum - Nie oglądaj się

Wydawnictwo: Znak, 2008
Pierwsze wydanie: Se deg ikke tilbake, 1996
Stron: 289
Tłumacz: Ewa Bolińska

Dawno nie pisałam o żadnym kryminale, a właśnie teraz rozpaczliwie potrzebuję dokładnie takiej literatury. Tę udało mi się w zeszłym roku zdobyć u kalio.

Powinnam w sumie ponarzekać, no bo dość szybko odkryłam kto zabił dzięki aż za czytelnym aluzjom gdzieś od połowy książki; ponadto zakończenie nie jest pełnym napięcia poszukiwaniem mordercy i walką z czasem. Dostajemy tę osobę na tacy - w pokoju przesłuchań. Jednak krytykować nie będę.

Nie oglądaj się przeniosła mnie do małego norweskiego miasteczka. Każdy się tam zna, ludzie podwożą się nawzajem do sklepu, czasem poplotkują, pracują w większym ośrodku gdzieś niedaleko, mają też swojego miasteczkowego "innego". Ot, takie tło niczym z Agathy Christie, tyle że nowoczesne; zamiast starszych panien, wdów i pułkowników w spoczynku są tam rozwodnicy, single i imigranci. Fossum zaczyna też klasycznie: znika dziewczynka, policja zajmuje się sprawą. A potem pisarka robi zwrot o 180 stopni i okazuje się, że to, co przed chwilą czytelnik przeczytał było tylko wstępem do prawdziwej zbrodni. Nadzwyczajnie jej to wyszło, przyznam. Kluczowa sprawa dotyczy młodej dziewczyny, Anny, znalezionej nad Wężowym Stawem. To bardzo szczególna, oryginalna dziewczyna z nieszczęśliwej w sumie rodziny.

Głównym bohaterem jest inspektor Konrad Sejer - już starszy mężczyzna wdowiec. Jego charakter został dobrze przemyślany: to człowiek skryty, niezwykle spokojny i opanowany. Jednocześnie zakochany w swojej wnuczce, przywiązany do jedynego kompana- psa Kollberga. Zapałałam sympatią również do jego partnera Karlsena, młodego oficera, zaskakującego coraz to nowymi talentami i dawnymi doświadczeniami. W tej dwójce ujął mnie ich szacunek dla ludzi. Przepytują każdego bez uprzedzeń, bez nastawiania się i jakichś założeń. Wysłuchują wszystkich i , nawet biorąc różne teorie pod uwagę, nie tracą profesjonalnego spojrzenia. Takżew przypadku mordercy. To wszystko sprawiło, że książka przyjemnie wypełniła mi wolne chwile 3-4 dni. Jest dobrze napisana, stwarza interesujących i prawdziwych bohaterów, nie zawiera też błędów logicznych. Tłumaczenie z angielskiego czasem udało mi się odczuć (może to moje spaczenie, mogę się mylić), okładka jest świetnie dobrana dla tego gatunku, a korekta wymiotła wszystkie potknięcia. Chętnie przeczytam cz. 2: Kto się boi dzikiej bestii.

Ocena: 4,5/6

12 maja 2011

15 tysięcy wejść = konkurs nr 3 (przedłużony)

Przyznam się, że czekałam na tę chwilę od rana; wiedziałam że liczba 15 tysięcy wejść padnie na pewno dziś i już parę dni temu umyśliłam sobie, że zrobię z tej okazji małe losowanie. A ponieważ gapa jestem i przegapiłam 10-tysięczne IP (zapewne ze stycznia/lutego), to teraz to nadrobię i do oddania są dwie książki.

Chętnie oddam w dobre ręce:
1. Kathryn Harrison - Focza dama --> bnetka
2. Cristina de Stefano - Niepokorne. Kobiety, które zmieniały świat --> bnetka

Pierwsza książka nie zdołała mnie zainteresować. Wygrałam ją dawno temu w jakimś konkursie (wygrana: 20 kg knig!) i od tego czasu książka stała sobie na półce i czekała na lepsze czasy. Może teraz jej się trafi lepszy właściciel. W przypadku drugiej książki jest pewne zastrzeżenie: osoba, która wygra zobowiązuje się do napisania recenzji po jej lekturze do końca wakacji, czyli 31 sierpnia (na swoim blogu lub na wybranym portalu dotyczącym książek). Podesłanie potem linka mile widziane - chętnie przeczytam. Niepokorne trafiły do mnie jako książka recenzyjna, jednak nie zamawiałam jej i nie mam czasu na jej czytanie. Postanowiłam, że w takich przypadkach książkę będę przekazywać dalej z powyższym zastrzeżeniem. Pisać należy obiektywnie, oczywiście ;)
Zgłaszać się można poprzez podanie w komentarzu nr 1 lub 2 (można zgłosić się do obu pozycji) do 15 maja (niedziela). Wyniki podam w poniedziałek. Dziękuję za tak liczne odwiedziny i pozdrawiam!

* zdjęcie: Diego Rivera El Vendedor de Alcatraces (Kosz z kwiatami)

11 maja 2011

Cormac McCarthy - W ciemność

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2011
Pierwsze wydanie: Outer Dark, 1968
Stron: 269
Tłumacz: Maciej Świerkocki

Ta książka McCarthy'ego zrobiła na mnie najmniejsze wrażenie. Owszem, nadal są to wspaniałe opisy, surowe postaci, totalne odwrócenie świata w stronę ciemności, szaleństwa i potępienia. Jednak czegoś tu brakowało. Pod koniec miałam wrażenie, że do niczego to nie zmierza. No, bo co z tego, że, owszem, są tu pewne nawiązania do Szekspira i tradycyjnie do motywów biblijnych, kiedy ani mnie to nie ruszało, ani nie chciało mi się tego doszukiwać. Może z moim czytelniczym nastawianiem jest coś nie tak, może podeszłam do tej książki zbyt powierzchownie. Jednak zauważyłam, że kiedy sama historia mnie wciąga, tym chętniej zastanawiam się nad znaczeniem każdej sceny, analizuję rozmowy bohaterów, doszukuję się drugiego i trzeciego dna itd. (np. w trakcie lektury Wojny i pokoju czy Traktatu o łuskaniu fasoli). Więc nie mogę powiedzieć, że się "nie przykładam" do czytania powieści. A przy tej mam jakieś wyrzuty sumienia, jakbym czegoś nie dopilnowała, jakbym sobie odpuściła. Jednak nic straconego, z pewnym względów w wakacje będę czytać jeszcze raz Krwawy południk, Strażnik sadu i W ciemność. Chyba.

Jest przełom wieków. W małej, biednej chatynce Rinthy rodzi dziecko, którego ojcem jest jej brat, Holme. Ten wynosi zawiniątko do lasu i porzuca, a siostrze wmawia, że zmarło. Jednak niemowlę ktoś zabrał, druciarz - wędrowny handlarz. A Rinthy, jak tylko dowiaduje się prawdy, rusza za nim w drogę... Nowością stylu McCarhty'ego w tej powieści było dla mnie zaburzenie perspektywy czasu. Czytelnik ma wrażenie, że wszystko dzieje się szybko po sobie, jednak kilkakrotnie w tekście okazuje się, że trwa to wszystko długie miesiące co powoduje dziwne i interesujące wrażenie: jakby to czytelnikowi wycięto pewne wspomnienia z głowy, jakby zapomniał nagle czegoś istotnego, choć przecież wcale o tym nie czytał.

Daję 4, a to sprawia, że Krwawy południk powinnam ocenić tak naprawdę wyżej, w końcu zdecydowanie bardziej mi się podobał i nie da się ukryć, że mnie wciągnął, czego o tej powieści powiedzieć nie mogę. Jednak niżej niż 4 niepodobna ją ocenić.

Ocena: 4/6

10 maja 2011

Stanisław Lem - Powtórka

Wydawnictwo: Iskry, 1979
Pierwsze wydanie: 1979
Stron: 165

Mój blog powoli staje się małym zagłębiem lemowym :D I dobrze, niech będzie jasność, że to jeden z moich ulubionych pisarzy.

W ogóle tak sobie myślałam, że chyba oszczędziłabym sobie sporo pracy, gdybym przygotowała sobie szablon posta o jego książkach. Czyli na początku, że go uwielbiam, wspaniale pisze, coś o geniuszu, potem wykropkowane, żeby wpisać o czym dany tytuł jest, a na końcu lista pozytywnych przymiotników z gwiazdką "niepotrzebne skreślić", które wyjaśniłyby dlaczego mi się podobało ;)

Lem był wielki? Był. Ok, pierwszy punkt odfajkowany. Jak to się je? Służę uprzejmie. Powtórka jest maleńkim zbiorem opowiadań: tytułowego i dwóch słuchowisk Godzina przyjęć profesora Tarantogi oraz Noc księżycowa. Pierwsze jest zdecydowanie najlepsze, możliwe, że jednym z powodów są znani i lubiani przeze mnie Trurl i Klapaucjusz. Nasi wynalazcy tradycyjnie stają przed zadaniem bojowym. Król Hipolip zostaje nawrócony przez kaznodziei, idea Boga wydaje mu się fascynująca, jednak ma pewne zastrzeżenia do świata jako dzieła stworzenia. Nakazuje więc głównym bohaterom wymyślić taki świat, który naprawiłby pewne niedociągnięcia tego, w którym przyszło nam żyć. Panowie prezentują mu więc kilka prototypów (w skrzyniach!), w których poczynają sobie swobodnie z czasem i przestrzenią. Powtórka nie tylko jest zabawna, ale też unaocznia kilka dość przygnębiających prawd o człowieku (np. głupotę). Czytelnik znajdzie też tu typowe dla Lema neologizmy, zabawę ze staropolskim oraz doprowadzenie akcji do niesamowitej, absurdalnej abstrakcji (wiwat wyobraźnia!). Pierwsze słuchowisko też ma niektóre z tych cech. Śmiałam się w trakcie jego lektury, a jednocześnie byłam pod wielkim wrażeniem jak pisarz doskonale włada piórem, jak dokładnie przekazuje to, co chce i to w tak wspaniałych zdaniach. Jak wskazuje tytuł jest to opis dyżuru profesora, do którego zgłaszają się wszelkiej maści wariaci. Każdy z nich prezentuje jakiś wynalazek lub myśl, najczęściej z chęci zarobku. Profesor musi się z nimi użerać, niemalże rwąc włosy z głowy. Czasem jednak udaje im się profesora zaciekawić:
Wydalniczy układ moczowy został połączony z układem płciowym, bo było to najprostsze i oszczędne materiałowo. Ale jak wiadomo, narzędzia uniwersalne, co to służą wielu czynnościom naraz, są niewiele warte. (...) umiejscowienie narządów rozrodczych niestety zachowało do dnia dzisiejszego charakter publicznego skandalu, żebym nie powiedział wręcz: policzka, wymierzonego dobremu wychowaniu, estetyce oraz wyższym ideałom. Jeszcze święty Augustyn zauważył trafnie, że inter faeces et urinam nascimur. Miejsce, z którego człowiek rzuca pierwsze spojrzenie przychodząc na świat, nie zostało wybrane zbyt szczęśliwie z punktu widzenia estetyki oraz godności naszego gatunku. (s. 118)
Jako ciekawostkę dodam, że opowiadanie pierwsze i drugie zawierają więcej sentencji łacińskich oraz, że niektóre fragmenty są... z pieprzykiem ;) Drugie słuchowisko jest zdecydowanie najpoważniejsze, choć z humorystycznym akcentem w zakończeniu. Noc księżycowa opowiada o dwójce astronautów na Księżycu, którzy czekają właśnie na swoją zmianę przybywającą z Ziemi. Nagle komputer stacji wszczyna alarm o małych zapasach tlenu, który wystarczyłby tylko dla jednego z nich. I tak się między nimi zaczyna gra o przetrwanie...

Ocena: 4,5-5/6 (średnia ocena 4,8)

9 maja 2011

Michael Hanlon - 10 pytań, na które nauka nie znalazła (jeszcze) odpowiedzi. Przewodnik po naukowym buszu.

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2011
Pierwsze wydanie: 10 Questions Science Can't Answer (Yet). A Guide to the Scientific Wilderness, 2007
Stron: 292
Tłumacz: Jakub Góralczyk

Ta książka skłoniła mnie do dodania nowej kategorii w podsumowaniach rocznych. Będą tradycyjnie 3 pierwsze miejsca, wyróżnienia, plus tytuł najlepszej książki popularnonaukowej/ publicystycznej roku (oczywiście, z tych, które przeczytam przez ten okres, niezależnie od daty wydania). Nie wiem czy akurat ta książka okaże się tą "naj" na koniec grudnia, doszłam jednak do wniosku, że tego typu literatura rzadko ma okazję przebić się do podobnych zestawień na blogach.

Po bardzo średniej lekturze Dunbara podeszłam trochę sceptycznie do tej książki. Obawiałam się, że może WL nie wybiera za dobrze kandydatów do wydania z tej półki, ale na próbę wzięłam. I słusznie. 10 pytań spełniło niemal wszystkie moje oczekiwania. Przede wszystkim jest niezwykle inspirująca, idealnie nadaje się do smyrania czytelników po zwojach mózgowych. Zdarzało mi się, że w trakcie spotkania ze znajomymi zawieszałam się na chwilę, bo ciągle jeszcze trawiłam jakiś koncept z danego rozdziału. Jeden rozdział opowiedziałam od A do Z bogu ducha winnej koleżance, która musiała wysłuchać moich rozterek w kwestii świadomości zwierząt (na szczęście, chyba udało mi się wzbudzić jej entuzjazm). Jechałam autobusem i nie dostrzegałam świata zewnętrznego, bo znowu nad czymś rozmyślałam. Cudowne uczucie, miło było sobie przypomnieć ten stan.

Dziesięć pytań i 10 rozdziałów. Z tego osiem przeczytałam z ogromnym zaciekawieniem, pozostałe dwa były po prostu interesujące. Hanlon pisze o wspomnianej przeze mnie (samo)świadomości zwierząt, problemie czasu, wydłużaniu życia, ludzkiej głupocie, ciemnej materii i energii, życiu we wszechświecie, naszej osobowości, otyłości, zjawiskach paranormalnych i zagadce powstania i istoty wszechświata. Mnie najbardziej pochłonęły rozdziały o kosmosie z punktu widzenia fizyki i... głupich ludziach. Autor fascynująco pisze o granicach naszego poznania i to już na samym wstępie:
Ogrom Wszechświata zdaje się składać z dwóch tajemniczych substancji: ciemnej materii i ciemnej energii, których natury możemy się jedynie domyślać. Zwykłe rzeczy (czyli tak zwana materia barionowa - dobry stary wodór, ty i ja, Neptun i twój stół kuchenny) to we Wszechświecie sprawa całkiem drugorzędna. Większość wszystkiego jest niewidzialna i nie mamy pojęcia, czym jest - dysponujemy jedynie kilkoma mglistymi pomysłami. (s. 11)
Opowiada jakim dziwnym współczynnikiem jest czas, który nie tylko jest specyficznie postrzegany przez fizyków, ale też uważany za coś, czego w istocie... nie ma. To my jego wpływem tłumaczymy sobie rzeczywistość, opłakujemy tych, którzy odeszli itd. Wielu naukowców jednak jest zwolennikiem koncepcji tzw. czasu blokowego, w której przyszłość w pewnym sensie już się wydarzyła, a nasze przywiązanie do teraźniejszości wydaje się nie na miejscu. Wielkim zaskoczeniem było też dla mnie odkrycie, że z obliczeń fizyków wynika, iż nasz wszechświat jest... skończony. Czy jestem jakaś niedoinformowana? Dlaczego gazety nie piszą o czymś takim na pierwszych stronach!? Prawda nie jest jednak taka prosta. Znamy wiek wszechświata, jednak niektóre z obserwowanych przez nas gwiazd wydaje się być starszych niż on! Jak więc widzicie, nie raz można nad tą książką pokręcić głową z niedowierzaniem. Natomiast część poświęcona problemowi głupich ludzi wzbudziła we mnie masę rozterek, przeróżnych emocji i chyba tylko przy nim miałam spore zastrzeżenia co do wniosków autora, jak i prowadzonych badań. Spędziłam spor czasu rozstrzygając te kwestie.

Gwoli zakończenia: okazało się, że i WL może wydać świetne książki popularnonaukowe, więc zamówiłam sobie kolejną do recenzji. Wydanie jest wręcz burżujskie (sztywna okładka ze skrzydełkami i bardzo gruby, dobrej jakości papier), utrudniało mi ono jednak czytanie, ponieważ książkę trzeba mocno trzymać, żeby się nie zamknęła. Korekta świetna. Jedynym, ale dużym minusem jest brak bibliografii i minimalna ilość przypisów (z których prawie połowa jest autorstwa tłumacza!). Zresztą, za tłumaczenie należą się słowa uznania.

Ocena: 5-5,5/6

2 maja 2011

Sherko Fatah - Czarny statek

Wydawnictwo: Czarne, 2010
Pierwsze wydanie: Das Dunkle Schiff, 2008
Stron: 331
Tłumacz: Elżbieta Kalinowska

Przeczytałam kilka pozytywnych opinii o tej książce w sieci i teraz siedzę i myślę, dlaczego na mnie nie zrobiła wrażenia, zwłaszcza, że cenię Czarne za wydawanie książek, których nigdy inny by u nas nie wydał, i które pozwalają spojrzeć na świat oczami z punktu widzenia tak różnych ludzi.

Problem w tym, że ja w Kerima nie uwierzyłam i chyba tu jest pies pogrzebany. Kerim to młody Irakijczyk, świadek tamtejszego reżimu, który najpierw trafia do grupy terrorystycznej dowodzonej przez duchowego przywódcę - Nauczyciela, a potem ucieka na Zachód, do Niemiec. Jednak nic w tej książce nie wydało mi się jak to opisano w cytatach na okładce. Ani nie była to dla mnie "wstrząsająca, porywająca powieść" [Piotr Ibrahim Kalwas], ani "przejmująca" [Der Spiegel], ani "przerażająca w swej wiarygodności" [Die Zeit]. Właśnie wiarygodność to słowo, które wręcz mnie razi w kontekście Czarnego statku, ponieważ Kerim zachowuje się jak lalka, jak pusta, wydrążona w środku figurka z drewna. Nie wierzyłam mu cokolwiek robił czy mówił. Wszystko w jego życiu dzieje się tak płasko, on płynie przez te fale dni i nie reaguje gdzie go poniesie nurt, nie walczy z niczym, jakby nic nie czuł. Porywają go z drogi terroryści, to nie próbuje uciekać albo chociaż obmyślać takiej możliwości, gardząc swoimi oprawcami. Ku mojemu zaskoczeniu przyłącza się do nich i zaczyna podziwiać Nauczyciela. Potem zjawia się w domu i nagle ucieka, nie oglądając się na swoją rodzinę. W Niemczech kolejny przypadek - poznanie Sonji, jego pierwszej dziewczyny (w sumie ciekawa postać z niej była). Zaczyna zadawać się z innymi arabskimi chłopakami i też daje się wciągnąć bez słowa sprzeciwu w odrażający akt napadu na innych ludzi. Kerim nie zasługuje na szacunek, a tym samym na współczucie. Dlaczego inni blogerzy piszą o jego strasznych przeżyciach i dramatyzmie tej historii, kiedy ja nie czułam kompletnie nic, nawet gdy opisywano podrzynanie gardeł bezbronnym Irakijczykom? Może dlatego, że Kerim wydał mi się sztucznie stworzonym "simem", niby wygląda jak człowiek, niby zachowuje się jak on, ale jest martwy, jest tylko marionetką, narzędziem w rękach pisarza. Miałam takie uczucie zwłaszcza, gdy Fatah burzył konstrukcję narracji. Cała powieść pisana jest z punktu widzenia Kerima, by nagle pod koniec oddać głos kilka razy innym postaciom.
(...) widział jak ludzie trzęsą się do rytmu , jakby wpadali w zbiorową ekstazę. Oni też, pomyślał, znają siłę wspólnoty, oni też jej szukają, a jednak to, co robią nie ma w sobie wiary, żadnego obowiązku. Chyba bardzo ważne były dla nich przy tym te obrazy z plakatów. Ale nikt nie przechodził żadnej metamorfozy, tylko na krótką chwilę zapominał kim jest. (s. 224) [Kerim na koncercie]
Żeby jednak ta recenzja nie była jednostronna dodam, że są w Czarnym statku fragmenty, które mnie ujęły. Przede wszystkim Nauczyciel - jednocześnie fascynujący i groźny, mówiący wielkie słowa, a przy tym manipulator. Także kilka ciekawych spostrzeżeń dotyczących społeczeństw zachodnich. Poza tym opis meczetu, wspólnoty wiernych i przemyśleń Kermima oraz Amira z tym związanych. Fatah powinien więcej pisać o religii, o specyficznym podejściu muzułmanów do ich wiary i islamu, bo nie tylko mu to najlepiej wychodzi, ale też jest to kwestia bardzo interesująca. Na koniec zwracam Waszą uwagę na wuja głównego bohatera - Tarika. To on jest świetnie odmalowaną, żywą postacią, do tego budzącą sympatię swoją troskliwością, doświadczeniem i pokorą.

Ocena: 3,5/6